Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 31 grudnia 2016

W sumie życzenia ale nie tak zupełnie

Witajcie moi drodzy w tym ostatnim dniu tego roku. 
Był dla każdego inny, dla jednych szczęśliwy, dla innych wręcz przeciwnie. Dla mnie był jednym z tych szczęśliwszych, chociaż końcówka jest nieco zawirowana. Ale to może jest po prostu już czas na jakieś zmiany i stąd te potknięcia czy uczucie znużenia, chęć wyrwania się z codzienności. 
Mam też kilka przemyśleń dotyczących tego co się dzieje wokół, i nie, nie chodzi mi o scenę polityczno społeczną, bo tego cyrku nie śledzę.  Uważam że można się w tym czasie czegoś nauczyć, poznać czy po prostu zrelaksować niż wczuwać jak kilku degeneratów i cwaniaków robi z nas w biały dzień głupków. A emocjonowanie się tym to trochę jak radocha bo się dwie świnie w goownie biją o kawałek spleśniałego chleba. 
Jasne, każdy ma prawo do swojego sposobu życia, rozumiem, ale bezsensowność i destrukcyjność takiego "życia", nie niosąca za sobą żadnego konstruktywnego działania poza rozbiciem rodzin i związków, przyjaźni... No to uważam za głupotę, pozwolić by tak nami manipulowano... Dobra, miało nie być o polityce, ale ostatni czas dał mi mocno w skórę z "ich" powodu i mnie normalnie nosi. 

Kochani zatem życzę wam bardziej otwartych umysłów i serc. Lepszej widoczności otaczającego nas, pięknego świata i rozsądku. 

Bo z tym ostatnim to słabo u rodaków. Nie myślimy o tym co mówimy bo nauczeni jesteśmy, że słowa są pozbawione konsekwencji. Można chlapać ozorem co ślina na język przyniesie bez jednej nano-myśli. No tak, myślenie wymaga wysiłku i niektórych na prawdę boli. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie kiedy słucham co mają do "chlapania".
Na całe szczęście są wśród tych tłumów też istoty zastanawiające się nas tym co mówią, co czynią i jak działają. Są ludzie o dobrych sercach i pięknych umysłach... Niestety bardzo zgnieceni przez falę tej "niemyślącej' rzeki. 

I życzę wam wszystkim, by brali przykład z tych myślących, z tych co czują i dzielą się dobrem. 

Wiem, że się poleje fala tak zwanego hejtu na mnie po tym wpisie, ale wiecie co? Wisi mi to. Ci którzy się obrażą prawdopodobnie należą do grupy po której "jadę" jak po ośnieżonej górce. Przynajmniej gdzieś w głębi swego jestestwa. Ale nie będę płakać, są ludzie, którzy jak ja mają dość obłudy, pieniactwa i egoizmu. 
Mają dość tego, że są okłamywani, ale mają też świadomość, że niewiele mogą zdziałać, i jak jest możliwość to działają, ale konkretnie. Nie wrzeszczą po próżnicy, nie pienią się bezsensu i krzyczą do telewizora. 
Są ludzie, którzy nie nabijają się (tu przykład z życia który mnie poruszył ostatnio) z "pisaniny niskich lotów" jakiejś popularnej polskiej pisarki, bo przecież tak łatwo i fajnie. No i co z tego, że nie pisze jak Umberto Eco, że jej książki ociekają "tanimi chwytami i kiczowatymi epizodami"... Zresztą, szkoda słów. Jest sobie kobietka, która właśnie coś fajnego robi. Pisze książki, które się rozchodzą jak świeże bułeczki, mimo, że takie "tandetne". O Matko Hipokryzjo...
Łatwo jest skrytykować, tę pisaninę na poziomie Harlekina, bo na łamach ynternetów bezkarnie, bez poczucia winy. A ciekawa jestem ilu z was, znawcy literatury, skreśliło po szkole obowiązkowej chociaż kilka stron. Wymyśliło jakiegoś "tandetnego" bohatera i uwikłało go w " kiczowatą" historię. 
Zazdrościcie... zżera was zawiść, bo jej się udało, bo jest znana i cieszy się tym co robi, bo kocha swoje życie. A przecież tak nie może być, bo wy swojego nie cierpicie to nikt inny też nie powinien.
A ja bym chętnie poczytała co ciekawego mogą zaprezentować te wszystkie krytykantki talentu Pani Pisarki.
To takie smutne. ( Osobiście mnie dotknęło bo od zawsze coś tam skrobię i nigdy nie udało mi się ukończyć, wiem jakie to bywa trudne i czasochłonne).

