Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

czwartek, 11 września 2014

Wiewiórkowe opowieści.

Witajcie kochani. 
Chciałam wam z całego serca podziękować za trzymanie kciuków i przesyłanie dobrej energii w sprawie mojego marzenia. Od razu zaznaczam, że nie jest żadne poprawianie urody, drogi sprzęty czy wycieczka - to walka o pracę umożliwiającą wejście na właściwe zawodowe tory już na resztę życia. 
O szczegółach później napiszę jak się już wyjaśni.
Teraz chcę wam zaproponować relaksujący spacer po parku w ciepły niedzielny poranek.
Otóż w ubiegła Sobotę nie ruszyłam się z domu. Bezceremonialnie siedziałam przed telewizorem, laptopem i nawet nie miałam mocy wyszywać, bo przecież trzeba ręką machać. Nie miałam siły na nic. Odpoczywałam, jedynie obiad duży zrobiłam bo mężula trza nakarmić jak biedny do pracy biega. 
Ale w Niedzielę... od rana mnie nosiło. Taka pogoda, a ja będę w domu gnić - o nie.
Wzięłam aparat i w długą. 
Park przywitał mnie delikatną mgiełką, spokojem i ciepłą wilgocią jak w dżungli.

Niestety jako, że to dzień wolny to było sporo ludzi, a dodatkowo nieopodal organizowane jakieś imprezy sportowe były na skalę międzynarodową wiec i hałas dobiegał ale... jakoś się to zniesie. Wtopiłam się w naturę.
Oczywiście, że nie obyło się bez moich ulibionych wszędobylskich kowalików, które bardzo hałaśliwie żerowały i niespokojne były. Oraz sikor. Ale jedynie bogatki się pokazywały gdzieniegdzie. Większość ptactwa pouciekała gdzieś w korony drzew, żerować. Słychać tylko było ich jazgot i spadające liście, gałązki i żołędzie.
W parku ciemno jeszcze. Liście na krzewach siedzą w najlepsze, a słonko już nieco niżej i efekt taki że wszędzie mrok.

Moim głównym celem były wiewiórki. I nie zawiodły mnie. Słychać je było już na odległość jak "trzeszczały" po swojemu urządzając szalone i karkołomne gonitwy po drzewach i gałęziach. Aż trudno było nadążyć za nimi wzrokiem, a co dopiero obiektywem. 
Ale znalazło się kilka spokojniejszych, może starszych zajętych nie zabawą lecz szukaniem jedzenia w ściółce. Mają już wspaniałe ogony, puszyste i gęste.



One mi się nigdy nie znudzą, są wspaniałe z tym swoim słodkim pyszczkiem, piękną kitą i całkiem ciekawskim usposobieniem. Szkoda tylko, że namiętnie unikały słonecznych plam. Może następnym razem...

Tej się bardzo nie podobała moja obecność i siedząc bezpośrednio nade mną głośno mnie ochrzaniała. 
Udało mi się też spotkać niespotkanego wcześniej prze ze mnie ptaszka. Zaskoczył mnie nagle jak podkradałam się do Rudej. 
W domu oznaczyłam sobie na spokojnie co to za jeden i wyszło mi, że świstunka.
Nadpobudliwe stworzenie, co na sekundę w bezruchu nie może usiedzieć i się kręci jakby robaki miało. 
W parku już czuć jesień mocniej niż w lesie. Liście systematycznie z niektórych drzew lecą a na ziemi całe mnóstwo żołędzi, buczyny i szyszek. 

Tu też spotkałam strojnicę baldaszówkę. Niczym nie różni się ta Wrocławska od tej wsiowej:)

Chciałam zrobić jakieś ciekawe zdjęcie gołębiom miejskim ale ani ciekawych okazów nie było ani nic ciekawego nie robiły. Za to gdzieś między szukającymi czegoś do jedzenia gołębiami plątała się młoda sroka. Płochliwe toto i jakiś takie wyliniałe. No żal.
Fotka zrobiona z wysokiej perspektywy bo młodzik był niżej ode mnie. 
W odróżnieniu od sroki młody szpak prezentował się o wiele zacniej.
To są dla mnie śmieszne ptaki - dziwnie chodzą i tymi dziobami tak dziwnie robią jak coś znajdą w trawie - zaobserwujcie kiedyś jak spotkacie szpaka w parku. 
Po za gołębiami rozglądałam się też za wróblami. Zależało mi na uwiecznieniu ich kąpieli w piasku czy jakiejś kłótni. Ale jak na złość jedyne małe stadko chowało się gdzieś w krzakach i nie było skore do współpracy. 

A wracając do domu zauważyłam dziwnego jegomościa w fosie miejskiej. Na początku myślałam, że to jakaś butelka ale jak się poruszyło to sięgnęłam po aparat.

