Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

środa, 27 sierpnia 2014

Wspomnienie niebywałego podopiecznego

Uprzedzałam, że lubię pisać (w realu to jestem po prostu gadatliwa a tu jestem... pisatliwa?), bardzo lubię i to od małego przelewać swoje nie zawsze skoordynowane myśli na papier czy w latach ostatnich na komputer. A do tego wzięło mnie jeszcze na wspominanie życia mojego średnio długiego. I dziś chcę podzielić się z wami pewnym ciekawym epizodem z mojego życia właśnie. 
Jak wiecie moi rodzice kochani na wsi mieszkają, pod lasem, przy stawie, obok łąki i wzdłuż rowu z wodą. Ale mieszkają tam od dziesięciu lat raptem, a wcześniej dom był jedynie letniskową daczą. No i odkąd pamiętam spędzałam tam wszystkie wakacje i zdecydowaną większość weekendów. Nawet zimowe się zdarzały. Ponieważ nie bardzo było się z kim bawić to sama musiałam znajdować sobie zajęcie i często kończyło się to długaśnymi włóczęgami po okolicy. I podczas jednej z takich wędrówek, mając lat jakieś 13 natknęłam się na NIEGO. 
Szłam wiejską drogą prowadzącą do leśniczówki i po jednej stronie coś zwróciło moją uwagę. Rosły tam jeżyny, maliny i jakieś jeszcze inne chaszcze, a w nich coś sporego się miotało. Włączył mi się instynkt łowcy i niewiele się namyślając ruszyłam przez te kszaczory w stronę miotającego się cosia.  Coś okazał się być młodocianym ptakiem drapieżnym. Możecie mi wierzyć lub nie ale byłam wtedy niemal w ekstazie. W lot się połapałam, że ptaszydło nie może z jakiegoś powodu latać i tylko szarpie się w tych jeżynach. Był na tyle duży, że powinien już szybować ale jedno jego skrzydło było niezdatne do użytku. Był skazany na śmierć. W pobliżu nie widać było dorosłych więc już musiał być na tyle podrośnięty, że go zostawili. Podjęłam decyzję jeszcze zanim zaczęłam na dobre myśleć. 
Nie wiem ile czasu mi to zajęło, ale na pewno dość długo. Ptak był jednak dość szybki ale też osłabiony i w końcu zmęczył się na tyle, że mógł jedynie drzeć dzioba i grozić mi szponami. Łe, ja mam się przestraszyć takich szponów... no się przestraszyłam. I gdyby nie fakt że dzień był przekropny i miałam na sobie starą ortalionową bluzę z lumpeksu to nie złapałabym drania. A tak to jakimś cudem zarzuciłam ją na niego i zawinęłam tak, że tylko głowa się szarpała. 
Nie dziobnął mnie, po chwili się uspokoił, jakby poddał, a może był już tak zmęczony. Też byłam zmęczona i podrapana, poparzona pokrzywami i pewnie niejednego kleszcza złapałam. Ale byłam dumna i podjarana jak panna młoda. Zakryłam mu łeb i pilnując tych pazurzastych łap zaniosłam do domu. Nawet przez chwilę się nie zastanawiałam co powiedzą moi rodzice. Nie dalej jak rok wcześniej przyniosłam im do domu młodego kruka, z tym, że on był zdrowy i sam sobie poradził (może kiedyś o tym też napiszę). 
Nie trudno się domyślić, że rodzice popukali się w głowę jak im pokazał co znalazłam. Ale nie truli nic tylko zapytali co zamierzam. Przyznam, że nie wiedziałam wtedy co zamierzam. Chciałam zobaczyć co to jest i czemu nie lata. 
Przy drewutni mój dziadek kiedyś dawno temu postawił wielkie klatki na króliki, takie na metr wysokie i szeroki, a na dwa długie. Stały one od wielu lat puste, jako składowisko dziwnych rzeczy. Tata wyjął te rzeczy stamtąd i wpuściłam tam moje trofeum. ON był wielki. Czekoladowo brązowy i rudym łbem. Jak wkurzony rozpostarł skrzydła to miały lekko 1,5 metra. Pierwsze co to poleciałam po książkę o ptakach i nie musiał długo szukać żeby oznaczyć. Tak to był Błotniak stawowy. A dokładnie to ON się okazał młodą ONĄ. 
Zdjęcie ze zapożyczone ze strony National-geographic.pl

Nie wiem czy pisać o tym jak chciałam ją karmić ogłuszonymi żabami... cóż napisałam. Ale nie chciał jeść. Mama się zlitowała i dała jakieś mięso. Oj wpierniczał ptasior jak zły. Przysięgam nie mam pojęcia jak ja go wyciągałam z tej klatki. Mam zanik w tym względzie, a wyciągałam kilka razy dziennie by oczyścić skrzydło.

