Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

środa, 27 lipca 2016

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - zapracowani rodzice

Od dawna wiadomo, że w przyrodzie rodzice zazwyczaj z wielkim oddaniem opiekują się swoim potomstwem. pomijam te strategie rozrodcze polegające na milionach młodych pozostawianych samym sobie. Ja tu mam na myśli te cierpliwie i z poświęceniem budujące gniazda, wysiadujące jajka, a potem karmiące dniem i nocą swoje potomstwo.
No i właśnie miałam okazję kilka takich mam podziwiać w akcji. Siedziałam, jakiś miesiąc temu przy ognisku, pod wieczór i czekałam na resztę rodziny. Rozglądałam się po otoczeniu i kątem oka dostrzegam jakiś ruch po prawej przy kompostowniku. 
Skupiłam się na tym miejscu i po kilku chwilach zobaczyłam małego gryzonia dyskretnie przemykającego miedzy ścianką kompostownika, a oparta o niego taczką. Po bliższym przyjrzeniu się rozpoznałam mysz polną.



Na granicy cienia zatrzymywała się czujna i po chwili w kilku skokach znikała w grządce malin. Tam buszowała przez kilkanaście sekund i wracała do zacienionego przystanku pod taczką, taszcząc suchego liścia. Ciekawiło mnie po co ona to robi. Suchy liść dębu to ani smakołyk ani nic ciekawego do wyściełania gniazdka, ale co ja tam wiem o gustach myszy polnych.



Wspinała się na dwie pierwsze deski kompostownika i znikała w jego zawartości. Tak ciekawa byłam co tam się dzieje, że dyskretnie przeszłam w inne miejsce, żeby się przyjrzeć.





W ubitej już pod ciężarem odpadków organicznych, skoszonej wiosennej trawie wydrążony był mały korytarz w którym znikała co kilka minut mysia mama. Jestem pewna, że gdzieś tam w głębi była przytulna jama z małymi. Jedyne co mnie dziwiło to fakt tego, że zbierała same suche i twarde liście dębu. A potem sobie przypomniałam, że raptem półtora metra dalej w świeższej trawie wyrzuconej z kosza kosiarki znajduje się inny otwór, a w nim już kilka razy widziałam zaskrońca.
No cóż... mało bezpieczne sąsiedztwo.



Mam gorącą nadzieję, że obyło się bez mordów po sąsiedzku.
A rano dnia następnego przez okno mogłam podziwiać inną zapracowaną i równie ostrożną mamę. Czujnie wyszła z zadrzewień i powoli kroczyła po zarośniętej łące. Rozglądała się i niby tak tylko przyszła poskubać innych listków, ale moje czujne oko dostrzegło coś jeszcze.







Coś mnie tknęło kiedy zaczęła się nieco nietypowo poruszać i nagle zobaczyłam szare uszy wystające z zieleni. Tak, to był mały cielaczek. Skakał przy niej radośnie i beztrosko, podczas kiedy ona czujnie się rozglądała. Po raz pierwszy z życiu miałam okazję oglądać sarnę z młodym. Chociaż po prawdzie to nie mogę powiedzieć, że widziałam malucha, bo wiedziałam tylko jego uszy:)


A jeśli o młodych mowa, to na spacerze ze Szparagiem byliśmy świadkami okropnej sytuacji. Na środku piaszczystej drogi, kilkadziesiąt agresywnych mrówek - tych wielkich leśnych - atakowało coś podłużnego. W pierwszej chwili myśleliśmy że to jakiś robal w typie pierścienicy ale kiedy za pomocą patyka odwróciliśmy ofiarę, oczom naszym ukazał się młodziutki padalec. Mam do nich ogromny sentyment i niewiele się namyślając złapałam go za ogon i uwolniłam od agresorów. Nie wiedzieliśmy czy żyje, po chwili drgnęła mu powieka. Ułożyłam go na serwetce i wróciliśmy do domu. Po drodze chuchałam na niego bo wyglądał na zmarzniętego. 






Ułożyłam go na świeżej i miękkiej ziemi i przykryłam suchym mchem, liśćmi oraz łódeczką z kory. Tak został na noc. Rano już go nie było, a moje okrycie wyglądało na nienaruszone, zatem mam nadzieję, że się zakopał w tej miękkiej ziemi i gdzieś sobie tam teraz poluje na ślimaki. Zapewne są tacy co powiedzą, że nie powinnam ingerować w prawa natury, ale mrówkom nie ubędzie, mają dużo jedzenia w tych lasach, a padalca im nie dam. I kropka. No sami zobaczcie jaki on mały, ta stokrotka jest dla porównania.
Kiedy tak okrywałam mojego małego padalczyka za moimi plecami las śpiewał i świergotał.  Wszystko w nim fruwało, skakało i śmigało. Usiadłam na wale nad Leśnym Strumieniem i obserwowałam ten harmider. A tam na przykład samica zięby. Ale ona nie wyglądała na zapracowaną. 


