Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 31 grudnia 2013

Mąż mój ukochany cudem jest

Wiele z was się ze mną zgodzi zapewne (nie wszystkie ale wiele), że mężowie wspaniali są bądź potrafią być. I mój pod tym względem należy jednak zdecydowanie do grupy tych wspaniałych, fenomenalnych cudów chodzących - tylko aureoli brak bo zapasy się w niebie za czasów średnich wyczerpały. Swoją drogą co ówcześni "Święci" mogliby zmajstrować dziś to na aureolkę nie zasługiwaliby.
No ale po cóż ten przydługi wstęp? Ano po to, że dokładnie dwa lata temu i dwa dni powiedzieliśmy sobie z moim ukochanym urzędowe (na sakramentalne przyjdzie czas niebawem) "TAK" i zostaliśmy zaślubieni na amen. No i w związku z tym jakże uroczystym dniem, ja z wywalonym językiem biegłam do budowlanego powszechnie znanego marketu bom sobie przypomniała, że mąż mój ukochany o wkrętarce marzy. Zakupiłam tęże wkrętarkę i szczęśliwa z kilkoma ramkami dodatkowo, wróciłam do domku. A wieczorem w drzwiach jedyny najukochańszy już w progu Wyciąga ramie z wielkim czerwonym pudłem:

 Jeszcze w pudełku, bo niestety nie miałam teraz kiedy jej rozgryźć. Instrukcja nieco mnie przerażą ale wierzę, że sobie poradzę.
Nigdy nawet nie wąchałam maszyny do szycia nie mówiąc o dotykaniu. Ale już czuję to mrowienie w palcach na myśl o nauce.
 Dziękuję kochanie za taki prezent, uradowałeś swoją małą żonkę.
A zmieniając nieco temat to zainspirowana serwetkami które wygrałam w candy u Weroniki oraz przede wszystkim wspaniałymi serwetkami i bieżnikami robionymi przez moją bratową - szwagierkę Justynę z bloga "Haft Richelieu i nie tylko" podjęłam wyzwanie i nauczyłam się tego ściegu. Na razie to tylko ćwiczenia i próby dla wyrobienia ręki ale jestem zadowolona z efektów. Nie ma się czym chwalić, jak już coś ładnego wyszyję to pokażę, na razie się uczę.

Moje kochane
Aby nadchodzący rok obfitował w same dobre zdarzenia
Aby głowy wasze zawsze pełne wspaniałych pomysłów były
By zdrowie dopisywało i kasy nie brakowało
By uśmiech gościł na waszych twarzach każdego dnia
I aby się nitka i włóczka złośliwie nie plątała.
Tego i jeszcze czego sobie zamarzycie
Z całego serca wam dziś życzę.

   Zatem "do siego roku" drogie moje.





Na koniec zdjęcia sikorek ubogich bo słodkie są to ptaszki.
Udanej zabawy!

piątek, 27 grudnia 2013

Poświąteczne wspominki i wstążkowe rozterki

Witajcie kochane po świętach.
Bardzo ciepło dziękuję za życzenia. Jestem młodą stażem blogowiczką i bardzo raduje się tak miłym przyjęciem. 
Mam nadzieję, że nie przejadłyście się za bardzo.
Ja w końcu wróciłam z dziczy i mam dostęp do netu. Ale nie zamieniłabym moich czteroosobowych świąt w środku lasu z dala od cywilizacji. W drodze do rodziców na 60 kilometrowym odcinku obwodnicy naliczyła 17 ptaków drapieżnych siedzących na słupach przy poboczu i czekających na ofiary kół samochodów. Trochę to droga na skróty ale jakie pomysłowe. A do tego nie koniec przyrodniczych niespodzianek. W pierwszy dzień świąt podczas odpoczynku po śniadaniu i kawie mój maż zerknąwszy za okienko na poddaszu zauważyła coś co sprawiło, że oczy mu urosły. Więc wiedziona babską ciekawością podniosłam się z łóżka i tez wyjrzałam. I moim oczom ukazało się wspaniałe stado jeleni. Pięć łani i za nimi wspaniały byk. Nigdy jeszcze nie widziałam jelenia szlachetnego na żywo a co dopiero całe stado przebiega kilkadziesiąt metrów od mojego domu. 
 Zatem krótko mówiąc święta były świetne poza małą awarią prądu w drugi dzień świąt.
A żeby dosłodzić jeszcze ten rozkoszny tort - Dziś przyszła paczka z pasmanterii a w niej miliony mulinek i wstążek...
I tu rodzi się problem... zachwyciłam się haftem wstążeczkowym ale nie wychodzi mi. Chyba mam niewłaściwe wstążki. 
A na urodziny mąż obiecał mi maszynę do szycia. Nie mam pojęcia o szyciu ale od dawna marzyłam o maszynie i o tym aby się nauczyć z niej korzystać.
Mam pytanie, jakich wstążek używać żeby przechodziły przez tkaninę. Te z "haftixa" są za sztywne.
A przeglądając zawartość komputera znalazłam zdjęcie z sesji fotograficznej którą urządził mój mąż dla wypróbowania nowego obiektywu. Zatem pragnę wam się ukazać aby nie być tak kocio-beztwarzową. Zdjęcie sprzed trzech lat ale nic się nie zmieniło poza długością włosów - są dłuższe.


 A więc wiecie jak wyglądam, nie ma co dzień co prawda.
Pozdrawiam gorąco.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przedświątecznie

Wiem, że wszystkie jesteście zabiegane i zapracowane bardzo, bardzo... Nie będę więc zawracać głowy duperelami tylko krótko i na temat:
***
Wszystkiego tego czego sobie wymarzycie
Co wyśnicie w zimowe noce.
Aby się każde marzenie spełniło
Aby ciepło rodzinnej sielanki otuliło,
Żeby wena nie zanikła
Żeby wyobraźnia wam rozkwitła.
Wypoczynku i relaksu
Mnóstwa miłości, i szczęścia
Zdrowia i spokoju ducha, 
Wszystkiego tego i jeszcze więcej wam życzę
Z całego serca
*** 

I bardzo dziękuję za to, że tak gorąco mnie przyjęłyście w swym wspaniałym blogowo - robutkowym gronie.

