Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 22 listopada 2014

Antracytowo czarna Luna

Witam.
To jest mój setny post. Chciałam go poświęcić pewnej szczególnej istocie. Istocie, która towarzyszyła mi przez osiem lat swojego za krótkiego życia. Odeszła w lipcu ubiegłego roku... 

Zanim to jednak uczynię to chciałam poruszyć jedną sprawę. Spotkało mnie dziś coś przykrego ze strony jednej z blogowiczek. Ta miła jak mi się wydawało kobieta opublikowała posta na temat zabaw blogowych, wyzwań i w tekście tym mnie jawnie skrytykowała dodając odnośnik do mojej strony. Zostałam posądzona o rozpoczęcie zabawy i nie dokończenie jej. A ja o ile mnie pamięć nie myli zapierałam się, żeby nie robić z tego żadnej zabawy, nie chciałam żadnych banerów, uczestników czy innych związanych z tym spraw gdyż wiem, że mój czas jest  ograniczony. Chodzi oczywiście o Kudłatego wikinga. Tak, rozpoczęłam "kursik" pokazując krok po kroku jak go wyszywam, ale niemal za każdym razem uprzedzałam, że jak tylko się zacznie wiosna to obowiązki zawodowe uniemożliwią mi pracę nad tym projektem. Czuję się teraz tak jakbym naciągnęła ludzi na wydatek związany z zakupem nici i materiału. Zapaliłam się do wyszywania kota bo je uwielbiam i chciałam też sprawdzić siebie. Zaproponowałam, że jeśli ktoś będzie miał ochotę to wyślę opracowany przez siebie projekt. Nie jest moją winą że kilkumiesięczna przerwa zniechęciła tę osobę. Ale przepraszam, czasem trzeba popracować, a każdy uważny czytelnik tego bloga wie, jakie miałam lato i że nie w głowie mi było czasami obmyślanie co i jak dalej wyszyć bo to nie tylko samo wyszywanie ale też sporo kombinacji a do tego trzeba czasu i natchnienia. Żałoba, problemy z pracą i zdrowiem nie sprzyjały temu. Zazdroszczę jeśli u kogoś wszystko idzie gładko. Nie pobierałam żadnych opłat, a "kurs" był swobodną formą podzielenia się tą piękną sztuką z innymi. Przykro mi że moje imię zostało w pewien sposób oczernione i nadużyte. Oraz że ktoś nie potrafi czytać ze zrozumieniem. 

Zatem korzystają z tej niemiłej okazji OŚWIADCZAM TU I TERAZ, ŻE NIE BĘDĘ NA ŁAMACH TEGO BLOGA ORGANIZOWAŁA ŻADNYCH WYZWAŃ CZY ZABAW ZBIOROWYCH I CYKLICZNYCH, Z WYJĄTKIEM MOŻE JAKIEGOŚ CANDY CZASEM. A MOJE WPISY "KROK PO KROKU" SĄ I BĘDĄ JEDYNIE FORMĄ PRZEKAZU A NIE KURSEM. Żeby już nigdy nikt mi nie zarzucił że nie wywiązuję się z nieistniejącej umowy.
Mam nadzieję, że nie ma wielu osób które tak to odebrały. Teraz ilekroć popatrzę na Wikinga będę czuła niesmak. 

Wracając do tematu.
Znacie już mojego synusia - Księcia Ciapka. Znacie również Cesarzową leśnych ostępów - Lizę. A także najnowszego członka naszej rodziny - księżniczkę piratów Keirę. Nie mieliście jeszcze okazji bliżej poznać Luny od której zapożyczyłam swój internetowy pseudonim. 
Ale zanim opowiem wam o mojej czarnulce kilka słów o Ciapku. 
Ostatnio pisałam, że jest bidulek chory. Od tamtego czasu przeszedł operację, kolejną serię zastrzyków i dzisiaj wreszcie Pan doktor oświadczył, że Ciapek jest już zdrowy. Operacja która przeszedł we wtorek polegała na zdjęciu kamienia i usunięcia zepsutego zęba. Niby nic, ale jednak pełna narkoza była. Jaki on był biedniutki kiedy się wybudzał, chciał gdzieś wejść a nie mógł. Zataczał się i przewracał, trzeba było cały dzień za nim chodzić żeby sobie krzywdy żadnej nie zrobił. A głodny, nawet za bardzo nie mógł jeść bo opuchnięty był i go bolało. No ale teraz już bryka cały szczęśliwy, w poniedziałek dostanie ostatni zastrzyk i oby długo już nie musiał iść do Weta. 