Zatem życzę wszystkim aby mieli w sobie więcej wrażliwości, by pokochali chociaż odrobinę mocniej swoje życie. By zamiast skupiać się na brakach docenili to co mają dobrego, by mogli dostrzec, że coś jednak dobrego mają. Bo czasem myślę, że dopadła nas jakaś ogólnokrajowa ślepota. Wszystkim tylko źle i niedobrze, że tak strasznie i biednie...
Normalnie jak tego słucham czy też czytam to mam wrażenie że my w jakimś Łagrze żyjemy. 

No i jeszcze o egoizmie i braku wrażliwości oraz empatii. Niby każdy, kogo spytam, to smuci się, że biedne zwierzątka cierpią kiedy są wystrzały... A potem kupuje naręcze głupich petard. 
Są zakazy palenia w miejscach publicznych? Są. Po co? Bo to szkodzi osobom niepalącym i trzeba je chronić. Zatem czemu nie postąpimy tak z czymś tak idiotycznym jak sztuczne ognie. Jeśli już nie obchodzi nikogo tak na prawdę los zwierzą wszelakich to niech sobie sprawdzi ile dzieciaków trafia na ostre dyżury tej nocy.
No skoro mamy dostęp niekontrolowany do petard, to czemu się tak burzą, że ktoś chce złagodzenia wymogów na posiadanie broni. 
Wiem, przesadzam... ale jakim trzeba być zepsutym, bezmyślnym, zakompleksionym egocentrycznym dupkiem, żeby w dzisiejszych czasach, zezwalać i korzystać z petard. Przy dzisiejszym poziomie uświadomienia... Żenada.
A może wcale nikt nie jest uświadomiony, że to takie szkodliwe? 
Może powinny być kampanie społeczne, telewizyjne spoty o szkodliwości Sylwestrowych fajerwerków?
A tak z innej strony czy jeśli ktoś mi w nocy pod oknem urządza Pearl Harbor to mogę się przyłączyć i strzelać do niego z paint balla?
Bo czemu tylko ja mam być ofiarą, i moje przerażone koty, i te wszystkie ptaki i psiaki.
On wystrzelił z petardy tak, że mi szyby zatańczyły, to mu oddam. Będzie miał kolorową odzież i siniaka, może się spełni w roli "niby żołnierza". Wet za wet. 
On zapłaci za nową kurtkę, ja za weterynarza... jest sprawiedliwość. 

TAK, UWAŻAM, ŻE KAŻDY KTO STRZELA Z PETARD TO EGOISTYCZNY GŁUPEK I SZPANERSKI, ZAKOMPLEKSIONY PALANT.

I nie, nie przyjmuje tłumaczeń że jeden dzień w roku. 
W sumie to może można jeden dzień w roku urządzać polowania na wszystko co żyje, wszędzie gdzie się chce, jeździć po pijaku i podpalać lasy... no jeden dzień w roku tylko, nic się nikomu nie stanie...


Kochani, wybaczcie mi, ale... zamiast podsumować postanowiłam wylać z siebie nagromadzaną ostatnio frustrację. Chcę ją zostawić w tym 2016, nie zabierać ze sobą w Nowy Rok. 

Życzę wam miłości, wszelakiej, zdrowia i szczęścia. Niechaj spełnią wasze wszystkie dobre pragnienia. A waszym zwierzakom jak najspokojniejszego tego Sylwestra.

Całuję i ściskam
Wasza Luna.


 

środa, 28 grudnia 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Śpiewak pospolicie niepospolity

Widuję go często przez okno, zwłaszcza po deszczu, i wczesnym rankiem, kiedy trawa jest jeszcze mokra od rosy. Czasem jest na trawniku solistą, a nieraz ma liczne towarzystwo. Jego najczęstszymi towarzyszami są szpaki, wróble mazurki, kosy, a czasami trznadle. 
Najczęściej jednak widuję go, jak wyciąga bezbronne dżdżownice w trawy, ślimaki i inne bezkręgowce. 
O kim mowa?
O Droździe.
A dokładnie to o droździe śpiewaku. Bliskim kuzynie kosa.


Wyjątkowo pięknie prezentuje się na tle zielonej trawy upstrzonej biało różowymi stokrotkami.  Zauważyłam kiedyś jednego nad Leśnym Strumieniem późnym rankiem i zakradłam się dyskretnie w pobliże. 
Drozd najpierw zatrzymał się, bo oczywiście zwietrzył moją obecność bezbłędnie, a po chwili uznał, że mu nie przeszkadzam w niczym i wrócił do poszukiwania smakołyków. 


