Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

niedziela, 15 kwietnia 2018

"Mruczący Anioł" odc. Odc.5

Witajcie kochani słonecznie i wiosennie. Kto się cieszy,ze wiosna nadeszła? Chyba już o to pytałam, ale nie mogę się nacieszyć, tyli listkami, kwiatkami i śpiewem ptaków. Ta piękna wiosna, która powinna dodawać energii, na przekór, bardzo osłabia. Ale zachęca do wychodzenia na dwór, mniej do siedzenia przy laptopie. Wiec logiczną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest, więcej zdjęć, mniej treści w opowieści. Ale coś powstaje, mam dużą wenę i pomysł napisanie i kiedy tylko znajduję chwilę to coś naskrobię, cieszy mnie to. 
Zapraszam zatem na kolejną odsłonę przygód Marianny.
Dla przypomnienia:


Odc. 5

- Robercik kochanie, jak się czujesz?
Słodki i przepełniony troską głos docierał już bez przeszkód do jego świadomości. Chłodna dłoń dotknęła jego czoła. Chciał coś powiedzieć ale gardło miał jak wyłożone trocinami.
- Cii, kochanie. Już podaję Ci wodę. - Poczuł dotyk chłodnej porcelany na wargach i po chwili życiodajna woda przyniosła mu niewysłowioną ulgę. Pił łapczywie i jeszcze nigdy, nawet na największym kacu, nie smakowała mu tak zwykła niegazowana woda. To odczucie było wprost nie do opisania cudowne. - pij kochanie, pij. Lekarz powiedział, że wszystko będzie dobrze, tylko musisz dużo pić i leżeć. - Słodki i łagodny głos znowu przemówił. 
- Amelia? - wychrypiał jak tylko przełknął ostatni życiodajny łyk wody. 
- Tak skarbie, to ja. Nic nie mów. Zaopiekuje się Tobą, zobaczysz, raz-dwa wrócisz do sil.
Otworzył oczy i spojrzał na tę jakże troskliwą kobietę uśmiechającą się do niego.
- Skąd ty.. 
- Robercie, nie powinieneś teraz nadwyrężać gardła, jest w opłakanym stanie. - Wstała i odniosła kubek z wodą. Pojawiła się po chwili z talerzem. - Musisz nabrać sił. Strasznie osłabłeś. Lekarz chciał Cię nawet zabrać do szpitala ale ostatecznie pobrał tylko krew i po przeanalizowaniu wyników podał kroplówkę i jakieś leki. Podobno anemie masz. - Zmarszczyła brwi. - Nie dbasz o siebie. 
- Kiedy?
Zanim mu odpowiedziała uśmiechnęła się ciepło i podsunęła mu pod nos łyżkę z zupą. Najpierw poczuł przepyszny zapach, a po chwili napłynęła mu ślina do ust. Nie zdawał sobie sprawy z tego jaki jest głodny. Siorbnął zupy z łyżki i błogi aromat bulionu z warzywami rozpłynął się po jego ciele. Smak tej zupy czuł każdą komórką ciała.
- Jedz kochanie, a ja Ci wszystko opowiem. W sobotę przyszłam do ciebie, bo akurat wcześniej zamknęliśmy i coś mnie tknęło. Jakieś takie przeczucie, że muszę przyjść. Ja wiem, że ty nie znosisz niezapowiedzianych wizyt, wiem, setki razy mi o tym mówiłeś. Ale ja dzwoniłam i to kilka razy i ciągle nie odbierałeś. Zobaczyłam motor na zewnątrz i kask był na chodniku obok. A nigdy przecież nie zostawiasz tak kasku i motor do garażu wstawiasz. - Tłumaczyła się karmiąc go – Przestraszyłam się i jak tylko zobaczyłam sąsiada wychodzącego w bramy weszłam. Byłam gotowa walić do drzwi do upadłego ale nie musiałam, były niedomknięte. - Westchnęła i z miłością spojrzała mu w oczy. - Nawet nie wiesz co poczułam, jaki skurcz w sercu. A kiedy zobaczyłam Cię tak rzucającego się w łóżku, z gorączką, zlanego potem i nieprzytomnego... Nie rób mi więcej takich rzeczy Robercik, bardzo Cię proszę.
- Jak długo ja... tu... 
- Dziś mamy wtorek. - Odpowiedziała, ściągnęła usta i wstała odnosząc pusty talerz. - Dobrze, że wszystko zjadłeś, kochanie.
Robert opadł na poduszkę wstrząśnięty. Wtorek? A ostatnie co pamięta to droga powrotna do domu z tego całego sadu w … Sobotę. Spojrzał w okno. Zmierzchało już, więc trzy dni leżał bez zmysłów mając jakieś chore koszmary. Ale co mu było właściwie?
Przypomniał sobie czarownice z sadu. I od razu zrobiło mu się cieplej. Te oczy... skrzące złością. Jak on by chciał żeby teraz na niego patrzyły, ale może już bez złości. Wolałby raczej pożądanie. Dalej nie wiedział jak się nazywa ani gdzie mieszka, ale to nic. Rozejrzał się i zobaczywszy swój telefon na szafeczce sięgnął po niego. I wtedy poczuł ból. I to przeraźliwy ból, w prawej dłoni.

