Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 29 marca 2016

Moja autoterapia - z larwy w motyla... nie, raczej w poczwarkę.

Nie było mnie. Dość długo, chociaż już wcześniej zdarzały mi się takie przestoje. Tym razem przerwa spowodowana była bolesnym przepoczwarzaniem. Każdy wie jak to u motyli bywa, że najpierw są nieszczególnie ładnymi gąsienicami, a potem w jakiś magiczny sposób przemieniają się w te barwne, latające stworzenia. Niewielu wie, jak skomplikowany fizjologicznie jest to proces zwany metamorfozą. 
No i właśnie gąsienica JA zwana na potrzeby tego wpisu LARWĄ MARYSIĄ nieskromnie obwieściła jakiś czas temu całemu światu że jest już pięknym motylem! O jakże próżna, zbyt dumna i niepokorna okazała się Larwa Marysia. O jakże się ona myliła... 
Bo nagle, kiedy pokazując światu swoje piękne skrzydła lśniące w promieniach wiosennego słońca, chciała się wzbić w swój pierwszy, prawdziwy i wolny lot...
Tragedia! Katastrofa! Dramat. I olśnienie!
Nie ma skrzydeł, ba... nie ma nawet zawiązków skrzydeł. Niewiele by brakowała, a naiwna Larwa Marysia spadłaby w wierzchołka pięknej rośliny na nieprzyjazną glebę i się potłukła. Na szczęście nie spadła ale cofnęła się i ... 
Okokoniła w bezpiecznym miejscu. Teraz jest to Poczwarka Marysia, która siedzi w swoim bezpiecznym kokonie i czeka, przekształca się, pracuje i myśli. 
No, w dużym skrócie tak to ze mną obecnie wygląda. A jak ktoś nie zrozumiał tej zawiłej przenośni to może inaczej. 
Pisząc jakiś czas temu o swojej przemianie wewnętrznej, światopoglądowej i duchowej popełniłam grzech pychy. przekonana byłam, iż osiągnęłam szczyt ogromnej góry. I gdy tak stałam już na tym szczycie, dumna i blada w promieniach chwały spadł na mnie cień.
I zobaczyłam, że to cień prawdziwej góry którą mam do zdobycia. A ja tak na prawdę to wypełzłam dopiero, z wielkim mozołem ze swojego dołu. 
O jaka mnie pokora opadła. Jakie olśnienie... Ile pracy przede mną, ile wysiłku jeszcze, jak daleka droga. A wierzchołka nie widać, mgła go zasłania. Usiadłam nad swoim dołem pod swoją górą i zaczęłam dumać. 
Teraz pełna pokory zdałam sobie sprawę, że zbytnia pycha i nadmierna pewność siebie były oznakami oszukiwania się wynikającego w ogromnego pragnienia bycia już na szczycie. A teraz trzeba powoli, krok za krokiem podążać ku szczytowi nie skupiając się na nim, lecz na każdym kroczku i z każdego się cieszyć. A z każdego upadku wyciągać wnioski. 
Dumna jestem ogromnie bo wypełzłam z dołu i dojrzałam światło. I dumna jestem bo choć w pierwszej chwili góra mnie przytłoczyła to jednak nie wystraszyłam się jej i podjęłam wspinaczkę. To strasznie trudna droga ale już wiem jak iść bo w sumie to z dołu wychodziło się podobnie, ale było ciemniej. 
Nawet nie przeraża i nie zniechęca mnie myśl i świadomość, że mogę nigdy nie dość do wierzchołka, że mogę się tylko do niego zbliżać. Wspaniała będzie już sama wspinaczka. A jak już będę myśleć że jestem na szczycie to się uważnie rozejrzę, bo może to tylko fragment, półka skalna i już pokorniejsza będę szła dalej.
 

niedziela, 13 marca 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Doktor stukacz

Chyba każdy z nas, już jako dzieciak w podstawówce, a może nawet i wcześniej słyszał o tym ptaku. Najczęściej określanym w tamtym okresie jako "lekarz drzew". I nic więcej o nim nie mówili, tylko, że jak słychać w lesie stukanie to znaczy, że lekarz drzew działa. 
No wiadomo, że mowa o dzięciole:)
Nigdy się nie zastanawiałam nad prawdziwym sensem tego określenia, czy one faktycznie leczą zaatakowane przez szkodniki drzewa czy to tylko tak ładnie wygląda. 
Mój dzięcioł przylatywał do nas najczęściej zimą. Na słoninę wystawianą sikorom przed mojego tatę. Nie stukał wtedy i ogólnie zachowywał się raczej cicho.


 Z racji swojej wielkości i charakterystycznego umaszczenia trudno go było nie zauważyć jak się już obserwowało ogród. Najpierw przysiadał na pniu wierzby i rozglądał się. A potem skokami posuwał w górę. Aż dotarł do źródła pożywienia.
Czasami też przylatywał do miseczki ze smalcem konkurując z innymi chętnymi. 