Na ozdobę kilka zimowych zdjęć z miejsca gdzie jadę na święta, nie są niestety z tego roku ale sprzed trzech lat, kiedy to jeszcze na święta dopisał śnieg. Pomarzyć można...



 
Nie byłabym sobą jakbym jednak sobie nie przypomniała o czymś w ostatniej chwili. 
To nic takiego wielkiego ale chcę pokazać rozpoczęty wiosenny haft. Na razie jest tylko obszyty kontur ale powoli zabieram się za wypełnianie tego konturu. 
Haft nazywa się "Kwiat głogu" Chociaż liście go nie przypominają. 


Pozdrawiam was cieplutko moje kochane i do zobaczenia już po świętach.

piątek, 20 grudnia 2013

Przesyłka i drobiazgi najróżniejsze.

Witajcie dziouszki. 
Dnia wczorajszego rano spałam słodko i niewinnie niczym kociak aż tu nagle dźwięk straszliwy i bezwzględny mnie obudził - domofon. Zignorowałam i odwróciłam się na drugi bok, a ten znów dzwoni. "Nie ma mnie i już" nakryłam głowę kołdra. Po minucie ktoś brutalnie dobija mi się do drzwi - nosz skandal. Wiedziałam kto to ale nie było mowy, żebym w piżamie składającej się ze spodni od dresu i starego podkoszulka męża otworzyła drzwi listonoszowi, chyba, że przyniósł wygrana w totka, a ponieważ nie gram to niech na kokos spada. 10 rano to nie czas na dostarczanie przesyłek!
Tak oto moje lenistwo zmusiło mnie dnia dzisiejszego do wędrówki na pocztę z awizo w zębach coby odebrać to co wczoraj samo do mnie przyszło. Cóż, sama się nie rozumiem.
No ale doczłapałam się z poczty do domu i wiedząc podskórnie jakoś co jest w przesyłce cieszyłam michę.
A było z czego. Wspominałam, że wygrałam Candy u Weroniki (Świat nicią malowany) i właśnie odebrałam nagrodę.
A w skład prezentu wchodziły:

Dwie piękne świąteczne serwetki



 Są na prawdę doskonale wykonane i zdjęcie nie jest w stanie oddać tych wszystkich niuansów.

Oprócz tego szydełkowe śliczności





 Bardzo mi się podobają ozdoby i na pewno będą zdobiły mój dom. Jestem pod wrażeniem wykonania. Sama nie bardzo umiem takie rzeczy, coś tam szydełkuję ale... słabo mi idzie. 
Ale to nie koniec 
W paczuszce były też śliczne mulinki, na pewno się przydadzą:) Drewniane kształtki to zawieszek oraz fiolkę koralików. Jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie... nie mam pomysłu ale jak coś stworzę to na pewno się podzielę.
Do tych skarbów dodana była świąteczna kartka z życzeniami oraz czekolad. Ta ostatnia chyba najgorzej zniosła podróż. Ponieważ poczta polska nieszczególnie przejmuje się zawartością paczek czekolada wygląda jakby ją czołg staranował. No ale dla mnie to nie problem - zamrażalnik i będzie jak nowa po tuningu...
ZA WSZYSTKO BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WERONIKO - TOBIE I TWOJEJ RODZINIE RÓWNIEŻ WESOŁYCH I SPOKOJNYCH ŚWIĄT. 
Oficjalne życzenia zamieszczę bliżej świąt:)

Pisałam wcześniej o wypadku z rybkami, którego wniebowziętym sprawcą był Łaciaty. (Teraz smacznie śpi pod kaloryferem - wielbiciel ciepła). Chciałam się bezczelnie pochwalić rezultatem działań w efekcie których zginęło pięć niewinnych istot skrzelodysznych. 
Ale ponieważ Pani Gupik jest w ciąży to niedługo rachunek się wyrówna. 

Moje maleńkie akwarium po remoncie
Dawno temu mijając jakiś jeden z miliona lumpeksów rozsianych po Wrocławiu zajrzałam do niego  i wytachałam czarna wzorzystą tunikę. kosztowała mnie jakieś 5 złota i jest jedną z moich ulubionych części garderoby. Ale od samego początku drażniło mnie że ma na dekolcie placek materiału zupełnie innego niż reszta i zupełnie pustego. Postanowiłam pod wpływem impulsu coś z tym zrobić i zrobiłam to:
 Jest to całkowity spontan i improwizacja, bez wzoru, bez szkicu, na żywioł. Chciałam zobaczyć jak sie pracuje nową metaliczną nicią. Wiem, że jest nieco niesymetrycznie ale... to domowa tunika i mnie się nawet podoba.

A na koniec jak Kocia Arystokracja pilnuję, żeby Pańcia się nie utopiła w wannie. 
Der Łaciaty w umywalce

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających.





środa, 18 grudnia 2013

Kocim okiem

No spójrzmy o co w tym wszystkim chodzi... Mrrr... Prościzna, nie wiem czemu wychowanica moich ludzi – kociara tak się z tym wszystkim na początku męczyła. Prych... Toż nawet mysz sobie by z tym poradziła, no ale ludzie to zbyt rozgarnięci nie są, zresztą dali mi ci moi kilka przykładów na potwierdzenie tej tezy... zatem, mrrau... blogowanie to prościzna. Tylko żeby się nie z wiedzieli, im mniej wiedzą o naszej inteligencji tym lepiej.

Może się przedstawię: Jestem dziką, lecz korzystającą z domu ludzkiego, szylkretową kotka o imieniu Liza. Zainteresowało mnie co też ta kobieta tak stuka w laptopa i się cieszy. Przeczytałam co nieco i się zawiodłam jej...ślepotą i głupotą bo inaczej tego szanujący się kot nie nazwie.

