Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 22 kwietnia 2014

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Poszukiwanie żmii.

Nie najlepiej ze mną od miesiąca z kawałkiem. Niby źle nie jest ale dobrze też nie. Radości jakoś nic nie daje, sensu w niczym nie widzę, drażliwość i nerwowość na porządku dziennym i znudzenie przeogromne. A do tego świadomość, że tak być nie powinno potęguje złe samopoczucie. A myśl, że inni mają gorzej i się nie łamią nie pomaga. Wpędza w poczucie winy i wstydu. 
Świąt nie lubię i nie chciałam nawet na nie jechać do rodziców, bo najchętniej to bym nie wypełzała spod kołdry. Ale jak to nie pojechać do dwójki kochanych jakby nie było staruszków. No jak? 
Spakował więc mnie mąż do naszej czerwonej poziomki, której nowy tłumik i oleje za sponsorował i pojechali my do lasu. Miałam nadzieję, biorąc aparat, że jednak uda mi się te moje nornice uchwycić. 
Pogoda jakoś specjalnie nas nie rozpieszczała, może i ciepło było, ale wiatr taki, że głowę urywało. Wszystko pouciekało gdzieś do skrytek swoich. Mnie jedynie drażnił swoim upierdliwym nawoływanie bażant, który darł się ale go widać nie było. Gdzieś tam w chaszczach migał od czasy do czasu i jedynie poglądowo dokumentacyjne zdjęcie udało mi się zrobić.
Gdyby nie te ubiegłoroczne wiechcie to byłby na bardzo ładnej, czystej pozycji i może jakby słońce postanowiło jednak wyjść to by kolorki było widać a tak...
Zrezygnowana poszłam w las, posiedzieć i poczekać na nornice. Wiatr w lesie może nie tak dotkliwy ale ruszał wszystkim co się dało i nic nie mogłam usłyszeć. Ale i tak mogłam stwierdzić, że absolutnie nic nie biega po skarpach strumienia. Jedynie mrówki pracowicie szeleściły pod nogami. 

Zabrałam się więc i już zupełnie zniechęcona poszłam do domu, a tak konkretnie to na huśtawkę ogrodową w rogu działki, gdzie nie czuć wiatru tak mocno, za to przebijające się słonko grzało miło. Mama tam uprawia zioła i zobaczyłam jak między lawendą a estragonem korytarz sobie zrobił jakiś nornik czy inny kret. Zadeptałam mu ten korytarz i zasypałam wejście w nadziei, że wylezie naprawiać szkodnik jeden. Zazwyczaj reagują tak w pół godziny. Ten jednak chyba olał sprawę bo się całe święta nie zabrał do naprawy. Za to pod rabata pojawiła się mała ropucha szara.

Gdzieś na berberysie słyszałam nawoływania rzekotki ale za niska byłam, żeby ją dostrzec. A w skrytości ducha od dawna marzę o ładnej fotografii żmii zygzakowatej. Tam u rodziców jest ich trochę, zawsze były i nawet kilkakrotnie się na nie natykałam ale nigdy nie miałam aparatu. Mam jedno zdjęcie, ale słabe. 
Po obiedzie mąż mnie na spacer wyciągnął i idąc po łąkach natykaliśmy się na umykające jaszczurki. Aż w pewnej chwili słyszę jak mój ukochany coś tam pokrzykuje i skacze dziwnie. okazała się, że o mały włos a wlazłby na żmije. Niestety nim dobiegłam to zdążyłam tylko zobaczyć, że to faktycznie żmija i że była dość spora. Chwilę czekałam, może wypełznie z kryjówki pod kępą trawy, ale jako, że nie byłam sama to jakoś tak nie doczekałam się. Jakbym była sama to bym tam stała i dwie godziny i czekała na gada. Jedyne co to na przydrożnych tarninach spotkaliśmy motyle.
Rusałka kratkowiec.
I Trznadla przy drodze.
Wróciliśmy do domu i po chwili odpoczynku zdecydowałam się wyjść za płot nad rów. Są tam sterty desek, palików i gałęzi z poprzednich lat na których lubią się wygrzewać jaszczurki i zaskrońce. Ale w te święta nie było ani jednych ani drugich. Jak na złość. Za to na jasnotach różowych był ruch.
Pojawiły się dwa pawiki. Jeden musiał mieć na prawdę ciężką zimę, bo wyglądał jak po wojnie.
Drugi nieco lepiej, ale też nie bez szwanku wyszedł po zimie.
Latało też dużo dzikich pszczół, ale prze słabym świetle jakoś nie chciały mi te trzmiele pozować. Jedynie ten trzmiel szary był na tyle łaskaw by się pokazać.
Jak wracałam już do domu zniechęcona niepowodzeniami to spotkała kotkę rodziców - miałam wrażenie, że śmieje się ze mnie.