- Podać Ci telefon – Amelia pojawiła się nie wiadomo skąd i podała mu telefon nie czekając na odpowiedź. - Co właściwie stało Ci się w rękę.

- Nie wiem. - Patrzył na owiniętą bandażem dłoń. Była spuchnięta i pulsowała.

- Lekarz jak zobaczył te rany, od razu podał ci zastrzyk przeciw tężcowi. Obawiał się jakiejś infekcji ale badanie krwi nic nie wykazało. No ale rany się nie goją, jątrzą tylko i... - urwała zmieszana nagle.

- I? Co z nimi? - Zaniepokoił się Robert widząc jak ucieka wzrokiem. - Amelia!

- No sam zobacz. I tak trzeba już zmienić opatrunek. - Sięgnęła do żabki trzymającej bandaż i odczepiła ją. Powoli i delikatnie zaczęła odwijać rękę. Kiedy już odsłoniła uszkodzenie Robert zamarł w bezruchu. Na wierzchu dłoni widniały cztery równoległe szramy, głębokie, o nierównych, poszarpanych brzegach. Były spuchnięte, obrzmiałe i jątrzyła się z nich krew z ropą. Jednym słowem paskudztwo. Zapach, jaki wydzielały też nie był przyjemny. Od razu przypomniała mu się halucynacja. Wstrząsnął nim dreszcz. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że widzi larwy pełzające w ranach. Ale to było tylko przewidzenie.

- No wiem, że to nieładnie wygląda. - Zmartwiła się dziewczyna. - Daj, to przemyje i zawinę ponownie. Może boleć.

Nie słuchał jej. Pozwolił by robiła co chciała z jego ręką. Myślami był gdzie indziej. Nie możliwe, żeby tak się spaprało zwykłe podrapanie przez kota? Przecież nie raz w życiu jakiś parchaty pchlarz go drapnął i nigdy nie miał takich akcji.

Marianna sama nie wiedziała jak udało jej się ułożyć ogromnego kota tak aby i jej i jemu było na fotelu wygodnie. I żeby nie burzyć kociego relaksu ganiała rozanieloną Kaśkę w te i nazad – podaj aparat, zabierz aparat, podaj kabel od laptopa i tak dalej.
Z dreszczykiem niepewności i emocji czekała na skopiowanie się zrobionych dzisiejszego dnia zdjęć. Kiedy proces kopiowania dobiegł końca Kaśka już siedziała na oparcie wielkiego fotela i wpatrywała się w monitor.

- Och... - Westchnęła jak ukazało się pierwsze zdjęcie.

Fotografka też była wyjątkowo zadowolona z efektu. Każde jedno idealne. A karczowniki wyglądały jakby jej pozowały, jakby specjalnie dla niej odstawiały teatr życia. Dynamiczne zdjęcia walki były klarowne i ostre tam gdzie trzeba, a rozmyte ruchem gdzie powinny. Jeszcze nigdy nie miała takiej sytuacji, gdzie wszystkie zdjęcia były udane. Nie mogła wprost uwierzyć. Aż czuła, że musi to co widziała opisać.
Kot jej się zawiercił i podniósł głowę, by po chwili popatrzeć prosto w oczy. Ziewnął i zszedł na podłogę, a potem usiadł w wejściu do kuchni.
- Może on jest głodny? - Rzuciła Kaśka 
- No też tak sądzę? Mamy coś? 
- Nie, no skąd, ale skoczę do nocnego tam mają jakieś kocie saszetki. - Zaoferowała się, a widząc skrzywioną minę przyjaciółki dodała – Jak zje raz czy dwa to nic mu nie będzie. 
- W sumie... chyba mu nie zaszkodzi.
Marianna Mysińska była przeszkolona przez swoich kolegów z wydziału weterynarii i technologii żywienia na temat karm dla zwierząt. Wiedziała, że te wszystkie tanie i zapychające paszteciki, zupki i chrupki dostępne w markerach są bardziej szkodliwe od fast foodów i chipsów razem wziętych. Zwierzęta się tym zapychają i są potem nafaszerowane soją, aromatami i nic nie wartym glutenem. Organizm jest niedożywiony, ma braki a organy nie wyrabiają z wydaleniem odpadów. Statystyki weterynaryjne jasno pokazują jak dramatycznie wzrósł odsetek zachorowań na nowotwory, niewydolności wątroby i nerek od kiedy suche karmy dla zwierząt pojawiły się na rynku.

