Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 7 grudnia 2013

Trochę romantycznie... trochę literacko


Witajcie.
Moje zatoki nie bardzo chcą odpuścić i wyszywanie niezmiernie mnie męczy więc po półgodzinie muszę niestety odłożyć tamborek. Mam zatem nieco więcej czasu na inne przyjemności. Na przykład na czytanie i pisanie, bo co dziwne od tych czynności tak mnie oczy nie bolą. Postanowiłam zrobić mały remanent w swoich papierach (w powieściach i opowiadaniach które produkowałam od najmłodszych lat). Mam do tych utworów literackich ogromny sentyment, są częścią mnie, taką nieodłączną. 
Pragnę się z wami podzielić tą romantyczną i nieco naiwną częścią mojej duszy. Opowiadanie nie jest długie i trochę naiwne ale bardzo mi bliskie. Chętnych zapraszam do lektury i proszę o jakieś słowo na temat odbioru. Czy się podobały czy nie... czy miło się czytało, czy było nudne. 
Ponieważ jak sam tytuł zapowiada jest to opowiadanie związane z ptakami to na końcu zapraszam do oglądania zdjęć mojego autorstwa.

**********************************************************************************
MOJE SIKORKI

Elżbieta przez miejski park nad stawem przechodziła codziennie i to co najmniej dwa razy. I to od wielu lat. Tędy prowadziła najkrótsza droga do szkoły podstawowej, do której uczęszczała oraz do gmachu głównego jej uczelni, na którą się dostała dwa lata temu. Jedynie podczas nauki w liceum nie miała okazji tak często odwiedzać lubianego parku.
Jednakże jako dziecko i nastolatka nie zwracała uwagi na urodę i piękno tego zakątka, zbyt pochłonięta przyziemnymi sprawami takimi jak odrobione bądź nie zadanie domowe, sprawdzian czy kartkówka. Dopiero w ósmej klasie park nabrał dla niej innego znaczenia. A to za sprawą Adriana.
Miała niecałe piętnaście lat i była niepoprawną romantyczką. Czytywała romantyczne opowieści, snuła marzenia i fantazje i księciu na niekoniecznie białym koniu. I książę, co prawda bez konia, ale się pojawił. Wracała do domu ze szkoły i oczywiście marzyła. Późna jesień ogarnęła i ją swoją melancholią. Słońce jeszcze grzało, a barwne liście rozweselały krajobraz. Postanowiła nazbierać najładniejszych liści by przyozdobić w pokoju zasłony i firanki. Czerwono żółte liście jaworu, złociste buku, brązowe i karminowe dębów… orgia barw pochłonęła Elżbietę. Były takie piękne w chwili swojej śmierci… oddawały tym hołd minionemu już latu.
W pewnej chwili dziewczyna usłyszała świergot i spojrzała na krzew. Na gałązce siedziała śliczna sikorka z niebieską główką i szczebiotała wesoło. Chwilę poskakała z gałązki na gałązkę i pofrunęła. Dziewczyna popatrzyła za nią i zaskoczona spostrzegła, że ptaszek wylądował na dłoni młodego mężczyzny. Około dwudziestoczteroletni mężczyzna w jasno brązowym płaszczu na wyciągniętej dłoni miał wysypane ziarno i okruszki. Co rusz podlatywał do niego jakiś skrzydlaty mieszkaniec parku i częstował się. Ela była zachwycona i zdziwiona. One się go w ogóle nie bały. Przylatywały, siadały i wcale im nie przeszkadzało to jak do nich przemawiał. Nie słyszała, co prawda tego, co mówił, ale była pewna, że słowa są ciepłe, a głos ma miękki, aksamitny i spokojny. Tak jak włosy, które jakby nie mogły się zdecydować czy chcą być kasztanowe czy miedziane. Lekko lśniły w słońcu. Nie mogła dostrzec koloru oczu, ale na pewno były jasne. Zresztą w ogóle uznała, że był nieprzeciętnie przystojny i piękny, gdy tak spokojnie i dostojnie stał z wyciągnięta dłonią i delikatnie się uśmiechał do sikor.
Westchnęła cicho i usiadła na ławce. Nie mogła od niego oderwać wzroku. Miał w sobie coś magnetyzującego, coś co nie pozwalało jej wrócić do domu tak po prostu, w tej chwili. Patrzenie na niego sprawiało jej przyjemność.