Pamiętacie tę małą nornicę o której pisała kilka dni temu? Tak, to właśnie Ja to stworzenie przytargałam z lasu do nich. A oni co? No ten wysoki co go mężem kociary nazywają coś tam załapał aluzję ale ona uparcie przekazu nie odczytywała i dopiero za drugim razem doszła do tego, że mają to biedne życie objąć swoim ciepłem. No i zrobili jak chciałam, a po tygodniu wrócili z odchowanym już posłańcem i co... coś spaprali bo mała zeszła.

No nie udało się... nie wyszło jak planowałam lecz wierzyłam, że pomimo tego zrozumieją.

Phh.... prych... nie zrozumieli nic.

Zastanawiacie się co mieli zrozumieć? Ano mieli pojąć, że są już gotowi do opieki nad bezbronną istotą i postarać się o jakiś małe ciepłe stworzenie – nazywacie to dzieckiem. A oni dalej swoje – chcę ale się boję... Frrych. Zmarnowałam czas i tyle. Uciekam na łąkę polować na krety. Wszystkie uciekły jak Jerzy z kociarą zaczęli stosować świece dymne. Strasznie śmierdzą, aż mi wąsy zwiędły. Puff, mrrau”






niedziela, 15 grudnia 2013

Przetacznikowa odyseja i rybia apokalipsa

Bądźcie pozdrowione...
Witam serdecznie nowych obserwatorów i dziękuję za wszystkie miłe słowa oraz życzenia powrotu do zdrowia. Wracam bardzo powoli. 
Dziś będzie jak w tytule posta o przetaczniku (chwaścior jeden...) ale to za chwilę. Najpierw krótka historia sprzed kilku godzin. 

"Dla czego mam ochotę oskalpować mojego kota i gdzie podziały się małe gupiczątka"
Dnia dzisiejszego wspaniałego zobaczywszy piękne słonko za oknem postanowiłam zrobić porządek u rybek.  Posiadam akwarium - litraż niewielki - 35 litrów. Jeszcze trzy dni temu pływało w nim słownie pięć ryb i jedna krewetka. Było też dość marnie pod względem botanicznym. Wpadła do mnie na wyszywanie przyjaciółka i stwierdziła, że jej się namnożyły i ryby i rośliny to mi podrzuci bo u mnie biednie.
Zatem  w piątek rano moje mikro - akwarium wzbogaciło się o kilkanaście ryb i kilka liści. A ponieważ nie bardzo miałam natchnienie to wrzuciłam wszystko do wody luzem i czekało na wenę. Ta przyszła dziś. Więc zabrałam się za porządki i sadzenie w żwirku (wygotowanym wcześniej żeby się jaj ślimaków pozbyć) nowych i starych roślinek, wyszorowałam szkło. Nagle szłyszę "trzask". Zimny pot mi wyskoczył wszędzie i niestety moje najczarniejsze myśli się zmaterializowały. Wpadłam do pokoju a tam dzbanek z rybami odłowionymi na czas sprzątania pęknięty na dywanie, a rybki radośnie podskakują. Chwila paniki i decyzja podjęta - Pal licho dywan, wyschnie, trzeba ratować rybki. (Pomijam zdziwionego kota siedzącego tam gdzie jeszcze przed chwilą stał dzbanek). Wyzbierałam te biedne stworzenia do wiadra z odlaną wodą. Ale jak się potem okazało nie wszystkie znalazłam. W całym zamieszaniu zawieruszyły się maleńkie przeźroczyste gupiki. Nie żeby to jakaś wielka strata było, bo mnoży się toto jak bakterie ale jednak szkoda żywych stworzonek. Ale mój wzrok nie był wstanie ich zlokalizować na dywanie. 
Dopiero po chwili przyszło zastanowienie - jak ja wysuszę ten cholerny dywan i jak ubić kota którego tak się kocha. I jak dobrze, że męża w domu nie ma bo kot już by na podobieństwo królików oskórowany był i wisiał nad wanną.
Bilans takie że mam zalany dywan, który przewieszony częściowo przez stół schnie i pięć ryb mniej. 
Niżej przedstawiam stan przetacznika. Dużo jeż zrobiłam ale jeszcze bardzo dużo przede mną. Zdjęcia postanowiłam opublikować, żeby potem jak już pokaże wersję ostateczną można było porównać. 


Jak widać, jest nałożona pierwsza warstwa, że się tak wyrażę, teraz zaczynam zabawę w szczegóły związane z cieniem i światłami i niuansami inszymi. 
Pozdrawiam gorąco wszystkich.

