Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

poniedziałek, 30 listopada 2015

Koty w potrzebie

Znów odezwa...

Kochaniu czytacze i zaglądacze, kochani zwierzolubni, zwłaszcza z Warszawy! 
Nie będę mleć jęzorem po próżnicy, przeczytajcie apel. Znów chodzi o zwierzęta w potrzebie.
Warszawo i okolice! Pomyślcie, rozpowszechniajcie, udostępniajcie na fb. Popatrzcie na zdjęcia, może wśród nich jest TEN kot? Który na WAS czeka? Pod tym linkiem są zdjęcia kotów i kontakt.

Od ponad 30 lat ratuję porzucone, bezdomne koty. Bywały też i psy potrzebujące pomocy. Zwierzątka przynosiłam do swego mieszkania, leczyłam i szukałam dla nich nowego domku. W ten sposób ocaliłam kilkaset kotów i ponad 10 psów. Źródłem finansowania były moje niewielkie zarobki. Niestety utraciłam pracę i aż do emerytury (12 lat temu) – nie miałam żadnego stałego dochodu, jedynie prace dorywcze. Niestety, podopiecznych zaczęło przybywać. Zmieniłam mieszkanie na mniejsze, ale w Śródmieściu, co miało mi pomóc w moich sprawach zawodowych. I tu „wpadłam” w objęcia pań, które pomagały kotom, ale nie radziły sobie z tym fizycznie. Byłam młodsza, silniejsza – pomagałam. W moim mieszkanku przybywało kociaków i obowiązków. Biegałam do lecznicy, robiłam zastrzyki i podawałam kroplówki. Finansowego wsparcia znikąd.
Dziesięć lat temu założyłam fundację „Felis Felix” wierząc, że uda mi się zdobyć niezbędne środki. Osób chętnych by im pomóc nie brakowało, ale finansowego wsparcia nie było. Trzy razy zakładałam konto bankowe i trzy razy je traciłam z powodu braku darowizn. Ostatnie bank zamknął mi w 2010 roku. Pozostały mi już tylko kwesty w centrach handlowych, które były już coraz rzadsze i dwa lata temu utraciłam na nie zgodę. Jedyny dom handlowy, który zezwala mi na zbiórkę pieniędzy, ma tak niewielką liczbę klientów (brak supersamu), że bywają dni, gdy nie mam za co kupić jedzenia.
             Moje koty zawsze  były dobrze karmione. Wszystkie są wysterylizowane i zaszczepione od zawsze przeznaczone do adopcji. Obecnie przebywa u mnie 14 kotów. Do adopcji jest 13  i rozpaczliwie szukam dla nich nowych, kochających domów.
Dotychczas w ogóle nie chorowałam – leczyłam tylko koty. Dwa lata temu zaczęło się, a ostatnio nasiliło się u mnie atopowe zapalenie skóry, które zaatakowało też ręce. W mojej sytuacji, gdy muszę ciągle sprzątać po kotach (prać, myć, zmieniać kuwety) – nie rokuje nadziei na poprawę. Muszę kupować leki. Jedyny ratunek to znalezienie dla kotów nowych domów.
S.O.S. ! Sytuacja jest dramatyczna – otrzymałam właśnie nakaz eksmisji (dług mieszkaniowy). Walczę o prolongatę terminu do przeprowadzki. Nie mogę dopuścić, aby koty znalazły się w schronisku. 
Mam już 72 lata. Mam dużo zainteresowań. Byłam dziennikarką, uwielbiam czytać, poszerzać wiedzę. Interesuje mnie wiele spraw. Kotów nie planowałam, nie ograniczały mi horyzontów. Stało się. Nie potrafiłam przejść obojętnie wobec cierpienia. Najpierw przez wiele lat pomagałam ludziom – moją specjalnością były problemy rodzinne (studiowałam prawo). Dziś proszę – pomóżcie mnie i moim zwierzakom.
Barbara Czajkowska

piątek, 20 listopada 2015

Opowieści źdźbłem i liściem pisane -" Wrzesień to był, ach jaki on piękny był."

W ten ponure dni, po tych nie koniecznie barwnych postach pragnę wam umilić weekend i przypomnieć, że jeszcze niedawno jesień z latem tańcowała.
Nie będę się rozpisywać, jako, że i nikt tego nie chce czytać a i nie mam nic ciekawego do napisania. A mam do pokazania. 
Zatem specjalnie dla was - Mój wrzesień odsłona pierwsza:

Poranna róża i chibiskus


 W trawie maleńkie grzybki i przetacznik.