Tak to żółwie i to żółwie żółtolice czyli te które, wielkości pięści kupujemy dzieciom w sklepie zoologicznym. A ponieważ to rośnie i jest długowieczne to - Siup - do fosy. I zebrało się ich tam całkiem sporo. Zimują w kanałach przy rurach grzewczych gdzie mają zawsze ciepło. Nie wiem co o tym myśleć - z jednej strony obcy to u nas gatunek, z drugiej naszych żółwi to nie sposób spotkać a te tylko w specyficznych miejskich warunkach mogą przetrwać więc chyba wielkiego zamieszania w ekosystemach nie narobią. 
Pracując w sklepie zoologicznym spotkałam się z ludźmi którym zwykłe zwierzęta typu pies, kot, królik czy nawet fretka wydają się nudne i pospolite. Tacy ludzie sprowadzali sobie szopy, skunksy, jeże afrykańskie, aligatory. Pomijam już wielkie węże bo to nie nowość. A prę lat temu nad odrą widziano kilkumetrowego pytona. No i co... sam sobie z afryki przypełzł, czy może z pobliskiego ZOO uciekł? No jasne że jakiś idiota kupił sobie za lat nastoletnich taką sznurówkę za 100zł na placu i jak mu to po kilku latach urosło, zjadło pitbula i dziewczynę, a teściowej nie chciało to wziął kilku kumpli i wywiózł w plener. I o ile te żółwie to raczej groźne nie są to taki pyton już jest realnym zagrożeniem dla dzieci. Nie sądzę, żeby przetrwał zimę w okolicach Odry bo już potem cicho było o tym ale jakby go ktoś wypuścił do fosy to razem z tymi żółwiami mógłby sobie kimać na jakiejś magistrali z ciepła wodą. 
Powiem wam, że im jestem starsza tym bardziej uważam ludzi za bezmyślne i egoistyczne organizmy. Wiadomo, nie wszystkich ale jak nazwać kogoś kto nie sterylizuje suki czy kotki bo przecież ona musi być mamusią, a szczeniaki topi bo nikt tego nie chce. Takich przykładów można by tu na potęgę mnożyć ale szkoda miejsca. Od zawsze wprowadzamy obce gatunki do naszego ekosystemu, a potem ciężkie miliony są przeznaczane na walnę z nimi, na odnawianie pierwotnego stanu i inne skazane zazwyczaj na klęskę projekty. 
Wybaczcie ten niewesoły ton na koniec ale ostatnio mnie krew zalewa z powodu tego jak człowiek negatywnie oddziałuje na przyrodę. Żeby nie było tak ponuro to jeszcze trochę roślinek. 


Pozdrawiam was i życzę miłego końca tygodnia.


sobota, 6 września 2014

Rozmyślanie i grzybobranie

Miałam dość ciężki i pracowity tydzień i na prawdę niewiele czasu na blogowanie. Ale obiecałam, że w weekend się zmobilizuję i coś większego opublikuję. 
Zanim to jednak nastąpi to chciałam podziękować za wszystkie te wspaniałe komentarze jakie zostawiłyście pod moją haftowaną sikorką. Zdradzę jeszcze tylko, że bardzo powoli powstaje kolejny mały nasz krajowy ptaszek. Ale nie wiem kiedy go skończę. Oraz za wasze trzymanie kciuków, na razie poskutkowało.
W ubiegły weekend pojechałam do rodziców na wieś, naładować baterię i pomyśleć. Pogoda dopisała mimo, że po południu nieco popadało. Ale po kolei. Na sam początek zaskoczyła mnie mała azalia japońska, która normalnie kwitnie w kwietniu, a tu masz... kwiatkami się ustroiła po raz drugi. To niedobrze, bo te pąki które teraz rozkwitły pozostawią po sobie puste miejsce na wiosnę. 

Mamcia zakupiła do swojej drewnianej donicy na tarasie hebe, które pięknie kwitnie i wabi owady. Zobaczcie jak ładnie się prezentuje. Odwiedzają go trzmiele ziemne i rusałka kratkowiec w formie letniej - wiosenna jest inaczej ubarwiona.



Przeszłam się potem w moje ulubione miejsce, za płot nad rów, gdzie bytują jaszczurki. Spotkałam tam sporo owadów ale najładniejsza okazała się strojnica. Tego czerwono czarnego pluskwiaka często widuję na roślinach z rodziny baldaszkowatych. 
A na liściu chrzanu siedziała sobie leniwie rzekotka drzewna. Nie pozwoliła do siebie podejść bliżej i schowała się gdzieś, więc mam tylko jedno zdjęcie i to w dodatku moje pierwsze zdjęcie tego płaza w tym roku. Na liściu obok siedział jakiś "robalek", ładny więc go pokazuję mimo, że nie wiem co to.