- Ale jutro skoczę do „Vitawetu” i wezmę mu coś lepszego.
- Ok. - Kaśka mówiła to będąc już praktycznie za drzwiami.
Pojawiła się po piętnastu minutach.

- Wzięłam tylko dwie i jedną pierś z kurczaka. Dokroi mu się i może nie zwapni mu się wątroba przez ten czas.
Zniknęła w kuchni i do Marianny dochodziły tylko odgłosy przygotowywania kolacji dla pięknego kota. Ponieważ Kaśka świetnie się z kotem dogadywała, co było słychać przez cały czas pichcenia kolacyjki, dziewczyna sięgnęła po laptopa i otworzyła edytor tekstu. Cały świat wokół niej przestał istnieć, na powrót znalazła się w sadzie i podglądała karczowniki. Pisała jak w transie. Nie musiała się zastanawiać nad formą i kontekstem, wszystko spływało na nią jakby doznała olśnienia jakiegoś. Nie zwróciła uwagi kiedy przyjaciółka wyszła z kuchni i próbowała coś ją zagadać. A nie uzyskawszy najmniejsze nawet odpowiedzi poszła do swojego pokoju uśmiechając się pod nosem ze zrozumieniem. Marianna wsiąkła w swój świat gryzoni i ekologii.
Po ponad trzech godzinach jak wyrwana z transu czy hipnozy ocknęła się i rozejrzała po pokoju. Nie pamiętała żeby zapalała lampkę, a ta paliła się oświetlając jej klawiaturę. Pewnie przyjaciółka widząc, że dziewczyna zaraz oślepnie pstryknęła włącznik. Kota nigdzie w zasięgu jej wzroku nie było.
- Kasia? - Odezwała się widząc poświatę w pokoju brunetki. 
- Tak? Skończyłaś? 
- No chyba tak. Znaczy tak. Jaka jutro ma być pogoda? 
- Deszcz. - Odpowiedziała bez zastanowienia dziewczyna. - Wydrukowałam te ogłoszenia. - Podała jej kartki z wizerunkiem kota i informacją o jego znalezieniu.
- Dzięki, jak ma padać to nie chce mi się jechać, ale przydałoby się je rozwiesić. Właściciele mogą się martwić – Mówiła patrząc nieprzytomnie w ogłoszenie – Jest u Ciebie?
- Nie. Położył się na twoim łóżku. W międzyczasie wyskoczył też na siusiu. - Oświadczyła Katarzyna z miną pełną dumy.
- Jak to wyskoczył?
- Normalnie, oknem.
- Kiedy? - Zdziwiła się Marianna poważnie zaskoczona swoim brakiem przytomności.
- No jakąś godzinę temu. - Odparła koleżanka z uśmiechem. - To bardzo mądry kot. Wyszedł, załatwił potrzebę i wrócił. Przez chwilę bałam się, że nie wróci, ale popatrzył tak na mnie, że wiedziałam, iż nie ucieknie tylko wróci.
- Ojej, ale mnie zamroczyło w tym pisaniu – Westchnęła wstając i rozprostowując plecy. - Ale mam artykuł, podrzucę we wtorek doktorowi Jarząbkowi. Ucieszy się. Zbiera materiały do jakiejś pracy zbiorowej o ssakach Dolnego śląska i mało ma gryzoni więc łazi za mną i błaga o cokolwiek. Że też nikt się nie interesuje gryzoniami? Wilki to połowa wydziału ściga i w ich kupach grzebie, druga za rysiami biega. Przereklamowane te zagrożone drapieżniki są.
- Nie narzekaj, a wolałabyś, żeby tak jak ty każdy za myszami ganiał? Nie styknęłoby tych myszy dla was. A tak jadą sobie z całej Polski w te Bieszczady i grzebią w kupach jakiegoś burka myśląc że to wilcza a ty masz wszystkie nornice, myszy i inne karczowniki dla siebie.
- Biorąc pod uwagę, że połowa studentek na widok myszy drze się w wniebogłosy to wątpliwe bym miała wielką konkurencje. Już więcej ludzi woli łazić po jaskiniach i innych melinach za nietoperzami. A ja w kupach się nie babram, po pieczarach nie pełzam i jestem spełniona. - Uśmiechnęła się do siebie szeroko – idę pod prysznic.
 