Po kilkunastu minutach ptasi przyjaciel zakończył karmienie, otrzepał dłonie i odszedł nieśpiesznie. Odprowadziła go wzrokiem i z rozczarowaniem na twarzy podniosła się z ławeczki. W domu pierwsze, co uczyniła to otworzyła swój pamiętnik i zapisała w nim najpierw kilka krótkich zdań dotyczących zdarzeń w szkole, po czym rozpisała się na temat „przyjaciela sikorek” jak nazwała mężczyznę z parku. Następnego dnia rano, idąc do szkoły rozglądała się za min, ale nigdzie go nie zobaczyła. Za to w drodze powrotnej natknęła się na swoje go „ przyjaciela sikorek”. Był w tym samym płaszczu, stał w tym samym miejscu i tak samo się uśmiechał.
Elżbieta popatrzyła na zegarek. Była piętnasta. Wczoraj dokładnie o tej samej porze kończyła lekcje, więc mniej więcej o tej samej porze go zobaczyła…
Od tego dnia starała się być w parku o piętnastej by go spotkać. I nie zawiodła się, był codziennie, niezmiennie w brązowym płaszczu karmił sikorki niezależnie od pogody.
Mijały dni, tygodnie, a ona przychodziła do parku by móc patrzeć jak on karmi ptaki. Już dawno zdała sobie sprawę z tego, że jest w nim zakochana. Miała piętnaście lat i pełne prawo do tego, aby się nieprzytomnie zakochać w obcym mężczyźnie na podstawie tylko i wyłącznie codziennych spotkań w parku, na których nie zamienili ani jednego słowa. Zawładnął jej sercem i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie zwrócił przecież uwagi na drobniutką blondyneczkę o szarych, dziecięcych oczach, która codziennie się mu przyglądała. Był jej rycerzem, księciem na niekoniecznie białym koniu. Stał się jej romantyczną niestety platoniczna, młodzieńczą miłością. Każda strona w jej pamiętniku była zapisana tym, co do niego czuła, co myślała i co zaobserwowała, a co miało ścisły związek z nim. Bez przerwy tkwił w jej myślach, stając się niemal symbolem. Pisała opowiadania, wiersze, piosenki dla niego. A on…
On przychodził do parku nad staw i karmił ptaki ziarnem.
Któregoś dnia przed Bożym narodzeniem spacerowała z koleżankami po ogromnym centrum handlowym. Wybierały prezenty i robiły zakupy, śmiały się i plotkowały. Elżbieta zatrzymała się przed sklepem z męską odzieżą.
- Chyba nie zamierzasz tam wchodzić? – Spytała się Ania, koleżanka z ławki i najlepsza przyjaciółka.
- Zamierzam…
- Ale, po co? – Zainteresowała się inna z koleżanek. – Chcesz coś wybrać tacie?
- Tu jest strasznie drogo. – Dodała trzecia.
- Wiem.
Weszła do sklepu i zaczęła oglądać męskie szaliki. Były bardzo drogie tak jak powiedziała Marta, ale jej to nie przeszkadzało. Od kilku miesięcy zbierała na prezent dla niego. Chciała w końcu podejść do mężczyzny swoich marzeń, poznać go i… dać mu prezent gwiazdkowy. Bardzo jej się spodobał jeden z szalików. Był ciemno oliwkowy i kolor ten niezwykle pasował do płaszcza, jaki nadal nosił jej ukochany. Był miękki i miły w dotyku. Nie zastanawiała się długo. Wybrała ten i kupiła. Wydając na ten kawałek ciepłej tkaniny tak dużą sumę pieniędzy czuła jedynie radość i podniecenie.
- Dla taty?
- Nie… Dla niego… Zauważyłam, że niema szalika i musi mu być zimno jak wieje wiatr.
Ania była wtajemniczona i tylko głęboko westchnęła. Elżbieta przycisnęła do serca zapakowany szalik i z uśmiechem towarzyszyła koleżankom w dalszych zakupach. W pewnej chwili stanęła raptownie. Kilka metrów od niej, przed wystawą sklepu z biżuterią stał on. Nie uśmiechał się, był zamyślony. Lecz po pewnym czasie zdecydowanym krokiem wszedł do środka i bez większego wybierania kupił coś. Co to było nie wiedziała niestety. Ale nareszcie zobaczyła, że oczy ma niebieskie...
Koleżanki też się zatrzymały i popatrzyły na nią ponaglająco. On wyszedł, znacznie już wolniej, z ciepłym uśmiechem na wargach i aksamitnym pudełeczkiem w dłoni.
