Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 26 września 2015

Trudne przymyślenia

Na wstępie chcę wam serdecznie i gorąco podziękować za te wszystkie słowa wsparcia i znaki obecności. To na prawdę bardzo wiele daje. 
Keira w tej chwili zachowuje się i wygląda jak zawsze. Nieco szczuplejsza. nieco mniej pewna siebie i wygolona tu i ówdzie. Ma apetyt, ale taki z rozsądkiem, karmię ją maleńkimi porcjami w krótkich odstępach czasu. Jest bardzo nerwowa, bardziej niż była, ale to mnie nie dziwi. Miała na prawdę ciężkie dni. Kroplówki, USG, narkoza i biopsja to nic miłego dla lękliwego i nerwowego kota. Dla żadnego kota. 



Wynik badan krwi wyszedł świetny, jedynie ma przekroczoną glukozę z powodu stresu. A na białaczkę negatywny. Ale poczytałam i okazało się, że jeżeli test na białaczkę daje wynik tego samego dnia to jest to test paskowy, a on nie zawsze jest miarodajny. Jedynie drugi, na który trzeba czekać ok. tydzień może w pełni wykluczyć Felv. Jestem rozczarowana bo nadal nic nie wiem. Wczoraj miały być wyniki biopsji ale panie w laboratorium chyba nie przejmują się stanem nerwowym właścicieli kotów i nie raczyły spojrzeć w mikroskop z próbkami mojej niuni. Nadal w nerwach i z niepokojem czekam na maila. 



W tych chwilach miotały mną sprzeczne emocje i dziwne uczucia. 
Dostałam od was wiele wsparcia ale i spotkałam się ze zdaniem, że najpierw trzeba mieć pieniądze, a potem zwierzęta. Że powinnam dorosnąć, że zwierzęta to obowiązek i ciężar, oraz bym na przyszłość nie robiła z domu kociarni. 
(Zabolały mnie te słowa bo są niesprawiedliwe) 
 A może nie? Może tylko ja się łudzę...
Nie traktuję kotów jak zabawek, rozrywki czy nawet domowego pupila. Już wcześniej pisałam jak ważne są to dla mnie zwierzęta. Zawsze są na pierwszym miejscu. To są moje serduszka. 
Wiem, że wielu moich znajomych i najbliższych myśli sobie: "Dziwaczka, nie ma dzieci to sobie znalazła substytut".
Może i tak, nie mnie to oceniać, nie jestem psychoanalitykiem. Ale nawet jeśli to czy z tego powodu mam je traktować gorzej bo są "substytutem" dziecka? One przynajmniej nigdy mnie nie zdradzą, nie wyzwą, nie okradną i nie porzucą. 
Kiedy zamiast ciepłych słów wsparcia, nawet takiego głupiego nieco, głaskania po główce, pocieszania i obietnic, że będzie dobrze, słyszy się pouczenia i zakamuflowane wymówki, w których brakuje tylko "a nie mówiłam" to masz nieco dość. 
To ja pier...lę takie wsparcie. Głupia nie jestem. Umiem czytać między wierszami. I moja sprawa czy na ratowanie kota wywalę kilka tysięcy czy nie. Moja i mojego Szparaga, bo tylko on, jako że ze mną i z kotami żyje ma prawo do dyskusji na ten temat. 
Od nikogo nie chcę pieniędzy, nikogo o nie nie proszę i na nikim nie żeruję, to sobie od ust ewentualnie odejmę by mieć na weterynarza. 


 
Nazbierało mi się, mam tyle żalu w sobie. Wiem, że to nie pomoże Keiruni ale gdzieś to muszę wylać. To jest moja droga, i  w końcu mogę nią iść i jak ktoś mi będzie rzucał kłody to go pogonię. Mam dość. 
Z powodu faceta, dajmy na to czy jakiegoś tam "przyjaciela" nie wejdę z wojenną ścieżkę, bo ludzie się zmieniają i zawodzą. Ale z powodu zwierzęcia albo dziecka - już tak. Bo co prawda, nie urodziłam kotów, ale ładunek emocjonalny jest podobny, są ode mnie zależne i jestem odpowiedzialna za ich dobro. 
Boże, ile ja czuję niezdrowej złości. I zawodu.
Wybaczcie, bo nie zasłużyliście na czytanie słów nie skierowanych do was, którzy okazali mi właściwe wsparcie. Proste to było, prawda? Napisać, że będzie ok, że trzymamy kciuki itp. Taka mała iskierka dobra, nawet jeśli to tylko słowa napisane w komentarzu. To wiele znaczy. Daje poczucie, że nie jest się samemu. Moralizowanie mam w doopie, i tak, przyjęłam wojenne barwy. Może mi za jakiś czas przejdzie. 
Na razie to tyle, czekam na wyniki i po nich zdecyduję co dalej. 
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.
 

czwartek, 24 września 2015

Posypało się.