 Szczawik żółty, który uciekł kosiarce.




 Astry zwane Marcinkami.






 Pszczoła miodna na oregano - podobno





 Pająki czające się w raju



Na ćmę odwiedzającą kocimiętkę.
 Winne winogrona.


 A w lesie kolejne grzybki...

Trzmiel na wrzosach....
 Liskowiec cytrynek na liściu dembu.







 No to tyle radosnych zdjęć na poprawę nastroju w deszczowy listopad. 
Życzę udanego i spokojnego weekendu i do zobaczenia. W następnym poście już chyba coś pokarzę, jako, że staram się walczyć jedną nitką. Oraz jeśli nie zapomnę to też plecki. Pozdrawiam.

wtorek, 17 listopada 2015

Jak można pomóc bezdomnemu kociakowi i zakończenie akcji z poprzedniego posta.

Witajcie. 
Dziś chciałam poruszyć ważną dla mnie sprawę. Świat kręci się teraz wokół uchodźców i terroryzmu oraz ogólnie pojętego zła. 
A ja staram się odnaleźć wokół siebie jak najwięcej dobra. I wiecie co? Udaje mi się. Wśrud osób, które promienieją dobrem jest mój nerwowy mąż o złotym sercu, wspaniała przyjaciółka Sylwia, stawiająca innych przed sobą, oraz... Kobieta, ratująca życie, już setkom małych stworzeń, którym się nie wiedzie od maleńkości. Kobietą tą jest Gosia z bloga Za moimi drzwiami. Prowadzi dom tymczasowy dla bezdomnych kotów. Przez jej dom przewinęła się już ponad setka kotów i wszystkie trafiły do nowych dobrych i kochanych domów. Gosia bierze do siebie chore i przerażone często futerka, leczy je na własny koszt, wyprowadza na "koty" i oddaje w dobre i sprawdzone ręce. Nie raz zdarza jej się odmówić przekazania tymczaska gdy uzna, że przyszły personel nie spełnia podstawowych warunków (pytanie czy można przesłać kotka kurierem?). A jak łatwo się domyślić, takie wyprowadzanie kociaków na koty nie jest tanie. Leki, wizyty u wetów i jedzenie z górnej półki to start jakie im daje. A jako, że nie jest fundacją wszystkie te koszta idą z jej własnego portfela. Dla tego też, rok temu Gosia oraz kobitki z Pastelowego kurnika wpadły na pomysł by wypuścić serię kalendarzy z kotami z domu tymczasowego. Te obrotne kobiety (znalazły domy dla dwóch psów, kilku kotów, kur i kóz a nawet chyba dla konia w ciągu kilku dni) stworzyły wspaniałe kalendarze, które można było kupić na stronach ich blogów. W tym roku też są, jeszcze ciekawsze, jeszcze piękniejsze (jest w nich Antek - miesiąc Luty). Zachęcam do wejścia na blog Gosi i do zakupu. Zysku z kalendarzy jako takich nie ma bo cena pokrywa koszt druku i wysyłki, ale istnieje możliwość dołożenia "cołaski" na rzecz pomocy bezdomnym zwierzakom. Ja sama i moja Keira też skorzystałyśmy z tej pomocy, gdy ledwo mi starczało na wyleczenie jej niby-oczka. A ze swojej strony gorąco proszę o wspieranie kociaków pod opieką Gosi poprzez robienie zakupów z zooplusie (oczywiście jeśli ktoś korzysta z tego sklepu internetowego) poprzez baner na jej stronie - można wejść tam przez banerek na górze mojej strony. Procent z zakupów wtedy wpada na kotki, a nas to nic nie kosztuje. 
Gdyby takich ludzi było więcej, chcących i nie bojących się pomagać i działać, świat byłby nieco lepszym miejscem. 
Wierzę, że dobro wraca i warto je szerzyć. Nawet jeśli jest to mały gest. Ale składamy się z małych cząstek i one tworzą coś pięknego - dobrego człowieka, który może nieść dobro dalej. 