- Adrian! Gdzie ty znikasz? – Podbiegła do niego jakaś brązowowłosa dziewczyna i zawiesiła się na ramieniu.
Elżbieta poczuła jak w oczach pojawiają jej się łzy i powoli przekraczają granicę rzęs by w końcu spłynąć po policzkach. Obraz jej się zamazał, ale wcale to nie pomogło, że nie wiedziała jak się oddala jej „ przyjaciel sikorek” z tą brunetką uwieszoną na ramieniu. Miał więc dziewczynę… nie był sam… był, więc niedostępny dla niej i … miał na imię Adrian.
Ciężko przeżyła to zdarzenie. Czuła się strasznie opuszczona i samotna. Nie przestała przychodzić do parku, mimo iż miała taki zamiar. Nadal siadała na tej samej ławce pod brzozą i patrzyła jak przychodzi by nakarmić ptaki. W brązowym płaszczu i bez szalika.
Nie dała mu kupionego prezentu i nie podeszła do niego. Pozostała z boku, była tylko obserwatorem.
Aż pewnego dnia to on się nie pojawił o normalnej porze. Czekała godzinę i wróciła do domu. Następnego dnia też nie przyszedł i tylko przyzwyczajone do godziny karmienia sikorki skakały po gałązkach pobliskich krzewów. Może zachorował… w końcu nie nosił szalika przez całą zimę, to musiało się zemścić. Ale niestety „przyjaciel sikorek”, Adrian już nie przyszedł do końca roku szkolnego. A podczas wakacji nie było jej w mieście i nie miała okazji sprawdzić czy nie przychodzi może ponownie. Jak poszła do liceum jej droga do szkoły nie przebiegała już przez park, ale jak miała tylko czas i okazję to szła do parku nad staw i siadała na ławce pod brzozą i czekała, jeśli tylko mogła to przez godzinę, od piętnastej do szesnastej? Niestety ani razu go nie spotkała. Sikorki też przestały przylatywać w to miejsce tak jak robiły to rok temu jeszcze.
Adrian, mimo, iż zniknął z parku nie zniknął z jej serca i myśli. Nadal go kochała i zastanawiała się, co było przyczyną jego zniknięcia. Najczęściej przychodziła jej do głowy myśl, że on się ożenił z tą brunetka i nie miał czasu na karmienie sikorek w parku. Płakała, kiedy o tym myślała, nie chciała, aby tak było. Chciała, aby on wyjechał gdzieś i wrócił do niej i do sikorek.
Cztery lata liceum minęły szybko dla Elżbiety. Nowe koleżanki, nowi koledzy, przyjaciele. Ale żadnej miłości. Poszła na studia, na polonistykę gdyż kochała literaturę. I jej droga na zajęcia znów przebiegała przez park, To jej przypomniało stare czasy, gdy leciała na ósmą do szkoły podstawowej. Odświeżyło też wspomnienie o Adrianie. Nigdy go nie zapomniała, chociaż nieco przybladł jego wizerunek w jej pamięci.
Studia dawały jej dużo radości i satysfakcji. Przerwy między zajęciami spędzała w parku na tej samej ławce pod brzozą i podświadomie liczyła, że kiedyś znów zobaczy brązowy płaszcz, kasztanowo miedziane włosy i wyciągniętą dłoń z ziarnem. Czasem jej się nawet wydawało, że go widzi, ale zawsze się okazywało, że to inny mężczyzna w podobnym płaszczu. No cóż… co ona sobie wyobrażała, przecież minęło już sześć lat. Ostatni raz widziała go w marcu w ósmej klasie, a teraz był początek października, a ona na trzecim roku studiów. Chyba powinna w końcu o nim zapomnieć.. Ale jakoś nie mogła.
Ostatniego dnia października siedziała na swojej ławce i czytała książkę, o której musiała napisać recenzję. Było wyjątkowo ciepło i świeciło słońce. Złota Polska jesień, pomyślała jak rano wychodziła na zajęcia. Pogoda wprost idealna na to by odpocząć w parku. Lub się pouczyć, co też czyniła. Książka była interesująca i ją naprawdę wciągnęła. Mimo to kątem oka dostrzegła postać mężczyzny stojącego nieopodal. Obok niego siedział pies. Elżbieta bardzo lubiła psy, więc popatrzyła w tamtą stronę. Śliczny wilczur siedział tuż przy właścicielu ubranym w popielaty, dobrze skrojony płaszcz z postawionym kołnierzem. Chciała już wrócić do lektury, gdy nagle dostrzegła dłoń mężczyzny. Wyciągnięta przed siebie wnętrzem do góry, a na niej ziarno…
Serce jej na chwilę zamarło a potem zaczęła bić jak szalone. To on! To Adrian!