No czyż nie jest przystojny z tymi centeczkami na piersi i brzuszku? Moim zdaniem jest śliczny. Zawzięcie szukał w darni jedzenia i stopniowo się zbliżał do mojej osoby. Nawet zachowywał się jakby był ciekaw kim jestem i o co mi chodzi. 

W tym roku zauważyłam po raz pierwszy jak drozdy z upodobaniem polowały na ślimaki w skorupkach i znajdując kawałek betonowej płytki czy cegły rozbijały skorupkę w mak. No i zapewne zajadały się mieszkańcem. Potem w takich miejscach ślimaczej kaźni mnóstwo odłamków skorupek widziałam. Nie wiem czy wcześniej nie zwróciłam uwagi na takie zachowanie czy nie robiły tego po prostu. Ale nie przypominam sobie takich skupisk resztek skorupek. 
Innym razem spotkałam go na gałęzi brzozy, podejrzewam, że w pobliskich chaszczach miał ukryte gniazdo. 


A dosłownie kilka metrów dalej, siedział jego bliski kuzyn, w czarnym smokingu - Pan kos.
Na przełomie maja i czerwca spotkać może w gęstwinie zarośli takich małych łobuziaków.


Siedzą i udają, że ich nie ma. a są w tym udawaniu bardzo zatwardziałe. Niemal można takiego palcem tyknąć, a ten jak słup soli, nie drgnie. Dopiero w ostatniej chwili "odfruwa". Nie żebym straszył malca specjalnie ale usiadł niemal na drodze i chciałam go przegonić głębiej w zarośla.



Ten wygląda jakby był zły na mnie, i zapewne był. Ale kto mu kazał siedzieć przy drodze. Przecież ja nie wchodziłam nawet do lasu.




 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Społecznie gorsza

Cześć wszystkim.
Dziś nie będzie zdjęć zwierzątek, ani żadnych haftów, dziś będą moje wynurzenia. Cóż, czasem tak też trzeba. Sprawa wyszła kilka dni temu.
Otóż wyszła kiedy rano przed pracą nagle mnie olśniło. Przeglądałam sobie spokojnie FB i patrzę nagle na obrazek znajomej, którą obserwuję od kilku miesięcy. Podziwiałam jej rysunki pastelami i podziwiałam i nic. A tego dnia nagle mnie olśniło - Ja też tak chcę. 
Ojej, jak bardzo ja chcę! Normalnie od lat nie czułam takiego wewnętrznego radosnego musu stworzenia czegoś. A do tego w technice, którą kiedyś tam uznałam, za nieciekawą dla mnie. 
Nagle stała się ciekawa i to jak. 
No i się pojawiły wątpliwości. 
Jak zacznę się bawić nową techniką to zaprzestanę na czas jakiś wyszywać...

Zapytacie jaki tu problem? No dla normalnego człowieka żaden, ale nie dla mnie.
 
Chodzi o to, że od lat panuje przekonanie, że człowiek w swoim krótkim życiu MUSI do czegoś dojść, MUSI coś osiągnąć, najlepiej sukces, bo dno się nie liczy. Spokój też jest traktowany po macoszemu. No i właśnie ja zostałam wychowana w bardzo mocnym przekonaniu, że MUSZĘ coś osiągnąć. Tak na prawdę nie mam pojęcia co, ale w czymś MUSZĘ być wybitna. 
Tak mocno wdrukowano mi to przekonanie, że nawet na polu swojej pasji (zawodowo dałam sobie spokój z wybitnością), pragnęłam podświadomie to magiczne "COŚ" osiągnąć. Ale co to jest to "COŚ" to nie wiem. Sukces? Sławę? Ble...
A jak moje serce zaśpiewało dla nowej plastycznej techniki to wdrukowane przeświadczenie zaczęło drążyć - Nie rozpraszaj się bo niczego nie osiągniesz!
No jakiś dramat i koszmar. 
Szparag powiedział, że jeszcze nie spotkał nikogo kto gryzłby się z powodu swojego hobby tak bardzo jak ja.
Goni mnie to przekonanie niczym komornik i zabiera całą radość z pasji. 
Nie chcę być wybitna, najlepsza czy super. Nie chcę się sprawdzać, czy doścignę najlepszych w swoim fachu, chcę być szczęśliwa, że mogę sobie porysować, powyszywać, pofotografować.  
Pragnę się cieszyć swoją pasją, bez presji i poczucia winy. 
 
Co jest ze mną nie tak?