Sprawa druga.
Spotkałam się po ostatnim poście z ogromnym oddźwiękiem, dowiedziałam się też, że wiele podobnych sytuacji spotkało was albo kogoś z waszego otoczenia. Ten nieładny proceder jak widać kwitnie niczym przemyt narkotyków z Ameryki południowej... 
No w każdym razie moja konkretna sytuacja rozwinęła się następująco. 
Pan dyrektor Leszek odpisał mi już następnego dnia z gorącymi przeprosinami - widać miał więcej klasy niż jego podwładne. A kilka godzin później dostałam też maila z treścią przeprosin jakie pojawią się na oficjalnej stronie. 
 I o to mi chodziło. 
O zwykłą przyzwoitą sprawiedliwość. Wzięli, niech podziękują, nie podziękowali i nawet nie zapytali czy mogą - niech przeproszą, tego mnie uczono już w przedszkolu.
Ja jestem zadowolona. 
Dziękuję wam za wsparcie. 
To na dziś tyle.
 

czwartek, 12 listopada 2015

Prawa autorskie - Skradziono mi moją własność intelektualną

Tego posta nie powinno być. Bo nie powinno mieć miejsca zdarzenie opisane tu dziś. Zdarzenie, które myślę, że mogę nazwać, kradzieżą własności intelektualnej. 
A o co konkretnie chodzi? Ano chodzi o nieposzanowanie praw autorskich, a konkretnie moich praw i to podwójnie. 
Wczoraj z racji dnia wolnego i posiadanie nieco większej ilości czasu dla siebie postanowiłam poprzeglądać cuda stworzone moją ulubioną techniką w hafcie, na internecie. I co znalazłam... no oczywiście, że wiele zdjęć wspaniałych haftów, w tym swoje własne, te które są umieszczone na blogu (każde jedno z odnośnikiem do bloga)... aż tu nagle moje oko padło na coś jednocześnie mi znanego i nie znanego. 
A mianowicie na taką oto "ulotkę":
 Ulotkę zapraszającą do kursy haftu cieniowanego. 
Weszłam na stronę... 
No i o co ten cały hałas?
O zdjęcie, które jest w tle... 
Konkretnie to zdjęcie:
 Chyba nikt nie ma wątpliwości, że jest to fragment tego zdjęcia. A listek jest częścią większej całości czyli moich Kalii które prezentowałam tu niecałe dwa lata temu. 

 No i nie byłoby sprawy gdyby nie fakt, że jako autorka i samego haftu jak i zdjęcia nie wyraziłam zgody na jego wykorzystanie (jest to zaznaczone na blogu), mało tego, nie miałam kompletnie pojęcia, że ktoś się posłużył moim haftem i zdjęciem do własnych celów. 
Poczułam się dziwnie.
A kiedy przez telefon usłyszałam zarzut, że to może ja ich plagiatuję, że zdjęcie jest z internetu przecież i każdy może je sobie ściągnąć i że chyba żartuję z tymi prawami autorskimi, to mnie trafiło. 
Nie dość, że instytucja gminna, że ukradli mi zdjęcie to zamiast przeprosić i załagodzić sprawę to baba, że to ja im zabrałam zdjęcie.
Wkurzyłam się, bo gdyby zapytali to za darmo dałabym im jakiekolwiek by chcieli... Swoją drogą, ten kurs musiał prowadzić ktoś, kto zna się na takim hafcie i zarobił coś na tym ( zastanawiam się czy nie napisać do ARIADNY skoro prowadziły to przedstawicielki tej firmy). To czemu do ogłoszenia nie użyli pracy instruktora tylko buchnęli z netu? I to jakieś stare zdjęcie, fragment jakiś... Co, liczyli, że nikt nie rozpozna? 
To się przeliczyli, bo haft cieniowany to bardzo niszowa sztuka, a ja na wyrywki znam swoje prace i rozpoznam wszędzie. 
Jest mi z tym dziwnie, zwłaszcza po takim potraktowaniu sprawy przez panią zajmującą się stroną graficzną strony internetowej ośrodka. A i jeszcze żeby było mało, to rano z grafiki można było wejść do odnośnika na stronę, a wieczorem (po telefonie) już nie. Ogłoszenie i podstrona z nim zostały usunięte. Na szczęście wczoraj jeszcze zrobiłam printscrina bo by nikt mi nie uwierzył.
 
Ja robię tysiące zdjęć i nie szukam ich w necie, jak ktoś gdzieś wykorzysta moje makro to pewnie się nawet o tym nie dowiem, ale zrobienie zdjęcia to jest sekunda, a wyszycie tych kalii zajęło mi dwa tygodnie. I to mnie boli, najbardziej. Gdyby chociaż jakiś odnośnik, kto to zrobił... a tak to uczestnicy zapewne byli przekonani, że prowadząca jest autorem listka i tak, to mnie uwiera bo listek i cały haft od projektu, poprzez wybór kolorów do wykonania jest mój autorski, nie ma nigdzie schematu do niego bo jego autorem jestem ja. Nawet jeżeli posiłkowałam się kolorowanką dla dzieci. 