Zamknęła książkę i z szerokim uśmiechem wstała. Tak, to on! Miał ciemne okulary, więc nie widziała oczu, ale to nie przeszkadzało jej w rozpoznaniu ukochanego sprzed lat. Zbliżyła się. On spokojnie czekał aż przyleci jakaś sikorka, ale żadna nie podlatywała i nie siadała na dłoni.
- Boją się psa, nie przylecą. – Powiedziała przepełniona radością.
- Tak… ale niestety nie mogę bez niego przyjść tutaj… ani nigdzie indziej… - Odparł cicho i spokojnie odwracając do niej swoją twarz.
Uśmiech zamarł jej na ustach. Wiedziała już, czemu nosił ciemne okulary i co robił u jego boku ten owczarek.
Adrian był niewidomy, a raczej ociemniały w wyniku jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Znów poczuła wilgoć w oczach i ból w sercu. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć bądź uczynić. Czuła się przytłoczona tym odkryciem. Pomógł jej pies Adriana, który właśnie cicho zaskomlił.
- A jak się nazywa to śliczne stworzenie? – Zapytała najsłodziej jak tylko umiała i ukucnęła przy psie, aby go pogłaskać.
- Ceren. Nie gryzie i jest bardzo przyjacielski. – Odpowiedział tak samo uprzejmie i też pogłaskał psa. Rozsypał trzymane ziarno po ziemi i otrzepał dłoń. – Dziś już na pewno nie przyjdą do mnie moje sikorki. A kiedyś tak chętnie przylatywały.
- Nauczą się… jeszcze przylecą, na pewno. Proszę nie rezygnować.
Uśmiechnął się wtedy do niej tak ciepło i miło. Poczuła, że byłaby w stanie uczynić dla niego wszystko. I głos miał dokładnie tak aksamitny i miękki jak myślała sześć lat temu.
Nie znała się na ptakach i nie wiedziała jak długo żyją sikorki ani czy się potrafią przyzwyczaić do człowieka z psem. Ale powiedziała mu to gdyż pragnęła go jeszcze raz spotkać. Teraz mogła spokojnie i bez wątpliwości bliżej się z Adrianem zaznajomić. Nie spostrzegła bowiem na jego palcu obrączki.
Kilka dni później znów, tak jak tego pragnęła go spotkała. Ceren pierwszy ją zlokalizował i wesoło zamachał ogonem.
- Witam, znów się spotykamy. – Przywitał się z nią nim zdążyła mu zdradzić swoja obecność. Usłyszał ją?
- Dzień dobry… jak pan mnie poznał?
- Po zapachu pani perfum… i Ceren się ucieszył. Bardzo panią polubił jak ostatnio go pani wypieściła… to ogromny pieszczoch. – Odparł z uśmiechem.
Był taki radosny, jakby nie zwracał uwagi na swoją ułomność.
- Ja też go bardzo polubiłam.
- Adrian jestem, bardzo mi miło panią poznać. – Wyciągnął w jej kierunku dłoń. Uścisnęła ją i poczuła jej miękkość i siłę.
- Elżbieta. Bardzo się cieszę.
Poprowadziła go do swojej ławki pod brzozą i głaszcząc ułożony na swoim kolanie pysk psa rozpoczęła rozmowę. Spytała, czym się zajmuje i odwzajemniła się odpowiedzią na to samo pytanie. Dowiedziała się, zatem, że jest po biologii, a konkretnie po ornitologii i od dwóch lat pracuje nad książką. Rozmowa płynęła im bardzo lekko i przyjemnie. Nie odczuwali upływającego czasu. Elżbieta nie poszła na dwa wykłady wieczorne, bo wolała spędzić ten czas na ławce w parku w towarzystwie Adriana. Rozstali się przed siódmą wieczorem i obiecali, że to nie ostatnie spotkanie.
W domu Elżbieta otworzyła swój pamiętnik i zapisała w nim uczucia, jakie ją wypełniały. A były to radość i szczęście oraz miłość. Czuła, że nabrała wiatru w żagle. Poznała go bliżej i z każdym nowym słowem, jakie wypowiadał czuła, że jest jej droższy i droższy. Znów czuła się jak nastolatka.