czwartek, 12 grudnia 2013

Walka z infekcją i rachunek sumienia

Witajcie moje kochane.
Na wstępie bardzo ale to bardzo dziękuję za miłe słowa odnośnie moich zdjęć z motylkami. Cieszę się, że przypadły do gustu. 
Dziś moje nadwątlone zdrowie zagnało mnie do lekarza. Oczywiście prywatnie gdyż jak się okazało w "mojej" przychodni państwowej funduszowej brak miejsc. Jedna moja stała pani doktor zajęta do końca roku, druga może mnie przyjąć w Sylwestra... 
Ręce opadają i zemrzeć idzie. 
Zatem znalazł się jakiś inny awaryjny internista co mnie za tydzien może obejrzeć. Bez łaski, przyjdę a i owszem, niech zapracuje jakoś na tę swoją dolę. Ale do tego czasu to ja mogę na pryczy szpitalnej zalegnąć z zapaleniem płuc czy inszym dramatem. Więc szybciutko do prywatnego bo leki potrzebne.
A tam oczywiście, lekarz jest - zwarty i gotowy - czeka już na panią tylko... Łolaboga 90 zł chcą za tę przyjemność. Skandal, do internisty? Do ginekologa płacę tam 70 zł ( bo oczywiście państwowo to na za pół roku można dopiero ).
No dobra, zapłaciła ja z bólem serca i pełznę na trzecie piętro. Dramat jakiś, ledwo się dowlokłam, a przecież pracuję fizycznie. 
Diagnoza - przewlekłe zapalenie zatok i osłabione serducho (stąd te niezwykłe zadyszki).  Super, żyć nie umierać. Garść papierów wymienialnych na leki dostałam i do apteki.
Zatem nie mogę się pochwalić niczym poza końską dawką antybiotyku i rozgoryczenia na służbę zdrowia (zresztą kto tu komu służy bo na pewno nie oni nam).
Chwaścior mój straszliwy dorobił się już wszystkich liści i jak tylko się lepiej poczuję to postaram się go wykończyć i pokazać. 
Zrobiłam też małą improwizację na starej lumpeksowej tunice ale z braku chwilowego aparatu nie mogę pokazać. 
Mam też w głowie pomysł na następne tygodnie. Po ostatnich roślinnych hafcikach jakoś mam dość zieleni. A niestety dominuje ona w roślinach, zatem zamarzyło mi się coś bardziej kolorowego. I tak w oczach mam gałązkę wiosennej wiśni czy jabłoni, jeden pies, (zgroza - ogrodnikiem jesteś!) z różowymi pączkami, białawymi kwiatkami, wielobrązową gałązką i - cóż - zielonymi listkami.
W poniedziałek napadłam pobliski lumpeks w którym tegoż dnia wszystko jest po trzy złote (takie sklepy to ja lubię) i zakupiłam kilka materiałów. Zasłonkowe pseudoatłasy w kolorze morelowym i bladogroszkowym. Jakość dobra, nie rozciągają się, gładkie i ładne. Zobaczę jak będzie mi się na tym Wyszywać.
 Pozdrawiam serdecznie 
Idę jeść rosół i wyleżeć chorobę z książką w dłoni.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Dużo dobrego

Dziś krótko ale radośnie.
Po pierwsze to chciałam się pochwalić iż wygrałam candy u Weroniki z bloga: Świat nicią malowany. 
Jest to moja pierwsza wygrana i sprawiła mi ogromną radość. Miałam dość nieprzyjemną noc i fajnie rano dostać tak miłą wiadomość. 
Druga informacja to ta, że dziś stuknęło mi tysiąc odwiedzin. Wiem, że dla niektórych to pryszcz ale dla mnie cztery cyfry to powód do radości. Tak jak i każdy komentarz.
Chciałam też wyjaśnić pewną niejasność, która mam wrażenie powstała kiedy opublikowałam w poprzednim poście swoje opowiadanie. W komentarzach było porównywane do opowieści o Nornicy. Pragnę wyjaśnić, iż historia Polci nornicy jest autentycznym zdarzeniem z tego roku i opisałam je jako wspomnienie które nadal jest żywe w naszych sercach. Natomiast "moje sikorki" to opowiadanie, które napisałam jakieś dziesięć lat temu i jest czystą fikcją stworzoną przez umysł romantycznej dziewczyny.
Tak czy inaczej bardzo cenne dla mnie są każde wasze słowa i cieszę się, że mi nie słodzicie - to bezcenne. 

Z racji, że dziś nie mam żadnych haftów do pokazania, nadal mielę mojego chwasta w bólach niemalże porodowych... Na osłodę mżystych i chmurnych dni - MOTYLKI

Rusałka Admirał

 Dostojka Latonia

 Czerwończyk Dukacik

 Modraszek Arion
 Dostojka Latonia
Ściskam mocno i pozdrawiam ciepło.

sobota, 7 grudnia 2013

Trochę romantycznie... trochę literacko


Witajcie.
Moje zatoki nie bardzo chcą odpuścić i wyszywanie niezmiernie mnie męczy więc po półgodzinie muszę niestety odłożyć tamborek. Mam zatem nieco więcej czasu na inne przyjemności. Na przykład na czytanie i pisanie, bo co dziwne od tych czynności tak mnie oczy nie bolą. Postanowiłam zrobić mały remanent w swoich papierach (w powieściach i opowiadaniach które produkowałam od najmłodszych lat). Mam do tych utworów literackich ogromny sentyment, są częścią mnie, taką nieodłączną. 
Pragnę się z wami podzielić tą romantyczną i nieco naiwną częścią mojej duszy. Opowiadanie nie jest długie i trochę naiwne ale bardzo mi bliskie. Chętnych zapraszam do lektury i proszę o jakieś słowo na temat odbioru. Czy się podobały czy nie... czy miło się czytało, czy było nudne. 
Ponieważ jak sam tytuł zapowiada jest to opowiadanie związane z ptakami to na końcu zapraszam do oglądania zdjęć mojego autorstwa.