A może przesadzam? 
Co o tym sądzicie? Wszyscy mamy na blogach tekst o prawach do zdjęć i że nie kradniemy z netu, a jeśli pożyczamy to z odnośnikami do stron macierzystych. 

Na koniec dodam, że wysłałam do nich pismo z ustawą i informacją że złamali prawo autorskie i że oczekuję sprostowania na ich stronie i przeprosin. Zobaczymy co zrobią panie zdziwione, że nie można wykorzystywać nie swojej własności intelektualnej bez wiedzy i zgody autora...
 

niedziela, 8 listopada 2015

Haft cieniowany płaski - Krok po kroku - "bratek"

Witajcie.
Dwa lata temu postanowiłam założyć bloga, gdyż zapłonęła we mnie na nowo po latach miłość do haftu i chciałam się tą miłością dzielić z innymi twórcami. 
Po jakimś czasie urozmaiciłam wpisy o fotografię przyrodniczą oraz historię moich kotów i psów. Ponieważ haft jest czasochłonnym i długotrwałym procesem, nie zawsze miałam czas, warunki i nawet wenę na to zajęcie. I jakoś tak po Kudłatym Wikingu zaprzestałam haftu cieniowanego, na rzecz innych czynności. Brak mi było pomysłu i motywacji. Zaczęłam też pracę nad dużym projektem w hacie Richelieu, który zajmuje mi na prawdę wiele czasu, a postępy są nudne. 
Ale jakiś czas temu popatrzyłam na swoje niteczki, a mam ich blisko 300 kolorów poukładanych numerami i wzniecił się we mnie ten płomień. No ale pomysłu brak. Zatem, żeby sobie przypomnieć jak się wyszywa, uprodukowałam lista, o którym było TU.
A zaraz jak tylko skończyłam listka, rozgrzane dłonie już wiedziały co będą chciały wyszyć. O tak, miałam to już w głowie. 
Bratek.
Bardzo wdzięczny kwiat o wielu odmianach barwnych.
Ale za nic nie chciało mi się rysować wzoru na nowo, a miałam wyszytego dawno temu nieudolnego bratka na serwetce. Stwierdziłam, że po prostu go spruję i wyszyję na nowo. 
Tak wyglądał fiołek na którym kiedyś ćwiczyłam haft płaski.
 No i tego właśnie dziwoląga postanowiłam spruć by wykorzystać serwetkę i wzór.
 Tak to wyglądało po spruciu. Nawiasem mówiąc prucie zajęło mi więcej czasu niż narysowanie wzoru na nowej serwetce. 
 Tym razem postanowiłam przełamać swój lęk i wyszyć kwiatka jedna nicią muliny. Do tej pory miałam obawy czy starczy mi cierpliwości i umiejętności. Mało tego, podczas prucia poszło mi oczko w serwetce co wychwyci wprawne oko obserwatora na górze te płatka.
 Kolory wybrałam na oko, z jednej palety w odcieniach różniących się o dwa, trzy punkty. 


Końcówki nitek parkowałam poza wzorem tak by następne ściegi przykryły je. 
 Jeśli idzie o pączki czy listki, to potraktowałam je niejako po macoszemu. Bo nie o nie tu chodziło, chciałam się skupić na głównym kwiatku. 


No, a tak wygląda ukończony kwiatek, ciepły jeszcze, nie wycięłam końcówek zaparkowanych nitek. Ale to nie istotne. Środek jest z ciemnożółtych węzełków. Oczko czarne z żółtymi kreseczkami. 
Nie pisałam co i jak po kolei robiłam, bo na zdjęciach chyba nieźle to widać jak to po kolei szło. 
A kto mi wiernie towarzyszył w przeprawie z bratkiem jedną niteczką?
 Najwierniejszy z wiernych wielbiciel i fan mojego fachu hafciarskiego. 
Moje wrażenia...
No, efekt końcowy jest zdecydowanie gładszy i ładniejszy niż, gdy wyszywam podwójna nitką. Owszem, robi się dłużej, bardziej trzeba się skupiać, bo ściegi są na prawdę blisko siebie, ale efekt jest tego wart. Zresztą sami oceńcie. Mnie się to ćwiczenie bardzo podobało i już mogę się zabrać za coś trudniejszego... Jakiś ptaszek bajecznie kolorowy?

