Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

piątek, 4 kwietnia 2014

Zatem - ciąg dalszy

Witajcie.
Nie zdążyłam odpowiedzieć na przemiłe komentarze odnośnie mojego kwiatu głogu - który nie przypomina głogu ale dla mnie to głóg i już (o matko a botanikę i dendrologię śpiewająco zaliczyłam:)) 
Nieco praca mnie odciągnęła od kompa i stąd mój brak odpowiedzi. Niesamowicie się cieszę, że przypadła wam moja wariacja botaniczna do gustu. Coś ostatnio nie mam zapału do pisania strasznie rozwleczonych postów więc znów przechodzę do sedna sprawy.
Jako, że już i tak napisany, a przez niektórych jak piszą nawet oczekiwany, będzie dziś przedstawiony następny odcinek mojej "wielkiej-małej powieści". Tak na weekend akurat.
Enjoy

"Krótka opowieść o miłości" - odc.2

Marianna zamknęła swój dziennik zajęć i spojrzała na chudego chłopaka stojącego przed nią na podobieństwo szczeniaka w schronisku. Wpatrywał się w nią jak w bóstwo.
- Mariusz co ja mam z tobą zrobić. - Westchnęła i przetarła twarz. Chłopak się do niej szeroko uśmiechnął.
Był najlepszym studentem, przynajmniej na jej zajęciach. Nie interesowała się jego ocenami z innych zajęć ale na ekologi środowiskowej był prymusem. A do tego jak pilnie się udzielał poza ćwiczeniami. I nalegał na zajęcia dodatkowe, konsultacje, seminaria...
Teraz stał przed nią i aż podskakiwał z niecierpliwości.
- Pani magister, proszę się zgodzić.
- Nie wiem, to nie profesjonalne...
- Ale jak? Przecież to wspaniała szansa na pogłębienie wiedzy i zdobycie fantastycznych doświadczeń. - Emocjonował się.
Miał rację. Proponował jej udział w czterodniowym sympozjum dotyczącym nowych sposobów ochrony siedlisk podmokłych. Było to coś na co ona sama nie bardzo miała szansę być zaproszona ale jej pilny student miał wtyki. I proponował jej spełnienie tej fantazji. Jeden szkopuł w tym, że był jej uczniem...
- Pani magister, nikt nie musi wiedzieć, że to ja załatwiłem ten wyjazd. - Odsunął się i uniósł brwi. Musiała przyznać, że propozycja była bardzo kusząca.
- Zastanowię się. - Odparła i wstała od biurka.
- No to może przekonam panią tym, że odbędzie się wykład profesora Strassfoha.
Tak jak się spodziewał oczy jej zabłysły. To była ostatnia karta przetargowa. Teraz już był spokojny, że się zgodzi.
- Bardzo ciekawe ale muszę się zorganizować... mam plany w tym terminie i nie wiem czy wszystkie da się przenieść. - Zebrała swoje rzeczy i skierowała się do wyjścia.
W drzwiach wpadła na nią Kaśka. W szarej ołówkowej spódnicy, beżowej bluzce i czarnym żakiecie, na swoich niebotycznych szpilkach wyglądała szałowo. Usta pociągnięte perłową szminką w odcieniu maliny i te czarne loki... niewielu facetów pozostawało obojętnych na jej czar.
- Chodź, zapraszam na obiad. - Wyszczebiotała poruszona.
- Stało się coś? Co tu robisz?
Katarzyna złapała Mariannę za ramię i pociągnęła do windy.
- Czekaj, muszę zamknąć salę. - Zatrzymała się i odwróciła. Dostrzegła spojrzenie Mariusza, które nie spoczywało tam gdzie powinno. Zmarszczyła brwi i zamknęła salę. Kątem oka obserwowała swojego studenta i coś jej nie pasowało. Kilka metrów od niej stała nieziemska laska a on na nią nie zwracał uwagi. Może był gejem. W sumie to nawet by pasowało.
- Do widzenia Mariusz, odpowiem ci jaką podjęłam decyzję, jak ją podejmę, dobrze? - Pożegnała się i podeszła do Katarzyny.
Chłopak się chwilę patrzył za nimi i odszedł w swoją stronę.
- Co to za jeden? - Zapytała Kasia w windzie.
- Student. Dziwny. - Stwierdziła z zastanowieniem.
- Czemu?
- No bo jakoś tak... No zupełnie nie zwracał na ciebie uwagi. No a jak ty wyglądasz... każdy facet się ogląda. - Jakby na potwierdzenie jej słów dwóch studentów aż zamilkło jak wyszły z windy. No jak wyszła Katarzyna, bo do widoku Marianny raczej przywykli. Poza tym ona nie miała w zwyczaju się stroić, nie lubiła rzucać się w oczy.
- Co się stało, że tak na ten obiad mnie ciągniesz? - Dopytywała się Marianna.
- Elka strasznie chce się spotkać i czeka na nas już w „kociołku”. - Kociołek była to ich ulubiona maleńka restauracja.
- Skoro tak strasznie chce się spotkać to nie każmy jej czekać. Ale mogłaś zaczekać i zadzwonić, nie musiałaś po mnie przyjeżdżać od razu. Przecież nie ucieknę.
- Z tobą to nigdy nic nie wiadomo, a nuż zobaczysz jakąś mysz i pobiegniesz za nią... A poza tym byłam w pobliżu.
- Mysz... W środku dnia w centrum miasta? - Spojrzenie Marianny było wielce wymowne.

