Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

piątek, 10 lipca 2015

Co z tym światem albo... ze mną?

Witam. 
Po ostatnim wpisie nieco mi ulżyło ale i zarazem otworzyły się jakieś drzwi i płynie nimi i płynie gorycz, bunt i niedowierzanie. Zatem obawiam się, iż nie jest to ostatni na czasie post o prozie i grotesce rzeczywistości. Jak ze mnie wypłynie wszystko co się nagromadziło to pewnie wrócę do monotonii bezkrytycznego podziwiania świata przyrody. Na razie muszę się wygadać. 
A wracając jeszcze na chwilę do ostatniego wpisu, to nie zdziwiłam się treścią i przekazem komentarzy - wręcz oczekiwałam takich. Znam już swoich odbiorców, jestem odbiorcą ich samych w równym stopniu i wiem, jak wasze serca grają. Nie mniej bardzo ciepło mi się na duszy zrobiło po tej lekturze. Dziękuję, że jesteście i że jesteście właśnie tacy. 


Zmieniając temat, kolejny przykład absurdalności naszego świata, nie wiem czy się śmiać czy płakać chociaż to pestka w morzu tego co się wokół dzieje.
Sytuacja z poniedziałku. Poszłam nadać list na pocztę. Poczta owa znajduje się (to ważne dla sprawy!) na rogu Rynku wrocławskiego i deptaka zwanego Świdnicką - Serce miasta. Przy okienku obok stoi młodziutka Azjatka i jakąś pakę wysyła. A kobieta z poczty po chwili do niej że: "Tu nie mogą być chińskie litery! (litery!)" i puka w blankiet. " Tu musi być po polsku napisane jak tam - wskazuje na pakę. 
Dziewczyna oczy w słup i do kobiety " du ju spik inglisz?"
Kobieta  - tak, tak inglisz, nie chińskie...
I tak w kółko. Jak już skończyłam nadawać mój list to podeszłam jako jedyna i pytam czy mogę pomóc. No mimo wieloletnich prób nauczenia mnie angielskiego we wszystkich szkołach ledwo mówię ale no błagam. Więc się do Azjatki uśmiechnęłam i mówię:
Hir mast bi inglisz adres in inglisz leters.  - pokazuje na blankiet wypełniony znaczkami - not czajnis saind bikos in polisz post dej kant andersted dis. 
Dziewczyna się uśmiechnęła jakbym jej gwiazdkę z nieba dała i podziękowała, a potem zaczęła wypełniać blankiet poprawnie. 
No i teraz moje pytanie. 
Czy to nie obciach, że pracownica pocztu gdzie na porządku dziennym są tabuny obcojęzycznych turystów ni w ząb nie umie nic po angielsku. Na prawdę, moi drodzy, nikt nie wymaga certyfikatów ale podstawy, PODSTAWY. Było mi wstyd za Wrocław i za Polskę. Kumoterstwo w instytucjach państwowych jest tak daleko posunięte, że aż żenujące są tego efekty. A kiedyś opowiem wam o pracy w sądzie rejonowym... to dopiero groteska. 