Następny dzień zaczął się o tyle lepiej, że już od rana świeciło słońce i nie wiał tak mocny wiatr. Oczywiście, że przywitał mnie hałaśliwy kurak. Ponownie próbowałam mu zrobić zdjęcie...
Oto efekt.
Ostre słońce a ja stałam właśnie w jego kierunku. Standard. Za to zaćwierkał do mnie stary maleńki znajomy. 
Raniuszki nadal mają gniazdko na naszym świerku i podczas tych wiatrów to miały niezła huśtawkę. I zawzięcie bronią tego gniazda prze innymi ptakami. Pojawiła się też mała jaszczurka na chwilę. 
To jaszczurka żyworodna. Miała jakiś dziesięć centymetrów razem z ogonem.
Korzystając z pięknej pogody poszliśmy z mężem na długi spacer do lasu. Ja oczywiście z cichą nadzieją, że w nasłonecznionej przecince drzew spotkam wytęsknioną żmiję. Po drodze milą niespodziankę zrobił nam samczyk zięby, lądując prze kałuży.
Chwilę pozwolił się obserwować jak gasi pragnienie. Prawda że ładnie odbija się z błocie:) Potem wzniósł się na pobliską gałąź i zaśpiewał.
A następnie odleciał do lasu.

Zobaczyła przy okazji spacerującego po gałązce pluskwiaka.

I dotarliśmy do wycinki. Wlazłam między małe sosenki i wysokie trawy głodna gadów. A tam... motylki.
Nie miałam okazji wcześniej sfotografować tego gatunku. Zatem przestawiam wam - Zielenczyka osrężynca.


Bardzo mnie ucieszył swoją jakże liczną obecnością. Zastanawiam się jak to możliwe, że wcześniej nigdy go nie spotkałam.
Nieopodal wygrzewał się również rusałka kratkowiec - forma wiosenna (latem wygląda zupełnie inaczej).

Niestety nie natknęłam się na żadną żmiję - bardzo mi z tego powodu źle.
Przed niemal samym domem wypłoszyliśmy niechcący zaskrońca - Pierwszy w tym roku.
I postanowiłam uwiecznić jednego z najpopularniejszych motyli w Polsce - cytrynka.

Ten przyssał się jak widać do mniszka. 
A te dwa są zajęte romansem. 

Nie miałam też nigdy wcześniej możliwości podglądać zalotów tych motyli. Widać tu jak różnią się intensywnością koloru. Samiec jest bardziej żółty. 
A na koniec postanowiła powoli rozkwitnąć fioletowa azalia japońska. 
A żmije mi wszystkie umknęły i mam tylko nadzieję, że w końcu uda mi się ją kiedyś uwiecznić. 
Miłego tygodnia.

piątek, 11 kwietnia 2014

Odcinek trzeci moich pisadełek

Witam.
Bardzo się cieszę, że znajduję jeszcze czas na zaglądanie tu. Z góry uprzedzam, że od poniedziałku będę rzadkim gościem. Rozpoczynam pracę nad zakładaniem ogrodu, do własnego projektu zresztą, a to bardzo pracochłonna i męcząca praca. Przy okazji z właścicielami ogrodu doszliśmy do konkluzji, że niby w Polsce pracy nie ma ale jak trzeba coś zrobić i zarobić to jakoś nie ma komu. W ubiegłym roku ponad miesiąc czekaliśmy aż łaskawie znajdzie się chętny z nimikoparką do niwelacji terenu. Teraz, ekipa od remontu domu, zwiała zostawiając niezłe fuszerki. Druga nie ma kiedy przyjechać bruk położyć a kogoś do postawienia ogrodzenia w ogóle ze świecą szukać. Co jest z tymi ludźmi, przecież to nie są małe fuszki tylko normalne zlecenia. wyjechali wszyscy? Przysięgam, jakbym umiała brukować to bym się podjęła tego zadania. Ale wiedzy mi nieco braknie i doświadczenia. Chociaż może jak przestudiuję internet to się jednak podejmę, za połowę ceny ale jednak. 
Okazało się na wiosnę, że ze wszystkich fachowców zostałyśmy tylko my - ogrodniczki, zwarte i gotowe do działania. Więc działamy. 
No ale ja dziś chciałam nie o lenistwie polskich speców budowlanych rozprawiać tylko kolejny odcinek tej mojej powiastki opublikować. Nie mam jeszcze dla tego dziełka żadnego tytułu, na razie jest roboczy - nazwa pliku po porostu.
Nie wiem czy chce wam się to czytać, czy nie, ale wierzę, że jednak ktoś chce i dla tej choćby jednej czytelniczki cześć kolejna.
Zapraszam. 

