Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

poniedziałek, 22 lutego 2016

Kocie opowieści - nowa zabawka z NaszeZoo.pl

Kilka tygodni temu dostałam maila, od miłej pani Mady ze sklepu internetowego NaszeZoo.pl, z propozycją współpracy. Współpraca ta miałby polegać na przetestowaniu produktu, wysłanego mi i opisaniu wrażeń na blogu. Stwierdziłam, że czemu nie. Oczywiście testerami miały być moje koty, nie ja. 
Paczka przyszła dokładnie w Dzień kota więc moje futra dostały akuratny prezent. Paczka była zaskakująco duża i lekka. Podświadomie oczekiwałam jakichś przysmaków, czy próbek nowych karm, a czekało mnie zaskoczenie. 
Do paczki dołączony był przemiły list skierowany do moich kotów. A w środku fantastyczna zabawka - Szalona ósemka. Bardzo się ucieszyłam, bo gdyby to były jakieś przysmaki to Keira nie miałaby z tego żadnej frajdy bo cały czas ma dietkę lekkostrawną. 
A tak...


Pierwszego wieczoru szalały za piłeczką przez ponad pół godziny, a to jak na moje koty bardzo długo, bo Antek jest nadaktywny, a Keira lękliwa. A tu szalały oba zgodnie i przypominało to trochę grę w piłkarzyki. 
Zdjęcia nie są w stanie oddać tej radości jaką wykazywały bo są statyczne, a zapewniam, że koty były bardzo aktywne. W sumie to właśnie mnie najbardziej cieszy, że Keira najlepiej się bawi. Piłeczka, która się turla po ósemce wydaje dość głośny dźwięk i to dodatkowo motywuje koty do polowania. 

 Jak widać zabawka jest całkiem duża ale bardzo lekka i uważam, że wykonana w bezpieczny dla kocich łapek sposób. Otwory są tak skonstruowane, że nie utknie ani łapka ani pyszczek, bo Antek oczywiście próbował gryźć nowy przedmiot w domu. Jest też jak wspominałam głośna przy aktywnej zabawie, zatem nie polecam zostawiać na noc bo może obudzić. 


Zabawka sprawiła na prawdę i kotom i nam wiele frajdy. Uważam też, że świetnie się sprawdzi przy kociakach, które mają więcej energii i chęci do zabawy. Nawet Ciapek, staruszek się ruszył i popychał piłeczkę, a to rzadkie u niego. 
Ja osobiście jestem bardzo zadowolona z prezentu, dziękuję przedstawicielom sklepu NaszeZoo.pl za trafny wybór towaru do przetestowania. Moi testerzy wystawili bardzo wysoką ocenę i ja się do nich dołączam. Zabawka z powodzenie zajmie nawet kilka kotów na dłuższy czas. A sądzę, że jak nieco im już spowszednieje, to odrobina suchej karmy umieszczona wewnątrz, zachęci je z powrotem do zabawy. 
 Jestem mile zaskoczona trafnością prezentu i tym jak fajna jest ta zabawka, nie spodziewałam się. I jak patrzyłam na internecie to wcale nie jest jakaś specjalnie droga. 
Zatem jak ktoś ma kociaki albo i nawet znudzonego jednego kota to ta zabawka może go rozruszać. Polecam. 
Pozdrawiam serdecznie.  
 
 

sobota, 20 lutego 2016

Moja autoterapia - Ludzie MOCY

Od kiedy przychodzimy na świat, a nawet i wcześniej, jesteśmy otoczeni przez innych przedstawicieli naszego gatunku. No i to jest normalne przecież. Przez pierwszych kilkanaście lat nie bardzo mamy wybór co do tego kto nas otacza, że się tak wyrażę. Rodzina, szkoła, zajęcia pozaszkolne... jedynie czas wolny możemy spędzać w towarzystwie świadomie wybranej przez nas osoby. A i nawet wtedy zazwyczaj nie zdajemy sobie jeszcze sprawy jak ta osoba na nas wpływa, nie słuchany duszy, słuchamy hormonów, emocji, niższych pobudek, lub lęków. 

