Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

poniedziałek, 31 marca 2014

Wszystko bez sensu

Witajcie.
Dziś straciłam wiarę w ludzi i w świat. W głowie mi się nie mieści, że można tak traktować innych i mówić o sobie, że się jest dobrym człowiekiem. Skandal i obraza przyzwoitości.
Jest mi źle po tym co nas z mężem spotkało i nie mam ochoty ani na wyszywanie, pisanie czy robienie czegokolwiek. Dziś krótko. Zdecydowałam się oprawić własnoręcznie dwa moje hafciki - kalie i rajskie ptaki. Problemem jest pomarszczony materiał ale teraz nie mam do tego głowy więc jest jak jest. Nie mają jeszcze swoich stałych miejsc. 
A prezentują się tak:


Nie wiem kiedy się pojawię, jak mi się poprawi.
Przydałaby się konsultacja z jakimś miłym prawnikiem - poważnie, jeśli któraś z was zna się na tych sprawach to proszę o kontakt.
Pozdrawiam.

sobota, 29 marca 2014

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Zapracowana para raniuszków.

Witajcie moje kochane koleżanki blogowiczki i wierne czytelniczki moich postów. Zanim przejdę do meritum sprawy to chciałam powiedzieć, że jest mi niezmiernie miło, że z tak pozytywnym odzewem spotkał się pierwszy fragment mojej powieści. Już sam fakt, że chciało się wam poświęcić te kilka minut na przeczytanie tego i kilka następnych na skomentowanie to dla mnie wiele, więcej niż pochwały, bo przecież nie każdy gustuje w tego typu lekkostrawnej literaturze:) Kolejny odcinek niebawem. 
W kwestii Wikinga to brak postępów. Absolutny brak - nie tknęłam go przez tydzień (wstyd). Za to niedługo będę miała inną hafciarską niespodziankę. Muszę tylko złapać za żelazko. 
Nie miałam ostatnio też za bardzo motywacji i okoliczności do spacerów. Bardzo chciałabym znów jakieś myszy czy nornice uchwycić. Mieć możliwość jak Marianna pojechać sobie bez skrępowania gdzieś gdzie spokojnie mogłabym posiedzieć z aparatem...
Mało tego dwa dni temu po raz drugi w przeciągu miesiąca złapała mnie rwa barkowa. Zatem cierpię i ruszam się sztywno. Naświetlania i maści z aspiryną do kompletu muszą na razie wystarczyć. Ale jak to będzie się powtarzać to będzie trzeba lekarza odwiedzić. 
Ale koniec marudzenia. 

Czas na naturę.

Blisko miesiąc temu miałam okazję podziwiać parę zapracowanych raniuszków. W tym roku mam do tych ptaszków takie szczęście jak jeszcze nigdy. A czemu tak zapracowane były te raniuszki? Ano rozpoczęły intensywną budowę gniazda. A gniazda raniuszków są misternie plecione i dziergane. Jest przy tym sporo pracy, latania i zbierania materiału.
Moje raniuszki wybrały sobie dość nisko osadzoną gałąź świerka rosnącego na granicy naszego ogrodu. 

Oto Pan Raniuszek (nie wiem czy pan ale to nie ma u nich znaczenia - on i ona wyglądają i zachowują się tak samo). Zatem ten to będzie pan.


A oto Pani Raniuszkowa. Niby niczym się nie różni ale uwierzcie mi to inny osobnik,który pojawił się w tym samym miejscu zaraz po poprzednim. Przyniosła materiał na gniazdko.

A zaraz po niej Pan Raniuszek doniósł kolejną porcję.
Jak tyle materiału mogło się zmieścić w takim maleńkim dziobku.

Całej pracy przyglądały się sikory ubogie, które były regularnie przepędzane przez pracowite maleństwa.


A zapracowana para zbierała materiał z pobliskiej sterty gałęzi. Znaczy jak się bliżej przyjrzeć to jedno zbierało i szarpało się z oporną materią a drugie siedziało i patrzyło. No jak u nas - ludzi :)



Nie mam pojęcia co on tak tak zajadle ciągnie, ale obserwowanie tego sprawiło mi ogromną frajdę. 
Pozdrawiam was i życzę udanego weekendu. Ja lecę do kuchni gulasz z szynki i warzyw robić - Ściskam.

czwartek, 27 marca 2014

Brak czasu, motywacji i ot taka sobie pisamina

Wspominałam w ostatnim poście, że chcę opublikować tu swoją skrobaninę, więc publikuję. Dla chętnych i tych co mają czas. 

