Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

środa, 22 kwietnia 2015

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - "Żmija zygzakowata czyli jak wszechświat mnie wysłuchał"

Witajcie. 
O tym jak szukałam żmii i nie miałam szczęścia się na nią natknąć pisałam wielokrotnie w ubiegłym sezonie. Bardzo mi zależało na tym by ją spotkać, a jeszcze bardziej by sfotografować...
W tym roku moje plany się nie zmieniły, z jeszcze większą zawziętością pragnęłam spotkać i uwiecznić naszego jedynego jadowitego węża. 
Całą sobotę łaziłam i szukałam, siedziałam i szukałam i prosiłam Wszechświat (dla niektórych Boga) o tę małą przysługę. No bo jaka to trudność postawić na mojej drodze stworzenie i tak występujące na tym terenie. Ale nic, do samego wieczora nic, a ni pół żmii. Z dwóch poprzednich postów wiecie, że nie zmarnowałam tego czasu. 
W niedzielę postanowiłam przerobić trasę którą robię chyba raz na dwa lata, bo jest niełatwa. Pogoda...cóż, zimno i wietrznie ale za to słonecznie. Po siódmej wyszłam, w kaloszach bo już wiedziałam, że będę brodzić w wodzie. Poszłam w las nad Błociec i szłam wzdłuż niego po leśnej stronie. Obie strony na tym odcinku są mało przyjazne bo nieużywane, zarośnięte, pełne powalonych gałęzi i jakichś po wycinkowych drzew. Wiele ptaków za to tam było, las żyje pełnią wiosny.    
Oto rudzik który mimo, że taki ciekawski i blisko ludzi lubi przebywać to jednak bardzo płochliwy i nie da blisko do siebie podejść. Ten na prawdę przepięknie śpiewał. 





Były też rozemocjonowane zalotami modraszki, które tańczyły i bawiły się na skarpie. One również ślicznie gwizdały w tej zalotnej zabawie. Śliczna para kochanków.
Z ciekawostek, które mnie osobiście aż o ciarki przyprawiają to był również zimorodek albo raczej para. Niestety nie udało mi się zrobić żadnego zdjęcia jako, że jedynie koło mnie śmigały w tę i nazad niczym błękitne strzały. Latają na prawdę szybko. 
Zmarzłam nad tym kanałem jak pies. Nos miałam zimny niczym w styczniu. Ten przeszywający wiatr wywiał ze mnie wszelkie ciepło. Przelazłam więc w dość płytkim i stabilnym miejscy na drugą stronę, tam gdzie poprzedniego dnia biegał lis i ruszyła w stronę pola. Chciałam sprawdzić czy używana jest nora lisia, która rok temu użytkowana była przez parę rudzielców. Wyszłam na pole wzdłuż rowy i szlam w słonku - przynajmniej tyle. Słońce było równie ostre co podmuchy wiatru - ja nie wiem co się dzieje z tą pogodą u nas ale nie pamiętam żeby kiedyś tak ciągle wiało. 
W pewnym momencie zobaczyłam po drugiej stronie Błoćca drzemiącą sarenkę na skarpie w słonku porannym. 
Słodko sobie drzemała przeżuwając trawki i nie miała pojęcia o mojej obecności bo wiatr wiał od niej. 
Wyczuć to nie wyczuła ale usłyszała odgłos migawki.
Wstała w pełnej gotowości...
Namierzenie dokładne zagrożenia...
I czmych... już jej nie ma. A hałasu przy tym narobiła...
Ale mam zdjęcia. I wiem gdzie przesiadują jak nie wcinają młodych zbóż:)
Idę więc dalej i aż mnie zatkało. Zatrzymałam się raptem kilka kroków po spotkaniu sarny i oczom swym nie wierzę. 
No jest! Tuż przede mną! leży i się wygrzewa! Żmija, moja żmija!
 Zdjęcia polecam oglądać w powiększeniu, widać jej urodę:)
Jeszcze zaspana, jeszcze wychłodzona i przed wylinką, stąd mało odznaczający się zygzak. Jak zrzuci skórę to będzie piękna i błyszcząca. Och jak ja się ucieszyłam,tak się ucieszyłam, że mi tętno podskoczyło. Usiadłam jakiś 1,2 metra od niej i zadzwoniłam do męża który się właśnie zbierał we Wrocławiu do pracy. 
Tak, kochanie siedzę na przeciwko żmii! Nareszcie! Wszechświat mnie wysłuchał, z opóźnieniem jednodniowym ale wysłuchał. Wszechświat lubi jak go prosimy, a ja prosiłam bardzo. 

