Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

poniedziałek, 9 października 2017

Magiczne koty


Koty są w moim życiu - świadomie - od blisko 13 lat. Ale już wcześniej miałam do mich ogromny pociąg. Jedyna przeszkodą była niechęć rodziców do trzymania takiego stworzenia w domu. 
 Każdy kto ma kota chociaż raz miał wrażenie, że ma do czynienia ze stworzeniem nadnaturalnym. I mnie nie ominęło to powszechne złudzenie... ale ja nie uważam tego za złudzenie, przesąd czy zabobon. 
I tak, jak efekt placebo jest w środowisku naukowym uznany za fakt medyczny, tak magia kotów jest dla mnie faktem... nieco niedostępnym dla opornych.
pierwsze takie zdarzenie miałam latem 2007 roku. Popołudniowa drzemka, piękne słonko za oknem, ciepło, środek tygodnia. obok mnie chrapie radośnie Ciapek, przy moich kostkach nieodżałowana Luna.
W pewnym momencie dopadła mnie zmora. Każdy chyba spotkał się z tym określeniem a wielu z doświadczeniem. To paskudne przeświadczenie i niemożność zaczerpnięcia powietrza, jakby ci co najmniej  nosorożec siedział na klatce piersiowej. Byłam już wybudzona i starałam się świadomie odetchnąć. Ale moje mięśnie nie współpracowały. Zarejestrowałam, że Ciapek spał niewzruszony mają tragedią. Ale za to Luna się zerwała i przebiegłszy między moimi nogami wskoczyła mi na klatkę piersiową i przysięgam, ale na coś kłapnęła zębami.
Odetchnęłam wreszcie. 
Co za ulga... I ten kontakt wzrokowy z kocicą. Nieziemskie. 
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund.
Ale takich przeżyć się nie zapomina.
 Ciapek, żeby nie było niedomówień - nadal słodko spał. Ot, facet.
Ja wiem, że się zaraz znajdą sceptycy - i wiecie co, niech się znajdują niczym korniki w poddaszu - kij z nimi. Może to była zmora, dusiołek ze staropolskiego, może nerwica a może nawet i jakiś mały zawał, kij z tym, ważne tu jest to jak zachowała się kotka. 
Pamiętam tez że przez kilka dni gapiła się jak w słup soli w figurkę Jezusa na krzyżyku która wisi nad drzwiami. Ja najpierw myślałam że coś na tych drzwiach siedzi i nawet je umyłam dokładnie,ale nic na nich nie było a ona dalej siedział jak posąg i gapiła się niczym sroka w gnat. Przez wiele dni w wielu, niema godzinnych sesjach.




Kiedy moi rodzice się przeprowadzili na wieś, przygarnęli szczeniaka od sąsiadów. Gdy Sura ( też już jej z nami nie ma) miała trzy miesiące, a było to ok 12 lat temu, wybieraliśmy się z tatą do miejscowego weterynarza na pierwsze szczepienie. Kiedy już wyjeżdżaliśmy spod domu, usłyszeliśmy regularne kocie nawoływanie. Doga nad naszym stawem szedł kot i wołał. Jak się okazał był to młody czarny kocur. 
My kota zignorowaliśmy i pojechaliśmy do miasta. A po powrocie zastaliśmy czarnego kota w okolicy naszej działki. Już nie nawoływał. Został. I wychował Surę. Nauczył ją miłości do swojego gatunku. 
Był dziki. mimo, że spał z naszym psem w budzie i jadł z jego miski, nam nigdy nie pozwolił się do siebie zbliżyć. Płeć mogłam ocenić jak zobaczyłam że znaczy teren w charakterystyczny dla samców sposób. Ale już wcześniej ochrzciłam go Amon. I Amon trwał przy Surze przez rok. Zimą czasami siedział gdzież w zaspach na łące i Sura podczas spacery potrafiła go wytarmosić z takiej zaspy i przywlec tacie pod nogi. Kot się nawet nie bronił. Ale jak tylko go puściła. brał nogi za pas tak szybko jak to tylko koty potrafią.
Amon zniknął. Podejrzewam, że zginął. Mama mówi, że widział go w złej formie gdzieś niedaleko działki. Może coś go zaatakowało, może zapadł na jakąś chorobę. Nie był szczepiony. 
Tak czy inaczej nauczył przez rok 35kilowego kudłatego psa miłości do kotów, tak by mogła bezpiecznie przy nim dorosnąć Liza. Liza żyje nadal i szczęśliwie zaprzyjaźniła się i wychowała sobie Norę - obecnego schroniskowego psa rodziców.


Ostatnia sprawa to obecność kocich duchów w moim mieszkaniu. Miałam przyjemność - tak to była przyjemność - spotkać je dwukrotnie. 
Pierwszy koci duch siedział przy telewizorze nad ranem i zobaczyłam go kiedy się budziłam. Oba moje koty spały obok mnie , a na szafce siedziała szary widmokot z świecącymi ślepiami. Był dobry. Po kilku mrugnięciach zniknął. Ale odczucie jego obecności pozostało.
Drugie spotkanie miało miejsce kilka miesięcy po pierwszym. Też rano, ale nieco później. Weszłam do kuchni i po lewej stronie mam rząd mebli - gazówka, zlew, zmywarka, pralka, szafka i okno na prostopadłej ścianie.  
Widmokot, szary, dymny i mgiełkowy siedział na zlewie i jak weszłam zerwał się, przetruptał przez wszystkie mebelki i zniknął za oknem jak dym z papierosa. Byłam przytomna a to trwało sekundę. 
Tak, teraz weźmiecie mnie za wariatkę... trudno. 
Nie przyjmuję żadnych rozważań o zmęczeniu przewidzeniach i innych, bo nie o to mi chodzi. Nie chcę uskuteczniać dyskusji o zjawiskach paranormalnych bo to bez sensu. Każdy wierzy w co uważa za słuszne i nikomu nic do tego. 
Ja mam inne pytanie:

Czy wasze zwierzęta też wykazały się jakąś magią? Chętnie poczytam wasze przygody.