Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

środa, 27 sierpnia 2014

Wspomnienie niebywałego podopiecznego

Uprzedzałam, że lubię pisać (w realu to jestem po prostu gadatliwa a tu jestem... pisatliwa?), bardzo lubię i to od małego przelewać swoje nie zawsze skoordynowane myśli na papier czy w latach ostatnich na komputer. A do tego wzięło mnie jeszcze na wspominanie życia mojego średnio długiego. I dziś chcę podzielić się z wami pewnym ciekawym epizodem z mojego życia właśnie. 
Jak wiecie moi rodzice kochani na wsi mieszkają, pod lasem, przy stawie, obok łąki i wzdłuż rowu z wodą. Ale mieszkają tam od dziesięciu lat raptem, a wcześniej dom był jedynie letniskową daczą. No i odkąd pamiętam spędzałam tam wszystkie wakacje i zdecydowaną większość weekendów. Nawet zimowe się zdarzały. Ponieważ nie bardzo było się z kim bawić to sama musiałam znajdować sobie zajęcie i często kończyło się to długaśnymi włóczęgami po okolicy. I podczas jednej z takich wędrówek, mając lat jakieś 13 natknęłam się na NIEGO. 
Szłam wiejską drogą prowadzącą do leśniczówki i po jednej stronie coś zwróciło moją uwagę. Rosły tam jeżyny, maliny i jakieś jeszcze inne chaszcze, a w nich coś sporego się miotało. Włączył mi się instynkt łowcy i niewiele się namyślając ruszyłam przez te kszaczory w stronę miotającego się cosia.  Coś okazał się być młodocianym ptakiem drapieżnym. Możecie mi wierzyć lub nie ale byłam wtedy niemal w ekstazie. W lot się połapałam, że ptaszydło nie może z jakiegoś powodu latać i tylko szarpie się w tych jeżynach. Był na tyle duży, że powinien już szybować ale jedno jego skrzydło było niezdatne do użytku. Był skazany na śmierć. W pobliżu nie widać było dorosłych więc już musiał być na tyle podrośnięty, że go zostawili. Podjęłam decyzję jeszcze zanim zaczęłam na dobre myśleć. 
Nie wiem ile czasu mi to zajęło, ale na pewno dość długo. Ptak był jednak dość szybki ale też osłabiony i w końcu zmęczył się na tyle, że mógł jedynie drzeć dzioba i grozić mi szponami. Łe, ja mam się przestraszyć takich szponów... no się przestraszyłam. I gdyby nie fakt że dzień był przekropny i miałam na sobie starą ortalionową bluzę z lumpeksu to nie złapałabym drania. A tak to jakimś cudem zarzuciłam ją na niego i zawinęłam tak, że tylko głowa się szarpała. 
Nie dziobnął mnie, po chwili się uspokoił, jakby poddał, a może był już tak zmęczony. Też byłam zmęczona i podrapana, poparzona pokrzywami i pewnie niejednego kleszcza złapałam. Ale byłam dumna i podjarana jak panna młoda. Zakryłam mu łeb i pilnując tych pazurzastych łap zaniosłam do domu. Nawet przez chwilę się nie zastanawiałam co powiedzą moi rodzice. Nie dalej jak rok wcześniej przyniosłam im do domu młodego kruka, z tym, że on był zdrowy i sam sobie poradził (może kiedyś o tym też napiszę). 
Nie trudno się domyślić, że rodzice popukali się w głowę jak im pokazał co znalazłam. Ale nie truli nic tylko zapytali co zamierzam. Przyznam, że nie wiedziałam wtedy co zamierzam. Chciałam zobaczyć co to jest i czemu nie lata. 
Przy drewutni mój dziadek kiedyś dawno temu postawił wielkie klatki na króliki, takie na metr wysokie i szeroki, a na dwa długie. Stały one od wielu lat puste, jako składowisko dziwnych rzeczy. Tata wyjął te rzeczy stamtąd i wpuściłam tam moje trofeum. ON był wielki. Czekoladowo brązowy i rudym łbem. Jak wkurzony rozpostarł skrzydła to miały lekko 1,5 metra. Pierwsze co to poleciałam po książkę o ptakach i nie musiał długo szukać żeby oznaczyć. Tak to był Błotniak stawowy. A dokładnie to ON się okazał młodą ONĄ. 
Zdjęcie ze zapożyczone ze strony National-geographic.pl

Nie wiem czy pisać o tym jak chciałam ją karmić ogłuszonymi żabami... cóż napisałam. Ale nie chciał jeść. Mama się zlitowała i dała jakieś mięso. Oj wpierniczał ptasior jak zły. Przysięgam nie mam pojęcia jak ja go wyciągałam z tej klatki. Mam zanik w tym względzie, a wyciągałam kilka razy dziennie by oczyścić skrzydło.