Kochanie, dziś szybko bo mam 20 min czasu. 
Zaraz jadę (komunikacją miejską bo wszyscy akurat zajęci) do kliniki weterynaryjnej na biopsję węzła chłonnego. Oraz pobieranie krwi po narkozie z żyły szyjnej. 
Keira, moja mała księżniczka, o którą tak walczyliśmy w sumie do marca tego roku, ma rok i trzy miesiące i podejrzenie chłoniaka w żołądku. 
Od kilku dni zwraca każdy pokarm i jest na kroplówkach, wczoraj było USG. Wet powiedział, że na jego oko to na 99% chłoniak, a na 1% jakieś tam inne zapalenie żołądka. 
Niuni nie dało się już dwukrotnie pobrać krwi z łapki bo ma tak gęstą. Będziemy robić test na białaczkę kocią. 
A dwa miesiące temu miała świetne wyniki krwi, czuje się super i tylko właśnie wymiotuje. 
Boję się. Fatalnie spałam i nie mam jej z kim zostawić po narkozie bo muszę iść do pracy, na kilka godzin ale jednak muszę. Czuję się z tym fatalnie. 
Boję się jak cholera wyników. 
Proszę, trzymajcie kciuki. Ona ma raptem roczek. 

czwartek, 17 września 2015

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - " Moje jesienne porzegnanie z gadami"

Witam. 
Pamiętam, jak wiosną snułam się po łąkach i polach prosząc Wszechświat o możliwość spotkania żmii zygzakowatej. Wszechświat mnie wysłuchała, jak zresztą wiecie, bo dumna i blada opisałam to spotkanie. Przez cały sezon letni udało mi się spotkać wiele naszych rodzimych płazów i gadów. A w tym tygodniu podczas pobytu w Mojej Dziczy odniosłam wrażenie, że wszystkie gady chcą się ze mną pożegnać już przed sezonem zimowym. 
Na spacerze w poszukiwaniu modliszek, których pozazdrościłam Monice, na drodze przed zaśmieconym laskiem sosnowym natknęliśmy się z Panem Szparagiem na ślicznego dorosłego padalca. 




 Na tym zdjęciu bardzo dobrze widać, że jest to rzadziej spotykana odmiana barwna z niebieskimi plamkami. Pierwszy raz udało mi się spotkać taki egzemplarz.
 Chwilę pozwolił się ładnie uwiecznić, po czy spokojnie odpełzł do lasu.
 Uwielbiam te jaszczurki i bardzo ucieszyło mnie spotkanie.
 W tym roku jakoś nie dopisały jaszczureczki na suszonym przez tatę drewnie do kominka. Zatem jak spotkałam to maleństwo wygrzewające się na pniaku, też się szeroko uśmiechnęłam, a było to zaraz po powrocie ze spaceru. Cóż nie spotkałam modliszki, ale wszytko przede mną. 


 Widać na pierwszym zdjęciu, że to weteran co najmniej jednej walki. Jak się przyjrzycie to zobaczycie, że ogon ma odrośnięty i to jeszcze nie do końca. 

A dnia następnego, w drodze na wrzosy, bo grzybów nie ma, spotkaliśmy taką śliczna pannę. Prześliznęła się przez drogę, a  pomykała bardzo szybko. Trudno było złapać ją w punkt ostrości. Była malutka i młodziutka, a do tego ślicznie umaszczona. 
 Obok niej leży świeży żołądź  i dzięki niemu można zobaczyć, że była na prawdę malutka. A jeszcze niedawno prosiłam Wszechświat o rudą żmiję:)
Wrzosy będę prezentować kiedy indziej. 
A kilkanaście minut później wśród igliwia i szyszeczek wygrzewał się...


 Był podobnej wielkości co ten z dnia poprzedniego ale standardowo wybarwiony. I też tak samo spokojny. Moim zdaniem miał ciekawsze tło do fotografii.



