Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

niedziela, 30 października 2016

Haft cieniowany płaski - Rudzik w ostrokrzewie.

Witam jesiennie.
Dziękuję za wszystkie pocieszające słowa wsparcia i zrozumienie. Na szczęście od kilku dni jest nieco lepiej i jakoś wypełzłam spod kołdry. 
Moja aktywność zaowocowała ukończeniem pomniejszego haftu, czyli Rudzika. Prezentowałam go tutaj już jakiś czas temu - w formie nieukończonej. Dziś przedstawię efekt końcowy. 
Ale zanim to nastąpi to podzielę się z wami pewną myślą, która mnie naszła jakiś czas temu, odnośnie haftu. Zauważyłam, iż zazwyczaj siedzę nad dwiema pracami równocześnie. Jakiś taki schemat mi się wyrobił, że mam jeden haft duży, pracochłonny i rozciągnięty w czasie. A do tego, obok jakiś mniejszy, nieco szybciej postępujący. 
Doszłam też do wniosku, że to taka higiena dla umysłu i wiele z was ma podobnie.
Ok, dość bredzenia bo nie ma o czym. Czas na prezentacje.
 Haft wykonany na bardzo grubej i ściśle tkane bawełnie w typie drelichu. Tak ścisłej, że wygięłam dwie igły i bolały mnie czasem palce. 
Wyszywałam Ariadną, jedną nitką i zajęło mi to, po zliczeniu, 45 godzin. Niby nic, ale jak się rozłoży na etapy to jednak sporo. 
Teraz siedzę nad tygrysem i już mam w głowie nowe pomysły.
Życzę wszystkim spokojnych świąt i bezpiecznych podróży. 

sobota, 22 października 2016

Zakopałam się i znikłam

Witajcie moi mili. 
Jak łatwo zauważyć, częstotliwość pojawiania się postów na blogu ostatnio spadła, rzekłabym wręcz, że dramatycznie spadła. 
Nie chcę się tu teraz tłumaczyć brakiem czasu, problemami czy innymi zawirowaniami. 
Pragnę was tylko prosić o wyrozumiałość. 
Nie chcę pisać dla samego pisania, bo zaraz wyczujecie, że wpisy są wymuszone, ja nie umiem się zmuszać, nic dobrego z tego nie wychodzi. 
Pogoda jaka jest to widać, do spacerów nie zachęca, przynajmniej mnie, do robienia zdjęć tym bardziej. Do wyszywania motywacji coś ostatnio brak.
Lenia mam i jak z pracy wracam to po zjedzeniu czegoś dobrego najchętniej zakopuję się w kołderkę z jakąś fajną książką. Dobrze mi z tym. Nadrabiam zaległości czytelnicze, a jak wiadomo czytanie odrealnia tak, że się nie wie która to godzina i jaki dzień... Zwłaszcza dobre książki tak mają.
Zatem, liczę na wyrozumiałość i wierzę, iż niedługo się otrząsnę z tej jesiennej drętwoty.
Pozdrawiam was najserdeczniej.

 

wtorek, 4 października 2016

Spotkanie z Rudą

W ubiegłym tygodniu, zwabiona śliczną pogodą, odłożyłam tamborek, złapałam za aparat i pojechałam do parku.  Miałam w planach spacer i rozeznanie. Może się jakaś sikora napatoczy, może kowalik, a może wiewiórka.
W parku było urokliwie i ciepło oraz wyjątkowo cicho. Ptaki jedynie gdzieś w koronach gwizdały. Byłam nieco rozczarowana ich brakiem dostępności ale pomyślałam, że w sumie to wyszłam głównie na spacer. 
W znanym sobie miejscu, gdzie zawsze spotykałam ptaki rożnej maści, tego dnia były jedynie wróble domowe, wróble mazurki i gołębie. 
 
Usiadłam na ławce z uśmiechem przyglądając się tym ruchliwym stworzeniom. Czułam radość z możliwości obserwowania ich. Po pewnym czasie do wróbli dołączyły głośne bogatki.
Ich żółte brzuszki rozweseliły to brązowo szare towarzystwo. 



Patrzyłam na ten cytrynowy brzuszek odcinający się mocno od ciemno zielonych mroków zadrzewień cisowych i dopiero po chwili zauważyłam, że nie tylko sikorka tam się znajdowała. 
W ciemnościach mignęła mi ruda plamka. I jak się dobrze skupiłam to zobaczyłam całe stworzenie. 




Wisiała tak przedziwnie trzymając coś w łapce i obserwowała mnie ukradkiem. 
Nie była sama. Na drzewie obok zatrzeszczała kolejna. 

 Ta się nie krępowała i jawnie wcinała orzecha. I cały czas na mnie patrzyła, czy jej przypadkiem go nie zabiorę. 
Siedziałam na brzegu ławki, bokiem do oparcia, a tyłem do reszty siedziska i nagle usłyszałam jak coś skrobie po deskach. Okazało się że kolejna Ruda przyszła sprawdzić czy nie mam czegoś do jedzenia. Uwierzcie mi, że byłam zła na siebie za to, iż nic nie wzięłam. Ale obiecałam im, że wrócę z darami. 


 Zawiedziona, że nic nie dostała uciekła i zaczęła szukać smakołyków w trawie. Starsi ludzie często je dokarmiają, więc szybko znalazła orzecha i chyba ją to uszczęśliwiło. A mnie sprawiło radość podglądanie ich.  Mam nadzieję, że jak wrócę tam w porze kolorowych liści to jeszcze będą i przyjmą ode mnie orzeszki.