W życiu dorosłym już więcej mamy w tej kwestii do powiedzenia, inaczej dobieramy przyjaciół - zazwyczaj. 
A jeśli jesteśmy nie tylko dorośli ale i dojrzali i wewnętrznie świadomi, to nasz dobór bliskich jest kompletnie inny. 
I tu dochodzę do sedna sprawy, do moich obserwacji i do moich przemyśleń na temat otaczających mnie Ludzi.  
O wampirach energetycznych i toksycznych przyjaźniach słyszał każdy. A ja do tych haseł chciałabym dołożyć, na zasadzie przeciwwagi - LUDZI MOCY. 
Kim są Ludzie Mocy? To Ci z naszego otoczenia przy których nasze skrzydła dyszy łapią wiatr, nasze serca się grzeją i wyobraźnia zakwita. I nie ważne czy to ktoś kogo poznałaś kilka tygodni temu i jest starszy o dwadzieścia lat, młodszy o piętnaście i z pozoru nic was nie łączy. 

Ale co jeśli po spotkaniu z takim człowiekiem czujesz, że kochasz swoje życie i jesteś wspaniała ? A po rozmowie z wieloletnią przyjaciółką, jesteś zmęczona, przygnębiona i poirytowana? 
Może się wydawać, że przyjaciel z lat szkolnych, z którym łączy was wiele wspólnych rozmów, przeżyć, przygód już zawsze będzie najlepszym z towarzyszy.  Ale z doświadczenia wiem, że kiedy ma się te kilka czy kilkanaście lat to nie wybiera się najrozsądniej, a z i wiekiem ludzie się zmieniają, charaktery się klarują i taka przyjaźń bywa czasem co najmniej nieciekawa i niezdrowa. W moim przypadku tak właśnie było i to o dziwo dwukrotnie. Jaki dziewczynka nie umiałam tego ocenić, a potem przyszło przyzwyczajenie i swego rodzaju uzależnienie. I czy powinnam się czuć winna, że ktoś kogo znam od piątego roku życia jest "przyjaciółką" przez zasiedzenie? Bo po każdym spotkaniu mam kaca i nerwa. I coraz rzadziej mam ochotę dzwonić do tej osoby, kontaktować się czy nawet o niej myśleć. 

A zdecydowanie chętniej "wykręcę" numer niedawno poznanej kobietki i z nią pójdę na kawę z ciachem. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, nie porzucę przyjaciółki bo harmonizujemy ze sobą, tak jak nie opuszczę nikogo z rodziny, chociaż czasem bardzie nie po drodze. Ale kiedy nie jestem potrzebna to wolę ładować baterię z Ludźmi Mocy.
Nie wiem czy rozumiecie o co mi chodzi. Moimi Ludźmi mocy są, pomijając męża, bo jest Aniołem... Mam tu ogromne szczęście. Ale To blogowa przyjaciółka, już nie tylko znajoma, ale właśnie przyjaciółka i chociaż nie zjadłyśmy ze sobą beczki soli i nawet nie myślałyśmy o kradzeniu koni, to... Wiem, że jak mi ciężej na sercu to po pięciominutowej rozmowie z nią, promień jej serca ogrzeje moje i będzie już dobrze. Mam nadzieję, że działa to w drugą stronę, bo nie chciałabym być nieświadomym wampirem. 

To przybrana siostra moje męża, podsuwająca mi motywujące nagrania i lektury, dzięki którym się wewnętrznie rozwijam, kobietka o dobru wypisany na twarzy, z którą na pierwszy rzut oka nie mam nic wspólnego bo i osobowości kompletnie inne i zainteresowania odległe. Gusta również, a jednak... Ona ma Moc, a ta Moc mnie wspiera. I jak tylko mogę to pragnę ją obdarzyć swoją miłością.
To moja Szwagierka,  po rozmowie z którą mam energię do działania. Energiczna i bezpośrednia ale zawsze uśmiechnięta chociaż wiem, że nieraz wylewa potoki łez.
To moja przyjaciółka z pierwszej terapii, o której wiem tyle ile nie wie chyba nikt. A i ona o mnie też niemal wszystko i takie rzeczy, jakie można dowiedzieć się tylko na sesjach. Ale to nas zbliżyło i jako jedyne nie tyle utrzymujemy kontakt, ale na prawdę się świetnie kumlujemy. 
To nawet mama znajomej, którą widziałam trzy razy w życiu, a która swoim światłem przyciągnęła moje serce do siebie niczym ćmę. 
Co takiego jest w tych kobietach. Jedne są ze mną związane poprzez podobne zainteresowania, inne kompletnie z pozoru niepodobne, a jednak wszystkie mają coś wspólnego. Wzajemnie dajemy sobie Moc. Siłę, wsparcie i świadomość tego, że nie jest się samemu na świecie. 
To kobiety o głębokiej samoświadomości i chęci do kochania życia pomimo, że było dla nich ciężkie. Łagodne i kochające, pragnące miłości i dające ją. 