 No, a na koniec promienie słońca łapała samica jaszczurki zwinki. 

 Była duża i dobrze przygotowana na zimę. Ma swój pierwszy ogon, nie uszkodzony i jest grubiutka. Jak znajdę to kiedyś pokażę wam wiosennie jaszczurki, chude i marne po zimie. 
Jedyne co, to nie pokazał nam się zaskroniec, ale może one jeszcze nie idą spać.  
Pozdrawiam i życzę pięknego i miłego weekendu.

poniedziałek, 14 września 2015

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Kropelkowe szaleństwo

Kochani, wierni i wspaniali czytelnicy tego bloga! Drodzy przyjaciele... (Boże, cofnęłam się do poprzedniego życia i przemawiam na wiecu do wyborców Polski Ludowej?)
W każdym razie kochani moi, bardzo, bardzo dziękuję za te wszystkie słowa wsparcia i zrozumienia jakie dostałam. Nie wiem, czy to one, czy wypad do Dziczy sprawiły, że odżyłam. Ale to chyba jednak wasze słowa. 
Dzięki nim wstałam bladym świtem w Niedzielę i ubrawszy się, wypełzłam za dwór z aparatem. Liczyłam na mgłę, która nas z mężem przywitała w sobotni poranek, kiedy jechaliśmy do rodziców... a tu mgły nie ma i nie było. Ale, nie ma tego złego, mgły nie było ale była rosa. A na mgłę się jeszcze załapię. Wpadłam w kropelkowy szał. Przez jakieś 40 minut napstrykałam ponad 300 zdjęć. Bawiłam się światłem. Zmokłam od tej rosy bo Moja Łąka niekoszona i zarośnięta, że czasem znikałam. Ale wydaje mi się, że warto było nabawić się przeziębienia:)
Wszystkie te zdjęcia dedykuję wam, w podzięce za wsparcie i za zrozumienie. 

Te zdjęcia zrobiłam jeszcze nim dotarłam na Łąkę, chwaścik był tak mały, że musiałam od razu się położyć na brzuchu na mokrym żwirze. I wtedy pomyślałam, że trzeba było wziąć karimatę, ale czas gonił, a ja nie wiedziałam gdzie ona jest. 

 Pogląd na całość.
 I zabawa w ostrzenie.
 A tu zbliżenie na koszyczek

Na drodze za płotem, nieopodal mogiły Sury natknęłam się na Bylicę - bardzo pospolitego chwasta. Ale nawet tak pospolity chwast może się prezentować całkiem niepospolicie.
 Potem już poszło... Wpadłam w fotograficzny raj. Pierwszy z brzegu wysuszony krzaczek jakiejś rośliny z rodziny baldaszkowatych. To zdjęcie zrobiłam niechcący, kiedy uciekł mi punkt ostrości z pierwszego planu - okazało się genialne.


 A to miał być prawdopodobnie ten pierwszy plan. Prawdopodobnie, bo już teraz sama nie jestem pewna.



Oprócz baldaszkowatych, które bardzo lubię, były też inne chwasty, jak ostrożenie, zwane potocznie ostami. 



 No i trawki, ale chyba jeszcze nie pora na trawki.
To jedno zdjęcie przepuściłam przez filtr zmiękczający...






To puszek ostrożenia, na jego "piórkach" Wspaniale się osadziła rosa, utworzyła koraliki.


A to bardzo pospolita trawa - kupkówka. W dużym zbliżeniu też widać jak oklejona jest perełkami rosy. Po raz kolejny podziękowałam memu mężowi za ten wspaniały obiektyw.




No, a przecież jesień to czas panowania pająków, zatem i pajęczyn nie brakło na Łące :) Same pająki pokarzę kiedy indziej. Zdziwiłam się, że można je tak malowniczo pokazać. Ciekawe czy się ze mną zgodzicie.

 Wspaniałe sznury korali...



 Tu pałac razem z królową. Rozpoznałam pająka dopiero oglądając zdjęcia na komputerze.




Na dziś to tyle, niebawem pokażę więcej. Zakochałam się w rosie i jak tylko będę mogła to będę ją fotografować. 
Ja jestem z tego mokrego wypadu bardzo zadowolona, poczułam nową energię, chęć do działania. Mam nadzieję, że wy też jesteście zadowoleni z efektów. 
Pozdrawiam bardzo gorąco i do zobaczenia za jakiś czas.