Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

piątek, 24 czerwca 2016

Przerwa wakacyjna

No co tu dużo pisać?
Znikam na jakieś dwa tygodnie, jadę ze Szparagiem na wakacje byczyć się nad ciepłym morzem. 
Już się cieszę z tego wspólnie spędzonego czasu bez telefonów z pracy. Jedynie za kotami będę tęsknić, ale zostawiam je w pewnych i bezpiecznych rękach.
Jako, że celem naszej podróży jest piękna Chorwacja to podejrzewam, iż zdjęć będzie dużo. 
Zatem życzę wam wszystkiego dobrego i do zobaczenia za kilkanaście dni. 

wtorek, 14 czerwca 2016

Dla odmiany - serwetki

No właśnie, żeby nie było, że zapomniałam jak się igłą posługiwać, to pokażę co popełniłam na przestrzeni dwóch lat... He he, niby duży odcinek czasu. 
A tak to tylko dwa bieżniczki, jedna serwetkę i połowę dużej serwety. Ale zacznę od tego co pierwsze. 
Otóż jak na samym niemalże początku prowadzenia tegoż oto bloga chwaliłam się, że rozpoczynam przygodę z nową dla mnie techniką - haftem Richelieu, którym zaraziła mnie szwagierka. Na początku jak podpatrywałam jej pracę to wydawało mi się to mało dla mnie ciekawe z racji zerowej inwencji własnej. Ot, jest wzór i jedziemy. Ale podobały mi się efekty końcowe. No i postanowiłam spróbować. Popełniłam zatem swój pierwszy bieżnik, nieskomplikowany, bo nie umiałam robić jeszcze kluseczek, zwanych przęsełkami. 
 No, uprzedzałam, że wzór prosty. Ale tak mi się podoba. A to na nim nauczyłam się i wyćwiczyłam rękę. Kolory są całkiem przypadkowe, ponieważ pracowałam na resztkach. Ale w sumie to efekt nie jest najgorszy. 

Oj, poleżała ona ze dwa lata w szufladzie...
Z końcem tamtego roku zaczęłam i dwa miesiące później skończyłam drugi bieżnik. Już nieco bardziej skomplikowany.  


Wzór ładny, przyjemny, dość szybki ale...
No po praniu okazało się, że materiał wybrałam marny. No i się nie chce menda doprasować.  I jeszcze gdzieniegdzie nitki do wycięcia pozostały. Jestem nieco rozczarowana. Ale wychodzę z założenia że człowiek się uczy na błędach:)
 
A teraz mój gnieciuch. 
 Wygląda strasznie, nie? Jak psu z gardła wyjęta. No ale jest w trakcie pracy więc prasowanie dopiero przed nią. Mam ponad połowę. Rozmiar... 125 na 60 cm. Bo większych nie było. 


 Ten materiał to czysta bawełna, zatem wiem jak będzie się prasował. Kolory dobrane pod nasz salon, a rozmiar do ławy. Już się boję wycinania:) 
A czemu zasiadłam do tej techniki? Bo jest bardzo relaksująca i nie wymaga skupienia. Zatem kiedy mam ochotę bezmyślnie pomachać igłą to jest to idealne. I mogę wyszywać wszędzie. 
Post powstał, żeby nie było tylko o przyrodzie, bo nie tylko nią żyję.
Zdjęć mam setki, a jakoś się nie mogę zebrać do pisania. 
Na koniec jeszcze, kociaki. Wszystkie na szczęście zdrowe, z apetytem, w dobrych nastrojach. 
Antek rośnie, teraz już nieco w szerz... pyszczek mu się zmienia, mężnieje. Uspokoił się odrobinę, nadal szaleje zwłaszcza po opuszczeniu kuwety... i świetnie poluje na muchy. 

 Ciapek, bez zmian, gruby, puchaty i przepełniony cierpliwą miłością. Matkuje młodym mimo, że czasem oboje się na nim wyżywają. 
A Keira, wymiotuje już tylko kiedy jej się kłak uzbiera, czyli jakoś tak raz na dwa tygodnie, ma piękną gęstą sierść, gruby ogon. Jest malutka ale nabrała ciałka. I pewności siebie. Już nie jest tak płochliwa jak była. A apetyt ma za dwóch. 
 Bardzo się cieszę, że te moje futra są zdrowe, że się bawią i mogę je wymiziać kiedy poczuję potrzebę bliskości. 
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

 


 

piątek, 3 czerwca 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Dwie wojny

Jestem wielkim i zagorzałym przeciwnikiem wojny w każdej postaci. Te wielkie to chyba tylko tym co na nich zarabiają i mają szatana w sercu, nie przeszkadzają, a te małe, międzyludzkie, szkolne, związkowe czy nawet te same ze sobą... też są mi wrogiem. 
Ale czasem bywa tak, że taki mały konflikcik, może mieć swoje niewielkie pozytywne aspekty. I niby jakie to aspekty, zapytacie.
No takie, że czasem idzie się przez las, na spacer z chęcią do fotografowania i nic się nie dzieje. Bo i pora już nie ta i wiatr głowę urywa więc się wszystko gdzieś zaszyło... 
A tu na stawie raptem dwie krzyżówki i kilka leniwych łysek.

 
No chyba każdy spotkał łyskę. No nic ciekawego, można powiedzieć. A tu nagle ja się patrzę, a one jakieś dziwne pozy zaczynają przyjmować.
 
 

 Puszyć się, skrzydła rozkładać i tak "tokować" do siebie. Nigdy jakoś szczególnie nie obserwowałam tych ptaków więc to zachowanie było dla mnie nowe.
I nagle...


Nastąpił błyskawiczny atak, z chlapaniem woda i trzepotem skrzydeł.
A potem nagle rozejm. Chwila spokoju. I dziwne pozy.



I po tym tańcu znów chlapanie i atak.


A po kilku dosłownie, sekundach rozeszły się, czy też raczej rozpłynęły zupełnie spokojne. 
 
 
Nie mam pojęcia o co chodziło, kto wygrał i czy w ogóle to była wojna ale dla mnie tak wyglądała. 
Zachęcona ta wartką akcją poszłam dalej, do lasu. 
No, a tam  pusto, cicho i wietrznie. 
Ale pod nogami dostrzegłam kolejną małą wojnę. 
 



 
 Tu już nie ma wątpliwości co jest przedmiotem konfliktu. Te dwie pracujące ciężko mrówki walczyły o ten sam kawałek patyka. Tylko czemu? przecież chyba do jednego mrowiska go niosą, może chodzi o to że kto przyniesie coś fajnego to jakąś premie dostanie?
Po minucie szarpania, jedna stwierdziła, że jest mądrzejsza i poszuka sobie własnego patyka.  
 

 
Tak oto ja, przeciwniczka wojen wszelkiej maści uwieczniła dwie, a ich wystąpienie urozmaiciło mój spacer. Dało też temat do tego wpisu.  No i właśnie to jest ten chyba jedyny pozytywny aspekt konfliktów, oby bezkrwawych. 
Do następnego kochani.