Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 24 stycznia 2015

Cisza w eterze

Na chwilę obecną z powodów zdrowotnych ogłaszam przerwę w blogowaniu. 
Do was zaglądam ale nie loguje się więc nie komentuje za często - wybaczcie. 
Mam nadzieje, że szybko wrócę. 
Ściskam serdecznie i do zobaczenia niebawem.
Ciapuś po kąpieli.

czwartek, 15 stycznia 2015

Moje malowanie - "letni odpoczynek pod rododendronem"

Moi drodzy, bardzo wam dziękuję za te wszystkie przemiłe słowa na temat moich zdjęć. Jak widać za oknem Pani Zima stwierdziła, że takiej jednej wariatce dała nieco szronu do obcykania i można iść na fairant. A tu Pani Wiosna zaczyna nieco nerwowo podrygiwać. Szaleństwo, nie zapominajcie Kobity jaki mamy miesiąc. I o ile marzec to zaręczony z Zimą ale wzdycha do Wiosny, a Kwiecień odwrotnie to Styczeń wiernym mężem Zimy jest i ta narzucająca mu się wiosna - nie bardzo. Bo potem w Kwietniu zima odbiera co swoje i mamy święta oprószone śniegiem odwetu. 
No ale pofilozofowałam... 
Dziś dla odmiany obiecany już ponad miesiąc temu obraz. Po raz pierwszy malowałam kwiaty... dziwne ale zazwyczaj unikam takich elementów bo jakoś mi nigdy nie pasowały, a tym razem coś mnie podkusiło. Zdecydowanie wolę liście. I gałęzie, mają fascynujące faktury i odcienie, lubię się bawić odcieniami.

Zaczęłam, wiadomo od szkicu. 




No i jest pierwsza warstwa - podmalówka. 
Tu zbliżenie na głowię.
 Teraz się zaczyna zabawa.
Jak widać skupiłam się najpierw na liściach, zajęły mi sporo czasu. W międzyczasie zorientowałam się że moja zielona farba już się nieco zestarzała i dziwnie mi się nią maluje. Musiałam zakupić nowe, oczywiście już z wyższej półki, a jak?
Mniej więcej w takim stanie odstawiłam obraz ze względu na pojawienie się Keiry. Nie chciałam żeby farby leżały na wierzchu kiedy w domu jest kociak, bo pies wie co jej do głowy wpadnie. 
Ale ostatnio strasznie miałam ochotę na malowanie i pomimo, że jest Antek zaryzykowałam, ale jestem czujna jak zając czy mi się nie dobiera do pędzli, bo farby chowam zawsze jak przerywam malowanie.
Skończony obraz wygląda tak.
Akryl na płótnie
30x40cm






Teraz jestem w trakcie malowania innego kota, nieco większego - tygrysa syberyjskiego. Ale jeszcze trochę mi zostało. 
Pozdrawiam i życzę udanego Weekendu. 
Ja będę miała szalony bo po pierwsze jutro kończę 33 lata i wpada rodzinka a po drugie to elektrycy do naszej szwankującej instalacji w sobotę przychodzą. No nie odpocznę sobie.

niedziela, 11 stycznia 2015

"mój mikro-kosmos"

