Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Jak odnalazłam kocią miłość

Dziś będzie głównie o kotach. 
Jak wiecie, uwielbiam koty, ich niewymuszoną elegancję, inteligencję i wrażliwość. A te mordki... no mnie po prostu rozczulają. Moja miłość nie jest jednak tą wyssaną z przysłowiowym mlekiem matki. Moi rodzice nie wielbili kotów, to był psi dom. Odkąd pamiętam w domu były psy a koty... owszem, tak z daleka, popatrzeć, może pogłaskać ale nic ponadto. Tata miał uraz z dzieciństwa, a mama... nie wiem ale teraz ma alergię. I kota.
Zatem skąd u mnie miłość do kotów?
Jak również wiecie pałam zachwytem i miłością do wszelakich stworzeń (wyłączając osy i szerszenie), kocham przyrodę naszą rodzimą i każde najmniejsze nawet stworzenie (co oczywiście nie przeszkadza mi tłuc komarów czy likwidować mszyc z ulubionych roślin w ogrodzie rodziców). Zatem i te koty tak raczej odległe gdzieś mi się po głowie telepały, łaziłam za wszystkimi wsiowymi kociakami bo te dorosłe miały mnie w głębokim poważaniu. 
Najwyraźniej jednak przeznaczeniem mym było spotkać SWOJEGO KOTA na swej drodze. I stanęło na mej drodze to kocie przeznaczenie...
Chociaż "stanęło" to wiele powiedziane. Raczej przykicało. Dnia letniego dziewięć lat temu. Znajoma mojego ówczesnego chłopaka napisała do niego sms, że znalazła przy drodze kociaka. I czy chcemy go zobaczyć. No ba! Jasne że chcemy. Poszliśmy na jej podwórko bo właśnie wyprowadzała małego na siku do jakiejś postkomunistycznej zapyziałej piaskownicy. I moim oczom ukazał się krowiasto łaciaty pokrak. Maleńki, z wielką głową a na tej wielkiej głowie jeszcze większa rana od samego różowego noska po sterczące ucho. Skóra zdarta niemal do kości. Pytam: Co mu się stało?
W odpowiedzi słyszę opowieść jak wracały z koleżanka z imprezy i usłyszały piskolenie gdzieś od rowu przy drodze, której poboczem szły. Rozglądają się i widzą jedynie węszącego po polu psa idącego jakimś tropem. Ale nagle piskolenie się powtarza i chwastach widać małe coś. I to małe coś właśnie zostało uratowane przed tropiącym psem. Prawdopodobnie potracony albo wyrzucony z auta, na co wskazywała skóra zdarta z głowy. Żeby tego było mało kotek nie chodził jak normalne kocię. On kicał jak królik, a to dla tego, że jego prawa łapka jak martwa ciągnięta była na nim. Nie stawał na niej, nie ruszał nią - ot taki se kikut. 
Żal mi było przestraszanie maluszka z wielką obdartą głową i wzdętym brzuszkiem ale nie mogłam przygarnąć kota. I tak miałam nieco na pieńku z rodzicami, którzy rok wcześniej wyprowadzili się na emeryturę na wieś a mnie zostawili mieszkanie, za które na czas studiów płacili. Przecież jakby się dowiedzieli to chyba by mnie ze skóry obdarli. Poza tym znalazca kota powiedziała, że ma sąsiadkę kociarę i ona się nim zajmie. Czyli git.
Całą noc śnił mi się mały łaciaty kociak ze wzdętym brzuszkiem. Rano podjęłam decyzję, która przypieczętował informacja, że sąsiadka nie chce kalekiego kota, na którego trzeba łożyć bo jej nie stać. Uśpić go. Sama się uśpij babo wredna.
Wpakowałam malca do pudełka i pojechaliśmy do weterynarza. już zdecydowałam, że to małe stworzenie będzie moje. U weta dowiedziałam się, że kot ma zmiażdżony splot nerwowy łopatkowy i najlepiej tę łapę amputować. Ale może nie koniecznie teraz zaraz, poczekajmy, może odzyska czucie. Masować i sprawdzać. 
Po kilku tygodniach czucie zaczął odzyskiwać, ale nikt nie zrobił prześwietlenia i nie wykryto, że maluszek ma połamana te łapkę. I przez te tygodnie odzyskiwania czucia, łapka się zrosła ale niewłaściwie. Moja to wina.
Dałam bąblowi dom i jedzonko ale w tam  okresie źle się u mnie w życiu działo, krucho było z kasą, cale dni na uczelni i nim się objeżdżam łapka się zrosła krzywo. 
Do dziś mój krzywusek czasem sobie woli pokicać niż nonszalancko maszerować ale przychylam mu nieba, by nie odczuwał niewygód z powodu tej łapki. 
To właśnie Ciapek rozniecił we mnie miłość do kotów. Pokazał mi jak fascynującymi są stworzeniami. 

To są archiwalne fotki małych Ciapka i Luny. Przepraszam za jakość ale to zdjęcia z fotek robionych starym aparatem kliszowym. Nie stać mnie jeszcze wtedy było na cyfrówkę.



