Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 29 listopada 2014

Kocie opowieści - Wycieczka do rodziców i chwilowy spokój.

Witajcie moi kochani. 
Pod ostatnim moim wpisem pojawiło się na prawdę bardzo dużo wspaniałych komentarzy na temat Luny - mojej czarnej kocicy. Wlałyście w moje serce dużo optymizmu, ciepła i pocieszenia. Bardzo wam za to dziękuję - jesteście cudowne. 
Pojawiły się na moim blogu nowe osoby, dziękuję za odwiedziny i mam nadzieję, że zdecydujecie się zostać na dłużej. 
Dziś znów będzie o kotach. 
A to dla tego, że zajmują moje myśli ostatnio nieustannie i stały się epicentrum mojego życia. Najpierw rozchorował się Ciapuś i dwa tygodnie go leczyliśmy, potem bardzo mi zależało na znalezieniu nowego kochającego domu dla kociaka w którym się zakochałam. Ale o tym napiszę kiedy indziej.
Obecnie Ciapek czuje się całkiem ok. Bije się z Keirą i skutek tego jest taki, że ma za uchem wydrapana sierść - placek łysej skóry o powierzchni 1 centymetra. 
Jeszcze podczas leczenia Ciapka pojechaliśmy z oboma kotami do Dziczy przypilnować domu rodziców. Pogoda była paskudna więc siedzieliśmy w domu przy kominku. 
Towarzyszyły nam wszystkie koty i czasem też pies. 

 Ciapuś zalegiwał na fotelach nieopodal źródła ciepła - kominka.

 Keira baraszkowała po nowych zakamarkach i bardzo polubiła schody.

 Liza średnio zadowolona z sytuacji Robiła dobrą minę do złej gry.

A mała wydawała się zadowolona z wycieczki ale dopiero kiedy już przestała się bać.

Po powrocie moje łaciate kochanie wylądowało na stole operacyjnym i w domu potrzebowało specjalnej opieki.
Natomiast Keira poczuła się bardzo swobodnie i postanowiła łamać wszelkie zakazy. Tu bezczelnie ignoruje zakaz wskakiwania na blaty w kuchni.

A tak poza tym to kochana i bardzo śpiewna kicia, która cały czas udowadnia że nie boi się aparatu. 
Tu zmęczona po dzikiej zabawie.
Ciapek inaczej odpoczywa. Dostojniej.

Mała uwielbia się bawić wstążeczkami.





Prawda, że jest fotogeniczna. 
A tu jeszcze przeciągający się Ciapuś.



Ale jak się zrobiło chłodno to zwinęły się razem na jednym fotelu.

Czy ta łapusia nie jest rozkoszna?

Jeszcze raz dziękuję za każde słowo jakie tu zostawiacie. Życzę miłego wieczory i spokojnego wieczoru.

sobota, 22 listopada 2014

Antracytowo czarna Luna

Witam.
To jest mój setny post. Chciałam go poświęcić pewnej szczególnej istocie. Istocie, która towarzyszyła mi przez osiem lat swojego za krótkiego życia. Odeszła w lipcu ubiegłego roku... 

Zanim to jednak uczynię to chciałam poruszyć jedną sprawę. Spotkało mnie dziś coś przykrego ze strony jednej z blogowiczek. Ta miła jak mi się wydawało kobieta opublikowała posta na temat zabaw blogowych, wyzwań i w tekście tym mnie jawnie skrytykowała dodając odnośnik do mojej strony. Zostałam posądzona o rozpoczęcie zabawy i nie dokończenie jej. A ja o ile mnie pamięć nie myli zapierałam się, żeby nie robić z tego żadnej zabawy, nie chciałam żadnych banerów, uczestników czy innych związanych z tym spraw gdyż wiem, że mój czas jest  ograniczony. Chodzi oczywiście o Kudłatego wikinga. Tak, rozpoczęłam "kursik" pokazując krok po kroku jak go wyszywam, ale niemal za każdym razem uprzedzałam, że jak tylko się zacznie wiosna to obowiązki zawodowe uniemożliwią mi pracę nad tym projektem. Czuję się teraz tak jakbym naciągnęła ludzi na wydatek związany z zakupem nici i materiału. Zapaliłam się do wyszywania kota bo je uwielbiam i chciałam też sprawdzić siebie. Zaproponowałam, że jeśli ktoś będzie miał ochotę to wyślę opracowany przez siebie projekt. Nie jest moją winą że kilkumiesięczna przerwa zniechęciła tę osobę. Ale przepraszam, czasem trzeba popracować, a każdy uważny czytelnik tego bloga wie, jakie miałam lato i że nie w głowie mi było czasami obmyślanie co i jak dalej wyszyć bo to nie tylko samo wyszywanie ale też sporo kombinacji a do tego trzeba czasu i natchnienia. Żałoba, problemy z pracą i zdrowiem nie sprzyjały temu. Zazdroszczę jeśli u kogoś wszystko idzie gładko. Nie pobierałam żadnych opłat, a "kurs" był swobodną formą podzielenia się tą piękną sztuką z innymi. Przykro mi że moje imię zostało w pewien sposób oczernione i nadużyte. Oraz że ktoś nie potrafi czytać ze zrozumieniem. 