**********************************************************************************
MOJE SIKORKI

Elżbieta przez miejski park nad stawem przechodziła codziennie i to co najmniej dwa razy. I to od wielu lat. Tędy prowadziła najkrótsza droga do szkoły podstawowej, do której uczęszczała oraz do gmachu głównego jej uczelni, na którą się dostała dwa lata temu. Jedynie podczas nauki w liceum nie miała okazji tak często odwiedzać lubianego parku.
Jednakże jako dziecko i nastolatka nie zwracała uwagi na urodę i piękno tego zakątka, zbyt pochłonięta przyziemnymi sprawami takimi jak odrobione bądź nie zadanie domowe, sprawdzian czy kartkówka. Dopiero w ósmej klasie park nabrał dla niej innego znaczenia. A to za sprawą Adriana.
Miała niecałe piętnaście lat i była niepoprawną romantyczką. Czytywała romantyczne opowieści, snuła marzenia i fantazje i księciu na niekoniecznie białym koniu. I książę, co prawda bez konia, ale się pojawił. Wracała do domu ze szkoły i oczywiście marzyła. Późna jesień ogarnęła i ją swoją melancholią. Słońce jeszcze grzało, a barwne liście rozweselały krajobraz. Postanowiła nazbierać najładniejszych liści by przyozdobić w pokoju zasłony i firanki. Czerwono żółte liście jaworu, złociste buku, brązowe i karminowe dębów… orgia barw pochłonęła Elżbietę. Były takie piękne w chwili swojej śmierci… oddawały tym hołd minionemu już latu.
W pewnej chwili dziewczyna usłyszała świergot i spojrzała na krzew. Na gałązce siedziała śliczna sikorka z niebieską główką i szczebiotała wesoło. Chwilę poskakała z gałązki na gałązkę i pofrunęła. Dziewczyna popatrzyła za nią i zaskoczona spostrzegła, że ptaszek wylądował na dłoni młodego mężczyzny. Około dwudziestoczteroletni mężczyzna w jasno brązowym płaszczu na wyciągniętej dłoni miał wysypane ziarno i okruszki. Co rusz podlatywał do niego jakiś skrzydlaty mieszkaniec parku i częstował się. Ela była zachwycona i zdziwiona. One się go w ogóle nie bały. Przylatywały, siadały i wcale im nie przeszkadzało to jak do nich przemawiał. Nie słyszała, co prawda tego, co mówił, ale była pewna, że słowa są ciepłe, a głos ma miękki, aksamitny i spokojny. Tak jak włosy, które jakby nie mogły się zdecydować czy chcą być kasztanowe czy miedziane. Lekko lśniły w słońcu. Nie mogła dostrzec koloru oczu, ale na pewno były jasne. Zresztą w ogóle uznała, że był nieprzeciętnie przystojny i piękny, gdy tak spokojnie i dostojnie stał z wyciągnięta dłonią i delikatnie się uśmiechał do sikor.
Westchnęła cicho i usiadła na ławce. Nie mogła od niego oderwać wzroku. Miał w sobie coś magnetyzującego, coś co nie pozwalało jej wrócić do domu tak po prostu, w tej chwili. Patrzenie na niego sprawiało jej przyjemność.
Po kilkunastu minutach ptasi przyjaciel zakończył karmienie, otrzepał dłonie i odszedł nieśpiesznie. Odprowadziła go wzrokiem i z rozczarowaniem na twarzy podniosła się z ławeczki. W domu pierwsze, co uczyniła to otworzyła swój pamiętnik i zapisała w nim najpierw kilka krótkich zdań dotyczących zdarzeń w szkole, po czym rozpisała się na temat „przyjaciela sikorek” jak nazwała mężczyznę z parku. Następnego dnia rano, idąc do szkoły rozglądała się za min, ale nigdzie go nie zobaczyła. Za to w drodze powrotnej natknęła się na swoje go „ przyjaciela sikorek”. Był w tym samym płaszczu, stał w tym samym miejscu i tak samo się uśmiechał.
Elżbieta popatrzyła na zegarek. Była piętnasta. Wczoraj dokładnie o tej samej porze kończyła lekcje, więc mniej więcej o tej samej porze go zobaczyła…
Od tego dnia starała się być w parku o piętnastej by go spotkać. I nie zawiodła się, był codziennie, niezmiennie w brązowym płaszczu karmił sikorki niezależnie od pogody.
Mijały dni, tygodnie, a ona przychodziła do parku by móc patrzeć jak on karmi ptaki. Już dawno zdała sobie sprawę z tego, że jest w nim zakochana. Miała piętnaście lat i pełne prawo do tego, aby się nieprzytomnie zakochać w obcym mężczyźnie na podstawie tylko i wyłącznie codziennych spotkań w parku, na których nie zamienili ani jednego słowa. Zawładnął jej sercem i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie zwrócił przecież uwagi na drobniutką blondyneczkę o szarych, dziecięcych oczach, która codziennie się mu przyglądała. Był jej rycerzem, księciem na niekoniecznie białym koniu. Stał się jej romantyczną niestety platoniczna, młodzieńczą miłością. Każda strona w jej pamiętniku była zapisana tym, co do niego czuła, co myślała i co zaobserwowała, a co miało ścisły związek z nim. Bez przerwy tkwił w jej myślach, stając się niemal symbolem. Pisała opowiadania, wiersze, piosenki dla niego. A on…
On przychodził do parku nad staw i karmił ptaki ziarnem.
Któregoś dnia przed Bożym narodzeniem spacerowała z koleżankami po ogromnym centrum handlowym. Wybierały prezenty i robiły zakupy, śmiały się i plotkowały. Elżbieta zatrzymała się przed sklepem z męską odzieżą.
- Chyba nie zamierzasz tam wchodzić? – Spytała się Ania, koleżanka z ławki i najlepsza przyjaciółka.
- Zamierzam…
- Ale, po co? – Zainteresowała się inna z koleżanek. – Chcesz coś wybrać tacie?
- Tu jest strasznie drogo. – Dodała trzecia.
- Wiem.
Weszła do sklepu i zaczęła oglądać męskie szaliki. Były bardzo drogie tak jak powiedziała Marta, ale jej to nie przeszkadzało. Od kilku miesięcy zbierała na prezent dla niego. Chciała w końcu podejść do mężczyzny swoich marzeń, poznać go i… dać mu prezent gwiazdkowy. Bardzo jej się spodobał jeden z szalików. Był ciemno oliwkowy i kolor ten niezwykle pasował do płaszcza, jaki nadal nosił jej ukochany. Był miękki i miły w dotyku. Nie zastanawiała się długo. Wybrała ten i kupiła. Wydając na ten kawałek ciepłej tkaniny tak dużą sumę pieniędzy czuła jedynie radość i podniecenie.
- Dla taty?
- Nie… Dla niego… Zauważyłam, że niema szalika i musi mu być zimno jak wieje wiatr.
Ania była wtajemniczona i tylko głęboko westchnęła. Elżbieta przycisnęła do serca zapakowany szalik i z uśmiechem towarzyszyła koleżankom w dalszych zakupach. W pewnej chwili stanęła raptownie. Kilka metrów od niej, przed wystawą sklepu z biżuterią stał on. Nie uśmiechał się, był zamyślony. Lecz po pewnym czasie zdecydowanym krokiem wszedł do środka i bez większego wybierania kupił coś. Co to było nie wiedziała niestety. Ale nareszcie zobaczyła, że oczy ma niebieskie...