Ten tydzień to w ogóle był jakiś  dziwny, zaczęło się od poczty, potem już tylko śmieszniej. 
Wychodzę rano do pracy i na schodach moja bielizna postanowiła się wrednie wcisnąć w rowek więc pragnieniem mym było se ją poprawić. No to myślę, wyjdę z bramy i jak mnie zasłania żywopłot to se poprawię to i owo. Wychodzę ( nie wiem czemu nie zrobiłam tego w środku) a tu kobita jakaś idzie i się gapi na mnie. No to czekam aż mnie minie. A ona co chwila się ogląda jakbym miała wąsy co najmniej i musiałam się w podwórko schować żeby się poprawić. Stanęłam na światłach a ona stoi obok i coś mnie zagaduje. Pytanie o remont rynku i inne takie. Tak zaczęła do mnie nawijać że sama zaczęłam się zastanawiać czy ja ją powinnam znać ale nie pamiętam czy co? Poczułam się nieswojo, bo nie miałam ochoty z kobieta o Wrocławiu konwersować tylko muzyki posłuchać w drodze do pracy. Uratował mnie jej telefon a ja skręciła w boczną uliczkę. Ie dalej i widzę środek rynku. I dwa umierające drzewa - schną liście, drzewa brązowe, kilkanaście metrów dalej, przy ogródkach piwiarni pięknie zielone stoją a pomiędzy leje się fontanną woda z uchylonego hydrantu, żeby ludzie mieli mgiełkę, moda ostatnimi latami we Wrocławiu - marnujemy wodę:)
A pięć metrów dalej schną klony. Brawo Wrocław.
A kilka kroków później widzę wróbla, konkretnie samicę fruwającą jakoś dziwnie. Nagle zwroty, skręty i wywijasy - myślę: Naćpana czy co? A ona polowała na ćmę. I latała tak za tą szarą, dość dużą ćmą. Wyglądało to na prawdę paradnie. Jeszcze nie miałam okazji.




Pracy w tym tygodniu miałam dużo, od rano do nocy. Wiadomo, że człowiek po  jakimś czasie łapie tak zwaną głupawkę i nas z szefową też nie ominęło. Wieczorem zaczepił nas pan konserwator z Biznes center coś tam i pyta o spłucze którą szefowa miała zamówić bo pani sprzątająca zniszczyła ją płynem do mycia sanitariatów. Szefowa kulturalnie że mail do prezes wysłany z pytaniem gdzie kupowali i jak model się nazywa (dla mnie logiczne, szybciej można zamówić z faktura nie ma problemów), a le dla pana konserwatora problem był. Powiedział, że nie ma tak łatwo i że on (on, nie prezesowa) chcę żebyśmy zobaczyli jak to trudno taką spłuczkę znaleźć bo on przez przypadek jadąc w Śląskie je zobaczył i kupił. (co za bzdura). Szefowa go spławiła, a ja nie wiedziałam czy się śmiać czy wkurzać. Zdecydowałyśmy się z niego śmiać (pan spłuczka za Śląska). Znalezienie jej w necie zajęło nam 10 minut. No muszę przyznać że faktycznie to nie takie łatwe.... dla kogoś kto poza wrednym usposobieniem i znajomością z prezes nie ma grama wykształcenia i podstawowej inteligencji a o internecie słyszał tylko w teleexpresie. 
A żeby było, śmieszniej to te niby super spłuczki takie drogie, są najzabawniejsze na świecie, tanie i dostępne we Wrocławiu w prawie każdym markecie. Ale panie prezes zabrała sprzątaczce wszystkie kwasowe środki do mycia kibelka i muszle są myte ... octem albo płynem do szyb. Paranoja!


Ja nie wiem co z tymi ludźmi. Czy wszyscy konserwatorzy to wredne chamy o przerośniętym ego i tęsknotą za komuną w oczach? Czy tylko ja na takich trafiam? 
Ech szkoda gadać.  Jestem zmęczona fizycznie tak bardzo, że nie wiem jak się nazywam, ale dzięki temu jakoś mi w głowie lżej. 
Jadę do Dziczy, może coś fajnego da się sfotografować, chociaż marzę o tym by całe weekend przeleżeć i przespać. 
Niemniej życzę wam udanego weekendu, wypoczynku i spokoju.

13 komentarzy:

  1. Brakuje mi takiej Dziczy, dokad moglabym pojechac i zresetowac sie przez dwa dni, a dodatkowo pobyc z rodzicami... Ehhh...
    Przyjemnego weekendu! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. otaczający nas świat pełen takich ludzisk i wydarzeń Marysiu ! - niestety!!!! można by mnożyć na potęgę, i dobrze że o tym piszesz, tak bardzo przywykamy do tego, że przez naszą znieczulicę niestety w moim odczuciu akceptujemy ten stan rzeczy... to źle!! trza sie za to brać !!! ;-)))
    dobrego odpoczynku Kochana :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jedź, jedź Kochana i naładuj baterię na walkę z wiatrakami! Dzisiejszy świat jest dziwny i chwilami ciężko w nim funkcjonować, zwłaszcza gdy co chwilę ciśnie ci się na usta "Ja pierdolę!"...choć i to już czasami za mało :/ Niech przyroda będzie wytchnieniem i lekiem na całą głupotę tego świata...
    Miłego!

