Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

niedziela, 25 maja 2014

Moje malowanie - Ciapek.

Witajcie. 
Rzadko tu zaglądam ostatnio, ale po ostatnim wpisie wiecie dla czego. Jednak wolny weekend postanowiłam poświęcić zapomnianej już prze ze mnie pasji. A mianowicie malowaniu. 
Na pierwszy ogień poszedł mój mały Łaciaty Książę.
Znalazłam zdjęcie które uznałam, że fajnie się da namalować i do pracy. Przy okazji doszłam do wniosku, że moje akryle mają już zdecydowanie za wiele lat. Trzeba będzie postarać się o nowe farby.
Takie zdjęcie wybrałam:

A tak prezentują się trzy etapy mojej pracy:
1) Podkład.

W niedbały sposób zaznaczyłam łaty i pokryłam farbą tło. Kot naszkicowany ołówkiem.

2) Potem skupiłam się na tle. Zawsze najpierw maluje tło i elementy będące na dalszych planach.

3) No i najtrudniejsza sprawa czyli kot. Dwa dni zabawy z futerkiem, światłocieniem i wąsami :) 
Oto efekt końcowy.
Teraz tylko oprawić. Obraz ma wymiary laptopa. 
No i jak wam się podoba mój Ciapek?
Maluje się zdecydowanie szybciej niż wyszywa... Ale obie formy są dla mnie ważne. 
Pozdrawiam was i ściskam cieplutko. 

piątek, 16 maja 2014

Ogrodowe przeboje

Witajcie.
Na wstępie bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa odnośnie Wikinga. Znów nie bardzo mam kiedy go niego zasiąść, a czemu to zaraz wyjawię. 
Wspominałam, że chcę rzucić ogrodnictwo, ale zanim to zrobię to muszę pokończyć rozpoczęte prace. A jest co kończyć. Otóż we wrześniu ubiegłego roku zadzwoniła do mnie bardzo miła młoda mama z prośbą o pomoc. W czasie spotkania na miejscu potrzebującym ratunku dowiedziałyśmy się z koleżanką, że Państwo kupili rok temu dom z ogrodem. Obecnie skupili się na remoncie domu a ogród jakoś tak został sam sobie. A ponieważ poprzedni właściciele kiedy zdecydowali się na sprzedaż posesji to olali ogród i przez rok pies z kulawą nogą do niego nie zaglądał. Nowi właściciele coś próbowali ogarnąć ale z dwójką maluchów, bez doświadczenia i nawale remontu i pracy zawodowej polegli. 
Zamówili firmę ogrodniczą "xyz" Wszystko pięknie-ładnie, projekt (jakiś taki naprędce zrobiony i nie przemyślany kompletnie moim zdaniem) przysłany, wycena w trakcie liczenia i cisza. Nie oddzwonili, pojawili się - jednym słowem olali klienta. Więc Młoda Mama po kilku miesiącach znalazła mnie i zadzwoniła. Dla nas to nie był najmniejszy problem i zabrałyśmy się do pracy od razu. 
Ogród po dwóch latach z okładem bez ingerencji człowieka wyglądał tak:


Jest to rabata z tyłu domu za trawnikiem na przeciwko tarasu wypoczynkowego. 
Wpadłyśmy tam z Martą jak burza bo takie wyzwania lubimy i po dwóch dniach prezentowało się to już tak:


Odkryłyśmy niedokończoną kaskadę i jakiś skalniak. Z racji że była to jesień to po naszym odchwaszczaniu nie wyglądało to może pięknie ale przynajmniej przypominała jesienny ogród.
Przeszłyśmy więc na główną rabatę ogrodu po prawej stronie działki. Tam było jeszcze ciekawiej:


Kochane, tam było wszystko czego nowi właściciele nie chcieli. A przede wszystkim wszędobylski i bardzo ekspansywny winobluszcz. oczyszczanie tego skrawka ziemi to był sajgon.

Po oczyszczeniu Młoda Mama stwierdziła, że może coś byśmy zaproponowały bo to co ma jej się nie podoba. Zrobiłam zatem projekt uwzględniając wytyczne MM - żeby za bardzo nie kwitło bo owady, nie kuło bo dzieci i nie było wymagające. Zaproponowałam zatem styk japoński, sterylny, o regularnych kształtach z roślinami nie wymagającymi wielkiej uwagi. 
No i zabrałyśmy się całkowitego niwelowania tego co oczyściłyśmy.
Kompletna demolka. Ekipa budowlana się z nas śmiała, że jesteśmy szalone bo wycięcie i wyrwanie krzaka sprawia nam niezdrową radość. Potrzebny był sprzęt ciężki - minikoparka która odkopała to co było ukryte pod skalniakiem...