Zatem korzystają z tej niemiłej okazji OŚWIADCZAM TU I TERAZ, ŻE NIE BĘDĘ NA ŁAMACH TEGO BLOGA ORGANIZOWAŁA ŻADNYCH WYZWAŃ CZY ZABAW ZBIOROWYCH I CYKLICZNYCH, Z WYJĄTKIEM MOŻE JAKIEGOŚ CANDY CZASEM. A MOJE WPISY "KROK PO KROKU" SĄ I BĘDĄ JEDYNIE FORMĄ PRZEKAZU A NIE KURSEM. Żeby już nigdy nikt mi nie zarzucił że nie wywiązuję się z nieistniejącej umowy.
Mam nadzieję, że nie ma wielu osób które tak to odebrały. Teraz ilekroć popatrzę na Wikinga będę czuła niesmak. 

Wracając do tematu.
Znacie już mojego synusia - Księcia Ciapka. Znacie również Cesarzową leśnych ostępów - Lizę. A także najnowszego członka naszej rodziny - księżniczkę piratów Keirę. Nie mieliście jeszcze okazji bliżej poznać Luny od której zapożyczyłam swój internetowy pseudonim. 
Ale zanim opowiem wam o mojej czarnulce kilka słów o Ciapku. 
Ostatnio pisałam, że jest bidulek chory. Od tamtego czasu przeszedł operację, kolejną serię zastrzyków i dzisiaj wreszcie Pan doktor oświadczył, że Ciapek jest już zdrowy. Operacja która przeszedł we wtorek polegała na zdjęciu kamienia i usunięcia zepsutego zęba. Niby nic, ale jednak pełna narkoza była. Jaki on był biedniutki kiedy się wybudzał, chciał gdzieś wejść a nie mógł. Zataczał się i przewracał, trzeba było cały dzień za nim chodzić żeby sobie krzywdy żadnej nie zrobił. A głodny, nawet za bardzo nie mógł jeść bo opuchnięty był i go bolało. No ale teraz już bryka cały szczęśliwy, w poniedziałek dostanie ostatni zastrzyk i oby długo już nie musiał iść do Weta. 

Zatem pragnę wam przedstawić Lunę - Antracytowo czarną damę. 

Jakieś dwa tygodnie po tym jak trafił do mnie Ciapek, postanowiłam, że będę miała dwa koty. Pojechała wtedy z ówczesnym partnerem i jego młodszym bratem (dzieciak jeszcze) do schroniska. Doskonale wiedziałam czego pragnę. Miałam w głowie że nie wejdę do pomieszczenia z kociakami bo zginę tam. Ja chciałam czarną trzymiesięczną kocicę. Taką w wieku Ciapka. 
Na miejscu okazało się, że owszem jest akurat jedna taka ale nie chcieli mi jej dać. Bo podobno jest wredna i agresywna. Miła pani zaprowadziła mnie do pomieszczenia gdzie czekały inne koty. To było trudne. Niektóre przeciskały się przez kratki żeby tylko je przytulić i zabrać. Ale ja się uparłam - Czarna kotka i już. 
Na prawdę musiałam się wykłócać o nią bo podobno dopiero co przyjechała, po przejściach, wyrzucona z okna, złamany ogon i agresja. Ale w końcu mi ją dali. Podpisałam umowę i ruszyliśmy z małym czarnym kociakiem do domu. Była spokojna i lekko wystraszona. Młody uparł się, że chce ją nieść na rękach więc mu dałam a wytrzęsiona przez smarkacza kitka zwymiotowała na niego. Hehe.
W domu ta grzeczna mała czarna kulka zamieniła się w istnego mordercę. Ciapusia który chciał się z nią bawić zaczęła tłuc jakby to on ją z tego okna wyrzucił. I to trwało kilka miesięcy. Znęcała się nad nim ale on był bardzo przyjacielski. A dla nas... jakbym miała w domu kota i jego żyjący własnym życiem cień.
Przez ponad rok przemykała po kątach i zakamarkach niczym ninja. A po półtora roku stał się cod. Podeszła do mnie i sama wskoczyła mi na kolana. Prawie się popłakałam z radości. 
Luna była niezwykłym kotek, który miał zdolność dostrzegania świata pozazmysłowego. Krótko mówiąc - widziała duchy. Nie będę się rozpisywać nad każdym jej spotkaniem - wspomnę tylko o tym jak mnie przed zmora uratowała. Spałam sobie pewnego popołudnia po pracy. Obok mnie spał Ciapek a przy moich stopach Luna. Nagle po raz kolejny poczułam duszność i ucisk na klatce piersiowej. W półśnie zarejestrowałam jak Luna zerwała się przebiegła po moich nogach i wskoczyła mi na pierś ewidentnie coś przeganiając. A ja mogłam już normalnie wciągnąć powietrze. 
Dla wielu będzie to jakaś zwykła duszność czy bezdech a może mucha ale dla mnie to była zmora zwana u nas Dusiołkiem a moja Lunka ją pogoniła. Mój mąż też miał kila razy jakieś majaki z nią w roli obrońcy naszego spokojnego snu. Poza tym to jestem młoda i jeszcze wtedy zdrowa. 
Była gadatliwa i zaczepiająca. Lubiła czesanie i czasem zdarzało jej się zapomnieć schować języczek. Była obronnym kotem. Potrafiła pogonić dużego psa kiedy usłyszała jak Ciapek syczy na jego widok. 