UWAGA!!! OPIS MAKABRYCZNY I NIESMACZNY BĘDZIE.

Jak się okazało po dokładniejszych oględzinach mój nowy pupil miał skrzydło złamane i to w dwóch miejscach z przemieszczeniem i przebitą skurą tak, że kości było widać. Ok, ale do tego jeszcze w tymże skrzydle, a dokładniej w dziurze zrobionej przez kość zalęgły się larwy much. Dezynfekowałam mu tę ranę i codziennie pęsetą wyciągałam te larwy... tak jestem obrzydliwa ale cóż, chciałam mu ulżyć. Ale tych larw nie ubywało. 
W pewnym momencie przyszła do nas sąsiadka, starsza już pani która wiele lat w Maroku spędziła i powiedziała żebym zostawiła te larwy. No bo jak tam w Maroku w ranie u krowy czy kozy jakiejś zalęgną się larwy to ludzie się cieszą bo larwy oczyszczają ranę z zainfekowanej tkanki i zostawiają zdrowe mięsko. Wtedy rana się może zagoić. Nie powiem, żebym żałowała, że nie będę już musiała bawić się z larwami. Zrobiłam jak sąsiadka poradziła i faktycznie po jakimś czasie larwy znikły, a rana zaczęła się po swojemu zasklepiać. 
Mój tata naszej Pani Błotniakowej na przekór wszelakim prawom płci nadał imię... Dik. Jeszcze wtedy pojęcia nie miałam co to znaczy, a mój tata do tej pory nie ma zielonego pojęcia jak ironicznie wyszło ptaka nazwać Dik. 
Tak czy inaczej Dik miał apetyt. I był wybredny. Na początku jadł co mu się dało - podroby. Ale jak już po kilku dniach nabrał sił to zaczął wybrzydzać. Płucek i wątróbki już nie chciał. Za to wołowinkę jak najbardziej. Wysłała mnie więc mama do pobliskiego znajomego masarza po jakieś odpady dla tego bandziora, a tam w masarni dali mi dwa wielkie, ponad dwukilowe, świeżutkie salcesony. Ledwo to do domu doniosłam, a ten drań nawet patrzeć nie chciał. Skończyło się na tym, że cała okolica wcinała salcesony (w życiu nie jadłam smaczniejszego salcesonu niż tamten wtedy), a Dik wołowinkę, kurczaczka i inne mięska. Nadszedł moment wypuszczenia drapola z klatki. Nie wiem kto o tym zadecydował. W każdym razie otworzyliśmy klatkę i ptaszydło z niej wyskoczyło dziarsko i zaczęło spacerować po działce. Był to czas kiedy przywieźliśmy z Wrocławia szczeniaka owczarka niemieckiego i to był największy wróg ptasiora. Kiedy tylko szczeniak do niego podbiegał ptak siadał na ogonie, rozkładał te swoje skrzydła i strzelał szponami. Dobrze, że nigdy nie trafił bo oskórował by psiaka. Nie bał się nikogo. A mnie dawał łapać, choć dość niechętnie. 
Nie siedział na działce. Wybrał fakultatywną wolność. Większość czasu siedział gdzieś zaszyty w gąszczu nad rowem i tylko czasem się wydzierał. Ale zawsze o szóstej rano, jak w zegarku, przybywał w tych swoich niezgrabnych podskokach na środek podjazdu i darł się o śniadanie. Trzeba było go nakarmić i dopiero się uspokajał. 
Nigdy nie nauczył się latać ponownie. Skrzydło było nieodwracalnie uszkodzone. Pod koniec lata przyjechał do nas wujek Kazik i zdecydowaliśmy że zawiezie Dika do Wrocławskiego Zoo. Tam mu powiedzieli, że u tych ptaków takie kontuzje są dość częste i że mają sporo błotniaków - nielotów. Wzięli go i nigdy więcej nie zobaczyłam mojego Błotniaka. 
Żałuje, że nie miałam wtedy aparatu żeby mu zdjęć porobić. Nie myślałam o takich rzeczach. A byłaby wspaniała pamiątka. 
Jedyne co mogę pokazać to kilka fotek myszołowów krążących nad naszą działką w ostatnich latach. 


