sobota, 15 grudnia 2018

Spowiedź zdradliwej właścicielki

Witajcie moi drodzy. 
Ten tydzień był straszny, dla tego też dziękuje z całego serca tym, którzy mnie wsparli dobrym słowem i energią. 
I nie chodzi tylko o niedomaganie Keiry. Chociaż wiadomo, że stan zdrowia naszych pupili wpływa na nasz nastrój. Ja jednak zareagowałam na zwykłe wymiotowanie jak na wyrok.  Zaczęłam niedosypiać, chodzić ze ściśniętym żołądkiem i bolesnościami w dole brzucha ( jak człowiek jadący na gapę kiedy widzi kanara). Kilka razy dziennie płakałam z byle powodu i najchętniej to bym się zakopała nieprzytomna pod kołdrę. 
Powiecie - każdy tak czasami miewa. No każdy też czasami miewa katar i grypę, a jednak nie olewa tego zazwyczaj tylko się jakoś tam leczy.  
Dla mnie to było o tyle dziwne, że tydzień temu miałam tyle energii, że mogłabym oświetlić San-Francisco.  Wszyscy narzekali na aurę i złe samopoczucie, a ja wprost przeciwnie. Wiedziałam, że taka zwyżka nie potrwa długo bo by mnie wykończyła, ale nie spodziewałam się takiego doła. Musiała być przyczyna. Gdzie? Jaka?
To zadanie właśnie musiałam przerobić. Znaleźć źródło, prawdziwe źródło.  
Ponieważ od kilku tygodni stosuję metodę pracy nad emocjami zwaną po polsku OPUKIWANIE, szerzej znaną pod skrótem EFT, to zaczęłam wykorzystując tę metodę integrować emocje, które mnie dobijały. Ale... żeby je zintegrować, to trzeba je nazwać. A żeby je nazwać to trzeba je poczuć i co ważniejsze - się do nich przyznać. 
Siadłam więc i zaczęłam się pytać sama siebie, czego ja się boję, czemu jestem tak przeraźliwie smutna i czuję się absurdalnie samotna, chociaż w tym momencie miałam wsparcie tak wielu ludzi, łącznie z weterynarzem który zaproponował odłożenie w czasie spłaty ewentualnych wysokich kosztów badań. Dostałam propozycje pokrycia kosztów przez zaprzyjaźnioną fundację, przyjaciele piszą, znajomi pytają "jak kocia?". No nie byłam samotna, ale czemu się czułam opuszczona? Przerażona i bardzo, bardzo zmęczona chociaż tak naprawdę NIC się jeszcze nie wydarzyło? Skąd ta depresja, skąd ta nadreaktywność?
No zaczęłam dopuszczać do siebie głos z przeszłości.  

Strach i zmęczenie:

"Bo ja się tu wyżyłuję, na stresuję, namęczę, (każdy kto intensywnie leczył zwierzę ten wie, tu nie ma NFZ  nie ma szpitali), Będę walczyć do ostatniego tchu, a i tak będę musiała podjąć najtrudniejszą z decyzji. I tak ona umrze". 
Takie mam przekonanie, zakorzenione w podświadomości, które mi wypłynęło i gniotło. Przepracowałam. 

Przeraźliwa samotność:

Bo kiedy przegrałam walkę o Lunę i musiałam jej pozwolić odejść (to a propos poprzedniego punktu) - byłam całkiem sama. Nie było przy mnie osoby, która by mnie wsparła - była moja ex-przyjaciółka, ta toksyczna, która niby mi towarzyszyła ale teksty o tym, co ona czuje obcując ze śmiercią, teraz kiedy się leczy ze swoich lęków, nie były dla mnie wsparciem, a raczej obciążeniem. Miała ogromną tendencje do skupiania uwagi na swoich problemach. 
A zatem kiedy pojawiła się wizja problemów zdrowotnych Keiry, odpaliło mi podświadome skojarzenie z eutanazją Luny i poczuciem samotności w tamtym momencie. Posiedziałam z tym, pozwoliłam by się usadowiło gdzieś w moim ciele. Opukałam te emocje, pozwoliłam im wypłynąć i się rozłożyć, odparować, zwał jak zwał uwolniłam to. Mam nadzieję, że w pełni, jak nie to powtórzę cały proces. 