Koleżanki też się zatrzymały i popatrzyły na nią ponaglająco. On wyszedł, znacznie już wolniej, z ciepłym uśmiechem na wargach i aksamitnym pudełeczkiem w dłoni.
- Adrian! Gdzie ty znikasz? – Podbiegła do niego jakaś brązowowłosa dziewczyna i zawiesiła się na ramieniu.
Elżbieta poczuła jak w oczach pojawiają jej się łzy i powoli przekraczają granicę rzęs by w końcu spłynąć po policzkach. Obraz jej się zamazał, ale wcale to nie pomogło, że nie wiedziała jak się oddala jej „ przyjaciel sikorek” z tą brunetką uwieszoną na ramieniu. Miał więc dziewczynę… nie był sam… był, więc niedostępny dla niej i … miał na imię Adrian.
Ciężko przeżyła to zdarzenie. Czuła się strasznie opuszczona i samotna. Nie przestała przychodzić do parku, mimo iż miała taki zamiar. Nadal siadała na tej samej ławce pod brzozą i patrzyła jak przychodzi by nakarmić ptaki. W brązowym płaszczu i bez szalika.
Nie dała mu kupionego prezentu i nie podeszła do niego. Pozostała z boku, była tylko obserwatorem.
Aż pewnego dnia to on się nie pojawił o normalnej porze. Czekała godzinę i wróciła do domu. Następnego dnia też nie przyszedł i tylko przyzwyczajone do godziny karmienia sikorki skakały po gałązkach pobliskich krzewów. Może zachorował… w końcu nie nosił szalika przez całą zimę, to musiało się zemścić. Ale niestety „przyjaciel sikorek”, Adrian już nie przyszedł do końca roku szkolnego. A podczas wakacji nie było jej w mieście i nie miała okazji sprawdzić czy nie przychodzi może ponownie. Jak poszła do liceum jej droga do szkoły nie przebiegała już przez park, ale jak miała tylko czas i okazję to szła do parku nad staw i siadała na ławce pod brzozą i czekała, jeśli tylko mogła to przez godzinę, od piętnastej do szesnastej? Niestety ani razu go nie spotkała. Sikorki też przestały przylatywać w to miejsce tak jak robiły to rok temu jeszcze.
Adrian, mimo, iż zniknął z parku nie zniknął z jej serca i myśli. Nadal go kochała i zastanawiała się, co było przyczyną jego zniknięcia. Najczęściej przychodziła jej do głowy myśl, że on się ożenił z tą brunetka i nie miał czasu na karmienie sikorek w parku. Płakała, kiedy o tym myślała, nie chciała, aby tak było. Chciała, aby on wyjechał gdzieś i wrócił do niej i do sikorek.
Cztery lata liceum minęły szybko dla Elżbiety. Nowe koleżanki, nowi koledzy, przyjaciele. Ale żadnej miłości. Poszła na studia, na polonistykę gdyż kochała literaturę. I jej droga na zajęcia znów przebiegała przez park, To jej przypomniało stare czasy, gdy leciała na ósmą do szkoły podstawowej. Odświeżyło też wspomnienie o Adrianie. Nigdy go nie zapomniała, chociaż nieco przybladł jego wizerunek w jej pamięci.
Studia dawały jej dużo radości i satysfakcji. Przerwy między zajęciami spędzała w parku na tej samej ławce pod brzozą i podświadomie liczyła, że kiedyś znów zobaczy brązowy płaszcz, kasztanowo miedziane włosy i wyciągniętą dłoń z ziarnem. Czasem jej się nawet wydawało, że go widzi, ale zawsze się okazywało, że to inny mężczyzna w podobnym płaszczu. No cóż… co ona sobie wyobrażała, przecież minęło już sześć lat. Ostatni raz widziała go w marcu w ósmej klasie, a teraz był początek października, a ona na trzecim roku studiów. Chyba powinna w końcu o nim zapomnieć.. Ale jakoś nie mogła.
Ostatniego dnia października siedziała na swojej ławce i czytała książkę, o której musiała napisać recenzję. Było wyjątkowo ciepło i świeciło słońce. Złota Polska jesień, pomyślała jak rano wychodziła na zajęcia. Pogoda wprost idealna na to by odpocząć w parku. Lub się pouczyć, co też czyniła. Książka była interesująca i ją naprawdę wciągnęła. Mimo to kątem oka dostrzegła postać mężczyzny stojącego nieopodal. Obok niego siedział pies. Elżbieta bardzo lubiła psy, więc popatrzyła w tamtą stronę. Śliczny wilczur siedział tuż przy właścicielu ubranym w popielaty, dobrze skrojony płaszcz z postawionym kołnierzem. Chciała już wrócić do lektury, gdy nagle dostrzegła dłoń mężczyzny. Wyciągnięta przed siebie wnętrzem do góry, a na niej ziarno…
Serce jej na chwilę zamarło a potem zaczęła bić jak szalone. To on! To Adrian!
Zamknęła książkę i z szerokim uśmiechem wstała. Tak, to on! Miał ciemne okulary, więc nie widziała oczu, ale to nie przeszkadzało jej w rozpoznaniu ukochanego sprzed lat. Zbliżyła się. On spokojnie czekał aż przyleci jakaś sikorka, ale żadna nie podlatywała i nie siadała na dłoni.
- Boją się psa, nie przylecą. – Powiedziała przepełniona radością.
- Tak… ale niestety nie mogę bez niego przyjść tutaj… ani nigdzie indziej… - Odparł cicho i spokojnie odwracając do niej swoją twarz.
Uśmiech zamarł jej na ustach. Wiedziała już, czemu nosił ciemne okulary i co robił u jego boku ten owczarek.
Adrian był niewidomy, a raczej ociemniały w wyniku jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Znów poczuła wilgoć w oczach i ból w sercu. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć bądź uczynić. Czuła się przytłoczona tym odkryciem. Pomógł jej pies Adriana, który właśnie cicho zaskomlił.
- A jak się nazywa to śliczne stworzenie? – Zapytała najsłodziej jak tylko umiała i ukucnęła przy psie, aby go pogłaskać.
- Ceren. Nie gryzie i jest bardzo przyjacielski. – Odpowiedział tak samo uprzejmie i też pogłaskał psa. Rozsypał trzymane ziarno po ziemi i otrzepał dłoń. – Dziś już na pewno nie przyjdą do mnie moje sikorki. A kiedyś tak chętnie przylatywały.
- Nauczą się… jeszcze przylecą, na pewno. Proszę nie rezygnować.
Uśmiechnął się wtedy do niej tak ciepło i miło. Poczuła, że byłaby w stanie uczynić dla niego wszystko. I głos miał dokładnie tak aksamitny i miękki jak myślała sześć lat temu.
Nie znała się na ptakach i nie wiedziała jak długo żyją sikorki ani czy się potrafią przyzwyczaić do człowieka z psem. Ale powiedziała mu to gdyż pragnęła go jeszcze raz spotkać. Teraz mogła spokojnie i bez wątpliwości bliżej się z Adrianem zaznajomić. Nie spostrzegła bowiem na jego palcu obrączki.
Kilka dni później znów, tak jak tego pragnęła go spotkała. Ceren pierwszy ją zlokalizował i wesoło zamachał ogonem.
- Witam, znów się spotykamy. – Przywitał się z nią nim zdążyła mu zdradzić swoja obecność. Usłyszał ją?
- Dzień dobry… jak pan mnie poznał?