Może to zabrzmi egoistycznie ale jak mam możliwość do wybieram towarzystwo Ludzi Mocy, zamiast egocentrycznych, skupionych na swoim nieszczęściu jednostek, rozsiewających wokół siebie marazm i zniechęcenie, albo co gorsze wrogość i nienawiść. Takie znajomości nie przynoszą żadnych korzyści ani jednej ani drugiej stronie. I chcąc chronić siebie, unikam ich nawet jeśli to oznacza ograniczenie do minimum, kontaktu z wieloletnimi znajomymi. A kiedy jak wprowadzam takie ograniczenie to okazuje się, że ta druga strona jakoś nieszczególnie tęskni i kontakt się urywa. A to oznaczy tylko tyle, że nie było to dobre zestawienie i nie miało prawdziwej wartości. 
Nie zmienię nikogo, mogę zmienić siebie, a jeśli to za mało to mam tę cudowną rzecz - nogi, mogę odejść. 
I właśnie takie świadome odchodzenie od tych, którzy są koło mnie ale są niezdrowi i nie widzą w swoim trybie bycia nic złego, jest moim wielkim krokiem do samouleczenia. To jak rzucenie kolejnego zgubnego nałogu. I jest w sumie podobnie trudne nieraz. A czasami jest tak proste, że aż śmieszne po wykonaniu tego kroku. 

Ale odkrycie potęgi Ludzi Mocy było dla mnie czymś niezwykłym. Dziękuję im i Wszechświatowi, że mogłam się na nich natknąć i poznać. I wam wszystkim, życzę aby znalazł swojego Ludzia Mocy albo i dwóch i był dla nich też dawcą dobrego. 
A za kilka dni relacja z tego jak spędziły moje koty swoje święto - dostały fantastyczny prezent. Zapraszam.

środa, 17 lutego 2016

Kocie opowieści - Światowy dzień kota i miesiąc Antka

Luty to w tym roku miesiąc podwójnie koci. Po pierwsze dla tego, że w tym miesiącu obchodzimy święto kotów. Dnia dzisiejszego jest ŚWIATOWY DZIEŃ KOTA. 
A po drugie to jest to miesiąc Antka. Nasz Czarnuszek jest bohaterem lutego w kalendarzu Gosianki Zza moich drzwi oraz Hany z Pastelowego kurnika. 
 Prawda, że słodki z niego rozrabiaka. 
A teraz prezentuje się tak.


 Ale żeby nie było, że tylko Antek świętuje reszta kociaków też się pokaże:)



Na koniec opowiem wam zabawną historię sprzed kilku dni. Ponieważ Keira czasami ma lekkie nawroty swoich brzuszkowych rewolucji stale trzymam rękę na pulsie. I jak tylko zauważę wzmożone wymiotowanie zaczynam reagować. I w ubiegłym tygodniu zareagowałam wycieczką do Rossmanna po specjalne mięsne dania dla niemowląt. Nie jest tanie, ale jest bardzo delikatne i lekkostrawne więc kiedy Kicia ma gorszy czas kilka dni dostaje takie papu oraz leki i wszystko wraca do normy. 
Kiedy podeszłam do kasy pani się mnie pyta czy mam kartę "rosnę". Ja odpowiadam, że nie i że nie wiedziałam że coś takiego mają, a ona do mnie, że to kiedy maluszek coś tam... A ja jej na to że to nie dla dziecka, że to dla kota. 
Żebyście widzieli jej spojrzenie... Wymowne jak diabli. 
Cóż wolę wydać 20 zł na cztery słoiczki niż 40 u weterynarza. Zwłaszcza, że nic poza tym co robię mi nie poradzi bo dokładnie mnie już poinstruowano. 
Tak czy inaczej w moim Rossmannie jestem uznana za wariatkę kocią i nic sobie z tego nie robię. 
A wam życze samych dobrych chwil i zdrowych pupili.