"Krótka opowieść o miłości"
Odc. 1

Słońce przesuwało się już powoli ku złotej godzinie. Promienie prześlizgiwały się miękko i malowniczo po brązowo miedzianych liściach buków i dębów czerwonych. Ponieważ była dopiero połowa kwietnia te piękne strzeliste drzewa nie miały jeszcze rozwiniętych młodych listków i nie zacieniały poszycia. Wiatru praktycznie nie wyczuwało się na tej wysokości, łaskotał delikatnie szczyty koron drzew. Były to doskonałe warunki do fotografowania.
Marianna siedziała już od trzech godzin na maleńkim wędkarskim stołeczku. Starała się trwać w absolutnym bezruchu okryta siatką maskującą. Polowała na łasicę. Zaobserwowała ją już kilkakrotnie podczas wycieczek w tym miejscu i dziś postanowiła się zasadzić. Jej bronią był obiektyw o ogniskowej 500mm. I cierpliwość. Jednak tej ostatniej starczało jej tylko dla obiektów fotograficznych.
Jej miejsce zasadzki było nieco zbyt odsłonięte i znajdowało się przy leśnej drodze. Fakt, że bardzo mało uczęszczanej i zarośniętej, nierównej i pełnej błotnistych kałuż ale jednak drogi. A to znaczyło, że jest znikome prawdopodobieństwo, iż coś tą drogą nadjedzie i zniweczy jej wysiłki.
Nagle coś miedzianego mignęło w liściach. Marianna skupiła się na wizjerze. Tak to łaszka. Wystawiła łepek z nory i nasłuchuje. To małe, odważne ale i płochliwe zarazem zwierzątko było niezwykle ruchliwe. Nie łatwo było złapać je w punkt ostrości takim obiektywem więc liczyła się każda sekunda i każda zrobiona klatka. Łasica wysunęła się nieco bardziej i zaczęła węszyć. Serce dziewczyny zaczęło bić szybciej w oczekiwaniu na pełne wynurzenie się zwierzęcia. Jednak mały drapieżnik schował się do nory. Może jeszcze wyjdzie, pomyślała z nadzieja Marianna i wypuściła z płuc powietrze.
Jej nadzieje zostały zniweczone odgłosem silnika. Coś strasznie głośno rycząc zbliżało się do niej po tej zapomnianej, błotnistej drodze. Nie zdążyła zareagować jak wielki motor walcząc o równowagę minął ją i zakopał się w błocie. Kierowca jednak wypchnął nogami maszynę i wyrwał do przodu chlapiąc okropnie tylko po to by w następnym zagłębieniu stracić panowanie nad motocyklem. Ciężka maszyna przechyliła się i siedzący na niej człowiek nie utrzymał jej w pionie.
- Cholera! - Zaklął motocyklista patrząc na leżącą maszynę.
- I dobrze ci tak kanalio... - Doszło go z boku.
Odwrócił się zaskoczony i aż podskoczył jak sterta liści czy krzak czy co tam to mogło być uniosło się i wyłoniła się spod niego kobieta. I to bardzo wściekła kobieta. A do tego cała pochlapana błotem które się przedostało przez siatkę maskującą.
- O w mordę...
- Módl się abym nie miała pochlapanego sprzętu bo gorzko tego pożałujesz kretynie jeden. - Warknęła rzez zaciśnięte zęby i ostatecznie zrzucając siatkę zaczęła oglądać aparat i obiektyw.
W tym czasie motocyklista zdjął kask i dokładniej przyjrzał się dziewczynie. Przedstawiał dziwny widok. Ubrana w bluzę i spodnie myśliwskie, bytu do trekingu i do tego ta siatka maskująca leżąca u stóp. Gdyby sam nie był fotografem to pewnie by bardziej się dziwił.
- Masz nędzna kreaturo więcej szczęścia niż rozumu.
- Ale czemu zaraz kreaturo i do tego nędzna? - Obruszył się na te słowa.
Marianna odwróciła do niego głowę z pochlapaną twarzą i syknęła:
- Czekała trzy godziny na możliwość którą mi zniweczyłeś tym ryczącym złomem. - Przetarła czoło i spojrzała na dłoń – A do tego niewiele brakowało, abyś zniszczył ni sprzęt i jestem cała w błocie bo się jaśnie rozpieszczonemu panu zachciała pojeździć po lesie, psia krew!
- Ej, no przepraszam, że cię pobrudziłem, nie chciałem ale nie wiedziałem przecież, że tu siedzisz. I nie żaden złom, toż to harley przecież. - Bronił się przez ostrymi zarzutami. - mogę jakoś ci pomóc?
- Nie podchodź do mnie bo dostaniesz gazem. - Ostrzegła i cofnął się odruchowo. Patrzyli się sobie w oczy i żadne nie chciało ustąpić. Po chwili motocyklista wzruszył ramionami i schylił się aby podnieść motor. Jednak nie mając dobrego oparcia dla stup nie radził sobie z blisko trzystoma kilogramami zassanymi w błocie.
Widząc jego marne próby Marianna parsknęła niczym obrażona kotka i otrzepała siatkę. Zamierzała się właśnie oddalić ze stołeczkiem kiedy usłyszała:
- Zamiast się ze mnie śmiać to może być mi pomogła, co?
- Ja? Ty chyba żartujesz.
- Nie. - Odparł poważnie.
- Coś ci powiem bohaterze. - Wzięła się pod boki. - Jak nie umiesz jeździć to się za takie maszyny nie łap. Ja zamierzam iść do samochodu i pojechać do domu się umyć. A ty... cóż radź sobie sam. Powodzenia.
- Masz tu samochód? Dopiero teraz to mówisz? To super – Emocjonował się jakby jej nie słyszał. - To dasz rade mnie wyciągnąć z tego błota.
- Rade to bym dała ale nie wyciągnę.
Zamurowało go.
- Czemu?
- Bo jestem wredna i wściekła. - Odparła podkreślając oba słowa. - Ja się tu trzy godziny męczyła i co? I nadjechał książę na stalowym rumaku... to się teraz ty pomęcz. Żegnam.
I poszła.