Na dwóch pierwszych jest ten sam osobnik, na ostatnim jakiś inny. 

Dziękuję za wszystkie wspaniałe komentarze do sikorki, bardzo mnie one cieszą. Dobrze, że jesteście, że czytacie i że piszecie. Ja wiem, że większość osób zaglądających tu szuka haftu cieniowanego, ale nie chcę by mój blog był monotematyczny bo ja nie jestem i nigdy nie byłam taka. Wierzę jednak, że nie rozczarowuję nikogo pisząc te wszystkie opowieści o przyrodzie. A haft będzie się gdzieś tu zawsze przeplatał bo kocham tę grę z igłą i nitką. 
Serdecznie wszystkich odwiedzających pozdrawiam. Do następnego.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Haft cieniowany płaski - krok po kroku - Sikorka modra

  Dziś jak w tytule - będzie o dawno już nie wspominanym na łamach tego bloga hafcie cieniowanym płaskim. Jak wiecie to moja ulubiona technika, w której czuję się najpewniej. 
  Jako, że w powietrzu poczułam już jesień a jesień prowadzi do zimy, a zima niezmiennie kojarzy mi się... nie, nie ze śniegiem, świętami czy zimnem. Zima kojarzy mi się od wielu już lat z ptakami przy karmniku, z sikorami wydającymi wtedy te piskliwe gwizdy, inne zupełnie niż wiosną czy latem. I jakoś tak mnie w weekend ten wzięło i postanowiłam stworzyć sikorkę właśnie. Na modraszkę padło, bo kolorowa jest fajnie i ładnie będzie wyglądać (taką mam przynajmniej nadzieję).
  Zatem sobotni ranek zaczęłam wstając już o 6.00 razem z mężulem mym ukochanym co do pracy się zebrać musiał i zaczęłam szukać materiału. Przekonałam się przy okazji, że szmat mam wiele, ale tak na prawdę to mało z nich nadaje się fakturą i właściwościami do mojego haftu. Padło na zakupioną w lumpeksie za całe 3 zł poszewkę na poduszkę z czystej bawełny, dość ciasno plecionej o kolorze podobnym do lnu obrazkowego.
  Wybrałam sobie zdjęcie z netu i przerysowałam modelkę. 
Łoto ona
Zawsze mnie stresują pierwsze ściegi. Bo jak one mi źle wyjdą to już wiem, że będę się z haftem kisić jak z tym nieszczęsnym przetacznikiem. Na pierwszy ogień, coby sobie przypomnieć jak się igłą pracuje poszedł brzuszek, czyli całkiem niemała powierzchnia pięknie słonecznego koloru. 
Mówiłam, że jak pierwsze pójdą nie tak to lipa, więc zaczęło się od tego, że po słownie czterech ściegach kilka następnych musiałam spruć bo coś mi krzywo wyszły. Tu nie są idealne ale dla mnie do przyjęcia. Zatem walczymy dalej.
No jakoś ten chaos opanowałam i poszło. Wiecie, bo pisałam o tym już wcześniej, przy okazji walki Kudłatym Wikingiem, że wyszywam podwójną nicią muliny. Może się to wydawać dziwne, zwłaszcza na tak niewielkim wzorze, ale ja mam swój styl i będę się go na razie trzymać. 
Zakończyłam wypełnianie brzuszka razem z kuperkiem jednym kolorem muliny. Nie mam pojęcia jaki to kolor, znaczy, że żółty to wiem ale numer już jest mi obcy. A to dla tego, że do owego haftu zdecydowałam się wykorzystać niteczki, które dostałam od wspaniałej osoby - Agi Jarzębinowej. Jeszcze raz dziękuję. A uprzedziła mnie, że kolory są nieponumerowane, a nawinięte na bobinki. Zatem - żółty i już. 
Jak już zakończyłam brzuszek nasadą ogona to pora przejść dalej. Padło na główkę. I sięgnęłam po mulinę białą, ale nie tą najbielszą z białych tylko tę kolejną w numeracji - mniej białą. 
Czółko i policzek oraz pasek nad okiem pokryłam jednolitymi (w miarę:)) ściegami płaskimi krótkimi. Cały czas dwie nitki.
Potem sięgnęłam po ładni błękit ciemny dość i zabrałam się za podgardle i szyjkę.
Piękny kolor prawda. Nieco jaśniejszy odcień wybrałam na czapeczkę. Tym samym kolorem co czapeczka wyszyłam lotki na skrzydełkach i ogon.