W odróżnieniu od tego jegomościa. Nie wiem czy to samiec czy samica ale na pewno bardzo zapracowany. Uwijał się po lesie i zaroślach i co rusz lądował na gałęziach w bezpiecznej odległości od gniazda skrytego w gęstwinie, z jakimś smakołykiem dla swojej malej rodziny. 
Nie chcę wiedzieć jak on rozpołowił tę dżdżownicę. 



A tu z całym dziobem innych smakołyków. Bardzo długo siedział i się rozglądał. Sądzę, że mnie widział i nie był pewien czy stanowię jakieś zagrożenie czy nie.  Śliczny ptak z niego, nawet z dziobem pełnym owadów.










No, a tu znów z dżdżownicą. Wiła się walczyła ale ogłuszył ją uderzając o gałąź. Potem była już spokojna i nadawała się na obiad dla wiecznie głodnych piskląt.










A tej całej pracy rudzików leniwie, jakby dla kontrastu przyglądała się mała szarawa muchołówka. Siedziała spokojnie na gałązce nieopodal i wyglądała jakby się nie mogła nadziwić, o co tyle zamieszania. 


No i tak to właśnie wyglądało w tamte dni w Mojej Dziczy. Piękno natury w najczystszej postaci. Mogłabym jeszcze napisać tu o drozdach, kosach, wróblach, szpakach itd
Ale o czym pisałabym później?
 

sobota, 23 lipca 2016

Haft cieniowany - serwetka z kaliami

Witajcie. 
Ostatnio pokazywałam bieżniki wykonane techniką Richelieu, ale to nie znaczy, że nic nie robię w hafcie cieniowanym. Kilka razy zabierałam się za różne wzory ale coś mnie rozpraszało i nie mogłam ich kontynuować. W końcu przed którymś w dłuższych wyjazdów do rodziców, spontanicznie na serwetce od Eli z bloga:  https://elau66wr.blogspot.com/  narysowałam wzór. 
Po zastanowieniu doszłam do wniosku że jest za duży ale jak zaczęłam go wyszywać to szkoda mi było pruć, więc będzie duży i zobaczymy co z tego wyjdzie. 

 
Tamborek ma 28 cm średnicy więc możecie sobie wyobrazić, że to nie jest mały wzór. 
 
 
Zaczęłam wyszywać od jagódek, których tworzenie sprawiło mi autentyczną przyjemność. A i efekt końcowy bardzo mi się spodobał. 
 
 
Następnie przeszłam do jednego z trzech "kwiatów", bo to z botanicznego pónktu widzenia kwiaty jako takie nie są, ale kto by na to zwracał uwagę. Zaczęłam od białej nici. Wyszywam pojedynczą nicią muliny Madeira mieszaną z Ariadną. Drugi rząd to jasna różowa. Kieruję się do środka, do kolby:)
 
 
Jagódki w zbliżeniu. 
 
 
 Tu mamy już przeskok, bo nie robiłam zdjęć, nie wiem czemu, może po prostu zapomniałam. No ale widać, że nie jest to haft tak precyzyjny i dokładny jak w przypadku żołny. Ale też z założenia nie miał być taki. Robię go by nie wypaść z formy i może nieco poprawić technikę. A przy okazji na prawdę miło mi się go wyszywa bez nadzorowania się fotografią. Czysty spontan.
 
A na koniec zobaczcie jaki fajny balsam do ust dostałam w naszym popularnym dyskoncie z owadem w kropki w logo. Dla fanów kotów - pierwsza klasa. 
 

 
 

czwartek, 21 lipca 2016

Mnie nie ma, a złodziejaszki grasują.

No tak... Blog leży odłogiem bo mnie ciągle nie ma. W pracy wakacyjne luzy można rzec, zatem jak już wróciłam z urlopu to mnie nosi kiedy mam tylko wolne i niemalże komputera nie włączam. No przecież nie moja wina, że przyjaciółki remontują mieszkanie w górach. A i do rodziców wypada wpaść, agrestu i porzeczek poskubać...
A propos porzeczek to, taka sytuacja ciekawa miała miejsce w ostatnich dniach...
Pojechaliśmy ze Szparagiem do rodziców do Dziczy. Tak niespodziewanie, mega spontanicznie, z głębokiej tęsknoty i miłości. Na tyle spontanicznie, że nie wzięłam aparatu. No i jak się łatwo można domyślić, ta nieuwaga się zemściła. 