Minął rok, od kiedy nie ma z nami Luny - jego czarnej niczym antracyt przybranej siostry. Pojawiła się niema równo rok po jej odejściu, łaciata Keira. 
Ciapek jest znajdą z przydrożnego rowu, Lunkę wzięłam ze schroniska (opiszę to kiedyś), a Keirunia odratowana przez dobrych ludzi ze stowarzyszenie Wrocławskie koty, gdzieś spod elektrociepłowni.  Tyle kociego nieszczęścia na tym świecie, nie da się pomóc każdemu futru ale powiedziałam sobie kiedyś, że będę miała w domu zawsze kota, który najbardziej potrzebuje pomocy, kota z ulicy, przytuliska czy domu tymczasowego. Owszem marzy mi się rasowy Norweski czy Maine Coon. Ale te nasze bidy zawsze będą pierwsze w kolejce. Jak patrzę na te radosne mordki to niemal widzę ciepłe światełka ich duszyczek. I cieszę się, że mogłam dać im ich własny domek. 

To kilka również archiwalnych zdjęć moich kotków ale już wykonanych aparatem cyfrowym, moim pierwszym.
 Lunka




 A tu rozkosznie razem drzemią


Chciałam wam jeszcze powiedzieć o wspaniałym miejscu. To hospicjum dla bezdomnych kotów, miejsce gdzie trafiają koty ciężko chore, których nikt nie chce. My z mężem już zdecydowaliśmy się wspierać tę instytucję - jedyna w Polsce. Zachęcam do zajrzenia - na mojej bocznej liście jest ich baner. 
Jesteśmy winni zwierzętom pomoc, wiele przez nas - ludzi- wycierpiały i cierpią w dalszym ciągu. 

Pozdrawiam i życzę spokojnego tygodnia.



15 komentarzy:

  1. Piękny post! Przesyłam uściski dla Twoich ślicznych i dzielnych kotków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Kociaki wyściskane i wymiziane. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Piękne opowiadanie :)
    Koty to się właśnie tak same znajdują po to, żeby je pokochać :)
    A zdjęcie Ciapka z Luną na fotelu - urocze :)
    Jak widać łapka źle zrośnięta wcale mu nie przeszkadza cieszyć się zyciem :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pełni się z tym zgadzam, że koty nas znajdują. Myślę, że one pojawiły się w moim życiu akurat w momencie, kiedy następował proces niszczenia mojej psychiki i ducha przez byłego faceta. Dzięki moim futrom kochanym udało mi się znaleźć siłę by się nie załamać. Pozdrawiam gorąco.

      Usuń
  3. Czytałam Twojego posta jak najlepszą książkę! Masz dar przelewania myśli na papier:)
    Masz tak samo jak moja córcia..., gdy ma do wyboru zdrowe, piękne zwierzątko, czy chore, kalekie - wybiera to drugie.
    Pozdrawiam Ciebie i kociaczki - Ciapka i Keirę:)
    Ps. Wiem teraz skąd Twój nick;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, nawet nie wiesz jak mi miło czytać takie słowa. To miód na moje serducho. Zawsze wybierałam te najbrzydsze rośliny na ogród i powyrastały z nich teraz na prawdę ładne okazy. Uwielbiam leczyć rośliny i pomagać zwierzętom. Taki pseudonim miałam od podstawówki - zakochana byłam w Czarodziejce z księżyca a tam była czarna kotka Luna. Pozdrawiam bardzo goraco.

      Usuń
  4. Witam! Te twoje kotki są prześliczne! Zapraszam na swojego bloga o ptakach: www.kochamptaki.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam, dziękuję za odwiedziny, zaglądałam. W imieniu moich futer bardzo mi miło. Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Ludzie nieraz strasznie męczą zwierzęta:( Dobrze że są tacy ludzie jak Ty:) Pozdrawiam:) U mnieteraz trochę motyli - zapraszam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym, nawet nieświadomie zadajemy im cierpienie i skazujemy na męki (mnożąc bez potrzeby). Dzięki za komenta i już byłam na Twoich motylach wcześniej. Do następnego.

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. fajowe kociaki ) ja od małego kociarka ;))) ale nie mam obecie zadnego ;(

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak samo jak Ty kocham koty i zawsze w naszym domu były jakieś kociaki. Kiedyś znajoma mamy przyniosła maleńkiego kotka, wzięłam go, był chory. Pojechałam z nim do weterynarza, lekarz go obejrzał, dał leki, zastrzyki. A kiedy zapytałam ile płacę, on pogłaskał mnie po głowie i powiedział - nic dziecko, nic. A muszę Ci powiedzieć, że miałam wtedy 21 lat, a weterynarz nie był strasznie starszy ode mnie. Teraz też mam kota, zwykłego dachowca uratowanego od niechybnej śmierci. I nie wiedziałam, że można aż tak kochać takiego sierściucha :)
    Pozdrawiam Dorota

    OdpowiedzUsuń
  9. jesteś Wielka i masz kochane serducho :)))

    OdpowiedzUsuń
  10. Z przyjemnością sobie przypomniałam ten post. :)

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.