 Tu zdjęcie z innej perspektywy by pokazać jak prowadzona jest nić na ogonie. Nie wszystkim może się to podobać ale jakoś nie wpadł mi inny pomysł na ogon do głowy.
Kolejnym etapem były spodnie lotki drugiego skrzydła. Do tego celu wzięłam ciemną szarą. 
Następnie jaśniejszą szarą wpadającą w niebieski (odcieni szarego i brązu jest chyba najwięcej) Dorobiłam kilka ściegów na lotkach i plecki ptaszyny oraz niewielki kawałek na skrzydle. Na wybranym przeze mnie zdjęciu wierzch skrzydeł sikorka ma oliwkowo-szary. Coś będę kombinować, zobaczymy jak mi wyjdzie. Najwyżej będzie mutant. 
Oliwkowo-szarego nie mam, mam oliwkowy. Więc skrzydełka są na razie oliwkowe lub jak ktoś woli w kolorze groszku konserwowego.
Na koniec obleciałam jeszcze białym końcówki lotek i światło mi się skończyło, a oczy dały znać o zmęczeniu. Na razie tak to wygląda. 

Nie wiem kiedy znów do niej zasiądę. Mam nadzieję, że szybko, bo jest ona częścią większego planu, który chciałabym zrealizować tak dla odmiany.
Bo Norweski leśny smętnie zerka na mnie z koszyczka i pomiaukuje niepewnie. A w bieżniku zostało mi dosłownie 20 cm bieżących ściegu - czyli jakieś trzy spokojne godzinki haftu. Jakoś tak nie mogę się do nich zmusić. No ale będzie trzeba. 
Na koniec fotka sikorki z tej wiosny, zrobiona osobiście prze ze mnie u rodziców na wsi na lipie wrocławskiej (taka odmiana). 
Życzę wszystkim miłego i spokojnego tygodnia.

piątek, 22 sierpnia 2014

Jak szkodników szukając ptaszki z gniazda wypłoszyłam.


To było ciepłe i słoneczne majowe przedpołudnie. Uwielbiam maj, niegdyś był to mój ulubiony miesiąc. Wszystko już kwitnie i jest zielono i ciepło. Światło inne i chce się żyć. Z czasem jednak doszłam do wniosku, że jednak wolę kwiecień. Co prawda pogoda bywa chimeryczna i czasem jeszcze zimno ale... Wczesny kwiecień dla obserwatora przyrody takiego jak ja to dobry czas. Mało liści na drzewach sprawia, że więcej światła jest w lesie, ptaki są w godowym amoku i wszystko jest takie... nie wiem jak to określić. A może to tylko moje jakieś dziwactwo, bo od zawsze miałam tak, że jak czegoś mam mało to bardzo mnie cieszy praca z tym, a jak nagle mam czegoś więcej to jakoś tak mniej radochy sprawia. Uwielbiam ciułać. Gromadzić ziarnko do ziarnka i cieszyć się tymi małymi przyrostami tego co ciułam. A jak tego już dużo uciułam to jestem dumna. Natomiast jak nagle czegoś dostanę dużo na raz to jakoś tak to traci urok. Ot takie skrzywienie. 
Zatem jak już wspominałam był to maj. Maż mój z rodzicami moimi został na ogrodzie a ja złapałam aparat i poszłam na wyprawę. Krótką co prawda ale jednak. Więcej jednak podczas "wyprawy" myślałam o życiu i swoim w nim miejscu niż się na otaczającym pięknie majowej przyrody skupiałam. 
Obudziłam się tak na prawdę już w drodze powrotnej nad moim ukochany stawem, co raptem jakieś sto metrów od domu się rozciąga. 
To w nim jako mała dziewczynka uczyłam się pływać, no tata mnie uczył. Po kąpieli w nim też któregoś razu dostałam strasznie swędzącej wysypki, bo to staw hodowlany i czegoś tam do niego wsypali.
Ale jest integralną częścią najbliższej okolicy domku moich rodziców i nie wyobrażam sobie, że go tam niema. Acz zdarzały się lata, że z powodów różnorakich wody w nim nie było. Porastał wtedy zielonymi wysokimi na metr turzycami i wyglądała jak najpiękniejsza zielona łąka. 
Na stawie jedynie udało mi się zobaczyć jednego samotnego perkoza dwuczubego. 
Jakoś pusto było po za tym. Natomiast las i korony przydrożnych drzew rozbrzmiewały trelem setek ptasich gardeł. 
W pustym i jednak jeszcze żywym pniu starej wierzby zrobiła sobie gniazdo sikorka modra i przez chwilę obserwowałam jak rodzice pracowicie uwijają się przy karmieniu swoich pociech. Swoją drogą czytałam gdzieś, że aby wykarmić takie pociechy to oni muszą dziennie złowić robali ze dwa razy więcej niż każde z nich waży (rodziców się znaczy). No to jest robota. 
Po drodze do domu natknęłam się jeszcze na kwitnące niezapominajki. Wdzięczne i ładne kwiatki. na pierwszym roku studiów zdziwiłam się strasznie ile jest gatunków niezapominajek w Polsce. A jak trudno je oznaczyć. Niektóre z nich są tak łudząco podobne, że nawet mój prof. z botaniki nie był pewien czy dobrze oznaczyłam gatunek. 
A zaraz nieopodal rozciągała się kolonia konwalii majowych. Nie wiem jak wy ale ja uwielbiam zapach konwalii. Co prawda bardziej mi się podoba zapach konwalijki dwulistnej - maleńkiej krewnej popularnej konwalii rosnącej w lasach bukowych czy świetlistych dąbrowach. Niestety nie mam zdjęcia konwalijki, postaram się zrobić w przyszłym roku. Za to mam zdjęcie konwalii. Szkoda, że zdjęcia nie oddają zapachu. 