poniedziałek, 2 listopada 2015

Pieskie życie - Nora jesienną porą na Mojej Łące

Październik zbliżał się ku końcowi, złociste liście masą wielką spadły na trawnik sąsiadki, a wiewiórki wyjadły ostatnie orzechy. Sąsiadka jako, że dama już sędziwa poprosiła mnie bym ogarnęła jej ogród przed zimą. Jako, że dobre ze mnie dziewczęcie, a i darmo nie chciała bym grabiła, to się zgodziłam i zaopatrzona w wielką taczkę ogrodową, grabie i sekator poszłam działać. Oczywiście za towarzysza miałam najszczęśliwszą na świecie Norę. Ile zapachów nowych, ile winogron nie zebranych nisko dyndających... same skarby. 
A jaka zabawa kiedy ciocia Luna usypała pod lasem wielką kopę liści i można je było w poszukiwaniu patyka z powrotem rozgarnąć na drogę:) I na nic się zdały krzyki oburzonej ciotki, że właśnie to zgrabiła. Zabawa była przenia.
No, ale jak już liście się znalazły w lesie i utworzyły śliczny masyw górski w barwach złoto czerwonych, postanowiłyśmy pobawić się na osłonecznionej jeszcze Łące. 


Nora to bardzo inteligentny pies. Przez te kilka miesięcy u rodziców, nie tylko przybrała na wadze - znacznie, ale też się ogarnęła. Jest posłuszna i już nie ma panicznego strachu, że zostanie ponownie porzucona. Z początku nie było mowy, by nie pobiegła za kimś z domowników, kiedy ten wychodził poza ogród. Teraz brama otwarta, ja idę nad staw, a ją w pełnym galopie poleceniem zawróciłam i grzecznie poszła do domu. I zaczekała tam. 

Chciałam jej zrobić sesję zdjęciową w tych trawach i kazałam usiąść, zatem usiadła i rozglądała się dookoła zaciekawiona, a ja krążyłam wokół niej pstrykając fotki. Kiedy chciała wstać, wystarczyło, że powtórzyła "siad", a ona wracała na pozycję. Do tego jest psem który bezbłędnie orientuje się w kierunkach wskazywanych ręką. Nie patrzyła na mnie, nic nierozumiejącym wzrokiem, tylko najpierw odwróciła głowę w kierunku, który wskazałam, a potem tam się skierowała. 




Z kotem jakoś się też dogaduje po swojemu. Nie goni Lizy, ale ta jej też nie prowokuje. Lizunia generalnie woli siedzieć w domu, ale jak ją zew natury wezwie, to personel ją wynosi za płot, a kiedy chce wrócić, miauczy i personel po nią idzie. Kiedy kot jest na rękach personelu, pies idzie do budy.



Stres separacyjny został zmniejszony poprzez prosty manewr. Kiedy rodzice jadą na zakupy, Nora czeka w przedpokoju. Czeka spokojnie, bo nigdy nic nie zostało zniszczone, przewrócone i nie było w kuchni (brak drzwi) śladów niepokoju. Zresztą byłam świadkiem jak ona czeka na dworze, piszcząc, próbując ścigać samochód, a jak w domu - śpi i leży. 
Kot natomiast jesień spędza  jak na kota i cesarzową przystało - na łożu.
Z wiadomości domowo kocich, to Keira czuje się fantastycznie. Szaleje jak kociak i dopiero teraz widzę, że ona wcale się nie wyciszyła dorastając, tylko była chora. Zaokrągliła się nieco nawet, futra nabrała i na prawdę wielkim sukcesem jest, że ponad tydzień nie wymiotowała. 
Teraz mogę nieco odetchnąć, mam wskazówki jak ją dalej leczyć i jak prowadzić po zakończeniu leczenia. A od kiedy zaczęła się ta cała akcja, to Niunia kosztowała mnie blisko 700 zł, razem z lekami i pierwszą porcją specjalnej karmy (kilka saszetek i dwa małe woreczki po 400g). Ale warto było! Teraz już z górki. 
Mam w przygotowaniu dwa posty o wczesnej jesieni z mnóstwem zdjęć, nie wiem jak to przetrwacie ale... zobaczymy. Miłego tygodnia.

Na koniec ważna informacja - Jeśli robisz zakupy w sklepie internetowym Zooplus to zapraszam do robienia tego poprzez baner na stronie Gosianki (można wejść przez banerek na górze po prawej u mnie), wtedy za każde zakupy jakiś grosz idzie na kocie nieszczęścia z domu tymczasowego Gosi. Zapraszam serdecznie - warto pomagać zwierzętom.