- Po zapachu pani perfum… i Ceren się ucieszył. Bardzo panią polubił jak ostatnio go pani wypieściła… to ogromny pieszczoch. – Odparł z uśmiechem.
Był taki radosny, jakby nie zwracał uwagi na swoją ułomność.
- Ja też go bardzo polubiłam.
- Adrian jestem, bardzo mi miło panią poznać. – Wyciągnął w jej kierunku dłoń. Uścisnęła ją i poczuła jej miękkość i siłę.
- Elżbieta. Bardzo się cieszę.
Poprowadziła go do swojej ławki pod brzozą i głaszcząc ułożony na swoim kolanie pysk psa rozpoczęła rozmowę. Spytała, czym się zajmuje i odwzajemniła się odpowiedzią na to samo pytanie. Dowiedziała się, zatem, że jest po biologii, a konkretnie po ornitologii i od dwóch lat pracuje nad książką. Rozmowa płynęła im bardzo lekko i przyjemnie. Nie odczuwali upływającego czasu. Elżbieta nie poszła na dwa wykłady wieczorne, bo wolała spędzić ten czas na ławce w parku w towarzystwie Adriana. Rozstali się przed siódmą wieczorem i obiecali, że to nie ostatnie spotkanie.
W domu Elżbieta otworzyła swój pamiętnik i zapisała w nim uczucia, jakie ją wypełniały. A były to radość i szczęście oraz miłość. Czuła, że nabrała wiatru w żagle. Poznała go bliżej i z każdym nowym słowem, jakie wypowiadał czuła, że jest jej droższy i droższy. Znów czuła się jak nastolatka.
Spotykali się kilka razy w tygodniu, ona nie zawsze mogła być w parku o ich porze z powodu zajęć, ale jak tylko mogła to była i zawsze tak samo się cieszyła na te spotkania. Spacerowali po parku i mieście, siadywali w kawiarenkach. Kiedyś Adrian zaprosił ją do filharmonii na koncert. Przyszedł ubrany w biały garnitur i prezentował się wspaniale. Był bez psa, ale miał białą laskę, co w tej sytuacji było i odpowiednie i wyglądało naprawdę dobrze. Zwłaszcza jak stał nonszalancko oparty obiema dłońmi o nią. Ona sama miała na sobie nieskomplikowaną bordową sukienkę z lekkiego materiału. Kiedy do niego podeszła położył jej dłoń na ramieniu i lekko, dotykając zaledwie opuszkami palców zjechał w duł aż dotknął dłoni. Uniósł ją do ust i złożył szarmancki pocałunek.
- Nie mogę tego ocenić na podstawie obserwacji, ale jestem przekonany, że wyglądasz pięknie.
- Dziękuję… A ty wyglądasz wspaniale.
Ujął ją pod ramie i pozwolił, aby poprowadziła do sali koncertowej. Muzyka była piękna, nastrojowa i romantyczna. Czuła się szczęśliwa siedząc obok tego mężczyzny i trzymając jego dłoń w swojej. Marzyła przecież o tym tyle lat.
Po koncercie zaprosił ją na kolację i nie potrafiła mu odmówić, nie chciała tego robić zresztą.
Na dworze było zimno. Rozpoczynała się druga połowa grudnia, był wieczór i miasto tętniło życiem gotując się do świąt.
- Z pewnością jest ci zimno. – Rzekł po kilku krokach – Masz taką cienką sukienkę pod płaszczem, a i on do najcieplejszych nie należy…
Chciała zaprzeczyć, ale nie zdążyła. Jego popielaty płaszcz już otulał jej ramiona. Och, gdyby tylko mógł zobaczyć teraz jej oczy. Dostrzegłby w nich samą miłość, troskę i uwielbienie. Objął ją, a ona się do niego przytuliła i razem skierowali się do restauracji. Tam przy lekkiej kolacji w miłej atmosferze rozmawiali o koncercie. W pewnym momencie Adrian zakaszlał dyskretnie.
- To dla tego, że dałeś mi swój płaszcz. – Żaliła się zmartwiona.
- To nic takiego. – Zaprzeczył z rozbrajającym uśmiechem. – Wolę już trochę pokasłać niż mieć świadomość, że tobie jest zimno…
- Adrianie…
Boże jak ona go kochała.
- A co się stało z twoim brązowym płaszczem? – Zapytała w pewnym momencie. Uniósł głowę znad talerza.
- Brązowy płaszcz…- Powtórzył zdziwiony. – Od wielu lat go nie noszę. Skąd wiesz?
- Widywałam cię dawno temu jak karmiłeś sikorki w tym samym miejscu. – Czuła się trochę niezręcznie. Nie wiedziała czy powinna mu powiedzieć, co czuła do niego i co czuje nadal.
Adrian tym czasem zmarszczył brwi i coś sobie usiłował przypomnieć. Odłożył sztućce i wytarłszy ręce w serwetkę sięgnął do swojej szyi. Zdjął z niej złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie ptasiego pióra. Ułożył go sobie na dłoni i uśmiechnął się do siebie. Patrzyła na łańcuszek i jego palec pieszczący piórko.
- Sześć lat temu go kupiłem. Widywałem wtedy w parku śliczną dziewczynę. Była bardzo młoda i się obawiałem, że uzna mnie za starucha jak ją zaczepię. Przed świętami postanowiłem, że jej go dam.
Urwał na chwilę i widać było, że jest myślami przy tamtej dziewczynie.
- Miała złociste włosy i duże, szare, piękne oczy. Siedziała zawsze o tej samej porze na tej samej ławce pod brzozą… na tej samej, co my siadamy Elu… - Ujął jej dłoń w swoją i położył łańcuszek na niej. - Ale nie dałem go… stchórzyłem. Przestraszył mnie jej wiek. Była chyba dziesięć lat młodsza ode mnie.
- Dziewięć Adrianie. – Głos jej się trząsł ze wzruszenia.
- Tak, dziewięć… przychodziłem codziennie karmiłem sikorki, moje sikorki, a przychodziłem dla niej. Pamiętam, jak kupiłem ten łańcuszek, moja siostra, która była wtedy ze mną strasznie chciała się dowiedzieć, dla kogo to…
- A więc to była twoja siostra? – Oczy Elżbiety były szeroko otwarte. Jego siostra… jego rodzona siostra…
- Tak, to też wiesz?
- Widziałam cię wtedy. Myślałam… - Zasłoniła twarz dłońmi bo czuła jak policzki stają się wilgotne od łez.
- Elu, co się stało?
Spojrzała na niego.
- Ja wtedy kupiłam dla ciebie ciemno oliwkowy szalik, bo nie nosiłeś i się bałam, że się przeziębisz. A jak ją zobaczyłam to… to…
Dotknął jej twarzy i pogłaskał po policzku.
- I myślałaś, że to moja dziewczyna?
Rozpłakała się.
- Tak…
Wstał i podszedł do niej, przytulił klęcząc i szepnął cicho by nie płakała.
- Ja się wtedy w tobie tak zakochałam, przychodziłam tam by na ciebie patrzeć.
- Elu… słonko moje, czy co roku zbierałaś jesienne liście?
A więc ja widział wtedy. Też ją widział i…
- Zadurzyłem się w drobnej blondyneczce, która zbierała w parku liście, a pokochałem wspaniałą studentkę polonistyki, która podeszła do mnie sześć lat później. Tak żałuję, że nie mogę spojrzeć w twoje szare, piękne oczy… ale obraz twój z bukietem liści na zawsze został w moim sercu… kocham cię Elżbieto.
Przytuliła się do niego i odnalazła jego usta. Nie potrzebowali wzroku by dać sobie miłość.
- Masz jeszcze ten szalik? Bo nie chciałbym się rozchorować tuż przed naszą podróżą poślubną… 
***************************************************************************** 