Na ogrodzie wiosna w pełnej krasie, wszystko bzyczy i brzęczy. A nawet coś za bardzo brzęczy i jakoś tak za nisko... Zaczęłam się podejrzliwie rozglądać co to za owad tak tubalnie bzyka. Znam ten dźwięk i napawa mnie on pierwotnym strachem. Ale gdzież jest ten przerażający stwór? Szukam i szukam i nagle patrzę na kwitnący berberys, a tam swobodnie niczym pracowita pszczółka lata sobie z kwiatka na kwiatek... szerszeń wielki i paskudny. Aż mi ciarki po plecach przeszły. Nawet na wspomnienie. Kto go zapraszał? Na pewno nie ja. Strasznie się ich boję. Nie cierpię i brzydzę się właśnie szerszeniami i niektórymi osami. Nawet pająki lubię i podziwiam, a te latające wilki nie!

Strzeliłam paskudzie jedną upamiętniającą fotę grożąc, że jak się gdzieś w okolicy domu osiedlić zamierza to na wojnę ze mną idzie i najcięższą chemię wyciągnę by dziada ubić. Ma do dyspozycji cały las i niech sobie gdzieś w nim gniazdo buduje, a nie o nas pod dachem nie daj Boże.  
Na pocieszenie przed obiadem jeszcze dostrzegłam na ogródku pod piennymi agrestami przemykającego zaskrońca między siewkami nagietków.
A na trawach przeciskających się przez odrodzenie od sąsiadów, którzy są na swojej działce może ze dwa razy w roku, takie śmieszne cuś. Ładne to i kolorowe ale nie wiem co to inie miałam kiedy oznaczyć. Może ktoś z was będzie wiedział co to za dziwaczek.