Robert stał jak sparaliżowany i patrzył jak z bocznej ścieżki wyłania się mały, oliwkowy hyundai, nawraca i odjeżdża. Pojechała. Tak po prostu pojechała i go zostawiła. Co za wiedźma!
Ale za to jaka ładna. Uśmiechnął się do siebie. Nawet w tych myśliwskich ciuszkach.  
Wieczorem jak brał prysznic wciąż o niej myślał. Nie mógł wyrzucić z pamięci tych wściekłych zielonkawych oczu, jasnej skóry upstrzonej plamkami błota i pełnych ust. Och chętnie wycisnąłby na nich pocałunek zemsty za to porzucenie. O tak. Bo przez nią bolały go dosłownie wszystkie mięśnie, nawet takie o jakich istnieniu nie wiedział do tej pory. Udało mu się w końcu po wielu staraniach wydostać motor z błota i wrócić do miasta.
- Mała, wredna, czarownica.
Był głodny po tej całej przygodzie. Odgrzał sobie wczorajszy obiad i siadł z piwem przy ławie w pokoju. Grzebiąc widelcem w talerzu wspominał całe zajście. Wszystko po kolei. Żałował, że nie zapisał rejestracji samochodu. Łatwiej by mu było ją odnaleźć. Bo nagle zdał sobie sprawę, że nie tylko chce ale musi ja znaleźć. Nie wiedziała po co, ale musi.

