Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

piątek, 11 kwietnia 2014

Odcinek trzeci moich pisadełek

Witam.
Bardzo się cieszę, że znajduję jeszcze czas na zaglądanie tu. Z góry uprzedzam, że od poniedziałku będę rzadkim gościem. Rozpoczynam pracę nad zakładaniem ogrodu, do własnego projektu zresztą, a to bardzo pracochłonna i męcząca praca. Przy okazji z właścicielami ogrodu doszliśmy do konkluzji, że niby w Polsce pracy nie ma ale jak trzeba coś zrobić i zarobić to jakoś nie ma komu. W ubiegłym roku ponad miesiąc czekaliśmy aż łaskawie znajdzie się chętny z nimikoparką do niwelacji terenu. Teraz, ekipa od remontu domu, zwiała zostawiając niezłe fuszerki. Druga nie ma kiedy przyjechać bruk położyć a kogoś do postawienia ogrodzenia w ogóle ze świecą szukać. Co jest z tymi ludźmi, przecież to nie są małe fuszki tylko normalne zlecenia. wyjechali wszyscy? Przysięgam, jakbym umiała brukować to bym się podjęła tego zadania. Ale wiedzy mi nieco braknie i doświadczenia. Chociaż może jak przestudiuję internet to się jednak podejmę, za połowę ceny ale jednak. 
Okazało się na wiosnę, że ze wszystkich fachowców zostałyśmy tylko my - ogrodniczki, zwarte i gotowe do działania. Więc działamy. 
No ale ja dziś chciałam nie o lenistwie polskich speców budowlanych rozprawiać tylko kolejny odcinek tej mojej powiastki opublikować. Nie mam jeszcze dla tego dziełka żadnego tytułu, na razie jest roboczy - nazwa pliku po porostu.
Nie wiem czy chce wam się to czytać, czy nie, ale wierzę, że jednak ktoś chce i dla tej choćby jednej czytelniczki cześć kolejna.
Zapraszam. 

"Krótka opowieść o miłości" odc 3.