To zdjęcie już wiosny tego roku. Bo na koparkę czekaliśmy miesiąc.
Rabata z winobluszczem na której wykarczowałyśmy sześć pniaków jesienią wyglądała tak:
I tak też sobie przezimowała. 
Wiosną pierwsze co to zabrałyśmy się za posadzenie żywopłotu z jakże powszechnej tui "szmaragd" sztuk 85, wysokość 150. Zatem trzeba było wykopać rów pod nie a jak się okazało trzeba też było wykonać drenaż gdyż na głębokości 40 cm, gleba była kompletnie nie przepuszczalna i woda spływająca z rabat na około utworzyła nam po godzinie fosę. Żeby się przebić prze warstwę łupka z czarnego iłu śmierdzącego zgnilizną (na czym oni to osiedle postawili?!) Potrzeba było dwóch dni. Wykopanie 74 m rowu na głębokość 40 cm było łatwiejsze niż pogłębienie go o 10 cm by dodać drenaż. 
Tu widać niewinny początek tej przeprawy - dalej zaczyna się zbierać woda i robi się błoto. Już wiem czemu sąsiadowi tak kiepsko rosły jałowce "skyrocket":)
No ale jakoś dałyśmy radę i jak tylko przyjechały nasze szmaragdziki to zaczęłyśmy je sadzić. Nie było łatwo bo każda tuja warzyła ok 30 kilo. plecy dawały znać osobie a ramiona klęły na każdym kroku. Ale posadzone zostały.

Rabata na razie zachwaszczona ale to chwila roboty. 
My zostwiając chwasty w spokoju przeszłyśmy na front domu. Tam utknęłyśmy na porządkowaniu tego co zastałyśmy.

Trzy dni zbierałyśmy brudny żwir i zdzierałyśmy starą agrowłukninę, do tego zostać mają tylko trzy rośliny, reszta "out". Mokra pogoda nie pomagała, żwir z ziemią był ciężki tak że pękła taczka:). To właśnie przy tej robocie wysiadł mi nadgarstek. Dziwne że nie krzyż... zahartował się. 
Na razie tyle - wydaje się mało, ale to dla tego, że robimy tylko we dwie kobitki. Na chwile obecna a - wczoraj - cały przód jest przygotowany do nałożenia nowej agrowłukniny (cztery rabaty przed domem) zdjęta stara darń żeby rabatę dociągnąć do kostki brukowej. Czekamy na agro i eko-bordy, żeby to ładnie przykryć i zrobić nowe nasadzenia. W między czasie przesadziłyśmy ponad dwadzieścia wieloletnich roślin w tym dziesięcioletnią magnolię i forsycję.
Tak to wygląda u mnie w pracy. Z racji dzisiejszej pogody znalazłam chwile na bloga i korzystam. 
Całuje was mocno i pozdrawiam.

sobota, 10 maja 2014

Tajemnice haftu cieniowanego - Kot norweski leśny - akt 10. " Prawa strona"

Pamiętacie go jeszcze?
Mam nadzieję, że tak:) 
Na jakiś czas go odłożyłam, ale ostatnie wydarzenia i złe myśli sprawiły, że sam do mnie zamruczał i przywołał. Zaczęłam więc kilka dni temu znowu go wyszywać. W czwartek przeciążyłam sobie lewy nadgarstek i postanowiłam sobie zrobić do poniedziałku labę na wyleczenie go. Bolał mnie nawet jak trzymałam tamborek więc nie wyobrażałam sobie pracy szpadlem przy mokrej ziemi i żwirze. 
Zatem złapałam mojego Kudłatego Wikinga i cieszyłam się nową igłą.
Jak ostatnio go pokazywałam to przedstawiał się tak:
Po pierwszym dniu pracy mamy zaczęte drugie ucho.
A potem zaczęłam okolice oka. Oraz policzek.
Potem wróciłam do ucha. Nie będę opisywać drugi raz tego samego tylko pokarzę.

A dziś skończyłam całe ucho i zabrałam się za policzek. 
Zatem na chwilę obecną mój Kudłaty Wiking prezentuje się tak:
Zaczyna już wyglądać jak kot.