piątek, 12 lutego 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Rudziki, gwałty i działkowy kot

Może i was nieco zanudzę tą przyrodą ale trudno, mnie ona nigdy nie nudzi i mogę o niej bez przerwy gadać i pisać. Oraz podziwiać jej piękno. Zatem zapraszam ponownie do świata Polskiej przyrody.
Pamiętacie moje spotkanie z przystojnym panem kosem? Tym co dla mnie tak pięknie śpiewał. Jak ktoś nie bardzo pamięta albo mu umknęło to zapraszam TU
Spacer ten zdominowany, co prawda przez kosa obfitował też i w inne spotkania. Największą radość sprawił mi ten mały i delikatny ptaszek, co nagle wylądował na kwitnącej wiśni tuż przede mną. 
Niestety nie chciał się brzuszkiem do mnie obrócić. A jego piękna, ruda pierś to coś co chciałabym pokazać. Rudziki to ptaki, które pięknie śpiewają. Ich donośne gwizdy i melodie często słychać w parkach i zagajnikach. Ale mało kto rozpoznaje że to właśnie rudzik. Sama kiedyś zaskoczona usiadłam na ławce wsłuchana w piękny śpiew. I dopiero gdy uniosłam wzrok na korony drzew, ujrzałam rudzika nad sobą. Wspaniale śpiewał. 

 Rudzik nie pozwolił mi się delektować swoim pięknem długo. Posiedział dosłownie pół minuty i zniknął gdzieś w zaroślach. Ale obiecałam sobie że wrócę tam. I może nawet zbiorę się niedługo, jeszcze na przedwiośniu. Rudzika o tej porze może nie spotkam, ale inne ciekawe ptaki.
Oprócz tego  nieśmiałego ptaka, natknęłam się na pręgowanego kota. 
 Po przyciętym koniuszku ucha poznaję, że to najprawdopodobniej wysterylizowana kotka. Na zagłodzoną też nie wygląda, ma zdrowe i ładne futro, lśniące, czyste oczy i ewidentnie traktowała mnie jak intruza. 
 Ale miło było zobaczyć to stworzenie, w dobrym stanie i dobrej formie na działkach, gdzie chyba ktoś o nią i inne koty dba. 
Nieopodal, już w bardziej zadrzewionej części parku, moją uwagę przyciągnęły buszujące sikory. Jak to na wiosnę bywa, zapracowane i nerwowe, skupione na zalotach, budowie gniazda czy wysiadywaniu już jaj. Jedna z nich tylko zatrzymała się na tyle bym miała okazję unieść aparat do oka. 

A potem przefrunęła na niższą gałązkę i pokazała mi wydatnie, gdzie ma mnie i moje fotografowanie.
No i jak ja się miałam poczuć po czymś takim? No jak?
Poszłam więc stamtąd jak niepyszna i zaczaiłam się na sójkę buszującą w rozrytej przez traktor trawie. Mimo, iż była zajęta wydobywaniem z mokrej gleby smakowitych kąsków, to bardzo czujnie pilnowała bym się nie zbliżyła zanadto.
Pozwoliła sobie zrobić jedno, pamiątkowe zdjęcie i odfrunęła jak ten rudzik i ta sikora gdzieś, gdzie uznała za stosowne. Poczułam, że tylko ten kos, co to tak do mnie arie wygwizdywał nie miał mnie w głębokim poważaniu... 
Poczłapałam zatem, nieco już zmarznięta w stronę zajezdni. A nad rzeką, Widawą, Oławką albo tą trzecią małą, co przez Wrocław przepływa... nie wiem jaka to, byłam świadkiem czegoś strasznego. 
Normalnie gwałtu. 
Idę i patrzę, a w wodzie coś się szamocze, coś wydziera, szarpie i chlapie. Podchodzę bliżej, a tam...