Robert sunął swoim suzuki gładko po nieco krętej ale szerokiej i całkiem niedawno reperowanej szosie i myślał o kłótni z Darkiem. Rozumiał nieco przyjaciela, że się wkurzył za umieszczenie zdjęć w internecie i gazecie ale w końcu on jako dziennikarz, żył z takich sytuacji. A za tę ciekawostkę nawet zarobił. A Darkowi włos z głowy nie spadł. Sprawa z prawnego punktu widzenia też była czysta, bo nie naruszyli niczyjej nietykalności. Panna została anonimowa, a sprawa uszkodzonego motoru nie jest podstawą do jakichkolwiek oskarżeń.
I tak na zmianę rozumiał przyjaciela i nie zgadzał się z nim.
Nagle oliwkowy punkt przed nim na szosie skręcający w boczną drogę odwrócił jego uwagę od kłopotu z moralnie nadgorliwym kumplem. Nie miała pewności ale wiedział, że musi sprawdzić bo coś w środku mu podpowiedziało, że to jej samochód właśnie zniknął za zakrętem. Zwolnił i skręcił za nim. Droga na której się znalazł był zdecydowanie gorszej jakości i musiał bardziej uważać. Zielony samochód zniknął mu z oczu ale po drodze nie było żadnych możliwości skrętu więc musiał być przed nim. Robert dojechał do dwuskrzydłowej bramy w ogrodzeniu okalającym sad i zwolnił niemal do zera. Zawahał się tylko na chwilę po czym spokojnie wjechał na teren sadu szutrową drogą i dojechał do wielkiego hangaru.
Zatrzymał się bo popatrzyło na niego kilku ludzi w roboczych ubraniach. A zielonego samochodu nigdzie ni widział niestety. Westchnął i ściągnął kask.
- Przepraszam ale czy nie wjechał tu przed chwilą mały zielony samochód?
- A może i wjechał, a co? - Odpowiedziała mu chuda kobieta nieokreślonego wieku w chustce na głowie.
Robert nieco zmieszał się wojowniczą postawą i tonem kobiety i przywołał na twarz swój najsłodszy uśmiech.
- A bo nie jestem pewien ale to chyba była moja znajoma.
- Nasza Doktorka od myszy? - Zdziwił się stojący kilka metrów za kobieta mężczyzna w oprychówce z przepita twarzą.
- Cicho bądź! Głupi! - Uciszyła go kobieta w chustce a do Roberta z drwiącym uśmiecham powiedziała – Znajoma i nie może zadzwonić, e? Coś mi się widzi, że ściemnia coś tutaj.
- Ale kiedy nie kłamię, zadzwoniłbym ale nie mam numeru...
- Nie ma numeru, ot i znajomość. - Zaśmiał się Mężczyzna w oprychówce.
- No nie mam, bo to nowa znajoma – Robert postanowił byś szczery bo w kościach czuł, że go przejrzą jak zacznie kręcić. - Podoba mi się ale jeszcze nie dała mi numeru, tylko samochód zapamiętałem, ale nie jestem pewien czy to ten sam, bo rejestracji też nie zapisałem sobie. I jak zobaczyłem auto na drodze to pojechałem za nim. Bo podobne.
Ludzie nadal mu się przyglądali podejrzliwie.
- Proszę mi chociaż powiedzieć czy ta... no... Doktorka od myszy to taka niezbyt wysoka, rudawa z zielonkawymi oczami i pełnymi ustami jak u Shirley Temple. Lekko piegowata i aparat nosi... fotograficzny znaczy.
- Ano nic jak nasza doktorka... - Zaczął mężczyzna.
- A cicho ty będziesz, gamoniu ty?! - Krzyknęła na niego kobieta aż się skulił – A co jak to jakiś oprych i złe zamiary ma wobec naszej Dokturki? Pomyślał ty o tym?