W tytule było, że będzie o ptaszkach. Cała akcja z ptaszkami zaczęła się później. Mam poprosiła mnie, żebym lustracje ogrodu zrobiła i jakie szkodniki tępić trzeba im powiedziała. Wybrałam się zatem na obchód przezornie aparat na szyi mając. A nuż się jakiś ciem czy inny gąsienic trafi. Nigdy nic nie wiadomo. A los złośliwy być lubi i pokazywać fajne rzeczy kiedy akurat nie ma się aparatu pod ręką. Więc z losem w kotka i myszkę gram i staram się zawsze ten aparat mimo jego gabarytów i wagi mieć. 
I nie zawiodłam się. Spacerując i przyglądając się czy przypadkiem na cisach miseczników nie ma zajrzałam do rosnącego obok żywotnika czy grzyb jakiś go nie zaatakował czy misecznik i na nim się nie pojawił... i jak mi nagle spod dłoni niemalże wyleni coś szarego wielkości myszy. A zaraz za nim dwa następne. I w tym samym czasie raban zaczęły niemożliwy robić dwa szare ptaszki od wróbla mniejsze. Okazało się, iż w żywotniku tym, niewiele wyższym ode mnie (sama go z maleńkiej gałązki z pomocą ukorzeniacza wyhodowałam) gniazdko sobie ptaszki owe szare uwiły i potomstwa się doczekały. A ja nieświadoma wypłoszyłam te szkraby w rodzinnego domu. O zła zła i niedobra. Ptaszki się rozlazły w rożnych kierunkach i obserwowane przez panikujących rodziców jakoś się uspokoiły. podloty to już były i pewnie dla tego zamiast zamrzeć w absolutnym bezruchu wyrwały z tego gniazda. 
Żeby tego było mało, że rodzinę rozpierzchłam nieco to jeszcze Liza z obchodu po okolicy wrócić postanowiła i zainteresowała się nader mocno zamieszaniem. A dla takiego łowcy jak ona, co to łasicę rodzicom pod drzwi ubitą przynosi to taki ptaszek pryszczem jest. Ale mąż mój pomocny i zapobiegliwy kota za frak złapał i w domu zamknął. Co by ptaszki szansę jakąś skryć się miały.
I przydał się właśnie tu mój aparat...
Jeden z maluchów na siatce ogrodzeniowej przysiadł.

 A drugi od razu za strumień do lasu pofrunął niezdarnie i na gałązce olchy czarnej usiadł. Trzeci gdzieś tak się zamelinował, że nie miałam pojęcia gdzie go szukać. Słodkie da prawda - małe pokraczki.

Mamusia natomiast prezentuje się tak.
Jest to kapturka z rodziny pokrzewek - ptaszek dość liczny w niektórych rejonach. Że mamusia to wiem po brązowym kapturku, tatuś ma czarny. 
Przykro mi, że może nazbyt wcześnie musiały z mojego powodu gniazdo opuścić. Mam tylko nadzieję, że nic złego im się nie przytrafiło. 
To nie koniec ptasich niespodzianek na ten dzień. Pomna tego niezwykłego spotkania nie rozstawałam się z aparatem i cierpliwość oraz wytrwałość moja nagrodzona została odwiedzinami kolorowego pana dzięcioła. Nie wiem czego on szukał na świerku, na którym zbudowały sobie gniazdo opisywane przeze mnie wcześniej raniuszki:


A na koniec jeszcze - Kto lubi wróble. JA!!!
Uwielbiam wróble, zarówno te miejskie wróble domowe jak i wróble mazurki. U mnie na wsi liczni występują właśnie mazurki. W tym roku naliczyłam ze cztery gniazda pod blachą na dachu i jedno w szczelinie pod dachem drewutni. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego jak pożyteczne są te niepozorne ptaszki. Większość z nas uważa, że wróbelki to ptaszki jedzące ziarno, odwiedzają karmniki i z zapałem wyjadają ziarnka i chlebek. Ale w sezonie karmienia młodych nie dałyby rady ich wykarmić nasionami bo nasion wiosną i wczesnym late praktycznie nie ma. A poza tym to mało kaloryczne i wartościowe jedzenie dla rosnących piskląt. Wróble razem z sikorami są naszymi ogromnymi sprzymierzeńcami w walce ze szkodnikami. 
Tu przykład - złapany na gorącym uczynku jak wraca do gniazda. Zobaczcie ile on ma w dziobie gryzących liście gąsienic! i tak kilkadziesiąt razy dziennie, razy dwa i razy kilka par - no moje drzewka nie muszą się o nic martwić.


Mój pogromca.

To by było na tyle, dziękuję za wszystkie wasze miłe komentarze i za to że do mnie zaglądacie. Witam też w swoim progach Jasną8 z fantastycznego bloga http://klubkotajasna8.blogspot.com/ Miło mi że do mnie zajrzałaś i mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej.
Życzę wszystkim miłego weekendu.

środa, 20 sierpnia 2014

Jak to szukając jaszczurek kota śledziłam.