Zatem pragnę wam przedstawić Lunę - Antracytowo czarną damę. 

Jakieś dwa tygodnie po tym jak trafił do mnie Ciapek, postanowiłam, że będę miała dwa koty. Pojechała wtedy z ówczesnym partnerem i jego młodszym bratem (dzieciak jeszcze) do schroniska. Doskonale wiedziałam czego pragnę. Miałam w głowie że nie wejdę do pomieszczenia z kociakami bo zginę tam. Ja chciałam czarną trzymiesięczną kocicę. Taką w wieku Ciapka. 
Na miejscu okazało się, że owszem jest akurat jedna taka ale nie chcieli mi jej dać. Bo podobno jest wredna i agresywna. Miła pani zaprowadziła mnie do pomieszczenia gdzie czekały inne koty. To było trudne. Niektóre przeciskały się przez kratki żeby tylko je przytulić i zabrać. Ale ja się uparłam - Czarna kotka i już. 
Na prawdę musiałam się wykłócać o nią bo podobno dopiero co przyjechała, po przejściach, wyrzucona z okna, złamany ogon i agresja. Ale w końcu mi ją dali. Podpisałam umowę i ruszyliśmy z małym czarnym kociakiem do domu. Była spokojna i lekko wystraszona. Młody uparł się, że chce ją nieść na rękach więc mu dałam a wytrzęsiona przez smarkacza kitka zwymiotowała na niego. Hehe.
W domu ta grzeczna mała czarna kulka zamieniła się w istnego mordercę. Ciapusia który chciał się z nią bawić zaczęła tłuc jakby to on ją z tego okna wyrzucił. I to trwało kilka miesięcy. Znęcała się nad nim ale on był bardzo przyjacielski. A dla nas... jakbym miała w domu kota i jego żyjący własnym życiem cień.
Przez ponad rok przemykała po kątach i zakamarkach niczym ninja. A po półtora roku stał się cod. Podeszła do mnie i sama wskoczyła mi na kolana. Prawie się popłakałam z radości. 
Luna była niezwykłym kotek, który miał zdolność dostrzegania świata pozazmysłowego. Krótko mówiąc - widziała duchy. Nie będę się rozpisywać nad każdym jej spotkaniem - wspomnę tylko o tym jak mnie przed zmora uratowała. Spałam sobie pewnego popołudnia po pracy. Obok mnie spał Ciapek a przy moich stopach Luna. Nagle po raz kolejny poczułam duszność i ucisk na klatce piersiowej. W półśnie zarejestrowałam jak Luna zerwała się przebiegła po moich nogach i wskoczyła mi na pierś ewidentnie coś przeganiając. A ja mogłam już normalnie wciągnąć powietrze. 
Dla wielu będzie to jakaś zwykła duszność czy bezdech a może mucha ale dla mnie to była zmora zwana u nas Dusiołkiem a moja Lunka ją pogoniła. Mój mąż też miał kila razy jakieś majaki z nią w roli obrońcy naszego spokojnego snu. Poza tym to jestem młoda i jeszcze wtedy zdrowa. 
Była gadatliwa i zaczepiająca. Lubiła czesanie i czasem zdarzało jej się zapomnieć schować języczek. Była obronnym kotem. Potrafiła pogonić dużego psa kiedy usłyszała jak Ciapek syczy na jego widok. 

"Pies, nie podchodź lepiej... No i po co tu leziesz kundlu"
"No nie, sam się prosisz o kłopoty"
"Słuchaj pchlarzu, zjeżdżaj stąd bo użyję pazurów, nie żartuję..."

"Czy już sobie poszedł? To mogę wyjść"
" Tak, poszedł. I chyba nie wróci... na pewno nie wróci."
"I nie wracaj mi tu kundlu!"