Marianna po drodze odwiedziła myjnię samochodową chociaż to ona sama bardziej potrzebowała kąpieli. Emocje już z niej wyparowały i nawet zastanawiała się czy nie wrócić i nie pomóc mu ale po chwili sobie przypomniała swoje stracone ujęcia i zaperzyła się na nowo. Nie, on nie zasłużył na jej pomoc. Trzeba być skończonym kretynem, żeby się na taką drogę wybierać motorem typu chopper. Przecież wiadomo, że one się do tego nie nadają. A skoro on tego nie wiedział, to teraz zapamięta tę lekcje na długo.
W domu po szybkim prysznicu zabrała się za pisanie artykułu o konkurencji siedliskowej między dwoma gatunkami myszy, delektując się czekoladowym piwem.
W międzyczasie zrzuciła zdjęcia na laptopa i stwierdziła, ze nie są złe ale i tak szkoda, że łasica nie pokazała się cała. Ten żal podniecił tylko ogień niechęci do nieszczęsnego motocyklisty. No co za kanalia. Mogły być takie udane kadry. W sam raz do artykułu o łasicowatych na Dolnym śląsku.
Oparła głowę o dłoń i zapatrzyła się w dal.
- Cześć Mysza. - Usłyszała i odwróciła się w stronę mówiącej – Jak poszło?
Do pokoju weszła jej przyjaciółka i współlokatorka Kasia. Właśnie wróciła z pracy i usiadła na fotelu po drugiej stronie stołu.
- Fatalnie. Całe popołudnie zmarnowane przez jednego idiotę.
- Idiotę? Co się stało? - Dopytywała się przyjaciółka zdejmując szpilki i pończochy.
Marianna opowiedziała jej o przygodzie motocyklisty z Bożej łaski nie szczędząc gorzkich słów.
- Ty poważnie go tam zostawiłaś?
- A co, może jeszcze miałam się z idiotą taplać w tym błocie.
- Dobra jesteś, nie ma co...
Kasia znała Mariannę od dziecka, razem się wychowywały. Więc nic już jej nie powinno dziwić. Ale czasami nawet ona zapominała jak nietypowa potrafi być Marianna.
- Głodna jestem, chcesz coś może?
- Nie, dziękuję.
Wzrok Marianny znów powędrował gdzieś w dal. Wyraz jej oczu nie zdradzał nic poza zadumaniem ale przyjaciółka wiedziała, że to zachowanie kryje w sobie coś więcej.
Kiedy wróciła z kuchni i zastała ją w takiej samej pozycji co wcześniej stanęła i przyjrzała się jej dokładniej. Zielonkawe oczy trwały w bezruchu a ciało było napięte. Wygaszacz na ekranie właśnie się włączył i to nie wyrwało jej z odrętwienia.
- Mysza, wszystko ok?
- Tak. Jakoś mi tylko smutno trochę.
- Chcesz pogadać? - Kasia siadła obok koleżanki i postawiła na stole talerz i kubek.
- Nie ma o czym. - Westchnęła Marianna i przetarłszy oczy wróciła do pisania.
- A zrobiłaś coś chociaż. - Zainteresowała się jedząc przyjaciółka i zajrzała jej przez ramię. - Pokaż.
Marianna podrapała się po głowie i otworzyła plik z najnowszymi zdjęciami. A jej towarzyszka radosnymi odgłosami okazywała aplauz.
- Przełknij najpierw bo mi się tu udławisz.
- No śliczne są przecież, co chcesz? - Dziwiła się Katarzyna.
- No wiem że są fajne, dla tego jestem taka zła na tego głąba bo mogło być więcej i ciekawych.
Zawód jaki się uwidaczniał na twarzy dziewczyny był ogromny. Aż sama Kasia znielubiła „głąba”. Wzięła kubek z herbatą i sięgnęła po książkę. Jeszcze dwa razy zerknęła na pogrążoną w pisaniu koleżankę i odpłynęła w świat literatury. W domu panowała cisza przerywana stukaniem klawiatury i odgłosami przewracanych stron.
Mieszkały razem od studiów. Mieszkanie należało do babci Marianny i po jej śmierci rodzice przekazali je córce. W czasie trwania nauki na uczelni jeden z pokoi wynajmowały dwóm koleżankom aby mieć na życie, a potem postanowiły zamieszkać same. Co jakiś czas pokazywał się tu jakiś osobnik płci męskiej bo Katarzyna szukała miłości życia, a i Marianna zakonnicą nie była ale z reguły to mieszkały same.
- Pojechałabym jutro tam znowu spróbować ale mam zajęcia ze studentami na tak głupią godzinę... że nie wyrobię się. A szkoda.
- Jutro ma padać – Weszła jej w słowo Kasia.