"Krótka opowieść o miłości" odc 3.

Robert sunął swoim suzuki gładko po nieco krętej ale szerokiej i całkiem niedawno reperowanej szosie i myślał o kłótni z Darkiem. Rozumiał nieco przyjaciela, że się wkurzył za umieszczenie zdjęć w internecie i gazecie ale w końcu on jako dziennikarz, żył z takich sytuacji. A za tę ciekawostkę nawet zarobił. A Darkowi włos z głowy nie spadł. Sprawa z prawnego punktu widzenia też była czysta, bo nie naruszyli niczyjej nietykalności. Panna została anonimowa, a sprawa uszkodzonego motoru nie jest podstawą do jakichkolwiek oskarżeń.
I tak na zmianę rozumiał przyjaciela i nie zgadzał się z nim.
Nagle oliwkowy punkt przed nim na szosie skręcający w boczną drogę odwrócił jego uwagę od kłopotu z moralnie nadgorliwym kumplem. Nie miała pewności ale wiedział, że musi sprawdzić bo coś w środku mu podpowiedziało, że to jej samochód właśnie zniknął za zakrętem. Zwolnił i skręcił za nim. Droga na której się znalazł był zdecydowanie gorszej jakości i musiał bardziej uważać. Zielony samochód zniknął mu z oczu ale po drodze nie było żadnych możliwości skrętu więc musiał być przed nim. Robert dojechał do dwuskrzydłowej bramy w ogrodzeniu okalającym sad i zwolnił niemal do zera. Zawahał się tylko na chwilę po czym spokojnie wjechał na teren sadu szutrową drogą i dojechał do wielkiego hangaru.
Zatrzymał się bo popatrzyło na niego kilku ludzi w roboczych ubraniach. A zielonego samochodu nigdzie ni widział niestety. Westchnął i ściągnął kask.
- Przepraszam ale czy nie wjechał tu przed chwilą mały zielony samochód?
- A może i wjechał, a co? - Odpowiedziała mu chuda kobieta nieokreślonego wieku w chustce na głowie.
Robert nieco zmieszał się wojowniczą postawą i tonem kobiety i przywołał na twarz swój najsłodszy uśmiech.
- A bo nie jestem pewien ale to chyba była moja znajoma.
- Nasza Doktorka od myszy? - Zdziwił się stojący kilka metrów za kobieta mężczyzna w oprychówce z przepita twarzą.
- Cicho bądź! Głupi! - Uciszyła go kobieta w chustce a do Roberta z drwiącym uśmiecham powiedziała – Znajoma i nie może zadzwonić, e? Coś mi się widzi, że ściemnia coś tutaj.
- Ale kiedy nie kłamię, zadzwoniłbym ale nie mam numeru...
- Nie ma numeru, ot i znajomość. - Zaśmiał się Mężczyzna w oprychówce.
- No nie mam, bo to nowa znajoma – Robert postanowił byś szczery bo w kościach czuł, że go przejrzą jak zacznie kręcić. - Podoba mi się ale jeszcze nie dała mi numeru, tylko samochód zapamiętałem, ale nie jestem pewien czy to ten sam, bo rejestracji też nie zapisałem sobie. I jak zobaczyłem auto na drodze to pojechałem za nim. Bo podobne.
Ludzie nadal mu się przyglądali podejrzliwie.
- Proszę mi chociaż powiedzieć czy ta... no... Doktorka od myszy to taka niezbyt wysoka, rudawa z zielonkawymi oczami i pełnymi ustami jak u Shirley Temple. Lekko piegowata i aparat nosi... fotograficzny znaczy.
- Ano nic jak nasza doktorka... - Zaczął mężczyzna.
- A cicho ty będziesz, gamoniu ty?! - Krzyknęła na niego kobieta aż się skulił – A co jak to jakiś oprych i złe zamiary ma wobec naszej Dokturki? Pomyślał ty o tym?