Bardzo opiekowała się i matkowała małej Lizie. Nosiła ją w pyszczku jak własne kocięta, których nie miała. Cichutko mruczała i szczekała na ptaki za oknem. 
To był kochany kotek. 

Ale w lipcu tamtego roku odeszła od nas. Od jakiegoś czasu mało jadła i wymiotowała. Poszłam z nią do lekarza i badanie krwi złamało mnie. Wyniki były straszne - mocznik i kreatynina przekroczone tragicznie. Diagnoza - przewlekła nie wydolność nerek. USG potwierdziło zwyrodnienie nereczek mojej kici. To było okropne, nie miała szans, teraz wiem, że nie miała najmniejszych szans na wyjście z tego i od kilku tygodni powoli umierała. Ale nie pokazywał tego po sobie. A po tej wizycie podczas której zrobiono jej lewatywę i inne zabiegi nie wróciła już do formy nawet na chwile. była leżąca, i nieruchawa. Miała bardzo niską temperaturę, nie jadła. Była zatruta mocznikiem. Codziennie dostawała kilka zastrzyków i dwie duże kroplówki. Po tygodniu tej nierównej walki wyniki były jeszcze gorsze. Podjęłam najtrudniejszą w życiu decyzję. Nie miałam prawa jej męczyć, skoro nie było szansy na wyzdrowienie i bezbolesne życie. Nerki nie pracowały już.  
Odeszła na stole weterynaryjnym, ale jej bezwładne ale ciepłe jeszcze ciałko śni mi się do dziś. Czuję się winna zaniedbania, czemu nie zrobiłam badan wcześniej, czemu nie ratowałam kiedy była szansa... I po co przez tydzień ją tak męczyłam tymi kroplówkami, zastrzykami, masowaniem brzuszka... Przy takim zwyrodnieniu nerek to nie miało szans. Ale ja nie wiedziałam a wetka dawała kroplówy do domu i leki. Wybacz Lunka. Wybacz kiciuniu moja. I jeszcze raz żegnaj. Nigdy Cię nie zapomnę, byłaś moją córunia. 

47 komentarzy:

  1. Jejku, Miecka jak zywa! Nawet te biale wloski na piersiach!
    Niestety, niektorzy weterynarze wola zwierze meczyc, bo to daje wymierny zarobek, niz skrocic jego cierpienia. Podobny przypadek mielismy z naszym jamnikiem, ktory umarl w meczarniach, choc jeszcze wieczorem dnia poprzedniego bylismy u weta, bo sie dusil. To juz trzy lata, a ja nie moge o tym spokojnie pisac, bo mi lzy same leca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz niestety rację i to jest w tym wszystkim najsmutniejsze.

      Usuń
  2. Napisałaś przepiękne epitafium. Przeczytałam z wielkim wzruszeniem. Blogowiczką się nie przejmuj, co zrobić, malkontentów mamy na świecie mnóstwo, a jedna jaskółka wiosny nie czyni. Uściski!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te miłe słowa. Przejmuję się nią dla tego, że mamy wspólnych obserwatorów i nie chcę by ktoś źle o mnie pomyślał. Ściskam gorąco.

      Usuń
  3. Bardzo się wzruszyłam. Pięknie wspomniałaś o Lunce.
    Ja we wrześniu straciłam Pixela, 13 letniego, ślepego całe życie, pieska. Był kochanym maluszkiem. Wiem co przeżywasz, pamięć o tych naszych przyjaciołach pozostanie na zawsze w naszych sercach.
    Całuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostanie, a ponieważ i Ciapek i Luna to moje pierwsze koty to boję się, że następnych nie będę tak mocno kochać jak te dwa.

      Usuń
  4. Ta osoba co Cię skrytykowała nie wie co pisze- nie chciała brać udziału w zabawie- mogła tego nie robić, albo poczekać na koniec wyszywania Wikinga i wtedy w dowolnym dla siebie tempie wykonywać- nie przejmuj się nią, bo zawsze znajdą się osoby chętne nas krytykować.
    Co do Luny- to był na prawdę przemiły i współczujący Kociak.
    Pamiętam jak się pochorowałam u Ciebie na grypę żołądkową, a ona przez prawie cały czas leżała przy moim bolącym brzuchu.
    Luna zawsze pozostanie w Twoim sercu- a to najważniejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Luna wiedziała kiedy boli albo coś jest nie tak. Była czuła i cierpliwa i taka kochająca.