- Darek przepraszam cie stary za stan motoru. - Robert stał przed garażem kolegi i strapiony oglądał uszkodzenia jakie dokonały się podczas walki z błotem. Lakier był nieco porysowany. - Zapłacę za to.
Właściciel motoru, trzydziestotrzyletni szatyn o uśmiechu niegrzecznego chłopca i miodowych oczach machnął ręką.
- Sam cię namawiałem na tę przejażdżkę więc się nie przejmuj. Nie widać.
- No jak nie widać? - Obruszył się Robert. - Poza tym...
- Mówię, że nie ma sprawy to nie ma. Postawisz mi kilka browców i będzie git.
Wprowadził motor do garażu i odwrócił się do fotografa.
- A Robert, fajna jakaś ta złośnica?
Robert opowiedział swoją leśną przygodę przyjacielowi wyjaśniając też czemu jego harley wygląda jakby go odkopano z jakiegoś bagna. Biorąc pod uwagę ilość drobnych rys powstałych podczas wyciągania z błota maszyny obawiał się reakcji Darka. Ale ten jak często zaskoczył go olewając problem.
- Nie wiem czy można o kimś kto w ten sposób postępuje powiedzieć, że jest fajny. - Sucho stwierdził w odpowiedzi.
Darek się roześmiał radośnie – No ale wiesz, że nie o to pytam.
- Wiem... ma ładne oczy. I usta.
- I...
- No nie wiem. Nie wiele mogłem zobaczyć spod tych ubrań. Włosy brązowe, warkocza miała więc chyba długie, nie zwróciłem uwagi.
Chciał powiedzieć coś jeszcze ale skundlony owczarek niemiecki Darka zaczął ujadać przy bramie wjazdowej i obaj odwrócili się w tamta stronę. Obaj zamarli z wrażenia. Przed bramą stał czerwony ścigacz. Nie był to jednak zwyczajny ścigacz jakich setki spotkać można na drogach. Nie żaden tam powypadkowy, sprowadzany z zachodu staroć lecz najnowszy model motoru do wyścigów. A ponieważ obaj siedzieli mocno w tym temacie to po maszynie domyślili się kto na niej siedzi.
Darek ocknął się pierwszy i wyszedł uspokoić psa. W tym czasie przybyły wyłączył silnik i zdjął kask. Okazało się, ze to kobieta. Tego się nie spodziewali.
- Witam, mam nadzieje, że dobrze trafiłam.
- Dzień dobry. - Przywitał się Darek – W czym mogę pomóc?
Dziewczyna podeszła do bramy i uśmiechnęła się olśniewająco. Była to atrakcyjna blondynka i obaj się teraz zastanawiali jak to możliwe, że nie zauważyli wcześniej kształtów.
- Znajomy polecił mi ten warsztat. Chodzi o to, że mam porysowaną prawą owiewkę i zależy mi na usunięciu śladów.
Darek podszedł do motoru jak do relikwii a Robert zaraz za nim. Skrzywił się na widok zarysowań.
- Oj, jak to się stało? Szkoda... taka maszyna – Jęczał szatyn obchodząc pojazd dookoła. Zerknął na dziewczynę z zaciekawieniem.
Musiała wyczuć jego dystans gdyż westchnęła boleśnie i z rozczulająco przepraszającym uśmiechem powiedziała:
- To motor mojego brata, „Kubasa”. Pożyczyłam go bez jego że tak powiem wiedzy i miałam przygodę. Zależy mi aby się nie dowiedział o tej przygodzie. I na czasie.
Robert uniósł wysoko brwi. Siostra „Kubasa”... To wiele wyjaśnia. Bardzo dobrze znali Kubę „Kubasa” Kubasińskiego. Dwukrotny mistrz europy wyścigów motocyklowych. Świerzbiła go ręka by sięgnąć po aparat. Jako fotograf i dziennikarz sportowy specjalizujący się w sportach motorowych wietrzył w tym ciekawy temat. Ale dziewczyna tak ładnie się uśmiechała.
Szybko przeanalizował sytuację. I doszedł do wniosku, iż byłby głupi gdyby nie skorzystał z okazji. Oddalił się i skrył za krzewami. Stamtąd podręcznym aparatem z dobrym zoomem zrobił kilka dyskretnych zdjęć. Zawsze mogą się przydać.
Darek rozmawiał z dziewczyną o terminie i cenie, a Robert starał się zapamiętać jak najwięcej informacji.
Kiedy tylko wszystko zostało ustalone Siostra mistrza zadzwoniła po taksówkę, a Darek wprowadził motor do warsztatu. Po drodze rzucił Robertowi potępiające spojrzenie.
- Widziałem co zrobiłeś.
- Nie ma cię na tych zdjęciach.
- Ale jak się dowie, że ja sprzedałeś to mnie obsmaruje i skończę bez klientów. 
- Albo zaczną tu walić jak poparzeni bo szlifujesz maszyny mistrzów.




piątek, 21 marca 2014

"Opowieści źdźbłem i liściem pisane" - Afirmacja natury w pormieniach wschodu słońca

Moje drogie. Bardzom rada, że tylu duszom podoba się pomysł z poradami ogrodniczymi. 
Dziś będzie nastrojowo i klimatycznie.
Jakieś trzy tygodnie temu zauroczona porannymi mgłami i szronem postanowiłam jakoś tę aurę wykorzystać. Zaskoczywszy swoich rodziców, najbardziej tatę, który to zdziwiony niemożebnie pytać mnie zaczął czy chora nie jestem? A czemu? Gdyż słynąc z uwielbienia do późnego wstawania tak bliżej południa niż ranka, wprawiłam go w konsternację, przed wschodem słońca schodząc z pokoiku na poddaszu w pełni ubrana do wyjścia i z aparatem na szyi zawieszonym. 
Z uśmiechem oznajmiłam, że na łąkę idę zdjęcia robić. Popukał się wymownie w głowę i wrócił do robienia porannej kawy z grzankami dla siebie i mamy a ja czmychnęłam za płot. Cieszyła się z tego jedynie Sura, którą ochoczo ze sobą wzięłam. 
Moją Łąkę znacie już, pokazywałam ją wielokrotnie, dziś jednak z innej perspektywy. 