Spotykali się kilka razy w tygodniu, ona nie zawsze mogła być w parku o ich porze z powodu zajęć, ale jak tylko mogła to była i zawsze tak samo się cieszyła na te spotkania. Spacerowali po parku i mieście, siadywali w kawiarenkach. Kiedyś Adrian zaprosił ją do filharmonii na koncert. Przyszedł ubrany w biały garnitur i prezentował się wspaniale. Był bez psa, ale miał białą laskę, co w tej sytuacji było i odpowiednie i wyglądało naprawdę dobrze. Zwłaszcza jak stał nonszalancko oparty obiema dłońmi o nią. Ona sama miała na sobie nieskomplikowaną bordową sukienkę z lekkiego materiału. Kiedy do niego podeszła położył jej dłoń na ramieniu i lekko, dotykając zaledwie opuszkami palców zjechał w duł aż dotknął dłoni. Uniósł ją do ust i złożył szarmancki pocałunek.
- Nie mogę tego ocenić na podstawie obserwacji, ale jestem przekonany, że wyglądasz pięknie.
- Dziękuję… A ty wyglądasz wspaniale.
Ujął ją pod ramie i pozwolił, aby poprowadziła do sali koncertowej. Muzyka była piękna, nastrojowa i romantyczna. Czuła się szczęśliwa siedząc obok tego mężczyzny i trzymając jego dłoń w swojej. Marzyła przecież o tym tyle lat.
Po koncercie zaprosił ją na kolację i nie potrafiła mu odmówić, nie chciała tego robić zresztą.
Na dworze było zimno. Rozpoczynała się druga połowa grudnia, był wieczór i miasto tętniło życiem gotując się do świąt.
- Z pewnością jest ci zimno. – Rzekł po kilku krokach – Masz taką cienką sukienkę pod płaszczem, a i on do najcieplejszych nie należy…
Chciała zaprzeczyć, ale nie zdążyła. Jego popielaty płaszcz już otulał jej ramiona. Och, gdyby tylko mógł zobaczyć teraz jej oczy. Dostrzegłby w nich samą miłość, troskę i uwielbienie. Objął ją, a ona się do niego przytuliła i razem skierowali się do restauracji. Tam przy lekkiej kolacji w miłej atmosferze rozmawiali o koncercie. W pewnym momencie Adrian zakaszlał dyskretnie.
- To dla tego, że dałeś mi swój płaszcz. – Żaliła się zmartwiona.
- To nic takiego. – Zaprzeczył z rozbrajającym uśmiechem. – Wolę już trochę pokasłać niż mieć świadomość, że tobie jest zimno…
- Adrianie…
Boże jak ona go kochała.
- A co się stało z twoim brązowym płaszczem? – Zapytała w pewnym momencie. Uniósł głowę znad talerza.
- Brązowy płaszcz…- Powtórzył zdziwiony. – Od wielu lat go nie noszę. Skąd wiesz?
- Widywałam cię dawno temu jak karmiłeś sikorki w tym samym miejscu. – Czuła się trochę niezręcznie. Nie wiedziała czy powinna mu powiedzieć, co czuła do niego i co czuje nadal.
Adrian tym czasem zmarszczył brwi i coś sobie usiłował przypomnieć. Odłożył sztućce i wytarłszy ręce w serwetkę sięgnął do swojej szyi. Zdjął z niej złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie ptasiego pióra. Ułożył go sobie na dłoni i uśmiechnął się do siebie. Patrzyła na łańcuszek i jego palec pieszczący piórko.
- Sześć lat temu go kupiłem. Widywałem wtedy w parku śliczną dziewczynę. Była bardzo młoda i się obawiałem, że uzna mnie za starucha jak ją zaczepię. Przed świętami postanowiłem, że jej go dam.
Urwał na chwilę i widać było, że jest myślami przy tamtej dziewczynie.
- Miała złociste włosy i duże, szare, piękne oczy. Siedziała zawsze o tej samej porze na tej samej ławce pod brzozą… na tej samej, co my siadamy Elu… - Ujął jej dłoń w swoją i położył łańcuszek na niej. - Ale nie dałem go… stchórzyłem. Przestraszył mnie jej wiek. Była chyba dziesięć lat młodsza ode mnie.
- Dziewięć Adrianie. – Głos jej się trząsł ze wzruszenia.