Że czyje się winna, marnując czas na wyszywanie, na rysowanie. Bo w tym samym czasie mogłabym robić coś pożytecznego? Zarabiać pieniądze, sprzątać? Ale ja nie chcę tak żyć. Nie chce dla zasady męczyć się w pracy, której nie cierpię, bo daje kase... 
Czy jestem przez to obywatelem gorszej kategorii, bo nie reprezentuję sobą nic wartościowego w oczach spaczonego społeczeństwa? Bo nie poświęcam się dla idei, jakiej? Bo nie zarzynam dla rodziny, w imię wyższego celu? No nie ma takiej potrzeby. Jakby wystąpiła, to pewnie bym się pozarzynała ale nie ma, więc o co chodzi? Czemu się czuję gorsza, bo bawię się w życie i odstaję od konwenansów społecznych określających ramy dorosłości. Tak, mam 33 lata.
A żyję trochę jak nastolatka. Czy to złe? Nikomu nie robię krzywdy, a jeśli komuś jednak to proszę by się zgłosił. 
Taką z mężem objęliśmy drogę, nie chcemy na pokaz dorosnąć, chcemy żyć po swojemu, nikt nas nie utrzymuje nikomu nie ciążymy. 

No, ciężko się zrobiło, ale tak mnie to gniecie...
 

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Rudy szarak

Za oknem piękne widoki, zima nieśmiało zawitała i na Dolny Śląsk. Nieśmiało bo na razie jedynie w przepiękny sposób oszroniła krajobraz. Drzewa, krzewy i nawet źdźbła trawnika przysypane lodowym cukrem lśnią w słońcu. Widok iście bajkowy i wspaniały.
A ja za wiosną tęsknię. W tym roku po raz pierwszy od dawna nie spieszno mi do zimy. Mogę podziwiać jej niezaprzeczalną urodę zza szyby w ciepłym pokoju, ale nie szczególnie spieszy mi się do spacerów. 
Mam w pamięci wspaniałe lato, młodą jędrną zieleń i wszystkie wspaniałości jakie ze sobą niosły tamte czasy. Z resztą to był bardzo obfity rok, dużo fotografowałam, a mało miałam czasu na prezentacje. Zatem u mnie będą wpisy zupełnie nie adekwatne do tego co dzieje się za oknem. 
Pamiętacie mój wpis o bażantach? Jeśli nie, to zapraszam do przypomnienia TUTAJ
W tym samym dniu spotkało mnie jeszcze jedno wielkie szczęście. Pod sam już wieczór obserwowałam pole, na którym widywałam bażanta i udało mi się dostrzec ruch. Od razu wiedziałam co mi zgotował łaskawy los. To zając. 



Śliczny szarak, chociaż raczej rudawy niż szary. Ale jakie to ma znaczenie. To mój pierwszy zając w karierze. I cieszyłam się szalenie. 
Cieszyłam się podwójnie. Z jednej strony, bo udało mi się w końcu uwiecznić tego płochliwego jegomościa, a z drugiej... 
No właśnie, z tym uwiecznianiem to jest tak, że niektóry poszturchują się zającami, bo u nich ich pełno na polach i z samochodu w drodze do pracy mogą fotografować.  A u mnie niestety w ostatnich kilkunastu latach populacja zajęcy drastycznie spadła. 
 Prawdopodobnie spowodowane to było nadmiernym rozrostem populacji lisa. 


Jak wspominałam wypatrzyłam rudego szaraka dopiero przed wieczorem w czasie "złotej godziny" więc światło czasami zawodziło. A i sam obiekt w młodej pszenicy hasał radośnie i nieco chaotycznie, nie ułatwiając zadania. 



Nigdy się szczególnie nie interesowałam zającami, zawsze wolałam drapieżniki bądź ptactwo drobne. Ale powzięłam postanowienie, że o ile będę miała taką możliwość to bardzo chętnie zaobserwuję zachowania tych zwierząt w swoich okolicach. Liczę, że wiosną będę mogła znów cieszyć się spotkaniem z tym symbolem miedz.

czwartek, 17 listopada 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - "Gąsiorek, zamaskowany bandyta i uroczy kochanek"

Zacznę od tego, że wiele, wiele lat temu, podszedł mój tata do mnie z marsową miną. Podszedł i pyta, czemu ja nadziałam, bezbronne chrząszcze tak brutalnie na druty wystające w ogrodzeniowej siatki. Ja, mocno zdziwiona i całkiem niewinna podeszłam z nim do miejsca kaźni i w lot zrozumiałam o co chodzi. 
- Ale to nie ja - Powiedziałam. 
- A kto?
- Gąsiorek. Taki ptak. 
I pokazałam owego rzeźnika tacie w książce - jeszcze nie było u nas internetu.  
Tak o to poznałam na własnej skórze drastyczne metody zalotów dzierzby gąsiorka.  