Nie wiem jak nazwać najbardziej pierwotny powód mojego nędznego stanu. Bo zaczęłam się głębiej zastanawiać. I doszłam do pewnego bardzo traumatycznego dla mnie wydarzenia. 
Miałam kiedyś psa. Wilczura, przerośniętego, czarnego wilka, którego kochałam całym sercem. Pies był wielki, niesforny, nieułożony i mocno strachliwy. Bał się ostrych dźwięków, wielkich przedmiotów, na przykład ciężarówek. No teraz bym określiła to jako brak stabilności psychicznej, nerwicą, czasem przebodźcowaniem. W tamtym czasie jednak nazywałam go psycholem. Z powodu strachu, czasem wręcz panicznego, pies potrafił zareagować agresją. No, centrum miasta ewidentnie mu nie służyło. Samochody, ludzie, dziwne dźwięki, tramwaje, no nie było to środowisko dla mojego wilka. Strasznie go kochałam, ale miałam naście lat i pstro w głowie. Nie umiałam przewidzieć zachowań psa w rożnych sytuacjach, chciałam się cieszyć nim i czasem jaki spędzaliśmy. Byłam nieodpowiedzialną właścicielką. No i doszło do małej tragedii. Wychodziłam z nim od przyjaciółki z domu i na schodach była kobieta w ciąży, schodziła z nich. Bleki się wystraszył jej nagłego pojawienia się, ja go nie utrzymałam i ją obszczekał. Nie dotknął nawet tylko wystraszony naszczekał, ale nie był małym pierdołkiem, tylko czarnym wielkim wilczyskiem i kobieta się tak przestraszyła, że zjechała z kilku ostatnich stopni. Wściekła się i zaczęła, że ona doprowadzi do uśpienia tego kundla, że jej teść jest sędzią i że ona wyciągnie z tego konsekwencje. Przepraszałam ją, ale też rozumiałam, w ciąży była, przestraszyła się, co prawda pojechała na dupie nie brzuchy ale to nie miało prawa się wydarzyć. Nie dopilnowałam psa i wina była po mojej stronie. Nie tłumaczy mnie młody wiek. Strach przed tym, co może się stać był tak wielki, że nie mówiąc o szczegółach rodzicom, powiedziałam tylko, że nie dajemy sobie z Blekim rady i chyba trzeba go oddać. Nie było pytań, dyskusji, jakby czekali na moją decyzję. Następnego dnia jak poszłam do szkoły zawieźli go do schroniska. Czy muszę mówić co czułam? Co nadal czuję? Wstyd, smutek, żal... rozpacz. I fakt, że najprawdopodobniej skończył dobrze, bo od razu trafił do podwrocławskiej hurtowni gdzie miał z drugim psem pilnować jej w nocy, nie pomagała mi. Ja go zdradziłam ze strachu przed konsekwencjami, ze strachu, odwiecznego strachu przed złością i niezadowoleniem rodziców, tym wypominaniem, że oni wiedzieli, że jak zwykle mieli racje. Zdradziłam swoje pierwsze "dziecko" i najlepszego przyjaciela ze strachu przed potępieniem i wyrzutami. 
Porzuciłam go. I nic mnie nie tłumaczy. 
I ta trauma, poczucie winy jakie mam w sobie odzywa się zawsze kiedy dzieje się coś niedobrego z moimi zwierzętami, czy ja znów zawiodę, czy ja znów zdradzę?
Mam nad czym pracować... i pracuję. Teraz jestem już dorosłą osobą i wiem, że mogę inaczej, tylko ta mała i przerażona dziewczyna we mnie też musi to poczuć i się uspokoić. 
Proszę, osoby, które czują chęć pojechania mi i shejtowania za oddanie psa do schroniska, by sobie jednak darowały bo nie kopie się leżącego, przynajmniej przyzwoity człowiek tego nie robi. Ja już i tak długo sama się katuję za ten krok. 
Tu jest jego zdjęcie. Robione jeszcze kliszowym aparatem, dwadzieścia lat temu. 

 Na koniec dodam tylko, że z Keirą idziemy w poniedziałek do na badanie krwi pod kątem narządów takich jak nerki, wątroba czy trzustka. Na razie jest w miarę ok, ale to głównie dla tego że dostała dwa zastrzyki przeciwwymiotne. 
A moich czytelników, którzy nie są ciekawi mojej drogi do siebie, proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, hafty i zdjęcia pojawią się jeszcze, na pewno. 
Pozdrawiam serdecznie.