No i oczywiście nie obyło się bez moich ulubionych jaszczurek. Ale ile ich było - masowy wysyp młodych. 




Były wszędzie, w szczelinach i na pniakach, w trawie pod kłodami, ciemne i w ciapki, a nawet jedna taka nieco inna. A jedna nawet na moich oczach upolowała jakiegoś paskudnego robala co pełzł beztrosko po jednej z kłód. Zjadła go z ogromnym smakiem.



Następnie wybrałam się nad staw, w tym roku bardzo płytko tam i małe ryby więc pojawiły się gatunki, których do tej pory raczej na nim nie było. Więcej jest czapli siwej, perkozów i po raz pierwszy pojawiły się czaple białe. Oraz mewy.

Oczywiście nie byłabym sobą jakbym nie rozglądała się za zaskrońcami i żmijami. Zaskrońce spotkałam trzy ale tylko jeden był na tyle uprzejmy żeby pozwolić mi się uwiecznić. Spłoszył się jak podeszłam ale nie uciekł daleko. Zaledwie skrył się w zaroślach za pieńkiem na którym odbywał swoją sjestę w słońcu.
Na początku nie chciał współpracować. Ale usiadłam sobie spokojnie i poczekałam. Nie musiałam czekać dłużej niż 20 minut.
A zza pniaczka zaczął powoli pojawiać się dość niewielki zaskroniec. Pełzł bardzo powoli i ostrożnie bacząc czy nie ma mnie gdzieś w pobliżu. Siedziałam w całkowitym bezruchu. Jedynie dźwięk migawki aparatu zdradzał moją obecność. 
Zatrzymał się czujny i patrzył na mnie przez dobre trzy minuty. A potem szybko uciekł. Zdążyłam mu zrobić jeszcze tylko jedno zdjęcie.

Popołudniu przegoniła mnie ulewa ale po siedemnastej już się przejaśniło więc wyszłam na przedwieczorny spacer. Jakaś mnie taka nostalgia dopadła i dołek. Ale mimo to umiałam dostrzec piękno otaczającej mnie mokrej od deszczu przyrody. 
Wybrałam ścieżkę wiodącą przez liściasty las z bardzo gęstym podszytem. 

Na otwartej przestrzeni widać było jesień bardziej niż w lesie. 


Pięknie wybarwione owoce jeżyn i do tego wrzosy... Czysta poezja.
A w drodze powrotnej spotkałam absztyfikanta naszej Lizy - młodziutkiego kocurka z leśniczówki. Bardzo przyjacielski kotek.

W niedzielę rano przyjechał mój mąż. Ale nim dotarł zrobiłam zdjęcie drapieżnika siedzącego na beli słomy. Zdjęcie słabe bo z ogromnej odległości, a do tego od rana po nocnym deszczu mgiełka się unosiła. 
A jak już pojawił się mój ukochany to poszliśmy na spacer żeby porobić zdjęcia i sprawdzić czy grzyby w lesie są tak jak mówią. Ale skończyło się na tym, że aparaty poszły do toreb, a zapasowe reklamówki zapełniły się młodziutkimi podgrzybkami. Ucieszyłam się bo te dwie reklamówki zapewnią nam grzyby na wigilię. Z moim ukochanym fajnie się zbiera grzyby bo on się na nich nie zna. Więc jak tylko jakiegoś widzi, a wzrok ma lepszy niż ja, to mnie woła czy to dobry czy zły grzyb. Ale jak mu już wytłumaczyłam że ma być mięsisty, brązowy z żółtawym siteczkiem pod spodem to podgrzybek i tylko takie nich zbiera. A poza tym mama obierając i tak zweryfikuje zbiór. 
A te podgrzybki były do prawdy prześliczne. Świeciły się w słonku w tym mchu i jagodzinach. Nie mogłam się też powstrzymać bo uwielbiam fotografować mchy.
A w drodze powrotnej, jakieś czterysta metrów od domu, tuż przy drodze nad stawem znalazłam takie cudo - Trzymane przez moje kochanie.
Wspaniały borowik. Prawda, że piękny. 
 A w ten weekend nigdzie nie idę, odpoczywam po ciężkim tygodniu i przed następnym. A będzie on ważny i trudny oraz ciekawy. To kolejny stopień do spełnienia marzenia. Na razie nic nie piszę chociaż mam co opowiadać. Nadal błagam o trzymanie kciuków i dobrą energię. Jeśli mi się uda, to rozpocznę nową drogę w życiu, taką do której jestem stworzona i którą będę mogła iść już do końca życia, szczęśliwa i spełniona. Zatem trzymajcie mocno i jak ktoś może to nawet pomódlcie się proszę, taka szansa trafia się jak wygrana w totka. Rzadziej niż raz w życiu. Ja postawiłam wszystko na jedną kartę. 
A niedługo wybiorę się na jesienne polowanie na myszy...