"Pies, nie podchodź lepiej... No i po co tu leziesz kundlu"
"No nie, sam się prosisz o kłopoty"
"Słuchaj pchlarzu, zjeżdżaj stąd bo użyję pazurów, nie żartuję..."

"Czy już sobie poszedł? To mogę wyjść"
" Tak, poszedł. I chyba nie wróci... na pewno nie wróci."
"I nie wracaj mi tu kundlu!"

Bardzo opiekowała się i matkowała małej Lizie. Nosiła ją w pyszczku jak własne kocięta, których nie miała. Cichutko mruczała i szczekała na ptaki za oknem. 
To był kochany kotek. 

Ale w lipcu tamtego roku odeszła od nas. Od jakiegoś czasu mało jadła i wymiotowała. Poszłam z nią do lekarza i badanie krwi złamało mnie. Wyniki były straszne - mocznik i kreatynina przekroczone tragicznie. Diagnoza - przewlekła nie wydolność nerek. USG potwierdziło zwyrodnienie nereczek mojej kici. To było okropne, nie miała szans, teraz wiem, że nie miała najmniejszych szans na wyjście z tego i od kilku tygodni powoli umierała. Ale nie pokazywał tego po sobie. A po tej wizycie podczas której zrobiono jej lewatywę i inne zabiegi nie wróciła już do formy nawet na chwile. była leżąca, i nieruchawa. Miała bardzo niską temperaturę, nie jadła. Była zatruta mocznikiem. Codziennie dostawała kilka zastrzyków i dwie duże kroplówki. Po tygodniu tej nierównej walki wyniki były jeszcze gorsze. Podjęłam najtrudniejszą w życiu decyzję. Nie miałam prawa jej męczyć, skoro nie było szansy na wyzdrowienie i bezbolesne życie. Nerki nie pracowały już.  
Odeszła na stole weterynaryjnym, ale jej bezwładne ale ciepłe jeszcze ciałko śni mi się do dziś. Czuję się winna zaniedbania, czemu nie zrobiłam badan wcześniej, czemu nie ratowałam kiedy była szansa... I po co przez tydzień ją tak męczyłam tymi kroplówkami, zastrzykami, masowaniem brzuszka... Przy takim zwyrodnieniu nerek to nie miało szans. Ale ja nie wiedziałam a wetka dawała kroplówy do domu i leki. Wybacz Lunka. Wybacz kiciuniu moja. I jeszcze raz żegnaj. Nigdy Cię nie zapomnę, byłaś moją córunia. 

wtorek, 18 listopada 2014

Stop zabijaniu zwierząt.

Kochane, wszystkie uwielbiamy zwierzęta więc mam ogromną prośbę - przeczytajcie i podpiszcie petycję.
To się musi skończyć.

  1. Produkcja futer oznacza cierpienie zwierząt.
Chociaż futra są z reguły drogie, największe koszta ponoszą zwierzęta. Lisy i norki spędzają całe życie w klatkach – norce przysługuje 0,18 m kw., a lisowi – 0,6. Jeśli lisy są dwa, mają zmieścić się na 1 m kw. powierzchni. Takie warunki powodują u zwierząt duży stres, co prowadzi do przypadków samookaleczania, kanibalizmu i chorób psychicznych. Rany na łapach i ogonach, zaropiałe oczy, zwierzęta pogrążone w apatii lub szaleńczo miotające się po klatkach to częsty widok na takich fermach.
Życie pełne cierpienia kończy równie okrutna śmierć: mechaniczne uszkodzenie mózgu, porażenie prądem, czy zatrucie spalinami to tylko niektóre spośród metod uboju dopuszczanych przez prawo.