U nas występują trzy wersje kolorystyczne tego gada. Najpospolitsza jest wersja szara z czarnym wzorem, ale mnie się najbardziej podobają re brązowe z czekoladowym wzorem i taką widziałam na wrzosowiskach. Chciałabym jeszcze raz spotkać. Są jeszcze całkiem czarne. Takiej nie spotkałam. 


Nie wiem czy widać na tych zdjęciach ale one mają czerwone oczy. 
Teraz ciekawostka - jest to gad jadowity, jej jad zawiera głównie tzw. hemoraginy które wywołują zespół krwotoczny. Powodują rozpad tkanek, zburzenia krzepliwości krwi, uszkodzenia naczyń krwionośnych. 
Mimo to rzadko zdarzają się śmiertelne przypadki, groźniejsze jest ukąszenie w przypadku dzieci i osób starszych. 
Objawami ukąszenia poza oczywiście dwoma nakłuciami po zębach jadowych jest obrzęk, który się nasila przez ok trzy dni, zasinienie ciała. Może dojść do zapalenia naczyń limfatycznych i węzłów chłonnych. W miejscu ukąszenia występuje martwica tkanek. 
 To druga żmija która opalała się kilka metrów od poprzedniej, nie chciała współpracować i zaraz zwiała.

Tu widać jej bordowe oko. Nie dziwię się, że ludzie się ich boją, mają groźny wyraz mordki. 
Kiedy dojdzie do ukąszenia najważniejsze jest uspokojenie ukąszonego. Nie może wpaść w panikę i się miotać bo to jak wiadomo przyspiesza pracę serca. Nie nacinam żadnej skóry, nie wysysamy nic i nie używamy opasek uciskowych. Odkażamy i robimy zimne okłady. No i albo wieziemy poszkodowanego do lekarza albo dzwonimy po karetkę. 
Zatem moim zdaniem jest to zwierzę piękne i nieco straszne ale zdecydowanie zdemonizowane. Jad sam w sobie nie jest jakoś bardzo toksyczny, u większości ludzi kończy się na krótkotrwałym pogorszeniu samopoczucia i nie za ładnej ranie. Moi zdaniem zdecydowanie groźniejsze są szerszenie czy nawet rozeźlone pszczoły. 
To by było na tyle w kwestii mojego wyśnionego spotkania ze żmiją zygzakowatą. 
Na koniec - motylki:)


Zatem Wszechświat czasem mnie słucha, może za słabo go proszę nie wierząc, że coś mi się należy, a może nie wierzę, że mnie wysłucha. Tym razem wysłuchał i teraz nieco mocniej będę w jego dobrą wolę wierzyć. 
Życzę wam udanego końca tygodnia.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - "Nad strumieniem z ropuchami i zaskrońcami"

W ostatnim poście pisałam o spacerze porannym i popołudniowym, pomijając z rozmysłem środek dnia. Pominęłam go gdyż jest to zupełnie osobna historia, piękna oraz magiczna i moim zdaniem zasługuje na swój własny wpis. 
Kiedy zmęczyło mnie chodzenie i słonko od 10 rano było już odpowiednio ustawione pożyczyłam od mamci kalosze i wlazłam do strumienia. Ale nim to zrobiłam musiałam skonsumować śniadanko na tarasie w słonku i idąc z lasu na to śniadanko zobaczyłam coś niesamowitego. Całe poszycie leśne w okolicy strumienia i łąki oraz ogrodu ruszało się i szeleściło. Zapatrzona w to o mało nie zdeptałam ogromnej ropuchy. W ostatniej chwili przestawiłam nogę i aż bałam się ją postawić. 