Na początku myślałam, że to dwa samce ze sobą walczą ale za chwilę widzę trzy zielone łebki. A jeszcze zaraz dostrzegłam to!

Główkę przerażonej samiczki. One we trzech ją napastowały dranie! Ja nie wiedziałam, że kaczory są takie bezwzględne... 
No i jak w końcu ona się im wyrwała, a one się zajęły walką ze sobą to mogłam spokojnie odejść. 

niedziela, 7 lutego 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Gile, grubodzioby i maleństwo wśród liści.

Zakochałam się w Grubodziobie po tym, jak miałam okazję go sfotografować kilka tygodni temu w Dziczy. Wiem, że to płochliwe i dość skryte ptaki i nie spodziewałam się, że spotkam go tak szybko i to w mieście. Nie zawsze mam okazję pojechać do Dziczy, kiedy mam ochotę. A wczorajsza pogoda wyrwała mnie z domu. Pomknęłam do jednego w wrocławskich parków. I nie zawiodłam się. W parku czuć było wiosnę na każdym kroku. Słońce, kilkanaście stopni wystarczyło, by ptaki się obudziły z letargu i ochoczo przystąpiły do poszukiwań jedzenia. 
I tak chodząc po zaroślach tarniny, głogu i wielu innych jeszcze krzewów i drzew, zobaczyłam go wysoko w koronie.  




 Siedział na gałęzi i obserwując mnie jednym okiem, zajadał się pąkami. Był pochłonięty jedzeniem i wydawał przy tym dziwne skrzeczące dźwięki. Nie wydawał się płochliwy, ani skryty. Jednak siedział wysoko i nie łatwo było mu zrobić dobre zdjęcie. 
Spacerując dalej usłyszałam dziwne kwilenie gdzieś w górze. Podążając za tym dźwiękiem, wyławianym spośród jazgotu sikor i kosów, trafiłam na taką damę:

 Też niestety siedziała niemal całkowicie nad moją głową i jak się chciałam przemieścić to odleciała. Ale w gęstwinie dostrzegłam czerwoną plamę. Tak, siedzi tam pan Gil. 

 Bardzo żałuję, że mniej więcej w tym czasie zaczęła mi padać bateria w aparacie. Bo chętnie pochodziłabym jeszcze po parku i zapewne natknęła się na niego jeszcze raz. I może byłby odwrócony brzuszkiem. Tak czy inaczej to jest mój pierwszy sfotografowany pan gil. A panią uwieczniłam po raz drugi po pięciu latach. 
A skoro mowa o pierwszych razach to poszczęściło mi się. Zanim trafiłam na pięknego gila, w suchych liściach złamanego dębowego konaru, coś maleńkiego zwróciło moją uwagę. 
Bardzo trudno było wypatrzeć małego brązowawego ptaszka wśród tych liści.  Zanim go dostrzegłam dość długo wpatrywałam się w tę gęstwę. I nagle go dostrzegłam. Ale był ruchliwy. 


 To oliwkowe, jak się okazało, maleństwo to mysikrólik. Zdarzyło mi się widzieć go kilka razy ale nigdy nie zrobiłam mu zdjęcia. Jakiś czas temu uwieczniłam jego kuzyna, zniczka w Dziczy. A wczoraj udało mi się z mysikrólikiem. Cieszę się, że te gatunki są dla mnie dostępne kilka przystanków tramwajem od domu. 
 Gdyby nie to, że przepłaciłam bólem pleców wczorajszy spontaniczny spacer to dziś też bym pojechała bo ładna pogoda. Ale ledwo się ruszam, smaruję i masuję. 
Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze. Miłej Niedzieli.

środa, 3 lutego 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Bobry, ryjówka i mój pierwszy grubodziób"

Nawet w dziczy zima coraz rzadziej jest na prawdę zimowa i biała. Ale ostatnio udało się trafić na odrobinę śniegu oraz mrozu i aż milej się spacerowało. Wracając z takiego spaceru zatrzymałam się jak zwykle nad Strumieniem, ciekawie rozglądając za drobnicą. I zobaczyłam za naszej leszczynie coś nieco większego od sikory czy mazurka. Patrzę, a to grubodziób. Uradowana pokusiłam się o pierwsze zdjęcia nowego gatunku na mojej skromnej jeszcze liście.
Zdarzało mi się tego ptaka już spotykać wcześniej, rzadko bo rzadko ale jednak. Natomiast nigdy nie miałam szczęścia aby go uwiecznić. A i oglądać go miałam okazję też tylko zimą, nie wiem gdzie one się podziewają latem? Podobno tylko nieliczne zimują u nas.
 To jak widać ładny i ciekawy ptak, wielkości szpaka - może nieco grubszy. To nasz największy łuszczak. 