 To jest sikora bogatka
 A to sikora modra - zwana modraszką

A tu moje ulubione sikorki ubogie nazywane czasem szarytkami.

 

czwartek, 5 grudnia 2013

W królestwie rododendronów

Witam cała zasmarkana.
Znów odezwały się zatoki. Mąż wydobrzał to zaniemogłam ja. Cóż bywa.
I taka zasmarkana patrząc za zimowojesienne okno zatęskniłam za majem, moim ulubionym miesiącem. A w maju najpiękniejsze są różaneczniki i azalie. I o nich chciałam dziś powspominać. Jak wam wiadomo jestem zawodowo związana z ogrodami ale najwięcej miłości czuję do ogrodu rodziców, który po części i ja tworzyłam. Mają oni niewielką kolekcję tych wspaniałych roślin i dziś chciałam się nią pochwalić, tak by i do was trochę lata zawitało.

Tak to wygląda rano od strony psiej budy
 Tu na górze pomarańczowa pachnąca azalia a pod nią różanecznik

 Ta sama azalia ale zdjęcie robione lustrzanką wyrwana z rąk męża.
 Rododendrony są nektarodajne i chętnie odwiedzane przez owady takie jak ten trzmiel ziemny (Bombus terrestris)

Oraz całe mrowie dzikich pszczół i pszczolinek:)

 Na moich czasami pojawia się też głodna rzekotka. Chyba polowała na owady.


 I jeszcze raz ta sama rzekotka z profilu. Cierpliwa była.

Mała rada dla szczęśliwych właścicieli różaneczników. Jeżeli takowe posiadacie w swoim ogrodzie a chcielibyście by w przyszłym roku równomiernie, zdrowo kwitły to polecam taką sztuczkę: W przypadku wyrośniętych już nieco krzewów z wieloma zimującymi pączkami zaleca się wyłamanie niektórych pączków. Wyłamujemy te które są w miejscach najmniej widocznych i kwiaty tak czy inaczej byłby mało eksponowane (gdzieś w środku krzewu czy na dolnej gałązce.) Generalnie chodzi o to że kiedy jest zbyt dużo pączków to kwitnienie może się okazać albo nierównomierne, bo roślina nie będzie miała wystarczająco sił by wszystkie "wykarmić" albo takie kwitnienie bardzo ją osłabi. Starajmy się pączki delikatnie przerzedzić, tak by były rozłożone na roślinie w miarę równomiernie. Zapewni to ładny i zdrowy wygląd rośliny. 

Nie mam teraz siły na wyszywanie, bo oczka mi łzawią i ucisk w zatokach przeszkadza. Ale bardzo dziękuję za miłe słowa odnośnie przetacznika i w następnym poście wyjaśnię co mi właściwie w nim nie pasuje. 
Miłego dnia wszystkim życzę i witam nowe osóbki.