Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

piątek, 10 kwietnia 2015

Krótka historia małej nornicy

Witam was kochani moi serdecznie.
Dziś chciałam się podzielić z wami pewną historią, którą już publikowałam na łamach tego bloga, jednak bardzo dawno i w między czasie zupełnie zmienił mi się wachlarz obserwatorów. A ponieważ uważam, iż jest to bardzo ciekawa historia to postanowiłam ją odświeżyć i przypomnieć bo mało kto czyta stare wpisy na zaprzyjaźnionych blogach - życia by nie starczyło.
Historia przydarzyła się mnie i mojemu mężowi dwa lata temu. Wszystko zaczęło się w czerwcową sobotę. Byliśmy u rodziców w Dziczy jak często latem. W ciepły wieczór kotka moich rodziców, Liza przyniosła na taras, tak jak często jej się zdarzało małego upolowanego gryzonia. Ponieważ stworzonko żyło odebrałam je kotce i odniosłam w zarośla żeby tam natura zdecydowała co z nią dalej. Mój mąż jest dość wrażliwy na cierpienie małych bezbronnych stworzeń i nie lubi tej cechy kotów która każe im bawić się ofiarami. Sądzę, że nikt tego nie lubi. Jakie było nasze zdziwienie gdy po niecałej półgodzinie kotka przyniosła ponownie małe stworzenie i jak się okazało była to ta sama mała myszka. W dalszym ciągu żywa i nieuszkodzona. Artur wziął ją w dłonie. Nie był zdolny do ponownego pozostawienia ślepego i trzęsącego się maleństwa na pastwę losu. Stwierdziliśmy, że zabierzemy maleństwo do domu by zaopiekować się. Przygotowałam jej posłanie w doniczce na ogrzanej słońcem skoszonej trawce. Daliśmy jej na imię Polcia bo żyje na polach. I z niepewnością czekaliśmy czy przeżyje noc. Przeżyła jedząc mleko z miodem.
Zabraliśmy ją 60 kilometrów od domu do Wrocławia i opiekowaliśmy się jak własnym dzieckiem. 

To Polcia po dwóch dniach pod nasza opieką



Ma jeszcze zasklepione oczka. Ale jest aktywna i bardzo żywo reaguje na kontakt. Cały czas dbaliśmy o to by miała ciepło, okrywaliśmy jej doniczkę kocykiem i podkładaliśmy pod nią termofor. Karmiliśmy ją do dwie godziny przez całą dobę. Specjalną mieszanką mleka dla kociąt z odrobiną miodu podgrzaną w wodzie do odpowiedniej temp. W nocy było najtrudniej, budzik co dwie godziny, mąż do kuchni grzać wodę do termofora, ja grzać mleko, potem karmienie i spać. I za dwie godziny to samo. A w dzień mąż do pracy, a ja jak miałam wolne to opiekowałam się nią w domu. Ale jak miałam ogród to brałam ją ze sobą w małym wypełnionym watą pudełku. 
Z tym karmieniem było kilka problemów bo strzykawka była zbyt agresywna i Polcia się dławiła. Kupiony w aptece zakraplacz z pompka lepszy ale krople były tak duże, że cała się brudziła. Co prawda już sama się potrafiła myć ale jednak. Okazało się, że najlepszy jest pędzel maczamy w mleku. Ssała go jak cyca mamy i przytrzymywała łapkami.

Tu Polcia karmiona zakraplaczem.