W „Kociołku” czekała już na nie Elżbieta, siorbiąc zieloną herbatę. W jej oczach dostrzegły niepokój i ulgę.
- Nabroiłam. I chyba się przy okazji zakochałam.
Uniosły obie wzrok ku niebiosom a potem jedna powiedziała: „czemu mnie to nie dziwi” a druga „ Ty się zakochujesz raz na tydzień”.
- Oj, przestańcie, to poważna sprawa. - Obruszyła się.
- Spokojnie, nie fohaj się tylko mów, a ja zawołam kelnera bo głodna jestem.
Nie musiały nawet patrzeć w kartę żeby zamówić, często tu jadały i miały swoje ulubione dania. I tak Marianna zamówiła ukochane placki ziemniaczane po węgiersku z surówkami, Kasia Gyros z pieczonymi ziemniaczkami a Ela sałatkę z dorszem z grilla.
- Co nabroiłaś?
- Pożyczyłam motor Kuby. - Szepnęła Cicho jasnowłosa. Jej oczy jak u przestraszonej łani błagały o zrozumienie.
- Zrobiłaś co?!? - Uniosła się Marianna przerażona bezmyślnością swojej przyjaciółki. - Po co na miłość Boską to zrobiłaś?
- Nie złość się. To wina Sławka, podpuścił mnie i założyliśmy się. Wiesz, że miałam do niego słabość i nie chciałam żeby pomyślał że jestem tchórzem.
- Tak, wolałaś żeby pomyślał, że jesteś głupia. - Warknęła Marianna. Była zła.
- No już, już. Spokojnie – Starała się rozładować napiętą atmosferę Kasia, nie po raz pierwszy zresztą w historii ich znajomości.
- No dobra i co dalej, domyślam się, że wspaniały Sławuś wszystko wyśpiewał Kubie.
- Wcale nie. On nie jest taki. Chodzi o to, że ja się nieco nie zmieściłam na zakręcie i porysowałam owiewkę.
- No brawo... a który to motor tak ozdobiłaś?
- Ten czerwony.
Teraz już obie dziewczyny z szeroko otwartymi oczami wpatrywały się w towarzyszkę. Ale to jak zwykle Marianna się odezwała.
- Tyś postradała rozum do reszty. Porysowałaś najnowsze Ducati swojego brata? Ty wiesz ile ta maszyna kosztowała?
- Nie no skąd mam wiedzieć, przecież on ma tyle motorów.
- Ale tylko jeden wart jest blisko 200 tys.
Oczy pięknej i nieco naiwnej Eli zaokrągliły się w osłupieniu.
- Nie wiedziałaś prawda? A Sławuś i owszem, wiedział i dziwi mnie, że Ci nie powiedział.
- Och, Boże... A tak niewiele brakowało by Kuba się o niczym nie dowiedział.
- A jak się dowiedział?
- No ja dowiedziałam się o takim jednym specjaliście który rewelacyjnie naprawia takie rzeczy i pojechałam tam. I faktycznie ładnie to zrobił. A sam jaki słodki, dołeczki w policzkach miał jak się uśmiechał i takie oczy, że aż się kolana gną.
- No i?
- Ale ktoś nam zrobił zdjęcie. I umieścił na portalu o wyścigach. I ten ktoś podpisał, że to motor „Kubasa” i inne takie głupoty i napisał o tym, że jakaś słodka blondzia porysowała maszynę mistrza i co mistrz na to i takie tam.
- I co mistrz na to?
- No zachwycony nie był. Wściekł się. Strasznie się wściekł.
- A Sławuś? - Zapytała zgryźliwie Marianna
- Wywinął się jakoś.
- Czemu mnie to nie dziwi.
- A tak prosiłam, żeby nikomu nie mówił...
Przyjaciółki spojrzały po sobie i pokręciły głową. Kochały ją jak siostrę ale czasami nie miały już do niej siły. Była tak naiwna i infantylna czasami, że aż strach pomyśleć co by się z nią działo gdyby nie miała takiego oparcia w rodzinie i była zdana na siebie tylko.
- A ty kochana uwierzyłaś, że on cię posłucha?
- Ale to nie on te zdjęcia robił, bo cały czas był ze mną a wtedy ktoś... - Zamilkła nagle i obie widziały, że zadziało się coś bardzo rzadkiego u niej, proces bardzo intensywnego myślenia. - To ten drugi co tam był. To on musiał zrobić zdjęcia.