UWAGA!!! OPIS MAKABRYCZNY I NIESMACZNY BĘDZIE.

Jak się okazało po dokładniejszych oględzinach mój nowy pupil miał skrzydło złamane i to w dwóch miejscach z przemieszczeniem i przebitą skurą tak, że kości było widać. Ok, ale do tego jeszcze w tymże skrzydle, a dokładniej w dziurze zrobionej przez kość zalęgły się larwy much. Dezynfekowałam mu tę ranę i codziennie pęsetą wyciągałam te larwy... tak jestem obrzydliwa ale cóż, chciałam mu ulżyć. Ale tych larw nie ubywało. 
W pewnym momencie przyszła do nas sąsiadka, starsza już pani która wiele lat w Maroku spędziła i powiedziała żebym zostawiła te larwy. No bo jak tam w Maroku w ranie u krowy czy kozy jakiejś zalęgną się larwy to ludzie się cieszą bo larwy oczyszczają ranę z zainfekowanej tkanki i zostawiają zdrowe mięsko. Wtedy rana się może zagoić. Nie powiem, żebym żałowała, że nie będę już musiała bawić się z larwami. Zrobiłam jak sąsiadka poradziła i faktycznie po jakimś czasie larwy znikły, a rana zaczęła się po swojemu zasklepiać. 
Mój tata naszej Pani Błotniakowej na przekór wszelakim prawom płci nadał imię... Dik. Jeszcze wtedy pojęcia nie miałam co to znaczy, a mój tata do tej pory nie ma zielonego pojęcia jak ironicznie wyszło ptaka nazwać Dik. 
Tak czy inaczej Dik miał apetyt. I był wybredny. Na początku jadł co mu się dało - podroby. Ale jak już po kilku dniach nabrał sił to zaczął wybrzydzać. Płucek i wątróbki już nie chciał. Za to wołowinkę jak najbardziej. Wysłała mnie więc mama do pobliskiego znajomego masarza po jakieś odpady dla tego bandziora, a tam w masarni dali mi dwa wielkie, ponad dwukilowe, świeżutkie salcesony. Ledwo to do domu doniosłam, a ten drań nawet patrzeć nie chciał. Skończyło się na tym, że cała okolica wcinała salcesony (w życiu nie jadłam smaczniejszego salcesonu niż tamten wtedy), a Dik wołowinkę, kurczaczka i inne mięska. Nadszedł moment wypuszczenia drapola z klatki. Nie wiem kto o tym zadecydował. W każdym razie otworzyliśmy klatkę i ptaszydło z niej wyskoczyło dziarsko i zaczęło spacerować po działce. Był to czas kiedy przywieźliśmy z Wrocławia szczeniaka owczarka niemieckiego i to był największy wróg ptasiora. Kiedy tylko szczeniak do niego podbiegał ptak siadał na ogonie, rozkładał te swoje skrzydła i strzelał szponami. Dobrze, że nigdy nie trafił bo oskórował by psiaka. Nie bał się nikogo. A mnie dawał łapać, choć dość niechętnie. 
Nie siedział na działce. Wybrał fakultatywną wolność. Większość czasu siedział gdzieś zaszyty w gąszczu nad rowem i tylko czasem się wydzierał. Ale zawsze o szóstej rano, jak w zegarku, przybywał w tych swoich niezgrabnych podskokach na środek podjazdu i darł się o śniadanie. Trzeba było go nakarmić i dopiero się uspokajał. 
Nigdy nie nauczył się latać ponownie. Skrzydło było nieodwracalnie uszkodzone. Pod koniec lata przyjechał do nas wujek Kazik i zdecydowaliśmy że zawiezie Dika do Wrocławskiego Zoo. Tam mu powiedzieli, że u tych ptaków takie kontuzje są dość częste i że mają sporo błotniaków - nielotów. Wzięli go i nigdy więcej nie zobaczyłam mojego Błotniaka. 
Żałuje, że nie miałam wtedy aparatu żeby mu zdjęć porobić. Nie myślałam o takich rzeczach. A byłaby wspaniała pamiątka. 
Jedyne co mogę pokazać to kilka fotek myszołowów krążących nad naszą działką w ostatnich latach. 