- Ale nie! - Obruszył się Robert. - Ja nie chcę jej żadnej krzywdy zrobić, droga pani kochana. Przecież ja tylko w te oczy chcę znów spojrzeć. - Matko zaczynam gadać jak oni, pomyślał.
Kobieta nieufnie mu się przyglądała i pod tym spojrzeniem zaczynał czuć się nieswojo.
- Niech mu będzie – Zawyrokowała w końcu – Ale nie puszczę go samego. Heniek, zaprowadź go na szkółkę i pilnuj. A jakby co chciał przeskrobać to ty wiesz co robić.
- Ano wiem. - Odparł Heniek – A jak kierownik
- To ja mu powiem co i jak i będzie dobrze, długo nie zabawi.
Znaczy, że nie pogada zbyt długo z wredną czarownicą jeśli to była faktycznie ona.
- Idzie za mną. - Rzucił ospale Heniek i zaczął człapać gumiakami po mokrej od rosy trawie na nie skoszonym chodniku. - I niech drzewko kupi to łatwiej znajdziem doktorkę.
- Drzewko? - Zdziwił się Robert.
- Ano drzewko.
- A jakie drzewko znowu?
- A Wisienkę dajmy na to, na winko pierwsza klasa. - Cmoknął w palce jakby zachwalał pieczeń teściowej.
- Ale co ja zrobię z wiśnią? I nie ma jakiejś innej drogi niż po tej trawie?
- Ano jest, a pewnie, po piaseczku. Jak kupi wisienkę to będziem szli po piaseczku.
Coś się w Robercie zagotowało ale wziął głęboki oddech.
- A ile to drzewko?
- Dwadzieścia
- Dobra, niech stracę.
- Nie bój nic, nie straci, wisienki piękne jak maliny, można by rzec. - Wziął od Roberta banknot dwudziestozłotowy i schował do kieszonki koszuli. - Drzewko dam na szkółce jak dojdziem.
Robert westchnął i szedł dalej. Jakimś dziwnym trafem nie zmieniając kierunku z trawy wyszli na żwirową ścieżkę. Ale i tak już buty i spodnie miał mokre. Oby się to opłacało. Miał nadzieję, że doktorka od myszy to jego wredna czarownica. Szli wzdłuż gęsto zasadzonych drzew nieznanych mu gatunków, dziwnie przyciętych, przez kilkaset metrów i w pewnej chwili wyszli na pole porośnięte młodymi drzewkami o pniach nie grubszych od kciuka.
- O, tu zaczeka. - Zawyrokował Heniek i zgasiwszy papierosa podszedł do pierwszego z brzegu drzewka. Popatrzył na nie i pokręcił głową. Złapał drugie w kolejności i pociągnął. Drzewko bez większych oporów wyszło z piaszczystej ziemi. Heniek i otrzepał je z piachu i wyjąwszy sekator przyciął wszystkie trzy gałązki w połowie.
- Będzie jak znalazł. - Podał Robertowi którego oczy zaokrągliły się w przerażeniu. - Powinna się przyjąć. Tylko podlać dobrze.
- Aa... ale...
- Nie marudzi, bo nie będzie kwitło. A doktorka gdzieś tam powinna być. Bo auto postawiła pod leszczyną – Wskazał brodą kierunek.
Robert spojrzał gdzie pokazano i faktycznie stał tam zielony Hyundai. Wiele takich nie ma.
- Czyli ona gdzieś tam.
- No przecie mówię, że tam. A gdzie ma być jak tu auto zostawiła.
Robert rozejrzał się ale nigdzie nie widział czarownicy. No tak, jak znowu pod siatką maskującą siedzi to jej nie znajdzie. A musi. I chce.
- No idzie. Ja tu na taczkodrabinie posiedzę i poczekam.
- Na czym?
- Taczkodrabinie, mówię przecie. No idzie, bo doktorka sama nie przyjdzie.