Słowem wstępu - Witam nową obserwatorkę Monique. Zachęcam do zajrzenia na jej interesujący blog w dużej mierze poświęcony kotom. Bardzo ciekawe tematy, porady oraz informacje.  http://naszekociki.blogspot.com/

Dziś będzie długo i dużo. 
Wszystko zaczęło się pewnego sobotniego poranka z końcem lipca. Wyszłam z aparatem głodna spotkań z jaszczurami i zaskrobańcami jakimiś co mają w zwyczaju o poranku wygrzewać łuski na suszących się pniakach drewna do kominka wystawionych od wschodniej strony ogrodu. Zakradłam się więc najciszej jak tylko umiałam i ciesząc ciepłem na policzku i lekkim wiaterkiem we włosach wyglądałam oznak gadziego życia. 
Szczęścia jednakowoż nie miałam. Nic łuskowanego nigdzie nie grzało kości i nic nie chciało dać się uwiecznić. Jedynie spotkałam dwa pięknej urody motyle, oba gatunku Rusałka pawik. Znany to i pospolity motyl acz dla mnie nadal i niezmiennie piękny w porannych promieniach słońca. Towarzyszyła im pracowicie zbierając cenny pyłek, pszczoła miodna



Ponieważ zbliżała się pora śniadania to wróciłam przez ogródek warzywny do domu. Na pocieszenie radość ogromną mi sprawiła wspaniała Błyszcza jarzynówka drzemiąca na kiściach czerwonej porzeczki. Pięknie się prezentowała w swym piaskowo ziemistym płaszczyku na tle lśniących krwistych kulek.

Na postrzępionych listkach drzemała biedronka, a kolejna na wielkim zielono srebrnym liściu funkii. 


Wszystko jeszcze drzemało i mało ruchliwe było.
Po pysznym jak zwykle śniadaniu wyszłam ponownie, sprawdzić jak dzień rozpoczął Książę udzielny na swych włościach letnich. A Książę jak to miał w zwyczaju rekonesans przeprowadzał nieśpieszny i dokładny. Najpierw sprawdził czy wszystkie lampki solarne po długiej nocy świecenia są w dobrym stanie i na miejscu. Bo nic tak świetnie nie przyciąga fascynujących owadów ciemną nocą jak własnie one. A przecież na coś trzeba się zasadzać kiedy wszyscy dookoła śpią. 


Następnie bardzo dystyngowanie przeszedł na druga cześć ogrodu, gdzie wiele iglastych krzewów ozdobnych rośnie. Tam uwagę jego przykuło coś niezdarnie poruszającego się w skoszonej trawie. Zaczaił się zatem Książę by zbadać tę niezwykle interesującą sprawę, bo może to coś groźnego być przecież. Czaił się i skradał niczym najsprawniejszy lampart na sawannie jakiejś, a tu...
 Motyl lichy i bezbarwny jakiś poderwał się z tej trawy i nie dość, że niepotrzebnie zburzył spokój Księcia to jeszcze okpił go i ośmieszył umykając z Książęcych pazurów.
 Niepocieszony i poirytowany Pan na włościach rzucił mi  iście mordercze spojrzenie...
 I stwierdził, że trzeba robić dobrą minę do złej gry. Zauważył wielki krzew jałowca, który nie dalej jak kilka tygodni wcześniej mocno przycięłam.
Zbliżył się do jałowca jak gdyby nigdy nic i począł wnikliwie analizować strukturę i fakturę konarów i kory. Czego to szukał Jego Łaciatość - nie doszłam. Ale chyba bardzo przejął się stanem wieloletniej już rośliny.
 Jaki wyrok tych wnikliwych oględzin, nie wiem, nie podzielił się ze mną. Nie poświęcił mi nawet jednego, najkrótszego, najlichszego bodaj spojrzenia.
 Zwęszył coś po innej stronie Ogrodu i skupił na tym co do jego nozdrzy, uszu i oczu docierać zaczęło. Oczywiście znów nic co moje marne zmysły mogłyby zarejestrować...

Nie wiem, może pięknej urody nasturcje mamusine między winoroślą rosnące?


A może to zniewalająca swym aromatem kocimiętka obficie kwitnąca tego roku pod wielką różową wierzbą?

Nie... Książę nie docenił urody nasturcji ani aromatu kocimiętki. Jego uwagę przyciągnęła najzwyczajniejsza w świecie trawa. Taka sama po jakiej łaził, przepraszam - stąpał -  od godziny. Ale ta najwyraźniej ciekawsza się być okazała. Zajadać począł tę trawę wytrwale i z apetytem niebywałym a jak się to skończyło... domyślić się można - mało książęcym i dystyngowanym womitem.


Nie będę tych jakże ośmieszających jego dostojną Łaciatość zdjęć publikować. Zrozumcie proszę.
Po tych perturbacjach spokojnie przespacerował się jeszcze po posiadłości i spocząć umyślił pod innym jałowcem na sosnowej korze nagrzanej słoneczkiem. 