Robert nie mógł przestać myśleć o rudej złośnicy. Widział ją na jawie i śniła mu się jak przysypiał. I w obu przypadkach, chociaż na na jawie częściej, on ją rozbierał, a ona się nie opierała. No, może troszeczkę, ale zawsze bez najmniejszego problemu łamał jej opór i po chwili była miękka jak ciepły wosk w jego dłoniach. Och, jak on by ją urabiał.
Rzucał się na łóżku niespokojnie. Wyobrażał sobie jak poskramia jej złość tam w sadzie, jak opętana pożądaniem krzyczy z rozkoszy. Musiał ją mieć. Po prostu musiał. I już miał plan jak się do niej zbliżyć, jak ją odnaleźć. A jak ją odnajdzie... był tak pobudzony, że myślał iż oszaleje.

- Amelia, kotku. - Zwróciła się do dziewczyny leżącej obok niego na boku, przy samej krawędzi łóżka – Chodź do mnie kochanie, mam taką ochotę na ciebie, że sobie nawet nie wyobrażasz.
- Ale Robert, przecież Tobie nie wolno teraz. - Cicho jak zawsze oponowała.
- No co maleńka, zostawisz mnie tak samego sobie, kiedy ja normalnie płonę niczym ten znicz olimpijski, do Ciebie. - Mruczał jej do ucha. - Takie ponętne ciało tu koło mnie leży, taka kobieta, że martwego by obudziła i co? Mam spokojnie iść spać jak jakiś inwalida.
- Ale lekarz...
- Walić lekarza. - Warknął i przyciągnął ją do siebie nieco zbyt natarczywie jak na gust Amelii.
Ale nie broniła się, nigdy się nie broniła. Jak mogłaby się bronić przed takim mężczyzną jak Robert. Marzenie każdej zdrowej kobiety. Przystojny, niemal grzesznie przystojny, dowcipny, pewny siebie, charyzmatyczny, światowy, ulubieniec towarzystwa. I ten diament wybrał ją, skromną bibliotekarkę, szarą myszkę o pewności siebie wielkości ziarnka piasku. Była taka szczęśliwa kiedy do niej podszedł, kiedy ją zagadnął i zaprosił na kawę. Zakochała się w nim od razu, nim wypowiedział pierwsze słowo.
Nie zorientowała się kiedy jej książę z bajki skończył i opadł zdyszany obok niej. Wydawał się bardzo zadowolony. I kompletnie nie świadom tego, iż jego dziewczyna była nieobecna duchem podczas całego aktu. Nie pierwszy zresztą raz. Ale zazwyczaj interesował się jej odczuciami, rzucając krótkie „dobrze Ci było?” Kłamała, bo nie chciała by jego kruche męskie ego ucierpiało z powodu jej ułomności. A dziś nic. Czekała, może jak odsapnie to zwyczajowo zapyta. Ale nie zapytał. Patrzyła na niego i widziała, że coś się zmieniło. Jego uśmiech był inny. Wzrok utkwiony w suficie też.
Może to przez lekarstwa albo tę chorobę. Chciała go dotknąć ale coś ją powstrzymało. Jakaś siła nie pozwoliła jej okazać mu czułości. Zamiast tego kazała jej wstać i iść pod prysznic. Nigdy tego nie robiła. Nie myła się po ich zbliżeniach, czuła, że to byłby wyraz braku zaufania i bliskości. Myć się po ukochanym? Ona czułaby się źle gdyby on to robił. A dziś musiała się umyć, czuła się brudna.
Po prysznicu ta sama siła, kazała jej ubrać się, zabrać swoje rzeczy, tych kilka najpotrzebniejszych, które miała ze sobą podczas opiekowania się nim i wyjść. Nie myślała o tym czy zauważył jej wyjście, nie myślała tak naprawdę o niczym, tylko szła przed siebie. Wieczorny chłód przyjemnie owiewał jej twarz. Nie zauważyła kiedy i jak znalazła się w niewielkim parku. Usiadła na ławce i przymknęła oczy, czuła dziwny spokój. Odetchnęła głęboko, otworzyła oczy i zamrugała lekko zaskoczona. Przed nią w odległości mniej więcej dwóch metrów siedziała kotka. Biało bura, drobniuteńka koteczka. Siedziała i patrzyła na nią wielkimi, przestraszonymi oczyma. Te oczy tak wielkie nawet jak na kota krzyczały do Amelii – „Pomóż mi!”
Dziewczyna poczuła skurcz w sercu. Kicia była wychudzona, ale jak się jej przyjrzeć to widać było, że jest ciężarna. Ona nie chce rodzić na ulicy, pomyślała Amelia, boi się.
Wyciągnęła rękę w stronę kota, a ten bez najmniejszego nawet zawahania podszedł i otarł się o dłoń dziewczyny. Po chwili razem wracali do domu. Amelia z ciepłym uśmiechem, a kotka wtulona w nią, cichutko pomrukując i moszcząc się na rękach.