Marianna bez przekonania rozłożyła się w wybranym miejscu. Miała przeczucie, że nic ciekawego dziś nie zobaczy i nie sfotografuje. Nie lubiła się tak czuć. Miała wrażenie, że czas jej wtedy bezpowrotnie przez palce przecieka. Odetchnęła bezgłośnie i skupiła się na swoim zadaniu. Wiedziała, że dziś nie będą tu pracować ludzie Pana Piotra – kierownika sadu. Prosił ją o rzucenie okiem na szkółkę bo miał straty spowodowane nadmierną aktywnością karczowników.
Co wiem o karczowniku? Zastanowiła się dziewczyna ustawiając parametry w aparacie. Hm, karczownik ziemnowodny po łacinie Arvicola terrestris. Szkodnik w sadach i innych uprawach. Trudny do wyplenienia zwłaszcza w uprawach ekologicznych. Ech, ludzie to wszystko za szkodnika mają, od nornicy po bobra a na kunach kończąc. Nawet wilka i rysia od szkodników wyzywają. Taki już los tej biednej przyrody. Ale co poradzisz, pan Piotr i tak łaskawy dla natury jest, chemii niewiele stosuje, szanuje małych mieszkańców sadu. Ale może to dla tego, że to wszystko sady naukowe, doświadczalne a nie typowo produkcyjne.
Marianna lubiła ten sad. Był niezwykle bogaty pod względem ekologicznym, niejeden artykuł już napisała natchniona obserwacjami poczynionymi na jego terenie. A jako pracownik naukowy uczelni miała wstęp na teren sadu o każdej porze dnia i nocy, miała nawet własne klucze do jednej z bocznych bramek. Odpoczywała tu i pracowała równocześnie, najchętniej to przeprowadziłaby się do tego sadu.
Zamknęła oczy i zaczęła wsłuchiwać się w otaczający ją świat. Była końcówka marca i sad rozbrzmiewał gwizdami szpaków, śpiewem godowym gajówek, sikor i ćwierkaniem całej masy wróbli, zarówno mazurków jak i domowych. Marianna uwielbiała wróble, były niedoceniane i niesprawiedliwie nazywane szarymi. A przecież nie były ani odrobinę szare, miały dziesiątki odcieni brązu i beżu, a w słońcu błyskały miedzianymi refleksami.
Wiosennie podekscytowanym ptaków wtórowały zapracowane owady, pszczoły i trzmiele uwijające się przy kwitnących drzewach i na niezliczonych mniszkach uśmiechających się z trawy. Uwielbiała wiosnę.
No dobra, czas skupić się na naszym karczowniku. Podobno jest ich bardzo dużo w tym roku, pewnie dla tego, że lekka zima była. Obiektyw miała ustawiony na niewielki obszar o powierzchni ok jednego metro kwadratowego na którym znajdował się kopczyk wyniesionej z nory ziemi. Ziemia była świeża więc nora została wykopana niedawno. Jak jej się poszczęści to właściciel nory może z niej wyjrzy. Rozpoczyna się ich okres godowy i są teraz najmniej strachliwe, a jako że terytorialne to powinny być aktywne także w ciągu dnia. Przyjechała trochę za późno ale postanowiła, że następnego dnia przyjedzie przed wschodem słońca. Ale pomimo przeczucia że nic nie zdziała i tak sprawiało jej przyjemność siedzenie tu. Było to niczym medytacja i kontemplacja piękna przyrody.
Nagle do jej uszu dotarł dźwięk którego nie spodziewała się tu dzisiaj. Odgłos kroków.
Nie no, kogo niesie tu o tej porze? Mam nadzieję, że nic się stało, przecież wszyscy wiedzą że tu siedzę i chyba zależy im na tym bym potwierdziła, czy to karczowniki i ile ich jest. To czemu mi przeszkadzają? Odwróciła się by dostrzec kto to nadchodzi. I jak zobaczyła twarz intruza to krew w niej zawrzała.
- Ty!?! - Zerwała się ze swojego miejsca krzycząc wściekle. - No nie wierzę?! To chyba jakieś fatum.
Robert się wystraszył kiedy się zerwała ale i ucieszył gdyż okazało się że Doktorka to jego czarownica. Ale nie dane mu było cieszyć się za długo gdyż dostrzegł jawną nienawiść w jej oliwkowych oczach. Wyglądała rozkosznie, roziskrzone złością kocie oczy, potargane przez wiatr kosmyki splecionych w ciasny warkocz miedzianych włosów, kształtne, malinowe usta i ten upstrzony maleńkimi piegami nosek.
- To zakrawa na jakiś stalking! - Piekliła się dalej – Czego ty tu szukasz, do cholery?