 Istny szał erotyczny - po trzy się bzykoliły w tych liściach.
 Idąc do domu niespełna pięćdziesięcio metrową drogą leśną spotkałam kilkadziesiąt rozochoconych ropuch. Niezdarnie skakały i lazły wszędzie. Trzeba było uważać żeby którejś nie zdeptać. Niestety widziałam też kilka rozjechanych ciałek. To przykre, bo giną na drogach. Jednak pocieszyła mnie ta ilości żywych i zakochanych które mijałam, a u nas ruch niewielki bo droga na grobli przy stawie dziurawa, a nasza to tylko przez rodziców i listonoszkę używana. Mama twierdzi, że jak tam mieszkają na stałe od tych 11 lat nie widziała takiego wysypu ropuch. 
Zatem omijając rozkochane ropuchy poszłam na śniadanie, a po śniadaniu do strumienia. Zasiadłam na karimacie na wilgotnym brzegu i rozpoczęłam swoją własną medytację. 
Kiedyś nie wiedziałam nawet za bardzo co to znaczy medytować. A teraz kiedy tak siadam w lesie, czy na łące, a nawet na miedzy między polami wsłuchana w odgłosy natury, relaksuję się i dziękuję wszechświatowi za tę możliwość. Za to że mogę na chwilę zapomnieć o codzienności i stresie z nią związanym. Że mogę wsłuchać się w śpiew skowronka, kosa czy słowika. Bzyczenie tysięcy owadów, szum koron drzew i szmer strumienia.  
W tych odgłosach jest jakaś pierwotna magia która daje mi energię i siłę. Poza wszechobecnym śpiewem ptaków, najpowszechniejszym dźwiękiem był szelest liści, wywołany przez masy napędzanych chęcią miłości ropuch. Były w strumieniu i na skarpie oraz spadały z niej do strumienia. A w nim już ochoczo rechotały, jak na tak okazałego płaza to bardzo delikatnie. 




Bardzo sympatyczne stworzenia. Wiele osób brzydzi się ropuchami i dla wielu jest to żaba. A żaba to żaba, a ropucha to ropucha. Ropuchy mają skórę pełną gruczołów jadowych, nie skaczą za dobrze bo mają za krótkie tylne nogi, a ich życie jest głównie związane z lądem. To pożyteczne stworzenia, zjadają wiele szkodników, ślimaki i owady - żerują nocą na polach i w ogrodach. Jest jednym z nielicznych stworzeń zjadających stonkę ziemniaczaną. 
Mnie cieszy kiedy mam w ogrodzie takiego gościa. 



 A tu zakochana para - chociaż jak się przyjrzałam to ona raczej obojętna była i chyba dla niej randka się skończyła. On się jeszcze dobierał ale jako że nieco większa zostawiła go w tyle. 
Sami powiedzcie, czy one nie mają pięknych oczu. Czy tylko mi już na mózg padło, że uważam iż ropuchy mają piękne oczy. 


 Tu widać jak pięknie złoto miedziane mają oczy.
No i siedziałam sobie tak zapatrzona w te wodę i w te ropuchy, zasłuchana w te ptaki aż nagle słyszę specyficzny przeciągły szelest liści dębu. Patrzę, a tam niewielki zaskroniec pełznie w kierunku wspinającej się na skarpę ropuchy. 

Myślałam, że będzie miał chrapkę na nią ale chyba nie był zainteresowany obiadem. Cóż się dziwić, one też o miłości teraz myślą i moim zdaniem to był młody samiec poszukujący chętnej damy.



Ponieważ stałam w wodzie to miał ewidentny problem ze zlokalizowaniem mnie po drganiach podłoża. Niby widział ale przy takie temperaturze to raczej jeszcze słabo widział, a woda skutecznie niwelowała moje kroki. Niepewny zatrzymał się i czekał a ja miałam możliwość pięknie go obfotografować. To wspaniałe uczucie. 



Sprawił mi ogromną niespodziankę swoim pojawieniem się. Przepełzł kilka metrów dalej i ładnie się wychylił, a ja mogłam nadal go uwieczniać dzięki staniu w wodzie. Oj jaka byłam szczęśliwa.
A żeby tego było mało to za nim pokazała się na chwile jaszczureczka. 

I to wszystko podczas dwóch godzin siedzenia w strumieniu. Warto było. Trochę zmarzłam bo woda lodowata, a kalosze nie ocieplane ale nadal uważam, że warto było.
Kiedyś chyba się pokuszę o obfotografowanie mojego odcinka strumienia. 
Na razie widok z miejsca w którym siedziałam na jedną ze stron. 

I piękny podbiał na koniec - miłego dnia. 
I jeszcze jedno pytanie. Zrobić jakiś przerywnik czy ciągnąć relacje z wypadu? 
Dla tych co może pamiętają jak się rok temu żaliłam że nie udało mi się spotkać żmii... Mam żmiję:)