- Ale nie! - Obruszył się Robert. - Ja nie chcę jej żadnej krzywdy zrobić, droga pani kochana. Przecież ja tylko w te oczy chcę znów spojrzeć. - Matko zaczynam gadać jak oni, pomyślał.
Kobieta nieufnie mu się przyglądała i pod tym spojrzeniem zaczynał czuć się nieswojo.
- Niech mu będzie – Zawyrokowała w końcu – Ale nie puszczę go samego. Heniek, zaprowadź go na szkółkę i pilnuj. A jakby co chciał przeskrobać to ty wiesz co robić.
- Ano wiem. - Odparł Heniek – A jak kierownik
- To ja mu powiem co i jak i będzie dobrze, długo nie zabawi.
Znaczy, że nie pogada zbyt długo z wredną czarownicą jeśli to była faktycznie ona.
- Idzie za mną. - Rzucił ospale Heniek i zaczął człapać gumiakami po mokrej od rosy trawie na nie skoszonym chodniku. - I niech drzewko kupi to łatwiej znajdziem doktorkę.
- Drzewko? - Zdziwił się Robert.
- Ano drzewko.
- A jakie drzewko znowu?
- A Wisienkę dajmy na to, na winko pierwsza klasa. - Cmoknął w palce jakby zachwalał pieczeń teściowej.
- Ale co ja zrobię z wiśnią? I nie ma jakiejś innej drogi niż po tej trawie?
- Ano jest, a pewnie, po piaseczku. Jak kupi wisienkę to będziem szli po piaseczku.
Coś się w Robercie zagotowało ale wziął głęboki oddech.
- A ile to drzewko?
- Dwadzieścia
- Dobra, niech stracę.
- Nie bój nic, nie straci, wisienki piękne jak maliny, można by rzec. - Wziął od Roberta banknot dwudziestozłotowy i schował do kieszonki koszuli. - Drzewko dam na szkółce jak dojdziem.
Robert westchnął i szedł dalej. Jakimś dziwnym trafem nie zmieniając kierunku z trawy wyszli na żwirową ścieżkę. Ale i tak już buty i spodnie miał mokre. Oby się to opłacało. Miał nadzieję, że doktorka od myszy to jego wredna czarownica. Szli wzdłuż gęsto zasadzonych drzew nieznanych mu gatunków, dziwnie przyciętych, przez kilkaset metrów i w pewnej chwili wyszli na pole porośnięte młodymi drzewkami o pniach nie grubszych od kciuka.
- O, tu zaczeka. - Zawyrokował Heniek i zgasiwszy papierosa podszedł do pierwszego z brzegu drzewka. Popatrzył na nie i pokręcił głową. Złapał drugie w kolejności i pociągnął. Drzewko bez większych oporów wyszło z piaszczystej ziemi. Heniek i otrzepał je z piachu i wyjąwszy sekator przyciął wszystkie trzy gałązki w połowie.
- Będzie jak znalazł. - Podał Robertowi którego oczy zaokrągliły się w przerażeniu. - Powinna się przyjąć. Tylko podlać dobrze.
- Aa... ale...
- Nie marudzi, bo nie będzie kwitło. A doktorka gdzieś tam powinna być. Bo auto postawiła pod leszczyną – Wskazał brodą kierunek.
Robert spojrzał gdzie pokazano i faktycznie stał tam zielony Hyundai. Wiele takich nie ma.
- Czyli ona gdzieś tam.
- No przecie mówię, że tam. A gdzie ma być jak tu auto zostawiła.
Robert rozejrzał się ale nigdzie nie widział czarownicy. No tak, jak znowu pod siatką maskującą siedzi to jej nie znajdzie. A musi. I chce.
- No idzie. Ja tu na taczkodrabinie posiedzę i poczekam.
- Na czym?
- Taczkodrabinie, mówię przecie. No idzie, bo doktorka sama nie przyjdzie.