Po kilku dniach otworzyła oczy. Czyli osiągnęła wiek około 15 dni. Już wiedziałam, że to nornica ruda. Sama się myła i dużo łazikowała po swoim pudełku. Moje koty były skonsternowane tym stworzeniem. W piątek musiałam jechać do rodziców na wieś gdzie Polcia się urodziła i ponieważ nie było możliwości żeby mąż karmił małą to wzięłam ją ze sobą. Wszystko obyło się bez problemów. Zrobiłam jej w wielkim garze do prania bielizny wybieg, z piaskiem i trawą. W nocy spała w swojej doniczce na poduszce elektrycznej. Nadal miała apetyt jak smok i zaczęła podskakiwać. Puszczona na koc pełzła w stronę mojej dłoni bo czuła jej znajomy zapach kojarzący się z jedzeniem.
W Sobotę po południu dojechał mój mąż. Wieczorem usłyszeliśmy, że Polcia dziwnie oddycha. W nocy podczas karmienia dziwne dźwięki nie znikły. 
A o siódmej rano w porze karmienia mąż powiedział, że Polcia nie oddycha. 
To było dziwne, jej ciałko było jeszcze ciepłe ale serduszko nie biło, masowanie brzuszka żeby wydaliła pokarm nie pomogło, nie żyła. Odeszła tam gdzie przyszła na świat.
Byliśmy bardzo smutni. Zaszokowani tym jak nas zabolało to jej odejście. Opieka nad tą kruszyną była dla nas czymś niezwykłym. Nie mamy dzieci i ona była substytutem, świat wyglądał inaczej. Nic się nie liczyło, tylko jej zdrowie. żadne zewnętrzne problemy, czy to w pracy czy gdzie indziej nie miały już takiego znaczenia. 
Czy ona trafiła do nas na tydzień po to żeby otworzyć nam oczy. Że to nie praca i pieniądze są ważne w życiu?
Nie wiem. 
Pochowaliśmy ją pod wielkim dębem przy strumieniu w lesie. Tam gdzie pełno jest norek jej rodziny. A najdziwniejsze było to, że kotka która nam ją przyniosła pojawiła się zaraz po pogrzebie i siedziała nad mogiłką jakby myślała nad czymś. 

Tu Polcia w przeddzień odejścia na trawce




Może pomyślicie że to głupota, że to przecież tylko nornica, gryzoń, szkodnik. Ale ja kocham wszystkie zwierzęta i mój mąż też i ten tydzień był dla nas wyjątkowy. Wiele nam uzmysłowił. 

Tak by wyglądała jakby dorosła




Zdjęcia są mojego autorstwa, robione w miejscu prawdopodobnego narodzenia Polci, wiosną tamtego roku. 
Kosztowały mnie kilka godzin czatowania. 
Mam nadzieję, że osoby znające tę historię wybaczą mi dubla. 
Życzę udanego weekendu, ja znikam do Dziczy po mój rozum i serce, które czeka na mnie w lesie nad strumieniem. 






37 komentarzy:

  1. Wzruszająca historia. Polci zabrakło pewnie jakiegoś matczynego składnika w pokarmie.
    Nie ma zwierząt, które są szkodnikami i takich, które nimi nie są. Każde z nich ma coś do zrobienia w przyrodzie. To człowiek zaburza ich funkcjonowanie i wini je za swoje błędy. Nornice są śliczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą, że nie ma czegoś takiego jak szkodnik chyba że ma się na myśli inwazje szarańczy. To pojęcie jest mi wpojone na studiach jako, że miałam przedmioty traktujące o walce ze szkodnikami upraw i ogrodów.
      Uwielbiam nornice i strasznie żałuję, że nie mam okazji znów ich fotografować. Może szczęście się do mnie wkrótce uśmiechnie...

      Usuń
  2. Mam dwojakie odczucia w stosunku do myszy, nornic i szczurow. Z jednaj strony podobne do Twoich, byl nawet okres, kiedy mielismy w domu szczurki i wtedy byla okazja poznac lepiej te inteligentne i przymilne zwierzaczki. Z drugiej zas wolalabym nie koegzystowac z myszami pod jednym dachem, co tez dane mi bylo przezyc w duzym miescie na drugim pietrze bloku. Pulapki nie nadazaly ich wylapywac, w ciagu niedlugiego czasu mielismy na sumieniu ponad 100 myszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem o co Ci chodzi. Też jakoś nie cieszą mnie takie gryzonie w domu ale już poza nim to niech sobie żyją. Pewnie bym się wkurzała jakby mi gryzły coś w ogrodzie ale może bym jakoś umiała się z nimi dzielić. W naturze kocham je mocno acz dzikich szczurów się boję bo wiem jakie są mądre i potrafią być agresywne.