      Usuń
  5. Pięknie piszesz o swojej Lunce , bo i cudna z niej była istotka.Bardzo boli jak zwierzaczek odchodzi ale nie rób sobie wyrzutów ze mogłaś wcześniej zareagować , niestety nie mogłaś , bo koteczki bardzo długo potrafią ukrywać swoje dolegliwości .Zareagowałaś wtedy kiedy Luna dała sygnał ze coś jest nie tak.
    A jeśli chodzi o krytykę ze strony blogowiczki .......nie przejmuj się, zawsze znajdzie się ktoś kto źle zrozumie nie doczyta , ale pretensje będzie miał do innych.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby wiem, ale teraz już będę ostrożniejsza w sprawie kotków, profilaktyka i prewencja.

      Usuń
  6. Piękna Lunka: * Dziękujemy że o niej napisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję za To że to przeczytałaś.

      Usuń
  7. Marysiu, Luny nie dało się uratować, ale każdy pragnie ratować swojego przyjaciela. Ja straciłam Tolusia i też wciąż myślę, że gdyby wcześniej... Takie myśli są i zostaną z nami do końca.
    Cieszę się, że Ciapuś zdrowieje :)
    Czytałam od początku Twoje posty z wikingiem, ale nie odebrałam ich jako wyzwania czy terminowej zabawy. Nawet sama sobie pomyślałam, że może kiedyś wrócę do tych postów i spróbuję powyszywać. Akurat tym się nie przejmuj, sa osoby, które muszą się na kimś "uwiesić" bo inaczej im gorzej ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje słowa kochana uspokoiły mnie trochę. Obawiałam się, że może faktycznie zostało to tak odebrane. A najbardziej mi smutno i przykro że ta osoba tak ciepło do mnie pisała a potem tak brutalnie zmieszała z błotem bo cierpliwości i wyrozumiałości jej brakło.

      Usuń
  8. Coz wiem bardzo dobrze jak sie czujesz, sama bylam w podobnej sytuacji 3 lata temu z tym ze moj Ramzes w ciagu jednego dnia nagle odszedl... A podjecie decyzji o skroceniu meki zwierzecia jest chyba najciezsza decyzja w zyciu przyjaciela zwierzaka.
    P.S. Wspanialy blog, odkrylam go niedawno i pochlonelam w ciagu jednej nocy wszystkie posty.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są chyba najpiękniejsze słowa jakie może usłyszeć - przeczytać osoba pisząca i prowadząca bloga. Bardzo Ci dziękuję za te słowa.

      Usuń
  9. Kochana ! kot piękny wcale się nie dziwię, że za nim tęsknisz, wszyscy miłośnicy kotów to rozumieją . Człowiek przyzwyczaja się do zwierzęcia i często traktuje jak członka rodziny..niestety one odchodzą szybciej niż my. Masz po nim piękna pamiątkę w postaci zdjęć, wspomnień i tego co napisałaś:)
    A wracając do zabawy...pamiętam jak się zarzekałaś ,że jej nie będziesz organizować i wszyscy bezpośrednio zainteresowani wiedzą jak było...wiesz kiedyś w polskiej telewizji leciał taki czeski serial, nie wiem jak się pisze to nazwisko więc zrobię to po swojemu...był tam taki doktor Sztrosmajer ,który kiedyś powiedział zdanie wg.mnie ponadczasowe i czasem je lubie sobie przypomnieć '' Gdyby głupota umiała latać to niektórzy latali by jak gołębice" ,w oryginale było skierowane do jednej z pielęgniarek.
    I tak przyszło mi na myśl gdy przeczytałam co napisałas o tym,że ktoś Cię oczernia . Daj se kobieto spokój ! ludzie bywają wredni, zakompleksieni, zazdrośni i co tam jeszcze przyjdzie Ci na myśl.. Muszę się przyznać,że na początku blogowania zobowiązałam się też do kilku zabaw z których nie zdąrzyłam się wywiązać..nie jestem z siebie dumna ale przeliczyłam się z możliwościami, mam zamiar to zakończyć ale ciagle coś mi przeszkadza. Człowiek czasem bierze sobie więcej niż może udzwignąć . Nie wynikało to z tego ,ze chciaąłm kogoś oszukać wprowadzić w błąd, tak wyszło! Ludzie którzy żyją pod linijką nie zrozumieja a Ci co mnie nieco znają , często piszę o tym na blogu mam nadzieję okażą wyrozumiałaość i cierpliwość. Kochana masz taki talent ,ze sama sie zastanawiam jak Ci go uszczknąć...i wielu może Ci zazdrościć ja też! Głowa do góry i zamnij oczy kiedy pojawia się takie wpisy. całuję Cię i ściskam gorąco!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Luno, kochana Luno (jakbym pisała do mojej kici...) Twoje słowa mnie uskrzydliły i przywołały uśmiech na mych ustach. Bardzo Ci dziękuję. Ok, może ktoś się poczuł zawiedziony ale można to było załatwić ładniej bez wytykania palcami i bez odnośników do konkretnego bloga. Tak jakby przykleić na czole nalepkę "ta co zaczęła i nie skończyła". A ja skończę, już mi niewiele zostało. Pozdrawiam Cię i ściskam.

