Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

czwartek, 27 lutego 2014

Opowieści źdźbłem i liściem pisane odc. 2 - "Na skraju lasu wiosna przysiadła"

Zanim zacznę swoją opowieść, kilka słów wstępu. 
Bardzo serdecznie witam nowych obserwatorów: Damian, Elzusia, Ewelina P i karmnik 54 witam i zapraszam do zabawy razem ze mną. 
Przepraszam też za brak odpowiedzi w sprawie schematu kota - dziś wszystko nadrobię. Nie było mnie ani przy laptopie, ani nie miałam dostępu do neta bo w mojej Dziczy internet jest tylko teoretycznie. Tak, że mam kilka dni zaległości. Również w wyszywaniu Wikinga, nie zabrałam go ze sobą, gdyż wiedziałam, że i tak nie poświęcę mu ani chwili. Las mnie pochłonął. 
I obecnie tylko nim żyję, jeszcze nie zaspokoiłam głodu. 

"NA SKRAJU LASU WIOSNA PRZYSIADŁA"

Prze de mną rozpościerało się złote morze traw. Uschniętych, szeleszczących przy najdrobniejszym nawet powiewie wiatru. Po prawej orzechowo - złote łodygi nawłoci i wrotyczu na podobieństwo miniaturowego lasu, ze srebrzącymi się grzywami puchu. Po lewej, nieco jaśniejsze, przygniecione zimą turzyce. A między nimi kremowe trzcinniki, kupkówki i wełnianki. Rozglądam się zachłyśnięta tą spokojną wolnością i wdycham świerze, aromatyczne i bardzo rześkie powietrze. Jest ranek, znad pól i łąk powoli wycofuje się mgła. Słyszę pokrzykiwania kowalika z lasu za mną, gwizdy i terkotania rozochoconych sikor. Wszytsko na tle błękitnego nieba z licznymi kluczami bernikli donośnie gęgającymi podczas lotu.
Na wierzbach nieopodal srebrzą się kotki, a olchy ociekają girlandami bordowo oliwkowych bazi. Odpowiada im cytrynowymi sznurami zazdrosna leszczyna. Wzrok spoczął na zaoranym niedbale polu za moim morzem złocistych traw i czujne oko wychwyciło jakiś ruch. Co to? Coś się porusza te 300 metrów ode mnie, za łąką na polu. Spojrzałam przez teleobiektyw i już wiedziałam - Rudzielec. 
Tak to był dorosły lis. Wyszedł na polowanie. Był maleńkim punkcikiem na ciemnym polu, zatrzymał się przy większej grudzie zmarzniętej ziemi i węszył. Gruda bardzo go interesowała, może było przy niej jakieś skryte gniazdo myszy, albo obcy lis oznaczył?


Nieco wcześniej w trawach zamigotało mi coś między kępami trawska. Dopiero po dłuższej chwili udało mi się wyłowić kształt kury bażanta. Gdyby się nie poruszyła, nie wypatrzyłabym jej nigdy. Była idealnie zlana z otoczeniem.
Po chwili kura schowała się za chwastami a lis znikł w trzcinach porastających zalewana corocznie lakę obok pola.
Ruszyłam więc nad strumień. 
Oczekiwałam, że trafię na krzątające się i wygłodniałe gryzonie, ale nadal cisza na skarpach. Ani listek nie drgnął. Jednakże w słońcu późnego poranka było tak miło, że rozsiadłam się w miarę możliwości wygodnie na drewnianym stołeczku i chłonęłam zimowy las. Sikory rozpoczęły już swoje gody i przekomarzania oraz intensywne poszukiwania jedzenia na gałęziach. Coś małego spadło koło mnie z koron drzew i otworzyłam oczy i spojrzałam w górę. Niemal nade mną na dość cienkiej gałązce siedziała sikora modra. Siedziała to złe określenie, tańcowała na tej gałązce i zawzięcie coś wyciągała spod kory. Miałam wrażenie, że nie zwraca na mnie uwagi, i chyba tak było.