Marianna bez przekonania rozłożyła się w wybranym miejscu. Miała przeczucie, że nic ciekawego dziś nie zobaczy i nie sfotografuje. Nie lubiła się tak czuć. Miała wrażenie, że czas jej wtedy bezpowrotnie przez palce przecieka. Odetchnęła bezgłośnie i skupiła się na swoim zadaniu. Wiedziała, że dziś nie będą tu pracować ludzie Pana Piotra – kierownika sadu. Prosił ją o rzucenie okiem na szkółkę bo miał straty spowodowane nadmierną aktywnością karczowników.
Co wiem o karczowniku? Zastanowiła się dziewczyna ustawiając parametry w aparacie. Hm, karczownik ziemnowodny po łacinie Arvicola terrestris. Szkodnik w sadach i innych uprawach. Trudny do wyplenienia zwłaszcza w uprawach ekologicznych. Ech, ludzie to wszystko za szkodnika mają, od nornicy po bobra a na kunach kończąc. Nawet wilka i rysia od szkodników wyzywają. Taki już los tej biednej przyrody. Ale co poradzisz, pan Piotr i tak łaskawy dla natury jest, chemii niewiele stosuje, szanuje małych mieszkańców sadu. Ale może to dla tego, że to wszystko sady naukowe, doświadczalne a nie typowo produkcyjne.
Marianna lubiła ten sad. Był niezwykle bogaty pod względem ekologicznym, niejeden artykuł już napisała natchniona obserwacjami poczynionymi na jego terenie. A jako pracownik naukowy uczelni miała wstęp na teren sadu o każdej porze dnia i nocy, miała nawet własne klucze do jednej z bocznych bramek. Odpoczywała tu i pracowała równocześnie, najchętniej to przeprowadziłaby się do tego sadu.
Zamknęła oczy i zaczęła wsłuchiwać się w otaczający ją świat. Była końcówka marca i sad rozbrzmiewał gwizdami szpaków, śpiewem godowym gajówek, sikor i ćwierkaniem całej masy wróbli, zarówno mazurków jak i domowych. Marianna uwielbiała wróble, były niedoceniane i niesprawiedliwie nazywane szarymi. A przecież nie były ani odrobinę szare, miały dziesiątki odcieni brązu i beżu, a w słońcu błyskały miedzianymi refleksami.
Wiosennie podekscytowanym ptaków wtórowały zapracowane owady, pszczoły i trzmiele uwijające się przy kwitnących drzewach i na niezliczonych mniszkach uśmiechających się z trawy. Uwielbiała wiosnę.
No dobra, czas skupić się na naszym karczowniku. Podobno jest ich bardzo dużo w tym roku, pewnie dla tego, że lekka zima była. Obiektyw miała ustawiony na niewielki obszar o powierzchni ok jednego metro kwadratowego na którym znajdował się kopczyk wyniesionej z nory ziemi. Ziemia była świeża więc nora została wykopana niedawno. Jak jej się poszczęści to właściciel nory może z niej wyjrzy. Rozpoczyna się ich okres godowy i są teraz najmniej strachliwe, a jako że terytorialne to powinny być aktywne także w ciągu dnia. Przyjechała trochę za późno ale postanowiła, że następnego dnia przyjedzie przed wschodem słońca. Ale pomimo przeczucia że nic nie zdziała i tak sprawiało jej przyjemność siedzenie tu. Było to niczym medytacja i kontemplacja piękna przyrody.
Nagle do jej uszu dotarł dźwięk którego nie spodziewała się tu dzisiaj. Odgłos kroków.
Nie no, kogo niesie tu o tej porze? Mam nadzieję, że nic się stało, przecież wszyscy wiedzą że tu siedzę i chyba zależy im na tym bym potwierdziła, czy to karczowniki i ile ich jest. To czemu mi przeszkadzają? Odwróciła się by dostrzec kto to nadchodzi. I jak zobaczyła twarz intruza to krew w niej zawrzała.
- Ty!?! - Zerwała się ze swojego miejsca krzycząc wściekle. - No nie wierzę?! To chyba jakieś fatum.
Robert się wystraszył kiedy się zerwała ale i ucieszył gdyż okazało się że Doktorka to jego czarownica. Ale nie dane mu było cieszyć się za długo gdyż dostrzegł jawną nienawiść w jej oliwkowych oczach. Wyglądała rozkosznie, roziskrzone złością kocie oczy, potargane przez wiatr kosmyki splecionych w ciasny warkocz miedzianych włosów, kształtne, malinowe usta i ten upstrzony maleńkimi piegami nosek.
- To zakrawa na jakiś stalking! - Piekliła się dalej – Czego ty tu szukasz, do cholery?