      Usuń
  10. Łzy mi sie zakręciły w oku gdy czytałam o Twojej Lunie. Ślicznie piszesz o swoich kotach. Ja tak nie potrafię.
    Jak pamiętasz, haftowałam swojego Rudzielca razem z Tobą. Szło ni całkiem nieźle. Gdy przerwałaś kursik uruchomiłam moją wyobraźnię i Rudzielec już skończony. Ta pani też tak mogła zrobić, chyba że nie posiada, którejś z półkól mózgowych. To taka drobna złośliwość ale niektórzy tak sie zachowują. Ty się jednak nie przejmuj. Głowa do góry. Two Wiking jest śliczny. Skończ go kiedy Cię najdzie wena.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to bardzo miłe z Twojej strony. Kiedy skończę kota będzie ozdobą w moim pokoju. Cieszę się, że mimo mojej przerwy skończyłaś swojego kota. Pozdrawiam.

      Usuń
  11. U mnie był post 150 u Ciebie 100 ale tak smutno się zrobiło. Sam miałem przykrą sytuację z kotem. Był mały kilku tygodniowy. Od urodzenia najmniejszy i ciągle coś mu się działo lecz przez pewien czas było coraz lepiej aż prawie całkiem mu się poprawiło. Nagle w zasadzie w ciągu jednego dnia odszedł. Przykro było tym bardziej że był taki malutki. Mimo że to kot to bardzo porusza człowiekiem. A tą osobą się nie przejmuj - zdarzają się takie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, koty są dla mnie niezmiernie ważne i bardzo mocno oddziałują na moje emocje. Pozdrawiam i życze kolejnych 150 wpisów.

      Usuń
  12. Super ,że Ciapek już zdrowy:)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nawet nie wiesz o ile łatwiej mi się oddycha.

      Usuń
  13. Kochana nie przejmuj się gadaniem innych.Czytając o Lunce przypomniało mi się jak moja kochana Dyzieńka (świneczka) odchodziła ...Bardzo to smutne.A wracając do Luny to piękna była-uwielbiam czarne koty (jak typowa wiedźma:)).Dobrze,że z Ciapusiem już dobrze.Jesteś wspaniałym człowiekiem.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję moja droga. Czytając te komentarze i te słowa lżej mi na duszy i już się nie przejmuję. Lunka była cudownym kotkiem i zawsze będzie w moim sercu miała swoje miejsce, swój tron. Pozdrawiam.

      Usuń
  14. Ludzie z problemami czepiają się płytkich i nie ważnych w życiu rzeczy, ale to ich problemy i nie należy się nimi przejmować.
    Odnośnie Luny. Przeżywaliśmy podobne traumy z naszym 13 letnim Miau- Miśkiem i rok później ,z Gizmkiem, maluszkiem przygarniętym z piwnicy. Do tej pory, mimo, że minęły 4 lata trudno o tym pisać.
    Prawie od trzech lat mamy kota Miłka, który też mam wrażenie, że jest wcieleniem już wcześniej istniejącym.
    Pogłaskanki dla Twoich futrzaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Są takie chwile, których nie da się z pamięci wyrzucić i te dotyczące rozstania z naszymi zwierzakami do nich należą.