Na dwóch pierwszych jest ten sam osobnik, na ostatnim jakiś inny. 

Dziękuję za wszystkie wspaniałe komentarze do sikorki, bardzo mnie one cieszą. Dobrze, że jesteście, że czytacie i że piszecie. Ja wiem, że większość osób zaglądających tu szuka haftu cieniowanego, ale nie chcę by mój blog był monotematyczny bo ja nie jestem i nigdy nie byłam taka. Wierzę jednak, że nie rozczarowuję nikogo pisząc te wszystkie opowieści o przyrodzie. A haft będzie się gdzieś tu zawsze przeplatał bo kocham tę grę z igłą i nitką. 
Serdecznie wszystkich odwiedzających pozdrawiam. Do następnego.

30 komentarzy:

  1. Piękna opowieść :) Super mieć własnego ptaszora, ale obowiązek też wielki. Szkoda mi zawsze dzikich zwierząt, nie wiele mają możliwości w razie choroby czy urazu. Błotniak dobrze trafił, miał szczęście
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też szkoda, zwłaszcza tych które są poszkodowane z winy człowieka. Wiadomo, natura jest nieubłagana i rządzi się swoimi prawami ale my - ludzie wprowadziliśmy ogromny chaos. Mocno zaburzyliśmy naturalny cykl i bieg rzeczy. Mocno ściskam.

      Usuń
  2. Czytałam z zapartym tchem Twoją opowiastkę. Miałaś wspaniałe przeżycie, ale i odpowiedzialność dużą. Podziwiam Cię, że się tego podjęłaś, ale uratowałaś pięknego ptaka. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Nigdy nie mogłam obojętnie przejść koło cierpienia zwierząt a ostatnimi laty i roślin. Ludziom nie ufam. Wtedy to chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego czy podejmuję się czegoś trudnego i odpowiedzialnego to był raczej instynkt. Nigdy nie żałowałam tego co zrobiłam i jedynie żal mi tego, że resztę życia spędził w klatce w Zoo.

      Usuń
  3. Na wsi zawsze byla jakas szansa na znalezienie i wychowanie dzikiego zwierzaka. Ja, miastowe dziecko, ledwie moglam sie pieska doprosic, a marzylam o kruku albo wiewiorce, o zaskroncu. Co z tego, w miescie ich nie bylo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja w zasadzie to też miastowa jestem, moim łącznikiem z naturą była właśnie ta letniskowa dacza i teraz domek rodziców. To właśnie tam wszystkie te historie się dzieją i tam robię najpiękniejsze zdjęcia. Znosiłam rodzicom, żaby jaszczurki zaskrońce i ptaki w ilościach masowych. A marzyłam żeby mieć lisa. Pozdrawiam i dziękuję, że wpadłaś.

      Usuń
  4. Twoje opowieści mogę czytać na dobranoc zamiast najlepszych książek :) Podziwiam Twoją umiejętność rozpoznawania zwierząt.Skąd wiesz że to dwa różne myszołowy? Ja nie widzę żadnej różnicy, no może jedynie że temu pierwszemu brak jednej lotki.
    Pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, zarumieniłam się normalnie od tych komplementów. A co do myszołowów to spędziłam nieco czasu na upewnianiu się że to ten popularny u nas ptak i wtedy zobaczyłam, że mają różne ogony. Oraz nieco inaczej ciapkowane brzuszki. Cieszę się, że zaglądasz i komentujesz, na prawdę, to mnie mobilizuje. Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Normalnie jesteś lepsza od niejednego pisarza. Cudownie opowiadasz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczą takie słowa, od dziecka marzę by wydać własną powieść. Ale jestem zbyt niesprecyzowana jaką i w związku z tym żadnej jeszcze nie ukończyłam bo moja głowa jest pełna pomysłów. Miłego dnia.

      Usuń
  6. Już Ci pisałam że sie minęłaś z powołaniem? to kiedy wydasz książkę:)????????????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, wspominałam,że to nie takie proste. Nawet jak ją już napiszę i skończę to samo wydanie nie jest łatwe i tanie... Ale kiedyś na pewno to zrobię. Obiecuję to przede wszystkim sobie samej.