- Przepraszam, uspokój się – Zaczął się bronić zaatakowany Robert. - Nie sądziłem, że aż tak się wściekniesz, sorry. Zapytałem się tych ludzi co tam pracują czy to ty tu wjechałaś i wyszło że tak...
- Jak to czy JA tu, psia krew, wjechałam? Jak mnie tu znalazłeś? I czego chcesz do diabła ode mnie?
- No bo zobaczyłem na drodze twój samochód, znaczy wydawało mi się, że to twój i skręciłem. A oni powiedzieli że ty jesteś doktorka od myszy i opis się zgadzał i taki jeden Heniek mnie tu przyprowadził.
- Heniek? - Wydawała się zdziwiona tym faktem i na chwilę złość jej odeszła – A gdzie on się podziewa teraz?
- Został na taczkodrabinie. - Robert uśmiechnął się zniewalająco. Ale tym uśmiechem nie zniewolił Marianny, bo na powrót zalśniła w jej oczach furia.
- Wynoś się stąd jeśli nie masz uprawnień, to teren uczelni i właśnie pracuję, a ty mi po raz, psia krew, drugi psujesz wszystko! - Na koniec zaczęła na niego wrzeszczeć jak opętana.
Cofnął się o krok z obawy, że przejdzie do rękoczynów. Ale nie przeszła, chociaż miała na to ogromną ochotę. Zaczął się zastanawiać jak dalej prowadzić rozmowę bo nie był przygotowany na taki atak. Wyobraził to sobie jednak nieco inaczej, zupełnie inaczej. Wydawało mu się, że jak już jej pierwsze zaskoczenie minie to jej wyzna, że mu się podoba i że jak tylko zobaczył „jej” samochód to musiał skręcić. A ona udobruchana jego uśmiechem i słowami zmięknie i da się zaprosić na kawę. Na początek na kawę, bo kolacja mogłaby ją spłoszyć. Ale spłoszyć taki wulkan wściekłości to chyba jedynie apokalipsa by mogła. Westchnął by dodać sobie odwagi i delikatnie zaczął:
- Jeszcze raz bardzo Cię przepraszam i za to, że ostatnio tym motorem popsułem ci plany i teraz też chyba. Właśnie dlatego że ostatnio, no wyszło jak wyszło to teraz chciałem cię przeprosić, a wyszło... jak wyszło. - Zwiesił głowę jak karcony uczniak i kontynuował – Nie sądziłem, że pracujesz, skoro zgodzili się mnie przyprowadzić do ciebie. Nie gniewaj się, proszę. - Podniósł na nią spojrzenie spaniela.
Oczekiwał, że nieco zmięknie. Znał się na kobietach, każda by zmiękła. Ale ona wydawała się wyjątkowo twarda.
- Słuchaj, rozumiem, że się wkurzyłaś. Ja pewnie też bym się wkurzył na twoim miejscu – Podjął temat nie doczekawszy się reakcji z jej strony. - Zrozum, no jest mi przykro ale to był odruch że pojechałem za tobą, taki wewnętrzny i chciałbym bardzo, naprawdę bardzo – Wciągnął głęboko powietrze i spojrzał nieco w bok jakby był zmieszany – Żebyś mi wybaczyła.
Patrzył na nią wyczekująco. A ona nadal niczym skała niewzruszenie wpatrywała się weń ze zmrużonymi oczyma i zaciśniętymi ustami. Ok, jak widać litość jej nie rusza, twarde i zimne ma serce. Może ma chociaż poczucie humoru... wątpię, ale co szkodzi delikatnie zażartować.
- Ej, takiej ładnej dziewczynie nie przystoi się tak marszczyć, jak śliwka suszona jakaś. - Zagadnął ochoczo – Nie złość się tylko zgódź na przeprosinową kawę. - Skwitował w końcu i mimowolnie przesunął powoli wzrokiem po jej sylwetce zatrzymując się na kilka sekund na biuście.
I to był jego gwóźdź do trumny. Marianna już zaczynała dochodzić do wniosku, że może faktycznie za ostro go potraktowała ale jak wypalił z kawą i obleśnie ją zlustrował to zrozumiała o co mu chodzi. Nie urodziła się wczoraj.
- Wynoś się. - Syknęła. - Nie przyjmuję ani przeprosin bo nie szczere są ani zaproszenia na kawę bo nie mam ochoty pić czegokolwiek w towarzystwie takiego szkodnika jak ty. Żegnam. - Odwróciła się zarzucając demonstracyjnie warkoczem i schyliwszy się po swoje krzesełko, zabrała cały majdan i ruszyła na przełaj szkółki w inne miejsce które wcześniej sobie upatrzyła, ale znajdowało się w gorszym położeniu.
Maiła gorącą nadzieję, że nie polezie za nią gdyż zniechęcą go mokre trawy i pokrzywy. Obejrzała się aby sprawdzić swoją teorię i zobaczyła jak stoi niczym wrośnięty w ziemię. Prychnęła wymownie i przyspieszyła kroku. Co za nieznośny typ.