- Przepraszam, uspokój się – Zaczął się bronić zaatakowany Robert. - Nie sądziłem, że aż tak się wściekniesz, sorry. Zapytałem się tych ludzi co tam pracują czy to ty tu wjechałaś i wyszło że tak...
- Jak to czy JA tu, psia krew, wjechałam? Jak mnie tu znalazłeś? I czego chcesz do diabła ode mnie?
- No bo zobaczyłem na drodze twój samochód, znaczy wydawało mi się, że to twój i skręciłem. A oni powiedzieli że ty jesteś doktorka od myszy i opis się zgadzał i taki jeden Heniek mnie tu przyprowadził.
- Heniek? - Wydawała się zdziwiona tym faktem i na chwilę złość jej odeszła – A gdzie on się podziewa teraz?
- Został na taczkodrabinie. - Robert uśmiechnął się zniewalająco. Ale tym uśmiechem nie zniewolił Marianny, bo na powrót zalśniła w jej oczach furia.
- Wynoś się stąd jeśli nie masz uprawnień, to teren uczelni i właśnie pracuję, a ty mi po raz, psia krew, drugi psujesz wszystko! - Na koniec zaczęła na niego wrzeszczeć jak opętana.
Cofnął się o krok z obawy, że przejdzie do rękoczynów. Ale nie przeszła, chociaż miała na to ogromną ochotę. Zaczął się zastanawiać jak dalej prowadzić rozmowę bo nie był przygotowany na taki atak. Wyobraził to sobie jednak nieco inaczej, zupełnie inaczej. Wydawało mu się, że jak już jej pierwsze zaskoczenie minie to jej wyzna, że mu się podoba i że jak tylko zobaczył „jej” samochód to musiał skręcić. A ona udobruchana jego uśmiechem i słowami zmięknie i da się zaprosić na kawę. Na początek na kawę, bo kolacja mogłaby ją spłoszyć. Ale spłoszyć taki wulkan wściekłości to chyba jedynie apokalipsa by mogła. Westchnął by dodać sobie odwagi i delikatnie zaczął:
- Jeszcze raz bardzo Cię przepraszam i za to, że ostatnio tym motorem popsułem ci plany i teraz też chyba. Właśnie dlatego że ostatnio, no wyszło jak wyszło to teraz chciałem cię przeprosić, a wyszło... jak wyszło. - Zwiesił głowę jak karcony uczniak i kontynuował – Nie sądziłem, że pracujesz, skoro zgodzili się mnie przyprowadzić do ciebie. Nie gniewaj się, proszę. - Podniósł na nią spojrzenie spaniela.
Oczekiwał, że nieco zmięknie. Znał się na kobietach, każda by zmiękła. Ale ona wydawała się wyjątkowo twarda.
- Słuchaj, rozumiem, że się wkurzyłaś. Ja pewnie też bym się wkurzył na twoim miejscu – Podjął temat nie doczekawszy się reakcji z jej strony. - Zrozum, no jest mi przykro ale to był odruch że pojechałem za tobą, taki wewnętrzny i chciałbym bardzo, naprawdę bardzo – Wciągnął głęboko powietrze i spojrzał nieco w bok jakby był zmieszany – Żebyś mi wybaczyła.
Patrzył na nią wyczekująco. A ona nadal niczym skała niewzruszenie wpatrywała się weń ze zmrużonymi oczyma i zaciśniętymi ustami. Ok, jak widać litość jej nie rusza, twarde i zimne ma serce. Może ma chociaż poczucie humoru... wątpię, ale co szkodzi delikatnie zażartować.
- Ej, takiej ładnej dziewczynie nie przystoi się tak marszczyć, jak śliwka suszona jakaś. - Zagadnął ochoczo – Nie złość się tylko zgódź na przeprosinową kawę. - Skwitował w końcu i mimowolnie przesunął powoli wzrokiem po jej sylwetce zatrzymując się na kilka sekund na biuście.
I to był jego gwóźdź do trumny. Marianna już zaczynała dochodzić do wniosku, że może faktycznie za ostro go potraktowała ale jak wypalił z kawą i obleśnie ją zlustrował to zrozumiała o co mu chodzi. Nie urodziła się wczoraj.
- Wynoś się. - Syknęła. - Nie przyjmuję ani przeprosin bo nie szczere są ani zaproszenia na kawę bo nie mam ochoty pić czegokolwiek w towarzystwie takiego szkodnika jak ty. Żegnam. - Odwróciła się zarzucając demonstracyjnie warkoczem i schyliwszy się po swoje krzesełko, zabrała cały majdan i ruszyła na przełaj szkółki w inne miejsce które wcześniej sobie upatrzyła, ale znajdowało się w gorszym położeniu.
Maiła gorącą nadzieję, że nie polezie za nią gdyż zniechęcą go mokre trawy i pokrzywy. Obejrzała się aby sprawdzić swoją teorię i zobaczyła jak stoi niczym wrośnięty w ziemię. Prychnęła wymownie i przyspieszyła kroku. Co za nieznośny typ.