 Ten ptak, chociaż widywałam go często w okolicy, nigdy nie pozwalał podejść do siebie na tyle blisko, by zrobić mu zadowalające zdjęcie. A jako, że w okolicach bywam dość rzadko, to nie miałam czasu i możliwości na zasiadki i czatowanie. Chciałam go podejść z podchodu:)
Dopiero w tym roku, udało mi się tego dokonać. 




  Z moich obserwacji wywnioskowałam, że najpierw na wiosnę pojawiają się samce w tych swoich maskach. Siadają na wystających badylach i obserwują. Wybierają badyle nieopodal jakiejś gęstwiny, zarośli tarninowych, jeżyniska, czy innych podobnych.  W tej gęstwinie zapewne będzie ukryte gniazdo.


 To bardzo ładny ptak o ciekawych zachowaniach godowych. Samce często, upolowane owady czy jaszczurki, a nawet gryzonie nabijają na ciernie i inne szpikulce by je podsuszyć, jak my kabanosy:) Takie spiżarnie czasem wyglądają dość makabrycznie.
Kilka lat temu szliśmy z mężem na spacer polną drogą i mąż nagle się zatrzymała, a jego mina wyrażała zgorszenie. Spojrzałam tam, gdzie on i od razu zrozumiałam co go tak zniesmaczyło. Przy drodze, na brzegu pola pszenicy rósł sobie młody krzew tarniny. Z przepięknymi cierniami. A na tych cierniach, niczym bombki na choince, ponadziewany wisiały jaszczurki. Różnej wielkości i w różnym stanie rozkładu. 
Wyjaśniłam mu, że to spiżarnia gąsiorka.  



 Panie Gąsiorkowe, pojawiają się nieco później. I widać je zdecydowanie rzadziej. Ze swoim ubarwieniem i tym nieco zakrzywionym dziobem przypominają nieco małego ptaka drapieżnego. No w sumie to są i małe i drapieżne...









Raz jeden udało mi się zobaczyć ich razem. Nie wiem czym wywołana była tam przerwa w obowiązkach rodzicielskich. 


 
 W połowie lata, chyba, pojawiają się podloty. Miałam okazję podglądać je kilka lat temu, jeden jedyny. 



 

wtorek, 8 listopada 2016

Haft cieniowany płaski - tygrys - kolejna odsłona.

Zanim przejdę do, tak zwanego, meritum sprawy, chciałam bardzo serdecznie podziękować za tak miłe przyjęcie mojego rudzika. 
Rzadko piszę, rzadko zaglądam... niestety proces twórczy jest bardzo zajmujący. A jeśli chcę tworzyć to trochę brak mi czasu i okazji na spacery i podglądanie przyrody. Mam co prawda wiele sesji letnich i wiosennych nawet, ale nie mam za to motywacji, żeby do nich zasiąść i utworzyć z tego konkretną historię. No i właśnie tak powstają zaległości. Ech...
No, zatem siedzę w domu w fotelu, z ciepłym napojem, miłą relaksującą muzyką i tworzę. Ci, którzy podglądają mnie na wszechobecnym facebooku, wiedzą jak mi to tworzenie idzie. 
Dla tych co nie popłynęli z prądem współczesnej cywilizacji, albo jeszcze nie "zaznajomili" się ze mną w tym ruchliwym, wirtualnym świecie, zaprezentuję moją twórczość tutaj. 
Sama nie do końca pamiętam na jakim etapie był pasiasty kociaczek, kiedy go tu ostatnio pokazywałam. 
Coś koło tego sądzę. 

No to sporo przybyło, ale była długa przerwa. Jednak doszłam do wniosku, że pisanie co kilkanaście ściegów nie ma sensu. Fajnie jak widać konkretne zmiany. Zgadzacie się?

Zatem tak to się toczyło przez ten ponad miesiąc. 
 


No i się kiciuś uszek dorobił, tylko jeszcze łysych, hihi:)
 O, a nawet bródki:)

 Ostatnia scena przedstawienia, jak na razie. Znaczy od wczoraj znów mu nieco przybyło ale nie mam tych zmian uwiecznionych. Zatem będą na następny wpis.
Powoli, maleńkimi kroczkami zbliżam się do końca, jeszcze dużo pracy prze de mną ale już bliżej niż dalej. 
W międzyczasie, chciałam szybko machnąć raniuszka na surowym lnie i...
I poległam. Nici wątku i osnowy tak grube i zbite, że haft jedną nicią muliny nie dawał ładnego efektu.
Trudno się mówi i działa się dalej.  Ja nadal szukam swojej ulubionej tkaniny do haftu. 
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.