Na pierwszy rzut oka to nie ma co podziwiać. Tu już po wschodzie słońca co prawda, ale jedynie jakieś pół godzinki.
Prawdziwe piękno ukryte było głęboko wewnątrz...


Słońce pięknie maluje suche i obumarłe ubiegłoroczne trawy i nawłocie. A żeby jeszcze więcej piękna natury zobaczyć trzeba się blisko przyjrzeć.
Zapraszam na czary:











Prawda, że piękne efekty daje połączenie wschodu słońca z kryształkami lodu? Tak niewiele trzeba by zadziała się magia. I powiem wam, że warto było wstać tak wcześnie i zmarznąć, by zobaczyć te cuda.

Na koniec jeszcze chciałam się skonsultować bo mam wątpliwości. Ja wiem, że mój blog to taka potrawka tubu "groch, mydło i powidło". I ja tu czasem publikuję swoje opowiadania. Ale teraz powieść zaczęłam (kolejną zresztą już w swojej karierze na tym padole) pisać i tak się zastanawiam czy powinnam ją tu w odcinkach pokazywać. To takie trochę romansidło współczesne dla kobiet jest, nic górnolotnego, bo ja i kobieta jestem i romantyczka. 
Tylko czy to nie przesada będzie...
Pozdrawiam was i miłego weekendu 

(Pamiętajcie, że nie pryskamy drzewek kiedy teraz kwitną - nigdy!!!)

środa, 19 marca 2014

Poradnik małego ogrodnika - Zdrowy trawnik.

Witam was moje kochane. Jesteście niezastąpione. Tele ciepła ile dają wasze słowa to na równiku nie ma:) Bardzo dziękuję. 
Wpadłam dziś na pomysł nowego cyklu. Mam już dwa: "Tajemnice haftu cieniowanego" oraz "Opowieści źdźbłem i liściem pisane". A teraz rozpoczęty już kilka miesięcy temu niemrawo raczkujący cykl o ogrodach. Jestem z wykształcenia i zawodu czynnym ogrodnikiem, moja domeną jest pielęgnacja istniejących ogrodów i leczenie roślin. Postanowiłam zatem, jako że rozpoczął się sezon wznowić temat:) Może moje rady się przydadzą. Tak więc rozpoczynam nowy cykl:
"Poradnik małego ogrodnika" - a czemu małego? Bo mam całe nikczemne 155 cm:)
I tak, wcześniejsze artykuły dotyczące trawnika znajdują się tu i tu
A dziś będzie kontynuacja trawnikowego epizodu.