Robert przez chwilę stał jak zamurowany. Nie spotkał się do tej pory z kobietą o tak agresywnym usposobieniu. Czuł, że jak tylko minie mu zaskoczenie i szok to poczuje zew. Ten sam zew, który czują hazardziści. Ale na razie był w lekkim szoku, nie spodziewał się tak ostrego odrzucenia. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało. Był „złotym chłopcem”, tym w czepku urodzonym. Od najmłodszych lat wszyscy reagowali na niego najpierw ja na widok słodkiego kociaka, a później już jawnie zachwycali się jego urodą i nieodpartym urokiem osobistym. Błyskawicznie nauczył się ten fakt wykorzystywać. I przyzwyczaił się, że wszystko uzyskiwał zgrabnie mieszając swoje wrodzone zdolności z wyuczonymi. I dla tego też teraz był tak zaskoczony ale i zarazem zaintrygowany.
Postanowił nie robić z siebie większego idioty i wrócił w stronę z której przyszedł. Przy taczkodrabinie nie widział nigdzie Heńka, za to na górnej półce, tej gdzie zawsze stawia się skrzynkę, siedział wielki, kudłaty kot. Był naprawdę wielki jak na kota. Robert średnio lubił koty, a raczej to one średnio go nie znosiły. Nie było jeszcze takiego, który by do niego podszedł z własnej woli i dał się spokojnie głaskać dłużej niż kilka razy. Ale może ten będzie wyjątkiem?
Podszedł do niego i zaczął cmokać i spokojnie przemawiać. Ale jak tylko zbliżył dłoń nastąpił błyskawiczny atak. Kot nawet nie syknął, tylko machnął łapą uzbrojoną jak się okazało w bardzo ostre pazury. Na dłoni mężczyzny pojawiły się trzy krwawiące linie, które zaczęły piec.
- Osz ty pchlarzu pieprzony, jak cię dorwę to ci kark skręcę. - Warknął krzywiąc się z bólu Robert i już zamierzał jakoś się na kocie odegrać gdy zobaczył, że z zaciekawieniem przygląda mu się Heniek i kobieta w chustce, która z nim Heńka wysłała.
- I co? Znalazł Doktorkę?
- Znalazł, znalazł – Odpowiedziała za Roberta kobieta z ironicznym uśmiechem i pokiwała głową jakby się zgadzała z własnymi myślami.
- Co to za bydle? - Zezłościł się podrapany i wskazał na kota.
Pracownicy sadu powiedli wzrokiem gdzie wskazał i popatrzyli po sobie zdziwieni.
- Widzisz ty tam co Heniek?
- A no nie widzę.
- E, pijany pewnie to i zwidy ma. - Kobieta wzruszyła ramionami i zaczęła wracać do głównej hali przeładunkowej skąd go tu Heniek przywiódł.
- Idzie za mną – Mruknął Starszy mężczyzna i ruszył za kobietą.
Zaskoczony Robert spojrzał na miejsce gdzie siedział kot. Ale kota tam nie było i nie było go nigdzie w pobliżu. Zdezorientowany sapnął i posłusznie ruszył za Heńkiem. To zdecydowanie nie był jego dzień, oj nie. Może chociaż w domu uda mu się coś napisać do gazety...
***
No to na dziś tyle. Przepraszam za ewentualne literówki, piszę pod wpływem natchnienia i nie zawsze dokładnie sprawdzam potem tekst. Ale cieszy mnie ogromnie, że nie czepiacie się drobiazgów. Pozdrawiam.