W pewnym momencie za mną pojawiły się najsłodsze z leśnych ptaszków - raniuszki. W tym roku mam do nich szczęście. Siedziałam tyłem do lasu a przodem do strumienia, inaczej niż zazwyczaj bo po przeciwnej stronie stróżki leśnej. Mogłam więc zwrócić uwagę, że w świerkach przed ogrodem sąsiadów (rzadko bywających w swoim domku letniskowym) panuje ruch. Domyśliłam się, że raniuszki planują założyć tam rodzinę. Już podobierały się w pary i szukają budulca na misterne, kuliste gniazdo z mchu i porostów. Tak zaabsorbowane szukaniem budulca nie zwracały uwagi na moją obecność. Najwyraźniej uznały podobnie do sikory, że nie stanowię dla nich zagrożenia. Podlatywały na kilka metrów, najkrótszy dystans to jakiś dwa i pól metra gdzie w igliwiu szperały swoimi małymi dziobkami. Jedynie ta ich ruchliwość nie ułatwiała mi zadania. Chociaż obserwować je mogłam do woli to uchwycić w obiektyw już było nieco trudniej. 










Czyż one nie są przesłodkie. Tak delikatne jak puszek. Cieszę się bardzo, że mam okazję podziwiać te stworzonka w ich naturalnym środowisku. 
W przerwach między przylotami raniuszków w okolice mojego stołeczka zachwycałam się naturą otaczającą mnie i wołającą do mnie swoimi budzącymi się do życia barwami. 
Bardzo lubię mchy i uważam, że są wdzięcznym obiektem do fotografowania. Trafiło mi się dobre światełko i znalazłam dwa ciekawe kadry.

Na koniec tego dnia miałam możliwość ponownie podziwiać liczne przeloty gęsi, tym razem w przeciwnym kierunku niż rano.
A następnego dnia wstałam bardzo wcześnie rano, przed wschodem słońca i wyszłam podziwiać zmrożoną szronem łąkę w promieniach wschodzącego słońca. Ale o tym co zobaczyłam napiszę wkrótce. A także o tym, że i na moim świerku para raniuszków postanowiła uwić gniazdko. 
Dziękuję wam, za wytrwałość i czytaniu moich postów i za wszystkie przemiłe słowa które piszecie w komentarzach.

środa, 19 lutego 2014

Parkowe opowieści

Witajcie moi drodzy.
Z radością witam u siebie Maurycjusza. 
Zanim przejdę do tak zwanego meritum sprawy chciałam się coś poradzić bo od kilkunastu dni męczy mnie pewna sprawa związana z blogiem. A mianowicie pomimo tego iż mam wyraźnie zaznaczone aby blogger nie liczył moich wejść to w statystykach pojawia się często, że że z mojej strony są wejścia, nawet kiedy jestem wylogowana i mam wyłączony komputer. Na przykład ostatniej doby nabiło mi "moich własnych" wejść aż 21 gdzie tak na prawdę to tylko wczoraj rano włączyłam na godzinkę bloga żeby poczytać i odpowiedzieć na komentarze. Tego dziwnego problemu nie miałam jeszcze miesiąc temu a siedziałam tak samo często i długo. Co może być tego przyczyną? Fakt, że odkąd zaczęłam haftować Wikinga potroiła mi się prawe liczba obserwatorów i dzienna liczba wejść ale czy to może mieć znaczenie? Jestem nieco lewa w tych sprawach więc byłabym bardzo wdzięczna za jakąś odpowiedź bo przyznam, że mnie to nurtuje niezmiernie. Z góry dziękuję. 
Dziś też będzie dość długo i kilka zdjęć jako że wczoraj skuszona słonkiem pomknęłam do parku. Korzystam, że pracę zaczynam dopiero od marca. Wtedy na pewno będę miała zdecydowanie mniej czasu na spacery i blogowanie... tak do jesieni. 
Niestety nadal cisza w liściach jeśli idzie o gryzonie, no może poza wiewiórkami.
W parku trwają akurat intensywne wiosenne prace pielęgnacyjne na wielką skalę. Wycinka chorych drzew, nasadzenia młodych. Nie są to warunki najlepsze na podziwianie budzącej się do życia przyrody ale jak się nie ma co się lubi...
Tak, przyszła wiosna, niekwietną co prawda jeszcze żadne kwiaty runa ale puściły już pąki kwiatowe derenia jadalnego (poza oczarem najwcześniej kwitnący krzew u nas) oraz puściły pąki liści niektórych krzewów.  Dowód na to że nie ściemniam - zdjęcie z wczoraj:

Czu wyprawa wczorajsza do parku była opłacalna? Zdecydowanie tak! Pomijając, że wyrwałam się z czterech ścian mieszkania w centrum to przewietrzyłam i po obcowałam z naturą, chociaż troszkę. Na pierwszy ogień rzucił się rudzik (Erithacus rubecula). Zdjęcie, które udało mi się zrobić wczoraj jest kiepskiej jakości i raczej bardziej dokumentacyjne. Spacerując z teleobiektywem używam go czasem jak lornetki, bo nie zawsze jestem z odległości w stanie oznaczyć gatunek. I tak też było w tym przypadku.
Dla mnie w tej chwili nie ma znaczenia jakość tego zdjęcia, liczy się, że zobaczyłam pierwszego w tym roku rudzika i mogę pokazać wam, że tam był. Szybko odleciał i nie chciał współpracować. 

Natomiast moja obecność prawie w ogóle nie przeszkadzała Rudej. Zaszeleściła odważnie liśćmi zwracając moją uwagę i nie przejmowała się moją obecnością zajęta myszkowaniem. 
 
 Są głodne i zawzięcie szukają smakołyków. A po zimie, krótkiej w tym roku co prawda ale jednak zimie przed okresem godowym chce nabrać sił witalnych. Wiewiórki pospolite (Scirus Vulgaris) nie zapadają w sen zimowy ale przy silnych mrozach potrafią się zaszyć w swoim gnieździe na kilka dni. W miejskich parkach im łatwiej bo są tam dokarmiane. 
Zresztą jak wiele innych gatunków zwierząt. 
Obok wiewiórki kręciło się w tym samym zresztą celu kilka wron siwych (Corvus cornix). Jedna siedziała na zmurszałym pniaku i coś zawzięcie dziobała z jego szczelin. Krukowate to bardzo inteligentne ptaki, ich mądrość jest legendarna. Zdarza się przedstawiciele tej rodziny siadają nad ulicą czy droga z twardym orzechem w dziobie i najpierw zrzucają go z wysokości na asfalt, a jak nie pęknie w wyniku uderzenia to czekają aż jakiś samochód go rozjedzie i w ten sposób rozłupie. Zmyślne, nie?
Zostawiłam zajętą pałaszowaniem czegoś białawego i poszłam spokojnym krokiem dalej. Dotarłam do miejsca gdzie zawsze są ptaki, do karmników w rododendronach. W tym parku jest ich na prawdę bardzo dużo zarówno zimozielone różaneczniki jak i gołe jeszcze o tej porze azalie. I to czasami na prawdę wielkie, kilkumetrowe okazy. Wpadnę tam z aparatem jak będzie czas ich kwitnienia, to pokarzę. No ale tego dnia nie było tam zbytniego ruchu a to za sprawą prac ogrodniczych. Kilka metrów dalej wycinano suche drzewo i frezowano pniaki po innych wyciętych drzewach. Wszystkie maszyny robiły sporo hałasu. 
Ale pomimo tego całego zamieszania pojawiło się kilka sikor i nie mogłam się powstrzymać. 
Sikora modra zwana modraszką (Parus Caerules).
I nieopodal pojawiła się druga Ruda, odważniejsza od poprzedniczki. Skubała kawałek mandarynki który ktoś jej podrzucił. 
Wysunęła pyszczek z gęstwiny różaneczników i jak mnie zobaczyła siedzącą na ławce doszła chyba do wniosku, że może coś jej podrzucę, następnym razem coś ze sobą wezmę.
Jaki ona ma słodki pyszczek.
W ostatnim poście na temat wyprawy do parku opowiadałam o tym jak słyszałam nawoływania dzięciołów zielonych. Wczoraj też je słyszałam ale postanowiłam ich poszukać. To nie jest łatwe, bo są bardzo nietowarzyskie, przelatują z drzewa na drzewo i od razu chowają się po drugiej stronie konaru. Złośliwce. Ale udało mi się zdybać jednego osobnika. Wysoko, wysoko na wielkim i starym drzewie udało mi się go dostrzec przez krótką chwilę. Zrobiłam mu trzy zdjęcia ale tylko jedno wyszło w miarę przyzwoicie ostre. Jak w przypadku rudzika jest to fota dokumentacyjna. Ale mam dowód na bytność tego gatunku w Parku Szczytnickim.
Dzięcioł zielony (Picus viridis)
Podobno najbardziej lubią gniazdować w dziuplach na osice lub innej topoli, będę się musiała za nimi rozejrzeć i sprawdzić czy nie mają gdzieś dziupli. Wyspecjalizowały się w jedzeniu mrówek, więc dla tego tak często spotkać je można na ziemi. Są do tego stopnia uzależnione od tego pokarmy, że bez mrówek młode dzięcioły zielone słabną i wysiada im wątroba. Być może ma to coś wspólnego z kwasem mrówkowym.
Ponieważ oliwkowy cwaniak szybko odleciał jego kuzyn postanowił że wynagrodzi mi ten zawód. Najpierw pojawił się dosłownie nade mną:
Obrabiał szyszkę nade mną i tylko dla tego go usłyszałam i mogłam mu strzelić tę fotkę nim odleciał. A po chwili kawałek dalej mogłam obserwować zaloty tych ptaków. Dwa dzięcioły duże (Dendrocopos mojor) przeskakiwały z pnia na gałąź i odwrotnie w zalotnej pogoni za sobą. 