      Usuń
  3. Macie wielkie serca...wspaniała historia! Cieszę się, ze mogłam ją przeczytać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Cieszę się, że tak uważasz. I że podobała ci się ta opowieść. To było unikatowe przeżycie w mojej karierze. Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Jaka szkoda, że umarła. Po takiej opiece! Niestety tak bywa. Wiem coś o tym.
    Piękna opowieść, ja jej nie znałam i cieszę się, że to się zmieniło.
    Prześliczne zwierzątko.
    Zastanawia mnie ten miód w mleku. Wiedzieliście, że tak trzeba?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do miody to kierowałam się instynktem. Miód jest antybiotykiem i ma wiele kalorii więc uznałam że będzie dobry, nie dawałam go dużo. Jakby nie było jest pochodną tego co w części one jedzą naturalnie. Ja się kontaktowałam ż rożnymi ludźmi i przytuliskami ale nikt się nie znał i nie bardzo wiedzieli co robić ale czytałam że prawie nikomu nie udało się uratować tak małego stwora. A nornicy szczególnie. Mimo to miałam nadzieję.
      Polcia nam otworzyła oczy na to co ważne i piękne. Była tak delikatna i ufna. W naszych sercach będzie zawsze, często zaglądamy na jej mogiłkę pod wielkim i strzelistym dębem.
      Miłego dnia.

      Usuń
  5. Ta historia jest bajkowa...
    Co prawda, finał był smutny, ale... samo życie.
    Ja, podobnie jak Marija, mam ambiwalentny stosunek do gryzoni. Tej jesieni myszy wdały się w ocieplenie domu i narobiły szkód. Teraz, na wiosnę, istna plaga nornic, trawnik jak sito - może ktoś parę chce przygarnąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwól kochana, że wyprowadzę cię z błędu bo prawdopodobnie to nie nornice ryją ci trawnik. Razem z kretami pewnie to karczowniki i norniki - to one ryją i gryzą korzenie. Nornica raczej woli już wyryte nory innych i gryzie młode pędy i rośliny zielne oraz nasiona. Jestem wielką obrończynią nornicy rudej bo kocham je bardzo a dla większości to tylko mysz.
      Ale co do myszy to też mam zastrzeżenia, że niech sobie hasa po polu i lesie a od domu wara. Mogę je nawet karmić aby się nie pchały. Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Luna, nie wiem kto tak ryje, nie widziałam żadnego osobnika, tylko mega efekty ich pracy... :(
      Miłego dnia!

      Usuń
    3. Tak efekty potrafią załamać a nie ma to skutecznego sposobu... nie zazdroszczę.

      Usuń
    4. U mnie też ryją i karczują na potęgę. Nauczyłam się tolerować, da się!

      Usuń
  6. Macie wielkie serca.:) Piękna historia. Świetne zdjęcia, jak zawsze, na jednym z nich wydaje się, że nornica się uśmiecha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No one mają takie pyszczki jakby się uśmiechały właśnie:)

      Usuń
  7. Bardzo się wzruszyłam... Nasze koty też takie niedobre. Często latamy za nimi i ratujemy z ich paszczy różne myszki, nornice i jaszczurki. My też jesteśmy bardzo "zwierzęce" więc rozumiem Was doskonale i podziwiam za próbę ratowania tego słodkiego maluszka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My po kilku dniach, jak zaczęła otwierać oczy na prawdę zaczęliśmy wierzyć że się uda. Ale się nie udało. Pozdrawiam.

      Usuń
  8. no, ja pamiętam tę historię:-) ale jest piękna. Nornica na przedostatnim zdjęciu wygląda jak łasica.
    Powiem ci (mamy w domu dużo różnych gryzoni i często się one zmieniają, bo córka prowadzi DT), że one stosunkowo często umierają nagle, na serce. I w ogóle często chorują. A nornica w naturze żyje średnio 3 czy 4 miesiące, oczywiście z powodu drapieżników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że one krótko żyją, ale tak jakoś człowiek naiwnie wierzył że może się uda, może się powiedzie i będzie dobrze. A tu lipa... odeszło maleństwo z kawałkiem naszej duszy, a niedługo po niej Luna ukochana kicia. Ech...