 Widać jaki ma mocny dziób. To nim rozłupuje liczne większe nasiona i pestki, buczynę czy nasiona drzew iglastych. Jestem zadowolona, że miałam okazję sfotografować tego pięknego ptaka. Szkoda tylko, że warunki były nie najlepsze bo zdjęcia mogły by być ładniejsze. 
To mi przypomina, że muszę sprawdzić co się dzieje z moim obiektywem, bo mam wrażenie że coś szwankuje. Pomiar światła świruje i zaczął mydlić na najdłuższym końcu. A kilka dni temu znalazłam w necie moją nową miłość. Teleobiektyw o ogniskowej 150 - 600 mm, dwa razy dłuższa niż ta, która mam teraz. I nawet nie taki strasznie drogi jak na te parametry. Kilka lat zbierania i będzie nowa zabawka:) He he, tylko że to ciężka zabaweczka. 
Eh, marzenia...
A wracając do tematu... bobry.
Samych gryzoni nie miałam okazji zobaczyć bo nie było czasu. Podobno pojawiły się bardzo niespodziewanie nieopodal Dziczy i zrobiły sobie rozlewisko. Najpierw nie chciałam wierzyć mamie, że to sprawka bobrów, bo nigdy ich w okolicy nie było. 
Ale znalezione na miejscu dowody nie pozostawiły żadnych wątpliwości. 


To charakterystyczne ślady, zostawiane przez bobry. Całkiem sporo sobie wycięły młodych olch. Ale jeszcze więcej im zostało. Ciekawe jak to się będzie dalej rozwijało i jakie będzie miało konsekwencje dla naszej działki. A czemu? A no bo osiedliły się jakieś trzysta- czterysta metrów w górę, naszego Błoćca. Tego do którego wpada Strumień Leśny, nad którym fotografowałam zaskrońca i nornice. I jak to u bobrów bywa - zrobiły sobie tamę.
 To jet najwyższe spiętrzenie, pierwsze z trzech. Bliżej są dwa mniejsze ale to na zdjęciu podniosło poziom Błoćca o ok 1,2 metra i spowodowało że rzeczka wylała na pobliska "łąkę". No bo to już nie jest łąka tylko raczej nieużytek zarastający czym popadnie. 
Będę chętnie zaglądać tam podczas wypraw do Dziczy i może kiedyś uda mi się uwiecznić konstruktorów. 

 Tu ewidentnie wchodziły pod lód. Nie znalazłam żeremia bo nie miałam jak przejść na drugą stronę Błoćca.
W naszym ogrodzie natomiast natknęłam się na maleńkie znalezisko. Ryjówkę. Niestety martwą. 

To na czym leży to słupek od kompostownika. Ryjówka nie jest gryzoniem, ale małym owadożernym drapieżnikiem, który musi zjeść dziennie tyle ile sam waży albo zemrze z wycieńczenia... I ta chyba nie znalazła wystarczającej ilości pokarmu. Przykre, ale tak też czasem się dzieje. 
Na koniec spaceru modraszka:

I zimowa Nora, chociaż ona będzie miała swój osobny post.
Upasła się nieco na wikcie rodziców... 
Nora kilka dni po przybyciu do nas ze schroniska:
Chciałoby się rzec - modelka z talią osy...


 Nora pół roku na wikcie Mamy Krysi. 
I nie! To nie jest futro. Owszem odrosło dłuższe i lśniące ale to tłuszczyk ją tak zaokrąglił, co nie zmienia faktu, że tak radosnego psiaka to dawno nie spotkałam. Apetyt ma nadal schroniskowy i oto efekty:)

Pozdrawiam was serdecznie.