I tym sposobem nie dowiedziały się kto zrobił zdjęcia ale dowiedziały się że Darek ma orzechowe oczy z takimi złotymi plamkami i miękkie lekko folujące również orzechowe włosy. Dwudniowy zarost, smukłe palce i wiele innych zbędnych dla nich informacji. Jak zwykle szczebiotała na jego temat niczym urzeczona. Przełknęły jakoś tę porcję słodkości, miały już doświadczenie.
Mariannę głowa nieco bolała, bo i w pracy jakoś jej ostatnimi dniami pod górkę było i przyjaciółka bezdenną głupotą się wykazała. Swoją drogą to nie spodziewała się tego po Eli. Nie aż tak daleko idącej bezmyślności. Westchnęła ciężko i boleśnie nad kubkiem owocowej herbaty akurat w momencie kiedy Kaśka weszła do kuchni.
- Ty co tak wzdychasz? Nad Elką dumasz?
- No po trochę i nad Elką i nad sobą. Coś mi nie idzie ostatnio.
- Ale, że co Ci nie idzie? - Zainteresowała się Katarzyna zaglądając do lodówki.
- Sama nie wiem, coś nie mam energii w robocie i w pisaniu i zmęczona jestem jakąś.
- E tam, to przesilenie wiosenne. Przejdzie.
- Może. - Odparła cicho. - A powiedz mi co powinnam zrobić, bo mi student zaproponował wyjazd na sympozjum naukowe gdzie profesor Strassfoh będzie miał odczyt.
- Ten twój profesor od bio czegoś tam środowiska?
- Bioidentyfikatorów jakości środowiska. Tak ten właśnie.
- No to ja bym się zastanawiała, przecież to twój idol jest.
- No jest, ale wiesz Kaśka, ten student to tylko mnie zaproponował i z nim bym jechała. A jakoś to nie wygląda za ładnie.
Kasia usiadła na stołku przy stole i ugryzła parówkę. Zagryzła bułką i popiła maślanką. Pokiwała głową i po chwili powiedziała machając nadgryzioną parówką.
- To się zapytaj swojego promotora czy to nie będzie kolidowało z etyką zawodową.
- Ty wiesz, że jakoś nie wpadłam na to. A przecież to normalna rzecz... Mam szansę poznać światowej sławy naukowca, dzięki kochana.

Promotor Marianny nie był pewien co to stosowności wyjazdu, ale rozumiał jego wartość dydaktyczną i naukową. Stanęło na tym, że trzeba będzie załatwić oficjalne pismo z rektoratu ze zgodą. Obiecał, że się tym zajmie, niech tylko Marianna napisze podanie a nadgorliwemu studentowi przykaże cicho siedzieć i się nie przechwalać że załatwił wejście na sympozjum.
Zadowolona Marianna mogła z czystym sumieniem rozpocząć weekend, a w planach miała wyjazd do gospodarstwa sadowniczego zaprzyjaźnionego z uczelnią na zdjęcia. Kierownik i pracownicy sadów śmiali się na jej widok przyjacielsko i nazywali ją „doktorka od myszy”. Cóż, w końcu ciągle się gryzoniami zajmowała i o nie pytała więc przylgnęło do niej że jest od myszy. Miała nadzieję na jakieś zdjęcia karczowników lub nornic, a przy okazji może się jakiś ptak trafi.

10 komentarzy:

  1. No i dziękuję bardzo, teraz ja też mogę zacząć weekend :)
    Nie będę popędzać, czekam na ciąg dalszy!
    Przesyłam buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No w końcu! :) Się już doczekać nie mogłam :) Dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No więc ciekawa jestem co się na tym wyjeździe wydarzy;) Zazwyczaj siadam do komputera jak usypiam córeczkę. Dzięki Twojej opowieści szybciutka się zrelaksowałam, po intensywnym dniu. W sumie gdyby była część dalsza i miałabym ją na papierze, to już bym się do łóżeczka położyła i dalsze losy bohaterów poznawała;)) Więc czekam cierpliwie na kolejne tak miłe zakończenie dnia. Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczą tak wspaniałe słowa, aż czuję, że chcę mi się pisać dalej i że mam po co. Bo że kiedyś uda mi się wydać powieść (moje marzenie od dziecka) to raczej nie wierzę.

      Usuń
  4. no /// fajnie.... i co dalej będzie ?... już nie mogę się doczekać ;-))
    dobrego wieczoru :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. No ...no...Fabuła się rozwija, czekam co dalej! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. No fajnie fajnie ale czekam ciągu dalszego, bo ja należę do tych co lubią podejrzeć zakończenie jak zaczynają czytać książkę. Więc trochę się niecierpliwię :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu niestety nie da się nic podejrzeć, gdyż zakończenia nie ma, nie ma nawet rozwinięcia jest sam początek. Nie robię planów, piszę co mi dusza podpowie i bohaterowie wymyślą.

      Usuń
  7. Z niecierpliwością czekam na cd

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.