środa, 9 kwietnia 2014

Ptasie tańce wiosenne

Od kilku dni jestem w złej formie, zarówno fizycznej jak i co gorsza psychicznej. Nie mogę sobie znaleźć miejsca i cały czas jestem na zmianę poirytowana, smutna lub zniechęcona i do tego cały czas mocno podenerwowana. Postanowiłam w poniedziałek, korzystając z ładnej pogody wybrać się do parku. Wzięłam aparat oczywiście.
Wybrałam niewielki park, mocno zaludniony ale jak się okazało nie był to najgorszy z możliwych wybór. Co prawda ludzie, psy oraz ich nieoprzątnięte odchody coraz bardziej mnie irytowały, to ptaki postanowiły jakoś wynagrodzić mi ten cywilizacyjny zamęt.

Na samym wstępie przywitał mnie nobliwy gołąb grzywacz. Siedział spokojnie na gałęzi i spoglądał na mnie tak samo ciekawie jak ja na niego. Po chwile znudził się i powrócił do przerwanego z mojej winy gruchania.  

Zaraz obok na kołku pojawił się zaciekawiony i poirytowany chyba moją obecnością szpak - ptak w serduszka. Nawet przy braku słońca doskonale widać na nim te magię migotliwych barw, którą się pysznią w czasie zalotów. Dla mnie obok mniszków (mlecz potocznie) jest to pierwszy prawdziwy symbol wiosny.

Nie chciałam go jeszcze bardziej denerwować i poszłam dalej z nadzieją, że uda mi się spotkać kwiczoła. Po kilkunastu minutach spokojnego spaceru, niestety bez słonka, usłyszałam charakterystyczne stukanie. spojrzałam w kierunku z którego dochodziło i co zobaczyłam - dzięcioła. Zapracowanego stukacza, który najspokojniej w świecie wystukiwał sobie dziuplę w pniu drzewa rosnącego przy chodniku na wysokości jakichś 4 metrów.


A pod tym drzewem za rabatką z przyciętymi tawułami spacerował i szukał jedzenia zadziorny samczyk zięby. Nieopodal skradała się również samiczka ale nie chciała się dać sfotografować jak to kobieta. Za to on wydawał się całkiem dumny z tego, iż go podziwiam i uwieczniam.

Pojawiła się tez nerwowa sikora modra, ale zabawiła krótko i umknęła szybko zajęta zapewne ważnymi sprawami.

Nieopodal  piękne drzewo magnolii i musiałam do niego podejść. 


W całym parku głośno było od rozemocjonowanych wróbli.

W międzyczasie udało mi się podpatrzyć buszującą w ściółce samiczkę zięby. Chyba nie wiedziała, że ją dostrzegłam.

Wyszło słonko a ja nadal szukałam kwiczołów. A one tylko gdzieś nerwowo przelatywały czy umykały jak się ktoś pojawił w pobliżu. Za to na pocieszenie znalazłam się w miejscu gdzie przywitał mnie rozkrzyczany kowalik.
I wiem dla czego tak alarmował. W konarach pojawiła się sójka i wszystkie ptaki podniosły raban. Najgłośniej piszczał kowalik i kwiczoły, których nadal nie mogłam dojrzeć.
 Była też zaniepokojona modraszka.

Na zmianę z kowalikiem darły się alarmująco tak długo jak długo sójka siedziała na drzewie.

 Do chóru dołączyła też bogatka

Nie chciałam dodatkowo denerwować ptasiego towarzystwa więc powoli zaczęłam kierować się ku wyjściu z parku, nadal rozglądając za kwiczołami. I nadal ich nie spotkałam. Za to znalazłam w dziupli gniazdo pszczół.
Było umiejscowione jakieś 5-6 metrów nad ziemią. Pod tym drzewem w liściach szeleściła samica kosa i po kilku minutach pozwoliła ładnie się sfotografować.

Nieopodal kręciły się dwa samce ale zanim się na nich skupiłam przyleciała para ptaszków wielkości wróbla domowego. Jak cała parkowa reszta zawzięcie szukały czegoś w liściach. Okazało się, że to dzwońce.



No i jak tak podziwiałam te dwa oliwkowe ptaszki to podszedł blisko do mnie pan kos i wypiął dumnie swoją czarną pierś.

Kilka minut podziwiałam tę pierzastą ferajnę. Samica kosa chyba poczuła się nieco zazdrosna bo wyszła z zarośli na chodnik i (naprawdę) z oburzeniem na mnie zerkała, że wolę samców.
A po jakimś czasie nad głowa pojawił się kolejny stukacz.
Był dosłownie nade mną. Poskakał chwilę i poleciał na następne drzewo. 
Wstałam z ławki i zawiedziona, że nie ma kwiczołów skierowałam się na przystanek. Mijałam stare wielkie platany i na najbliższym znienacka pojawił się kowalik. Wylądował na uszkodzonym pniu dosłownie dwa metry ode mnie i nic sobie nie robił z mojej obecności całkowicie pochłonięty zbieraniem materiały na gniazdo.



Platany to chyba moje szczęśliwe drzewa bo pod następnym, na trawniku graniczącym z ruchliwą ulicą chodziły dwa - tak - kwiczoły. Jedno z pary kręciło się bliżej mnie i obserwując zbierało dżdżownice. A drugie dumnie stało w słońcu i obserwowało okolicę.




A towarzyszył im szpak. Może ten sam co na początku spacery skrzeczał na mnie ze słupka?