Na koniec chciałam bardzo podziękować za wszystkie miłe i podtrzymujące na duchu komentarze. Bardzo mnie zaskoczyła ich ilość oraz treść. Tekst ten napisałam nieco pod wpływem emocji ale nie był nie przemyślany i bezpodstawny. Bawię się w ogrodnictwo już kilka lat i chyba jednak jestem do tego za słaba i za stara. Czuję, że skupię się na ochronie roślin. 
Zatem bardzo dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam.  

wtorek, 6 maja 2014

Rzucam ogrodnictwo!

Tak właśnie, rzucam to w diabły! 
Ta niemiła myśl narastała we mnie od kilku ładnych dni, a nawet można powiedzieć tygodni. 
Nie w tym życiu, nie w tym kraju (przede wszystkim). Na szarpie się człowiek, na macha, kręgosłup zniszczy, chemii się nawdycha a jak przyjdzie co do czego to pieniądze na ulotkach większe. 
Bo jak przed majówką pojechałyśmy ze wspólniczką do potencjalnej klientki (chciałby serwis ogrodu i przebudowę) to wszystko pięknie ładnie, trawnik by się przydało wyprowadzić bo przez te cztery lata zarósł chwastami i rabaty odchwaścić i coś tu umarło i w ogóle to chciałabym jeszcze ogródek warzywny gdzieś założyć i mini boisko do kosza dla męża. (Trawnik był jedynie koszony przez lata, rabaty wyglądały jak łąką bo trawa stwierdziła że jej lepiej na rabatach niż na trawniku, uschła połowa krzewów i drzewek iglastych i nie tylko. No rozpacz, nikt nic nie robił od czterech lat na ogrodzie poza koszeniem połaci trawy. ) Pani prosi o wycenę, więc mówię że sam serwis ogrodu to koszt ok 600 - 700 zł miesięcznie. (dla przykładu podam że dwa lata temu moja poprzednia firma gdzie byłam brygadzistką brała od 1100 w górę ). Ale za wyprowadzenie i aranżację to już osobno liczone jest... i to Pani mi w słowo weszła, że ona rozmawiała z takim panem co powiedział, że zrobi to za 12 zł, na godzinę. No ręce mi opadły. Ok, kosić trawę i wyrwać kilka chwastów to mogę i za 10 na godzinę. Ale żeby to robić to nie potrzeba ogrodnika - wystarczy pan Heniu spod budki z piwem. I to mnie boli najbardziej. 
Bo pan Heniu ode mnie różni się tym, czym salowy od kardiochirurga. Nie przesadzam. Za mną stoją lata studiów na uczelni, szeroka wiedza z zakresu o jakim klientom się nawet nie śni i nie słyszeli o tym, a co najdziwniejsze ma ważne znaczenie dla ich ogródków i trawniczków. Zatem jeśli Pani chce żeby jej "ten pan" za 12 zł za godzinę wyprowadził ogród i wyleczył go, a do tego zrobił nowe rabaty, nasadzenia i pielęgnował go cało-rocznie to enjoy! Równie dobrze mogłaby iść do protetyka po kursie półrocznym wieczorowym lub internetowym. 
Dość. 
Szkoda mojego zdrowia i nerwów. Bo na dom to ludzie potrafią wywalić grube miliony nieraz - łazienka za 200 tys! a na 25 arowy ogród to słyszę że budżet tak góra 20 tys i to z roślinami. I wie Pani najlepiej takimi już podrośniętymi żeby nie trzeba było czekać.
Więcej wydali na wannę z masażem niż na zieleń przy domu! A samo założenie trawnika na takim areale to już koszt zbliżony do tego Budżetu.
Zatem wyżaliłam się na zacofane społeczeństwo nasze. Mogę przecież poszukać pracy jako specjalista w firmie... ano z tym też u nas nie wesoło. Ogrodników jak psów i każdy firmę zakłada i jest w niej specjalistą, a kogo szuka? Typa 2 metry wzrostu do łopaty, na umowę jakąś tam byle nie płacić zań i najlepiej z prawem jazdy kategorii X - na pociąg chyba coby od szwagra z Ukrainy taniej czarnoziem i świerki serbskie przywozić bo w każdym projekcie umieszcza. No żal... ile razy słyszałam że mam za wysokie wykształcenie... że oni tylko do pracy fizycznej szukają, a ja co - telepatycznie będę te rośliny sadzić? 
Zatem kończę z ogrodami, może jak kiedyś w końcu doczekam się swojego własnego to będę się realizować. A tak, jak tylko skończymy ten nad którym teraz siedzimy to bardziej mi się opłaca iść do jakiegoś call center za najniższą krajową. Bo i w cieple i nie zajadę stawów i kręgosłupa i cały rok.
Czuję, że zmarnowałam swoje życie. Że nie tak to powinno było pójść...