    OdpowiedzUsuń
  4. Marysiu, cały świat to zbiorowisko różnych osobistości. Są źli i dobrzy, głupcy i mądrzy. Ważne, żeby trafiać na tych lepszych :)
    Piszesz, że jesteś zmęczona... może kontrola tarczycy?
    Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak się czasami trafia na takich ludzi :). Co do pracowników poczty, to wcale się nie dziwię takiej postawie, tam nie o kumoterstwo chodzi, ale bardziej o słabe zarobki. Sama miała taki przypadek, który zdumiał mnie ogromnie głupotą i chamstwem. Nadałam przesyłkę poleconą na poczcie w tym samym budynku w którym pracuję (więc wszystkie mnie znają z widzenia). Następnego dnia wysyłałam kolejną i w pewnej chwili słyszę: czy przypadkiem wczoraj nie wysyłałam i jeśli tak to nie zapłaciłam za nią, bo jej się nie zgadzała kwota???? Pyta jeszcze o jaką dodatkową usługę, której nie brałam i żąda potwierdzenia. Wszystko przy ludziach (była nawet jakaś zakonnica). Byłam zdumiona tym atakiem, bo dobrze pamiętałam, że zapłaciłam (miałam odliczoną kwotę i potwierdzenie) i żałuję, że nie wezwałam kierowniczki. Później się dowiedziałam, że ta osoba często ma jakieś braki w dokumentacji i różne rzeczy jej się nie zgadzają.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też mam wrażenie, że Poczta to jakiś relikt, zwłaszcza ta w mniejszych miejscowościach. Widzę, że nic się nie zmieniło... Czasami wpadają mi jakieś ogłoszenia o pracę w oko, a w nich wymagania np. :pani do sprzątania spożywczaka ze znajomością języka angielskiego ?? A w takiej instytucji jak Poczta Polska w dużym mieście, ni w ząb ?? Ktoś tu chyba się na głowy pozamieniał ...A uprzejmość i kultura, to już kwestia wychowania, niestety ... Wspaniałego wypoczynku Ci życzę Kochana :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Fakt angielski w takich placówkach jak poczta jest wskazany. Z drugiej strony np. u mnie pracują Panie, które przepracowały tam niemal pół wieku ;) a one już angielskiego raczej się nie nauczą - czekają jedynie na emeryturę i co z takimi zrobić? Zwolnić? Na kurs wysłać i męczyć?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja mam wrażenie,że przez ta komputeryzacje ludzie staja sie analfabetami i prostych rzeczy nie potrafią zrobić bez komputera.ale cóż taka era.pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. och ludzie są różni i bywają bardzo dziwne sytuacje, ale najlepiej chyba podchodzić do wzzystkiego z uśmiechem i nie koniecznie na poważnie - u mnie się to sprawdza.

    piekne zdjecia!!!

    pozdrawiam
    Humora

    OdpowiedzUsuń
  10. Pominę tekst, bo takiego świata nie potrafię komentować...

    Już wiem co mnie tu przyciągnęło :-) Tam gdzie tak piękne zdjęcia ślimaczków, tam i ja :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem powinnam opublikować niedługo moje zdjęcia macro ślimaków na mchach które zrobiłam w kwietniu:)

      Usuń
  11. Świetne zdjęcia owadów a to nie jest taka łatwa sztuka je focić, gratuluję zdjęć :-)

    Pozdrawiam i przyjemnej niedzieli życzę :-)

    OdpowiedzUsuń
  12. A przynajmniej ,,na stanie" poczty powinna być chociaż jedna osoba na zmianie, która by po angielsku umiała :)))

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.