- Tak, dziewięć… przychodziłem codziennie karmiłem sikorki, moje sikorki, a przychodziłem dla niej. Pamiętam, jak kupiłem ten łańcuszek, moja siostra, która była wtedy ze mną strasznie chciała się dowiedzieć, dla kogo to…
- A więc to była twoja siostra? – Oczy Elżbiety były szeroko otwarte. Jego siostra… jego rodzona siostra…
- Tak, to też wiesz?
- Widziałam cię wtedy. Myślałam… - Zasłoniła twarz dłońmi bo czuła jak policzki stają się wilgotne od łez.
- Elu, co się stało?
Spojrzała na niego.
- Ja wtedy kupiłam dla ciebie ciemno oliwkowy szalik, bo nie nosiłeś i się bałam, że się przeziębisz. A jak ją zobaczyłam to… to…
Dotknął jej twarzy i pogłaskał po policzku.
- I myślałaś, że to moja dziewczyna?
Rozpłakała się.
- Tak…
Wstał i podszedł do niej, przytulił klęcząc i szepnął cicho by nie płakała.
- Ja się wtedy w tobie tak zakochałam, przychodziłam tam by na ciebie patrzeć.
- Elu… słonko moje, czy co roku zbierałaś jesienne liście?
A więc ja widział wtedy. Też ją widział i…
- Zadurzyłem się w drobnej blondyneczce, która zbierała w parku liście, a pokochałem wspaniałą studentkę polonistyki, która podeszła do mnie sześć lat później. Tak żałuję, że nie mogę spojrzeć w twoje szare, piękne oczy… ale obraz twój z bukietem liści na zawsze został w moim sercu… kocham cię Elżbieto.
Przytuliła się do niego i odnalazła jego usta. Nie potrzebowali wzroku by dać sobie miłość.
- Masz jeszcze ten szalik? Bo nie chciałbym się rozchorować tuż przed naszą podróżą poślubną… 
***************************************************************************** 

 To jest sikora bogatka
 A to sikora modra - zwana modraszką

A tu moje ulubione sikorki ubogie nazywane czasem szarytkami.

 

6 komentarzy:

  1. Ja też uwielbiam sikorki :D
    POZDRÓWKI ciepłe ślę :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiec tak:) Zazdroszczę Ci wyobraźni. Jesteś trochę jak moja idolka Ania z Zielonego Wzgórza :) Fabuła fajna, opowiadanie nie jest nudne, ale zależy co kto lubi. Jest ono takie spokojne i romantyczne. Ja romantyczką nie jestem więc dla mnie za spokojne:) Talent pisarski na pewno masz, to nie ulega wątpliwości :) Ja jedyne w opowiadaniu poprawiłabym kilka błędów, które rzuciły mi się w oko ( ale to pewnie dlatego, że jestem niedoszłą) polonistką;) Parę stylistycznych zwrotów, powtórzenia i ortograficzny jeden malutki. Mam nadzieję, że się nie gniewasz za szczerość. A zdjęcia sikorek są boskie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, jakże bym się mogła gniewać. przecież właśnie na takich słowach mi zależało. co do błędów to wiem, że są, jestem straszna z ortografii ( chociaż nie mam żadnych papierów). Fakt, że to opowiadanie jest bardzo "malinowe", ale na początek chciałam coś spokojnego przedstawić. W większości moich historii nie jest tak sielankowo. Ale one są raczej za długie na przedstawianie tu na blogu.
      Jeszcze raz dziękuję za słowa konstruktywnej krytyki. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Hej powiem tak, opowieść bardzo fajna, ale ma inny klimat niż ta o nornicy, inny styl pisarski. Tamten podobał mi się bardziej, mam nadzieje że sie nie pogniewasz za słowa. Nie jest zła ta opowieść ale czegoś jej brak i to coś miła ta opowieść o nornicy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam. Opowieść o nornicy była wspomnieniem z przed kilku miesięcy. Nie miała w sobie nic fabularnego. A to jest moje opowiadanie które napisałam jakieś 10 lat temu jako romantyczna studentka.
    Oczywiście że się nie gniewam, ja się nigdy nie gniewam za szczere słowa chyba że są wybitnie niekulturalne i mają na celu zranić i dopiec. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Roślin to ja tak bardzo nie kocham, ale jak widzę fotografię ptaków - to serce zaczyna mi bić szybciej, od razu kombinuję jak to zamknąć kompozycję w kółeczko albo owal.... i tak patrzę, ze te Twoje ptaki to by mi pasowały na naszyjnik !

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.