      Usuń
  9. Bardzo mi smutno, że nie udało się nornicy uratować.Włożyliście tyle serca, ale nie udało się i to było z pewnością bardzo przykre dla Was. Zrobiliście jednak wszystko, co można było. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, popłynęły łzy i to przez kilka dni, było to z punktu widzenia osób z boku nieadekwatnie mocno okazywany smutek. Ale nami wstrząsnęło. Idę zaraz na mogiłkę Polci potem na mogiłę Sury pogadać z nimi i do lasu, czerpać z niego spokój. Miłego dnia i ściskam.

      Usuń
  10. Piękna historia, szkoda tylko ze ze smutnym zakończeniem. Jesteście wspaniałymi ludźmi!!!Pozdrawiam cieplutko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w imieniu swoim i mego mężula. Też żałuję bardzo, że tak to się skończyło.

      Usuń
  11. Oczywiście, że wybaczam dubla! To piękna historia, a faktem jest, ze rzadko zagląda się na sam początek. Zdjęcia i sama historia jest "chwytająca" za serce. Dzięki jeszcze raz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem jak jakiś blog bardzo mnie wciągnie to zaczynam go czytać, często mnie interesuje czemu osoba pisząca zdecydowała się na prowadzenie bloga. Ale fakt, że brakuje czasu na takie odwiedziny wsteczne:)

      Usuń
  12. Luna, piękna i wzruszająca historia, bardzo dobrze was rozumiem, też każde małe stworzenie jest dla mnie ważne i warte opieki. No może muchy niekoniecznie... Z myszami mam problem w domu, wiesz zresztą o tym z naszego bloga, ale nie mam serca tych łapek używać... Mam cichą nadzieję, że z wiosną sobie może pójdą same...
    Poza tym masz wspaniałego męża.
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że mój mąż jest wspaniały to wiem i każdego dnia dziękuję Wszechświatowi za to, że stanął on na mej drodze. W ostatnich dniach mam nawet z muchami dylemat czy je ubijać czy wyganiać ale czasem tracę cierpliwość. Do komarów nie mam cierpliwości i litości. Ale może i to się zmieni. Pozdrawiam i życze by myszy sobie poszły, a jak nie chcesz kota to polecam kunę ale to chyba gorsze od setek myszy.

      Usuń
  13. Nie rozumiem? Przestali Cię odwiedzać ludzie, bo zaopiekowałaś się nornicą? Przecież to takie same życie jak inne. Nie boję się myszy, czuję respekt jedynie przed szczurami. W centrum Łodzi są tzw. "ruszające się podłogi".
    Dzisiaj nieopacznie wlazłam na dwie rozjechane przez samochód żaby, krótko mówiąc w uniesieniu miłosnym. Przykro patrzeć, miało się urodzić nowe życie a skończyło się stare.
    Trudno żegnać się ze zwierzętami, znam to z autopsji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym, że szczury są w jakiś sposób przerażające. Też ich we Wrocławiu zatrzęsienie. Wdziałam w ten weekend dziesiątki rozjechanych ropuch i to bardzo przykry widok dla mnie. A latem będzie jeszcze więcej młodziutkich rozjechanych ropuszek na drogach. Ech - cywilizacja.

      Usuń
  14. Znowu się wzruszyłam, chodź zna bardzo dobrze tą historię, ostatnio w poście o tej tematyce nie umieściłaś zdjęć nornicy rudej dorosłej, Piękne stworzenie. Ma taki piękny rudy kolor futerka :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiem, jaki masz stosunek do gryzoni. Też uważam że to piękne stworzonka, takie iskierki.

      Usuń
  15. Super historia a nie zawsze mimo naszych wysiłków uda się uratować stworzenie,które znalezliśmy-ja też mam mieszane uczucia jak muszę stawiać łapki na myszy:(A nornica to piekne stworzonko:)

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.