      Usuń
  15. Po pierwsze, wspieram Cię w odpowiedzi o "kursik", pamiętam to bardzo dobrze, że zaznaczałaś to w poście zaczynając tego wikinga, jak ktoś nie potrafi czytać, to niech nie prowadzi bloga i nie komentuje. Szkoda, bo wiem jak można w ten właśnie sposób zepsuć pracę ;/ Ja mam ciągle nadzieję, że uda Ci się przegonić tą zmorę wiszącą nad tą pracą, i ją jednak ukończysz i będzie przepiękna. Przegon ją jak Luna przeganiała Dusiołka! A tym durnym komentarzem się nie przejmuj, chociaż wiem po sobie, że potem i tak się myśli kilka dni o tym. Co do drugiej części postu, popłakałam się, dokładnie tak samo się czułam gdy odchodził Menuet (nota bene też czarny :P z białą bródką), ta sama trudna decyzja, te same myśli, łzy, wiem co czujesz i czułaś, zresztą Ty też wiesz, bo bywasz u mnie. Ściskam Cię mocno i cieszę się ogromnie, że z Ciapkiem wszystko ok

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło że zgadzasz się ze mną w sprawie Wikinga. Teraz nie mam czasu na nic więc nawet ptaszka nie wyszywam. Myślę, że nie będę jednak krzywo na kota patrzeć. Za dużo serca mu oddała. Wiem, że mnie rozumiesz, bo czytałam o Twoich świneczkach i masz takie podejcie jak ja. Pozdrawiam i dziękuję.

      Usuń
  16. Piękna opowieść o Lunie, bardzo wzruszyłam się czytając Twoje słowa. Dużo w nich niegasnących uczuć i dobrych emocji. Wierzę, że Ona nadal przegania od Ciebie wszytko co złe i mogłoby mieć negatywny wpływ na Ciebie. Nie obwiniaj się za jej chorobę. Zwierzęta nie mówią namże coś niedobrego dzieje się z ich ciałami, one tego nie potrafią i nie chcą, akceptują przejście na drugą stronę i traktują jako naturalną cześc życia. Jest piękna książka mówiąca o tym - Animals in spirit autorstwa Penelope Smith - niestety nie jest przetłumaczona na j.polski, a szkoda... :(

    Pozdrawiam Cię serdecznie i ciepło przytulam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mądre jest to co piszesz, nigdy tak na to nie patrzyłam, teraz będzie mi łatwiej, mam taką nadzieję.

      Usuń
  17. Piękna opowieść o Lunie , ja mam podobną tylko że z moim kochanym pieskiem jamnikiem którego w plecaku na autostopem woziłam do weterynarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem wiesz co czuję wspominając moją kicię.

      Usuń
  18. Wzruszająca historia i pięknie opowiedziana ! Luna spędziła u Ciebie najszczęśliwsze lata swojego życia. Zrobiłaś wszystko co można zrobić dla zwierzaczka. Miała dobry dom i była kochana. Widzę że była piękna...taka mała czarna pantera !
    Gratuluję 100-go postu i życzę kolejnych ale już bez takich niemiłych niespodzianek !
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za te pocieszające słowa. Chcę wierzyć, że na prawdę była ze mną szczęśliwa.

      Usuń
  19. Piekna i smutna opowiesc ....
    Nie rob sobie wyrzutow . 12 listopada musialam uspic moja czteroletnia jamniczke Gape . Tez chorowala na PNN. To straszna i podstepna choroba . Objawia sie wtedy gdy juz praktycznie zwierze nie ma szans . Moja sunia zyla po diagnozie ponad rok w swietnej formie . Jadla tylko specjalna karme . W polowie wrzesnia przyszlo zalamanie... i tez kroplowki , zastrzyki , tabletki ... Wiedzialam , ze bede musiala to zrobic ..
    I zrobilam ..i nioslam to bezwladne i cieple cialko tak jak Ty ...
    Ja mialam szczescie , ze moja Gapa miala jeszcze darowany rok . Ty juz nie ...
    Bardzo Ci wspolczuje bo wiem co czujesz .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za to co napisałaś, cieszę się, że zajrzałaś do mnie. Wiem, że to podstępna choroba i żałuję, że niedane mi było spędzić z nią więcej czasu.