      Usuń
  7. Nie dość,że masz dar do pisania to jeszcze są to opowieści prawdziwe :) Wspaniale się zachowałaś ratując błotniaka.Ja jak byłam małą dziewczynką to też znosiłam wszystkie napotkane zwierzęta do domu (niekoniecznie chore i dzikie:) Bo skoro jakiś pies się włóczył po wsi to wiadomo,że nikt go nie kochał czyli musiałam go zabrać do domu.A w rzeczywistości na ogół tato później musiał się za mnie tłumaczyć właścicielom :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wychodzi na to, że to nie zawsze były taki bezpańskie pieski:) Też nam się kiedyś taki fajny wilczurowaty przyplątał ale już jednego mieliśmy, a mieszkanie małe i jedynie co to ukradł nam kilogram kiełbasy z bagażnika samochodu, pobawił się z naszym wilkiem i zwiał gdzieś dalej. A o innych przybłędach opowiem później.

      Usuń
  8. Świetna opowieść o ptaku ...
    Przeczytałam wszystko...
    Mam nadzieję, że Dikowi wszystko ułożyło sie pomyślnie w tym ZOO :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję, byłam w Zoo wielokrotnie ale nie umiałam go rozpoznać, podobny do innych.

      Usuń
  9. Już zapewne kiedyś wspominałam, że wspaniale piszesz. Super historia, która mnie urzekła :)
    Cieplutko pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspominałaś i nadal bardzo mi miło, że tak uważasz. Myślałam, że historia się spodoba, bo to było niesamowite przeżycie. Pozdrawiam.

      Usuń
  10. Wspaniała opowieść o uratowanym ptaku ! Jesteś bardzo odważna ! Drapieżniki są piękne ale bardzo niebezpieczne dla mniejszych ptaków. Kilka tygodni temu widziałam jak jastrząb rozprawił się z gołębiem
    sierpówką....to był wstrząsający widok...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj wiem jak potrafią być brutalne i mało eleganckie podczas konsumpcji. Ale cóż takie prawa natury. Nie wiem czy to odwaga czy brawura raczej byla, teraz pięć razy bym się zastanowiła i pewnie zadzwoniła gdzieś a dopiero jakby mnie olali to sama podjęła ale z kimś jeszcze akcję ratunkową i nie chodzi mi tu o ptaka tylko te chaszcze.

      Usuń
  11. Wspaniała opowieść! Uratowałaś życie temu biednemu ptakowi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam przynajmniej taką nadzieję, że dożył sobie w tym Zoo swoich lat.

      Usuń
  12. Ciekawa opowieść, świetnie opisana, zazdroszczę tych przygód :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama sobie zazdroszczę, teraz to takie moje życie ustatkowane i raczej nudnawe...

      Usuń
  13. Nie samym haftem człowiek żyje ;) Nie przestawaj pisać, to właśnie ta różnorodność postów sprawia, że Twój blog jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju :) Blogów typowo hafciarskich jest mnóstwo, a hafciarsko - literacki tylko jeden :) Co do samej historii - podziwiam Twoją odwagę, ja na Twoim miejscu, słysząc jakieś szuranie w krzakach, pewnie uciekłabym, gdzie pieprz rośnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś czuję, że też bym zwiała teraz, z wiekiem jakaś taka strachliwa się stałam. I fajnie czytać takie słowa na temat swojego bloga, to na prawdę podnosi na duchu. Dziękuję Ci bardzo za to co napisałaś i do następnego.

      Usuń
  14. super historia-ja też kiedyś miałam pod opieką sierpówkę,oknówkę,jerzyka(ale tego tylko podrzuciłam i poleciał) i jakiegoś małego ptaszka.Ale teraz długo się zastanawiam zanim podejmę taka decyzję.Czasem trzeba odwrócić głowę mimo,że przykro się patrzy ale takie są prawa natury zwłaszcza jak się wie,że nic nie da się zrobić:(pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj zdarzały się i wróble i jakieś inne maleństwa ale tylko raz miałam w rękach drapieżnika (oprócz sowy ale o tym napiszę kiedy indziej jak znajdę zdjęcie gdzieś na płycie.) I fakt to ogromna odpowiedzialność.

      Usuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.