Zostawiłam go zatem, dumnie odpoczywającego po bardzo męczących porannych obowiązkach Włościanina i skierowałam się ponownie tam gdzie na te jaszczurki liczyłam. 
Upatrzyłam sobie wygodny pieniek, przeturlałam w odpowiednie miejsce i postanowiłam czekać. Z doświadczenia wiem, że jaszczurki tam są, tylko trzeba im nieco czasu aż odważą się wyjść z zakamarków. Na pierwszą czekałam jakieś pól godziny. 

Wysunęła powoli łepek z liści. Usłyszałam właśnie te liście szeleszczące pod jej pazurkami i dojrzałam lekki ruch. A ponieważ wyczulona jestem na każdy ruch to bez trudu wypatrzyłam ten zielonkawy ryjek między chwastami. Jaszczura - samica - ostrożnie przemieszczała się między kępami traw. Uznałam, że moja pozycja jest zbyt wysoka i perspektywa mało ciekawa wychodzi na zdjęciach więc zeszłam z pieńka i klapnęłam na ziemi co oczywiście gada spłoszyło. Trudno, poczekam jeszcze raz. Tym razem zdecydowanie szybciej wyszła ze szczeliny do której czmychała. A i ja byłam w nieco wygodniejszej pozycji.

A po kilku chwilach ignorując moją obecność przeszła na nagrzane i skąpane w promieniach przedpołudniowego słońca drwa i zaczęła szukać najwygodniejszego miejsca do opalania. 



I wtedy dostrzegłam, iż jaszczurka ta musiała mieć już do czynienia z łownym kotem rodziców. Świadczył o tym odrastający ogon, obecnie przypominający marny kikut. Ale najważniejsze, że sama jaszczura w dobrej kondycji i zdrowiu wydawała się być. A ogon, jak ogon - odrośnie. 
Wspaniale było tak siedzieć i obserwować to płochliwe stworzonko. Jak nerwowo oddycha i jak podczas tego oddychania łuseczki na jej ciele się ruszają. Spędziłam tam czas do obiadu, wchłaniając otaczającą mnie przyrodę, zapach ziół i kwiatów, szum lasu za plecami i wody w rzeczułce. Docierały do mnie pokrzykiwania taty i odpowiedzi mamy oraz cierpliwe wyjaśnienia męża. Czasem zaszczekała Sura. Istna sielanka. Mój raj na Ziemi. 
Po obiedzie spotkałam Księcia zażywającego popołudniowej kąpieli. Jego SPA znajdowało się w maleńkim sadku, gdzie ziemia lekka i piaszczysta nagrzana od słońca świetnie nadawała się do zabiegów pielęgnacyjnych.




 Przewracał się i tarzał z taką rozkoszą, że aż miło było patrzeć. A z każdym powabnym ruchem jego futerko stawało się piękniejsze i bardziej lśniące. Mój wzrok i zapewnienia, że wygląda bajecznie najwyraźniej nie zadowoliły próżności Książęcej. Przyjrzał mi się podejrzliwie po czym... 
 Zamówił dodatkowy zabieg.

Tak, teraz jest najpiękniejszym kotem na świecie. Żadna panna mu się nie oprze. Żaden kocur nie śmie się z nim równać. No cud miód i kocie chrupki.

Ech ten mój Ciapek. 
Wspaniałą Niedzielę opiszę następnym razem. Za dużo tego byłoby na raz, a wiem, że i tam niewiele osób ma cierpliwość czytać to wszystko. 
Wnikliwi zapewne zaważyli,iż akcja ma miejsce w lipcu, a mamy sierpień. Takich retrospekcji będzie sporo, bo wcześniej brakowało mi czasu na przejrzenie tysięcy zdjęć zrobionych podczas konkretnego wyjazdu i wybranie tych najfajniejszych. Nie mogę wam przecież pokazywać każdorazowo każdej jednej muchy jaką sfotografuję, każdej roślinki bo nikt by nie dotarł przytomny do końca wpisu. No a te porządki niestety wymagają czasu i cierpliwości. Więc mam katalogi opatrzone datami i krótkimi opisami i jak mam teraz wolną chwilę to nadrabiam.
Dziękuję za cierpliwość i zapraszam na kolejny spacer niebawem. Pytanie mam takie jeszcze, czy tylko mi się wydaje, że jesień nam się wielkimi krokami zbliża?
Do zobaczenia.