Wdzięczne ale też bardzo nerwowe i płochliwe. Niestety słońce dość szybki schowało się za gęstymi chmurami i światło przestało mi sprzyjać.
Nie zabrakło też kowalika (Sitta europea). W swojej atlasowej pozie na drzewie.

Tuż przed wyjściem z parku ponownie dobiegł mnie odgłos szeleszczących liści. Tyl razem okazało się, że to kosy. Dwa samce, dorosły o pięknie wybarwionym jaskrawym dziobie oraz ubiegłoroczny samczyk. Mniejszy od dorosłego i z bladym dziobem. Za to jakoś bardziej odważny był i wyszedł z gęstych witek forsycji przyjrzeć mi się.


To by było na tyle. 
Dziś jestem chora i nie wiem czy pojadę do Dziczy w Sobotę tak jak sobie zaplanowałam. Ale, jak nie w tę to w następną pojadę. 
Dziękuję wam za cierpliwość i za miłe komentarze. Pozdrawiam. 
P.s. Na prawdę proszę o odpowiedź na moje pytanie z początku wpisu.

poniedziałek, 17 lutego 2014

KOTY RZĄDZĄ

I nastał TEN dzień. Dzień w którym wszystkie Mruczki, Puszki, Kocurki, Koteczki, Kiciusie, Kłębuszki i inne miziaki mają swoje święto. Dziś jest
Światowy Dzień Kota !!!
Nie wolno nam o tym zapomnieć. I ja nie zapomniałam. Mój prywatny tygrys znany już z tych stron Łaciaty dostanie dziś wieczorem ulubioną pastę na kłaczki. Przyjemne z pożytecznym. 
Zatem nikogo nie zdziwi, że dzisiejszy wpis będzie w 100% poświęcony kotom, tym z mojego życia. Ale zanim rozpocznę zabawę to małe ogłoszenie. 
Z okazji Dnia kota fundacja WWF chce zwrócić powszechną uwagę na tragiczną sytuację naszych Polskich Rysiów nizinnych.  Zostało ich już tylko u nas ok. 40szt. To rozpaczliwie mało. A naszych domowych kotów ok 10 mln. I to właśnie one mogą pomóc swoim dzikim kuzynom.
Trzeba zwrócić większą uwagę szerszemu społeczeństwu na ten ginący gatunek. I tak:
"Twój kot może im pomóc! Niech w Dniu Kota wszystkie koty w internecie zwrócą uwagę ludzi na los rysi. Dopraw swemu kotu na zdjęciu pędzelki (za pomocą edytora obrazów) i udostępnij zdjęcie na Facebooku i/lub Instagramie. "
Ważne, aby w opisie zdjęcia znalazł się #ratujrysie, bo właśnie pod takim hasłem jednoczyć będziemy 17 lutego wszystkie koty na Facebooku i Instagramie dla rysi. ( autor tego apelu "za moimi drzwiami") Ale ja się podpisuję wszystkimi łapami.