      Usuń
  20. Dzień dobry, zajrzałam od GosiAnki i wzruszyłam się. Cztery lata temu musiałam podjąć podobna decyzję i pożegnać Szarusia, który był z nami ponad 19 lat, cierpiał na postępującą padaczkę :( Młodszy kot Miluś (11 lat) jest ostatnio stałym pacjentem weta i przy okazji omawiania analizy krwi i moczu usłyszałam, że nerki są bardzo podstępne i dają sygnał w wynikach, że coś nie tak jak już ich 75% przestanie pracować! Dlatego nie rób sobie wyrzutów, zrobiłaś co mogłaś, chciałaś pomóc, weterynarz powinien pokierować Twoim postępowaniem, podpowiedzieć, Ty nie musisz się znać. Pozdrawiam serdecznie. A głupim gadaniem się nie przejmuj, szkoda zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, niby wiem, że to wet ma się znać ale prewencja jednak mogłaby jej wydłużyć życie, odpowiednia karma, leki jakiś i może dane by nam było jeszcze ze dwa lata...
      Dziękuję, że zajrzałaś.

      Usuń
  21. Bardzo się wzruszyłam czytając Twój post. Nie miej żalu do siebie, tak widocznie miało być. Ból po stracie kotka zostanie jednak na długo :(

    OdpowiedzUsuń
  22. zawędrowałam do ciebie od gosi. nie obwiniaj siebie, bo nigdy nie odzyskasz równowagi. ja kiedys też musiałam podjąć taką decyzję, straszna, ale konieczną. nie mogłam patrzeć na powolną śmierć mojego psiaka. ten ból w jego oczach...i świadomość, że gdyby wcześniej...tylko wcześniej żadnych objawów nie było....
    teraz opiekuję się całą zgrają wolno żyjących kotów, ale nie zapomniałam. nigdy nie zapomnę.
    pozdrawiam cię.

    OdpowiedzUsuń
  23. Witaj, tak pieknie napsalaś o Lunie, że można to czytać bez końca. Dalaś jej wspaniale kilka lat życia to to się dla niej liczylo, bo dla kota ważne jest to, co jest tu i teraz, a Luna miała wszystko co kochala. Weterynarze są rózni, porzadni i żądni pieniędzy, to przykre kiedy dotyczy chorych zwierzakow. Jeśli możesz to zmien weta. Jestem tu pierwszy raz, ale myślę, że nie ostatni. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Zajrzałam do Ciebie po tym, jak przed chwilą przeczytałam na blogu Małgosi tamtą cudną wiadomość.
    Może ktoś pomyśli, że to niestosowne tak pisać pod właśnie tym wpisem...
    Ale napisałam, bo myślę, że Luna też jest - jak ja - szczęśliwa, że...
    Tam się uśmiechnęłam, tu łzy poleciały.

    Wierzę w ponadzmysłowe czucie kotów, czarnuszków szczególnie.
    Mój czarniawy też czasem maksymalnie zaskakuje tym, co wie, tylko skąd?

    A ludzie... Zawsze czegoś się czepną, dowalą, doprowadzą do płaczu. Machnij na to!

    Pozdrawiam i ściskam :-)


    OdpowiedzUsuń
  25. piękniej nie mogłaś Marysiu... przytulam...

    OdpowiedzUsuń
  26. Łączę się w bólu :((( Musiałam podjąć taką samą decyzję z moim Filipkiem :((
    Pięknie o niej piszesz , była niezwykłą kotką :-)

    OdpowiedzUsuń
  27. Wróciło ! Wspomnienia.. które bolą. O czarnej jak noc Fifce zwanej Fisią (tez miała taki bialy kołnierzyk jak Twoja Luna) i o przepieknej szylkretce Gertrudzie Walecznej zwanej Rudą, która też zachorowała na nerki. Obu ich już dawno nie ma.. a serce boli..

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.