Wiosną i latem częściej go słyszałam, że widziałam ale jak już stukał to czasem udawało się go zlokalizować. Nawet nieraz był na tyle niewysoko, by fotografowanie miało jakiś sens. 
 W zimowe dni, niezależnie od aury, nie był sam w zawodach do smakołyków. Pomijając już zawsze obecne sikory i kowaliki to jego największym i najgroźniejszym konkurentem była sójka. 



Sikor się nie bał, tak jak i kowalików. Ale sójka potrafiła go przegonić od miseczki z tłuszczykiem. 
 W ogrodzie, jeszcze kiedy tata dokarmiał bywało wiele gatunków ptaków. Poza sikorami, mazurkami, kowalikami, pojawiały się zięby, trznadle, czyże, strzyżyki, makolągwy, grubodziób czasami, zniczek, raz mi się pokazał, kosy, krogulce, ostatnio srokosza widziałam, raniuszki oczywiście. 
A za płotem na chwastach gile...

Za oknami raczej ponuro zatem wiele słońca wszystkim życzę.

poniedziałek, 7 marca 2016

Mój makro świat - Kryształowy świat

No i co ja mam teraz począć? Siedzę i przeglądam, przeglądam i przewijam i sortuję... i wzdycham ciężko i boleśnie. A co jest powodem mojego zmartwienia? Otóż zdjęcia, a tak konkretnie to ich ilość. No bo w sobotni poranek tydzień temu, skoro świt pomknęłam ochoczo, zwabiona pięknymi widokami na Moją Łąkę i w niespełna półtorej godziny pstryknęłam ponad dwieście fotek, a dokładnie to 226. 
Wszystkie ukazują piękno oszronionej natury... No przecież nie wrzucę ich tu wszystkich...  Zatem siedzę, wzdycham i wybieram, a prawie każdej odrzuconej mi żal. Ale cóż, takie życie:)
Tak, więc już wiecie, że będzie o szronie. Tak jak mniej więcej rok temu. Myślę, że nie obejdzie się bez corocznej orgii szronowej. Po prostu to jest zbyt piękny obiekt do uwieczniania bym potrafiła się powstrzymać. 
A jak za oknem o poranku taki widok?

 To szybko się ubrałam i migiem za płot. Zwłaszcza, że okazja się najprawdopodobniej nie powtórzy już w  tym sezonie. Wiosna za pasem, a ja rzadko w Dziczy ostatnio. No i jak przy bliższych oględzinach zobaczyłam takie cuda...
To szybko zmieniłam obiektyw i do dzieła. Światło sprzyjało i mogłam się pobawić. Czułam to pulsowanie w koniuszkach palców i dreszcz podniecenia:)



Kryształki były dość duże i wszystko się wydawało kosmate. Świetnie to widać na liściach traw z ubiegłego lata. 




Albo na kotkach leszczyny czy suchym liściu samotnego dębu. Ten dąb to tak znienacka wyskoczył nagle na tej łące, chyba poświęcę mu osobny post.



W fotografii makro kręci mnie nie tylko to, że mogę na prawdę z bliska pokazać maleńkie okruchy świata, ale też możliwości zabawy światłem i głębią ostrości jakie daje takie szkło. Efekty są nieraz tak cudowne, że aż się wzruszam. Nieskromnie powiem, że to najtrafniejszy prezent jaki mógł mi sprawić Szparag. Dziękuję kochanie!




 Takich efektów nie otrzymałabym, gdybym się ustawiła z drugiej strony tej rośliny. To właśnie jest najfajniejsze, przygoda i ocenianie efektu. Szron jak i rosa dają rozbłyski, co dodaje wspaniałego uroku fotografiom. 



Sądzę, że niemal każdy element natury można ciekawie i ładnie pokazać w odpowiednich warunkach czy z pomysłem. A jak się znajdzie jeszcze fajny obiekt to już zabawa na całego. 




I nawet kiedy myślę, że już przecież w ubiegłym roku pokazywałam zdjęcia szronu, to zawsze zdarzy się coś co mnie zaskoczy i będzie nowe. Nie umiem opisać tego uczucia, które wtedy mnie wypełnia, to radość w najczystszej postaci. 

 No ale przy takiej pogodzie jaką miałam to szron był krótkotrwały bo słonko ostro prażyło, jak na tę porę.


 Skierowałam się zatem powoli do domu, na śniadanie gdy spostrzegłam coś ciekawego. O tym właśnie pisałam wcześniej. Niby nic, ale coś nowego. Na kłodach, które mój tata położył by wyschły pod płotem od wschodniej strony ogrodu, ciekawe widoki mi się pojawiły. 




Nie będę trwonić słów, obrazy mówią same za siebie. Ja tylko uprzedzam, że będzie jeszcze jedna opowieść o tym spacerze. 
A potem będę polowała na rosę:) 
Miłego dnia i życzę by każdego z was spotkało coś miłego. Pozdrawiam i do zobaczenia niebawem.