I mój Łaciaty już został wczoraj zarysiowany: 
A dziś u Ślubnego na Fejsie się panoszy, ja nie mam więc jego zmusiłam. 


Mojego Łaciatego już dobrze znacie, ego prawdziwe imię to Karencjusz Ciapciosław Fafliński I. Wiecie jak zacięła się dziewczyna z Royal Canin jak dzwoniła do mnie i zaczęła czytać imię mojego pupila... 

Przez osiem lat towarzyszyła mu równolatka czarna kocica Luna. Miała zupełnie inny charakter od leniwego i rozpieszczonego do granic przyzwoitości Ciapka.
O ile To Łaciaty wybrał mnie (o tym kiedy indziej) o tyle to ja pojechałam po Lunę do schroniska i bez oglądania poprosiłam o trzymiesięczną czarną kotkę.Nie chcieli mi jej dać mówiąc że jest agresywna i wredna. Ale ja się uparłam. I wróciłam do domu z czarną furią. Nie dogadywała się z Ciapatym na początku. Tłukła go niemiłosiernie. A do mnie przyzwyczajała się jakiś pół roku. A półtora czekałam aż sama wskoczy mi na kolana. 


Odeszła od nas w lipcu 2013, po krótkiej walce z niewydolnością nerek. Jeszcze wczoraj oglądając fragment filmiku o naszych kotach popłakałam się za nią. Była dobrym, wrażliwym i bardzo czułym kotkiem. Bardzo nam jej brakuje.
A Lizę już też poznaliście. 
To kot wolno chodzący, pilnujący swojego terytorium i przeganiający wszystkie inne przybłędy.
O jak fajnie się na ciepłych kamykach położyć i wylizać futerko po porannych łowach. Trzeba się pozbyć tych pajęczyn i paprochów. 
 O tak, jak mi dobrze... w tym słonku.
Ziewnę sobie i przeciągnę się, a co? 
O a co Ty tu robisz wścibski człowieku? To impreza zamknięta.
A zresztą siedź sobie jak koniecznie chcesz.
 Mnie to zwisa... Zieeeew....
O a w co ja wlazłam w tym lesie...

I jeszcze raz Łaciaty:
 "Ja tam od kamieni wolę ciepły i miękki kocyk"


Pozdrawiam was gorąco. U mnie dziś słonko pełną gębą świeci ale nadal chłodno.  Już się nie mogę doczekać wiosny i pękających pąków na drzewach. 
I jeszcze na koniec rozwiązanie zagadki sprzed dwóch postów.
Było pytanie co to za stwór. Większość pisała, że kuna, wydra, czasem że łasica, tchórz czy nawet soból. Tylko jedna osoba zaproponowała że to... Norka Amerykańska. Gatunek bardzo liczny u nas, który zastąpił Norkę Europejską. A odgadła zagadkę Ismie. Gratuluję.