Dziś chcę poruszyć temat problemu dość uciążliwego ostatnio. A mianowicie chorób grzybowych pojawiających się w ostatnich sezonach coraz częściej na trawnikach. Od trzech lat niemal na każdym skrawku zielonego dywanu którym się opiekuję ( i nie tylko ) mam nieprzyjemność spotkać się z dziwnymi różowawymi plamami. Na początku plamy są żółtawe, a kiedy zostaną zignorowane to po pierwszym deszczu przebarwiają się na łososiowo-różowy. I jak się na nimi nachylić to można bez większego problemu dostrzec różowe kłaczki grzybni. To jest Różowa Plamistość Trawników. Jest to powszechna choroba o objawach podobnych do Czerwonej Nitkowatości źdźbeł. Patogeny te dość często występują razem.
Przyczyną jest niewłaściwe nawożenie i koszenie trawnika. Po pierwsze to częste i niskie koszenie, które bardzo osłabia rośliny często stosowane w ogrodach. Do tego nie dokarmia się roślin odpowiednio więc skąd mają brać siły na walkę z chorobą. Niska zawartość azotu spowalnia wzrost trawy i powoduje, że plany są większe i rozrastają się błyskawicznie.
Aby temu problemowi zaradzić trzeba kosić przy suchej aurze, (ale bez przesady; przy takich upałach jakie nam w tamtym roku doskwierały odpuśćmy sobie golenie murawy i dajmy jej nieco odetchnąć. Wszystko wymaga wyczucia.) Ważne by trawa nie była wilgotna, żadnej rosy czy tuż po podlewaniu.
Nie kosimy zbyt nisko.
Raz w miesiącu nawożę swoje murawki azofoską. Nie stosuję żadnych specjalistycznych nawozów przeznaczonych do trawników gdyż moim skromnym zdaniem są nieadekwatnie drogie. Odpowiednia proporcja azotu do fosforu i potasu jest w azofosce zachowana i nawóz ten doskonale nadaje się do letniego zasilania trawników przydomowych. Ja sypię „na oko” gdyż mam już wyrobioną rękę ale zazwyczaj to jest taka duża łyżka stołowa na metr kw. Lepiej mniej niż za dużo. I tak co ok. miesiąc aby rośliny w sezonie silnego wzrostu miały stałe źródło azotu.
To też sprzyja zahamowaniu rozwoju Różowej Plamistości.
Trzeba pamiętać by nie zostawiać skoszonych resztek traw. One sprzyjają zatrzymywaniu niepotrzebnej wilgoci.
Na koniec kilka słów o chemicznym zwalczaniu. Z reguły się nie poleca. U siebie na swoim małym prywatnym trawniczku nie stosuję fungicydów. Ale u klientów jestem zmuszona gdyż wyhamowują one rozrost patogena i przyspieszają powrót murawy do ładnego wyglądu. Jednak jest to bardzo doraźne działanie i nie sprawi, że grzyb zniknie na zawsze. Do tego kosztowne, gdyż skuteczne środki są drogie i jak wiadomo każda chemia szkodzi środowisku. Ale jak ktoś jest bardzo przyciśnięty do muru to napiszę, że ze wszystkich środków które wypróbowałam przez lata walki z grzybami to „Amistar” - Środek działający systemiczne. Czyli dla niewtajemniczonych taki który wnika do tkanej przewodzących rośliny i jest rozprowadzany po niej całej i działa od środka. Może więc zabezpieczać roślinę przed infekcją jak i leczyć ją już z zaistniałej. 

Mam nadzieję, że komuś się przyda ten artykuł. Teraz po tych deszczach mogę w końcu zająć się trawnikami. Z jednego jestem zadowolona, z racji braku zimy na Dolnym śląsku tego roku i znikomej ilości śniegu nie grozi mi pleśń pośniegowa. Ale ta susza na pewno nie ułatwi mi zadania. Martwię się o rododendrony które niestety na suszę są wrażliwe. Trzeba je podlewać (oby z umiarem) bo nie będą ładnie kwitły. 

Na koniec kilka fotek:
Dzika zabawa Łaciatego na letnik trawniczku. Pogoń za sznurkiem to jest to.




W tym samym trawniku znalazł się zmęczony jegomość któremu nie bardzo odpowiadałam obecność Łaciatego:

Oraz rósł sobie taki mały dziwaczek:

A po zabawie czas na relaks w cieniu:

Pozdrawiam wszystkich i do następnego. Zaczęłam pracę nad drugim uchem kota:)

sobota, 15 marca 2014

Tajemnice haftu cieniowanego - kot norweski leśny - akt. 9 (ucho)

Witajcie moje drogie. 
Bardzo dziękuję wszystkim za dobre słowo. Miło, że jesteście. Ostatnio nie wiedzie się najkolorowiej, wokoło szaleje wiosna, kwitną mirabelki, krokusy i całe to kwiatowe towarzystwo a w mojej duszy listopad ze wszystkimi objawami - plucha, ciemno i wicher lodowaty. Ostatnie dni jaskrawo pokazały kuriozum tego państwa i jego urzędników... Ale nie o tym miałam pisać. 
Doszłam ostatnio do wniosku, że stałam się na blogu monotematyczna a w zasadzie do duotematyczna, gdyż na przemian dwa tematy ciągnę - Miłość do przyrody i fotografia jej aspektów oraz Kudłaty Wiking. 
No i żeby tradycji stało się zadość dziś będzie Wiking, a konkretnie jego ucho. Na razie jedno:)
Ale jak kiedyś obiecałam pokaże jakiej wielkości jest mój kotek.  
Tak prezentuje się kot nim na dobre zabrałam się za ucho. Na górze linijka żeby skalę było widać.

Najpierw zaczęłam od zewnętrznej części ucha. 