To fragment tekstu którego całość znajduje się TU
Jest tam też z boku petycja żeby zakazać w Polsce hodowli zwierząt na futro. 

Osobiście jestem bardzo ZA.
Jeść trzeba, wiem o tym ale bez naturalnych futer i dodatków poradzimy sobie doskonale a za naszą ludzką fanaberią kryje się zbrodnia. 
Ktoś się może nie zgodzić - jego sprawa i jego sumienie. 

Zatem jeszcze raz proszę - podpiszcie. 

czwartek, 13 listopada 2014

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - "W świecie bzykadeł"

Witam.
Na początek wieści z frontu - Ciapek nadal chory, nadal go boli kiedy siusia i wciąż dostaje zastrzyki. Jutro rano idziemy na kontrolę i (co mu się na pewno się spodoba) na pobieranie krwi. Potrzebne wyniki, żeby wiedzieć na czym stoimy. Dziewczyny w komentarzach pisały żeby mu dać karmę specjalistyczną - otóż wyjaśniam, że karmę taką typu Urinary od weta to on ma na stałe w jadłospisie i ścisłą dietę. Ale ostatnio grymasi, nie chce jej jeść. Bardzo też dziękujemy za wszystkie słowa otuchy.
Na razie tyle. Teraz do konkretów. 
Jakiś czas temu wspominałam, że mam szufladę pełną zdjęć. Nie było głośnych sprzeciwów kiedy wspomniałam, że chętnie je opublikuję więc... 

To było jakieś cztery lata temu. Za namową męża, kupiłam swoją pierwszą lustrzankę. I pełna nadziei pojechałam z nabytkiem swym oraz instrukcją grubą niczym biblia na wieś do rodziców. Pełna zapału, że będę fotografować wszystko co nie ucieka. Każdy kto dostał właśnie nową zabawkę wie jakie to uczucie. Był lipiec, ciepły, upalny wręcz i dość wilgotny. Wszystko kwitło i buczało, bzyczało i szumiało. Eksplozja życia.
Za płotem na "mojej łące" kwitły bardzo licznie rośliny z rodziny baldaszkowatych, a na nich chyba łąka otworzyła darmową jadłodajnię dla mieszkańców. Uradowana wzięłam więc do ręki swoje maleństwo i poszłam polować. Wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o zasadach, o czasach naświetlań, przysłonie, głębi ostrości, światłoczułości. Zdjęcia robiłam na trybie auto. Cieszyłam się że zrobię fotkę nowemu owadowi. Mój mąż już wtedy robił zdjęcia w trybie całkiem manualnym, za każdym razem ustawiał wszystko od nowa, zależnie od oświetlenia, a mnie wydawało się to strasznie upierdliwe. 
Ja chciałam się bawić. Najpierw rzucił mi się w oczy Przepiękny motyl - Czerwończyk dukacik

Trudno byłoby go przeoczyć na polu zielonej trawy i białych kwiatów - niczym płomyk migał tu i ówdzie. 
Na tych samych baldaszkach pojawiały się też inne owady.
Mucha z rodzaju Gymnosoma spp. 
I inne, nie znam nazwy tych muchówek.
W trawie spod nóg uciekały mi tysiące pasikoników.


Niektóre były spragnione miłości.
Nie tylko one miały ochotę na miłość. 
Ten maluszek też miał chęć na amory. To kulczanka kosaćcówka.

Na pokrzywie siedziała ćma chowając się w cieniu.
Inne nie chowały się pod liśćmi tylko siedziały na wierzchu.

A na wielkich liściach chrzanu znalazłam takie cuś.
Jest to zgrzytnica zielonkawowłosa.
Natomiast na ogródku warzywnym było nie mniej ciekawie. Latały tam różne motyle ale skupiłam się na szczególnym - małym karlątku.



Bardzo odpowiadały mu liście buraka i selera. 
Było słonecznie i gorąco, pies w cieniu drzemał i nie miał ochoty nawet na spacer.
 Pszczoły pracowicie zapylały koniczynę...
 Gdzieś na łące, na suchym kikucie siedział gąsiorek.




Tyle na dziś. Nie idzie mi pisanie, nie jestem w dobrej formie, martwię się o Ciapka i w ogóle. 
Zatem do następnego.