A zemściła się boleśnie i wstrętnie.  
Już pierwszego dnia podziwiając staw przez lornetkę żałowałam... Stada gęsi gęgaw, żerujące na wyrastającej ponad taflę wody, trawie. Do tego czaple siwe i czaple białe, kormorany, młode perkozy i dwa gniazda na których siedziały dorosłe perkozy dwuczube. I jeszcze całe mrowia jakiejś drobnicy zbyt daleko by lornetka umożliwiła mi oznaczenie.  
No, a do tego  jakiś ptak drapieżny kołujący nad stawem i na pewno nie był to ani jastrząb ani myszołów. Siedział spokojnie na brzozie pośród ignorujących go kormoranów. A na deser bielik, wywołujący popłoch wśród gęsi i innych ptaków na stawie.
A ja tylko podziwiałam i wzdychałam.

Zdjęcia archiwalne - wszystkie.
(to akurat myszołów) 




A co do tych porzeczek to są one hitem u okolicznego ptactwa. Pomijam, że z trzech drzew czereśni zjadłam raptem kilka i to niedojrzałych, reszta zniknęła w przepastnych dziobach szpaków, kosów, drozdów, sójek, dzięciołów i innych. No i teraz, kiedy już nie ma czereśni, a borówki są okryte siatką (Tu muszę nadmienić, że już po raz drugi jakimś cudem pod siatkę dostał się młody kos i musieliśmy z tatą go wyganiać co nie było łatwe bo spanikowany nie umiał wyjść i odbijał się od siatki - no z głodu by nie padł...)  Ptactwu pozostały porzeczki. 
No i przychodzą sobie bezczelnie, zupełnie nie krępując się przy tym naszą obecnością różne takie i kradną. 


Siadłam sobie zatem z tą lornetka kilka metrów od sadku na ławce i siedzę czerpiąc radość z wszędobylskiej zieleni. A tu jakieś małe, szare coś wpada na krzew porzeczki i szarpie za kulkę. No to ja szkło do oczu i patrzę. No i oczom swym nie wierzę. To małe, szare coś to samica kapturki. Siedzi niestabilnie i gibie się ciągnąć za czerwoną kulkę, w końcu urwała i przez kilka sekund trzyma w dziobie. I 'flop" połknięta. To tak jakbym ja całą pomarańcze na raz połknęła. Szok. Zjadła dwie i poleciała. 


Zaraz za nią pojawił się młody kos, być może ten co go spod siatki uwolniliśmy. Siedzi, gdacze i raz za razem łyka owocki. Pochłoną chyba dziesięć i poleciał. No, a na jego miejsce pojawiła się znowu kapturka ale jaką inna. Oczy wytrzeszczone takie jakieś, łyse na około i podgardle też jakieś łysawe. Młody chyba. Szarpał się mniej wprawnie z czerwonymi kulkami, równowagę tracił ale pochłonął trzy i poleciał. 
I tak w kółko.  Nie wiedziałam, że kapturki są owocolubne. No to teraz już wiem. 
A takie piękne ujęcia bym miała jak one te porzeczki w dziobku trzymają... I jak w trawie dorosły samiec kosa dżdżownice wyciąga. I jak przylatuje rudzik na trawnik i nerwowo podryguje... I sarenka pod lasem... No i uciekający zając... tyle szczęścia bez obiektywu...



Już nigdy nie popełnię tego błędu i zawsze będę brała aparat. Zawsze!!!!

czwartek, 14 lipca 2016

U bram raju

Nie będę się rozpisywać. 
Byłam w najpiękniejszym miejscu na Ziemi i sądzę, że nawet Nowa Zelandia nie zachwyciłaby mnie bardziej. 
Tego się nie da opisać słowami. I niestety żadne zdjęcie też nie odda tego piękna, niemal pozazmysłowego. 







Kilkanaście kaskadowych jezior różnej wielkości.


 Woda o odcieniach szmaragdu i szafiru, krystalicznie czysta i pełna życia.




Dziesiątki wodospadów, małych i wielkich. Woda przesączająca się każda szczeliną.







Zalesione góry pełne niedźwiedzi i rysi. Bogate w ptaki i gady.




 
 Tak, to Park Narodowy Jezior Plitwickich - dla mnie to Bramy Raju. Chorwacja. 
O innych aspektach nie będę pisać, bo wielu Polaków było w tym pięknym kraju. My z mężem się zakochaliśmy. Jeszcze wrócimy, do Jezior, jesienią na ferie barw.