A potem zdecydowałam się na wewnętrzną część. 
Brązową muliną obszyłam wewnętrzny brzeg ucha i kilka ściegów na zewnętrznej krawędzi. 
Potem wytargałam skądś mulinę w kolorze przybrudzonego jasnego różu i wypełniłam środek. I jeszcze brzeg pociągnęłam jasnorudym. 
Niewiele tu do opisania bo u fragment raczej nieskomplikowany. Jak już ucho wypełniłam to zaczęłam schodzić w duch bokobrodem lub kryzą jak kto woli i ją teraz właśnie męczę. Ale ile zmęczę to się okaże. 
I tak jakoś na powrót chce mi się go wyszywać. Znaczy, że to chwilowa słabość była. No a przecież już kilka ładnych miesięcy nad nim siedzę i niczego innego nie tykam. Nie podejrzewałam się o taką twórczą wierność. 
Jeszcze raz bardzo wszystkim dziękuję za ciepłe słowa.
A na koniec tylko wspomnę, że czas teraz na opryski iglaków środkiem na bazie oleju parafinowego, brzoskwiń oraz moreli przeciw kędzierzawości i róże miedzianem przeciw czarnej plamistości liści róż ( o tej ostatniej napiszę niebawem). I radziłabym podlać rododendrony bo płytki system korzeniowy mają, a u nas susza jest i mogą to odchorować. Ale podlać w ciągu dnia kiedy najcieplej, żeby przymrozek nie złapał. 

poniedziałek, 10 marca 2014

Proza życia

Smutek i żal w naszych sercach zagościł. A żałoba czarny swój całun na nasze dusze narzuciła. W dniach ostatnich odeszła od nas mama męża mojego. 
Zatem wierzę iż zrozumiecie, że nie mam głowy do niczego, komentarzy, postów i wszystkiego. Bardzo dziękuję za wasze miłe słowa, na razie nic nie wyszywam, kot nieco kurzem zaszedł... Ale chyba to zrozumiałe.  

 Zmierzch naszych dni zawsze kiedyś nadchodzi....
 Wszystko się rozmywa....
 Pozostaje puste miejsce...
 Było nas tak wiele....
A potem jesteśmy całkiem sami.
I pozostaje tylko mieć nadzieję
Że będzie się miało do kogo przytulić.

niedziela, 2 marca 2014

Tajemnice haftu cieniowanego - kot norweski leśny - akt 8 (Policzek i czoło).

Witam ponownie. 
Dziś nie będę was męczyć żadnymi długaśnymi opisami bo każdy ma swoją cierpliwość i sądzę, że już wasza się wyczerpuje. Wspominałam, że nieco przygasła moja pasja wyszywania Kudłatego Wikinga Karan-Raka. Ale dwa dni temu z nową siłą siadłam do tamborka. Moje dzikie harce po lesie i łące, które częściowo wam pokazałam (jeszcze pokaże co ładnego tam znalazłam) skończyły się tym, że pobolewają mnie okolice nerek. Pewnie przewiało mnie jak siedziałam, bo wiało paskudnie. Ech... 
Ale nasycona chwilowo lasem i naturą ze spokojnym sercem zabrałam się za kociaka. 
I zamierzam pokazać efekty tej odświeżonej miłości.
 Nieco dopracowałam jasny pas na policzku.
I przeniosłam się na czoło. Ponieważ mam niewiele brązu który jest między oczami wzięłam nieco inny odcień ale to nie konieczne. 
 Szybko znudziło mi się szycie czoła i postanowiłam zabrać się za ciemny pasek idący od kącika oka. Wzięłam ten sam ciemny brąz co plamki nad oczami.
 I tym samym kolorem pociągnęłam smugę pod policzkiem.
Następnie ponownie wróciłam do czoła pod uchem i wydziergałam kilka ściegów.
A tu fragment który napawał mnie strachem. Musiałam jakoś połączyć trzy kierunki ściegów. Nie umiem tego inaczej wyjaśnić, ale chyba widać na zdjęciu powyżej o co mi chodzi.
 No i jak już je wszystkie połączyłam i ułożyłam w odpowiednią stronę to zaczęłam zapełniać przestrzeń między okiem a jasnym policzkiem.
 Nie układałam ściegów zbyt ciasno gdyż będą się tu mieszać dwa kolory więc niezapełnione fragmenty zasłoni kolor domieszany później.

No i fragment który zajął mi najwięcej czasu, mimo, że nieskomplikowany to jednak sporo nici poszło na niego. Czoło. To miejsce gdzie po raz pierwszy w tym wzorze dotknęłam krawędzi.... Och. A teraz będę pracować nad uchem. Jakoś chaotycznie mi to idzie i zupełnie nie symetrycznie ale cóż... Jakoś tak mi łatwiej. 
Zatem, dziś było mało pisania ale więcej oglądania - Pozdrawiam serdecznie. Już chcę coś innego wyszywać!