Wiele, wiele lat temu telewizja wyemitowała nietypowy film przyrodniczy pod tytułem " Makrokosmos". Bardzo podobał mi się ten film ukazujący świat przyrody pod zupełnie innym kontem, bez komentarza, a jedynie wspaniała muzyka i te niebywałe ujęcia. Do dziś pamiętam jak bardzo erotyczna wydała i się wtedy scena walki winniczków, czy przeraziłam się jaki wpływa na małe stworzenia ma zwykły deszcz. Jak te wielkie krople spadają na te małe biedronki i niszczą mrowiska. 
Na wiele lat zapomniałam o tym filmie i o tych cudach jakie pokazał po raz pierwszy szerszemu odbiorcy. Ale kilka lat temu na nowo zafascynowałam się tym co jest małe i dla nieuzbrojonego oka słabo widzialne z naszej wysokości. Postanowiłam się schylić - pochylić nad pięknem mikro-świata. 
Zastanawiałam się też nad znaczeniem słów mikro i makro. Przecież makro kojarzy nam się z czymś dużym, a mikro małym. A tu w makro pokazali małe rzeczy... Teraz wiem że makro w przypadku fotografii to po prostu odwzorowanie obrazu na kliszy skali 1:1. Jeszcze do końca nie łapię o co konkretnie chodzi tak łopatologicznie ale nie zajmowałam sobie tym swojej malej główki bo by mnie jeszcze rozbolała i co. Wolałam po prostu wprowadzić w życie to 1:1. Przynajmniej teoretycznie:)
Ostatni i pierwszy zarazem w tym sezonie atak zimy okazał się dla mnie darem z niebios. Niespotykana pogoda wywołała rewelacyjne efekty wodno- lodowe.
 Topniejący śnieg zaczął zamarzać w nocy i następnego mroźnego dnia miałam okazję uchwycić zamarznięta kroplę z bąbelkami powietrza w środku. 

Ot i sopelek.


A tu wspomniana kropelka. Nie było łatwo zrobić ostre to zdjęcie. 

Tu w szerszym nieco kadrze.

Topniejący i zamarznięty powtórnie śnieg. Wygląda jak kryształ.

Można by powiedzieć "szyszunia" ale to nie szyszka ino nie wiem do końca na pewno czy to przyszły kwiatostan czy jaka cholira. 
 Zaskoczę was - to jest gałązka:) Świerku. 

Przechodzimy do następnego gatunku - sosna pospolita. Z zamrożoną kropelką:)



Kropelek był miliony a czasu w sumie nie za wiele. 
Na tej sosence kropelek nie ma ale podobały mi się jej gwiazdkowate gałązki więc uwieczniłam. 

 A ona, poczuwszy się doceniona najwyraźniej na sąsiedniej gałązce zalśniła mi szronem w słonku.

O szron był ale o nim później. Teraz nieco botaniki iście przyziemnej. Przemoczyłam spodnie w kolanach ale warto było, przynajmniej dla mnie było warto. Po kolei: 
Meszek:)
 Widać jak niestety śnieg poddawał się promieniom słońca. Może kiedyś uda mi się uchwycić piękne płatki i ich niepowtarzalnej formie. 








A teraz trochę rogacizny - porościki.


A teraz rogacizna właściwa:) Nie jestem odkrywcza - to jakiś chrobotek ale nie wiem dokładnie który. 

 A ten ma nawet kryształka:)

Ha - czy wam też się to zdjęcie wydaje być nieco erotyczne? Czy to tylko ze mną coś nie tak?
 Z nieco innej perspektywy.

 To mi się bardzo podoba, światło ciekawe.



Trafiłam też na maleńkie grzybki, nieco w kość dostały od temperatury ale dzielnie się trzymały. Gdybym nie zalegała brzuchem na igliwiu to bym ich w życiu nie dostrzegła. Średnica kapelusza wynosiła tak na oko jakieś 4mm.
No patrzcie jak go przymrozek załamał. 
Dla podkreślenia maleńkości na dole widać złączenie sosnowych igieł. Jakby z nich wyrastał.
 A ten jest dodatkowo zatopiony w lodowym kryształku.


 Miał być na koniec szron - więc jest.






 Oraz kropelki na trawce.
I dwa suszki - bo lubię.


Bardzo dziękuję za cierpliwość i wytrwałość. 
Spokojnego tygodnia i niech ta pogoda się zdecyduje czy to styczeń, czy listopad czy kwiecień bo idzie zwariować, a ja z wiekiem coraz bardziej meteopatyczna jestem. 
Pozdrawiam i ściskam.