Robert przez chwilę stał jak zamurowany. Nie spotkał się do tej pory z kobietą o tak agresywnym usposobieniu. Czuł, że jak tylko minie mu zaskoczenie i szok to poczuje zew. Ten sam zew, który czują hazardziści. Ale na razie był w lekkim szoku, nie spodziewał się tak ostrego odrzucenia. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało. Był „złotym chłopcem”, tym w czepku urodzonym. Od najmłodszych lat wszyscy reagowali na niego najpierw ja na widok słodkiego kociaka, a później już jawnie zachwycali się jego urodą i nieodpartym urokiem osobistym. Błyskawicznie nauczył się ten fakt wykorzystywać. I przyzwyczaił się, że wszystko uzyskiwał zgrabnie mieszając swoje wrodzone zdolności z wyuczonymi. I dla tego też teraz był tak zaskoczony ale i zarazem zaintrygowany.
Postanowił nie robić z siebie większego idioty i wrócił w stronę z której przyszedł. Przy taczkodrabinie nie widział nigdzie Heńka, za to na górnej półce, tej gdzie zawsze stawia się skrzynkę, siedział wielki, kudłaty kot. Był naprawdę wielki jak na kota. Robert średnio lubił koty, a raczej to one średnio go nie znosiły. Nie było jeszcze takiego, który by do niego podszedł z własnej woli i dał się spokojnie głaskać dłużej niż kilka razy. Ale może ten będzie wyjątkiem?
Podszedł do niego i zaczął cmokać i spokojnie przemawiać. Ale jak tylko zbliżył dłoń nastąpił błyskawiczny atak. Kot nawet nie syknął, tylko machnął łapą uzbrojoną jak się okazało w bardzo ostre pazury. Na dłoni mężczyzny pojawiły się trzy krwawiące linie, które zaczęły piec.
- Osz ty pchlarzu pieprzony, jak cię dorwę to ci kark skręcę. - Warknął krzywiąc się z bólu Robert i już zamierzał jakoś się na kocie odegrać gdy zobaczył, że z zaciekawieniem przygląda mu się Heniek i kobieta w chustce, która z nim Heńka wysłała.
- I co? Znalazł Doktorkę?
- Znalazł, znalazł – Odpowiedziała za Roberta kobieta z ironicznym uśmiechem i pokiwała głową jakby się zgadzała z własnymi myślami.
- Co to za bydle? - Zezłościł się podrapany i wskazał na kota.
Pracownicy sadu powiedli wzrokiem gdzie wskazał i popatrzyli po sobie zdziwieni.
- Widzisz ty tam co Heniek?
- A no nie widzę.
- E, pijany pewnie to i zwidy ma. - Kobieta wzruszyła ramionami i zaczęła wracać do głównej hali przeładunkowej skąd go tu Heniek przywiódł.
- Idzie za mną – Mruknął Starszy mężczyzna i ruszył za kobietą.
Zaskoczony Robert spojrzał na miejsce gdzie siedział kot. Ale kota tam nie było i nie było go nigdzie w pobliżu. Zdezorientowany sapnął i posłusznie ruszył za Heńkiem. To zdecydowanie nie był jego dzień, oj nie. Może chociaż w domu uda mu się coś napisać do gazety...
***
No to na dziś tyle. Przepraszam za ewentualne literówki, piszę pod wpływem natchnienia i nie zawsze dokładnie sprawdzam potem tekst. Ale cieszy mnie ogromnie, że nie czepiacie się drobiazgów. Pozdrawiam.

10 komentarzy:

  1. Literówki zdarzają się nawet najlepszym :) No, to czekam na ciąg dalszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym się pocieszam, ze nawet w druku są i pięciu korektorów ich nie wykryło:)

      Usuń
  2. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy:)

    OdpowiedzUsuń
  3. O jej! Powieść się rozkręca, super się czyta. Czekam na dalszy ciąg:)
    Co do "fachowców" to tak niestety jest, oczułam to na własnej skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi że czyta sie dobrze. A fachowiec też człowiek i ma ludzkie wady.

      Usuń
  4. Czekam z niecierpliwością ciągu dalszego :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie dziwię że chłopak wpadł jak śliwka w kompot;)) Marianna to bardzo intrygująca i charakterna osóbka. Jestem pewna że Robert nie odpuści,więc czekam z niecierpliwością jak się potoczą dalsze losy bohaterów. Super! Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nati, bardzo dziękuję za ten rzeczowy komentarz, bardzo tego potrzebowałam. Czuję, że na prawdę podoba ci się to co wymyślam i czuję się zachęcona do dalszego tworzenia. Mam nadzieję, że nie rozczaruję tym co bohaterowie wymyślają i robią. Bo oni robią co chcą. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

      Usuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.