Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

środa, 18 października 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Groźne spotkanie ze żmiją

W ten weekend byliśmy u rodziców w Dziczy. Pogoda piękna, ciepło, słonecznie i ten zapach jesieni, no bajka. Chcieliśmy skorzystać z tych ciepłych chwil i przed sezonem zimowym wykąpać Norę, która ma zwyczaj śmierdzieć prze okrutnie po kąpielach w wodach stojących i płynących, a rzadko krystalicznie czystych.
Pies nigdy nie jest zadowolony z tej czynności chociaż myta jest ciepłą wodą na zielonej trawce i potem może się wyszaleć z patykiem i wytarzać w trawie.
Po kąpieli była nieco obrażona na mnie, głównego kąpiącego i na Szparaga, trzymającego ją na smyczy. Trzymała się na dystans i pokazywała jaka to ona urażona. Obserwowałam ją i uśmiechałam się do siebie na ten demonstracyjny foch.
Nagle zobaczyłam że Nora coś wącha ostrożnie i czai się ale nie podchodzi do obiektu. kiedy się zbliżyłam zorientowałam się, że obiektem jest żmija.
Krótka, bo niespełna półmetrowa, szara, z czarnym zygzakiem. Pies ją wywęszył ale instynktownie trzymał na odległość, a kiedy zobaczył że ja ją wyczaiłam to zupełnie się oddaliła.


Na zdjęciach wyraźnie widać że się wpasowała między kostki chodnikowe wyłożone na ścieżce prowadzącej od domu do furtki. Znajdowała się ok metra od schodów prowadzących na werandę. Spójrzcie jaka jest rozpłaszczona:) i Gruba w porównaniu z główką. 
Nie boję się żmij tak jak mój mąż czy rodzice, ale mam dla nich szacunek. Bo po co mi zamieszanie związane ze szpitalem po ukąszeniu. Nic przyjemnego. Spokojnie, zdjęcia robione z bezpiecznej odległości. Wiem, na jaką odległość potrafi się rzucić żeby zaatakować, chociaż w życiu żadna mnie nie próbowała dziabnąć. A przyznam, że syczą przerażająco i ten dźwięk może zjeżyć włoski na ciele. 
Wracając do naszego nieproszonego gościa, to jak już wszyscy zaaferowani sobie ją obejrzeli, trzeba było coś z nią zrobić. Poszłam po plastikowe grabie do liści, takie wachlarzowe. Zaznaczam że byłam od pasa w dół w samej bieliźnie i klapkach, po kąpaniu psa. Kij długi na półtora metra więc spoko, damy radę. Zgarnęłam gada na te grabie, zadowolony nie był, zapewniam. Raz mi wypełzł z transportera i musiałam go znowu ostrożnie zapętlić między zębami grabi i wynieść na łąkę gdzie jest jej właściwie miejsce. Bardzo chciałam, żeby bezpiecznie trafiła do swojego środowiska, nieuszkodzona przez nikogo. 
Kiedy już znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu delikatnie zachęciłam ją do odplątania się z narzędzia do sprzątania liści. Bardzo niezadowolona wypełzła spomiędzy zębów i pomkła po swojemu w zarośla. 



 
Moje przemyślenia po tym spotkaniu?
- Cały sezon miałam trudność, żeby trafić na żmiję, a w jeden weekend spotkałam aż trzy. 
- Dużo się ich wybudziło na to ocieplenie przedzimowe, chyba są głodne
- Musimy mieć sporo gryzoni koło domu. 
Jak wspomniałam wcześniej spotkałam jeszcze dwie żmije. W sobotę na łące, gdzie wypuściłam tą z ogrodu, taką samą ale nieco większą. 
Prawie ją zdeptałam śledząc stado ptaków. No i byłyby nieprzyjemności i dla mnie i dla żmii bo ja lekka nie jestem i pewnie coś bym jej uszkodziła. Na szczęście instynktownie spojrzałam pod nogi. I na prawdę nie spodziewałam się tam takiego widoku o tej porze roku.
Śliczna nie? Wiem, że niewielu tu jest takich co lubią węże i inne gady, ale jak uwielbiam. Pogadałam sobie do niej i zrobiłam kilka ujęć.

 Ach ten jęzorek:)
To spotkanie mi przypomniało inne. Sprzed roku. Siedziałam nad stawem zaaferowana bielikami patrolującymi jego okolice. Siedziałam na pieńku w samych klapeczkach. I znów coś mi kazało spojrzeć na nogi a tam była mała żmija. Dosłownie dziesięć centymetrów od mojej prawie gołej stopy. Cofnęłam nogę szybciej niż atakuje grzechotnik:) Nieco mi ciśnienie wtedy skoczyło. 
Przypomniały mi się też wszystkie opowieści grzybiarzy o spotkaniach i wypadkach z tymi gadami.
Chcę jednak zaznaczyć, że to nie kobra ani grzechotnik, więc należy zachować spokój. One są niebezpieczne tylko dla dzieci i starszych oraz alergików. W przypadku ukąszenia, zachować spokój (wiem, łatwo się mówi), żeby nie przyspieszać przepływu krwi. Usiąść i starać się wyrównać oddech oraz po prostu zadzwonić po pomoc albo pozwolić zawieźć się do szpitala. Tam podadzą surowicę i zatrzymają na obserwacje. Żadnego uciskania, wysysania jadu czy nacinania, to sposoby rodem ze średniowiecza. 
Pozdrawiam i życzę udanego tygodnia.

poniedziałek, 9 października 2017

Magiczne koty


Koty są w moim życiu - świadomie - od blisko 13 lat. Ale już wcześniej miałam do mich ogromny pociąg. Jedyna przeszkodą była niechęć rodziców do trzymania takiego stworzenia w domu. 
 Każdy kto ma kota chociaż raz miał wrażenie, że ma do czynienia ze stworzeniem nadnaturalnym. I mnie nie ominęło to powszechne złudzenie... ale ja nie uważam tego za złudzenie, przesąd czy zabobon. 
I tak, jak efekt placebo jest w środowisku naukowym uznany za fakt medyczny, tak magia kotów jest dla mnie faktem... nieco niedostępnym dla opornych.
pierwsze takie zdarzenie miałam latem 2007 roku. Popołudniowa drzemka, piękne słonko za oknem, ciepło, środek tygodnia. obok mnie chrapie radośnie Ciapek, przy moich kostkach nieodżałowana Luna.
W pewnym momencie dopadła mnie zmora. Każdy chyba spotkał się z tym określeniem a wielu z doświadczeniem. To paskudne przeświadczenie i niemożność zaczerpnięcia powietrza, jakby ci co najmniej  nosorożec siedział na klatce piersiowej. Byłam już wybudzona i starałam się świadomie odetchnąć. Ale moje mięśnie nie współpracowały. Zarejestrowałam, że Ciapek spał niewzruszony mają tragedią. Ale za to Luna się zerwała i przebiegłszy między moimi nogami wskoczyła mi na klatkę piersiową i przysięgam, ale na coś kłapnęła zębami.
Odetchnęłam wreszcie. 
Co za ulga... I ten kontakt wzrokowy z kocicą. Nieziemskie. 
Wszystko trwało zaledwie kilka sekund.
Ale takich przeżyć się nie zapomina.
 Ciapek, żeby nie było niedomówień - nadal słodko spał. Ot, facet.
Ja wiem, że się zaraz znajdą sceptycy - i wiecie co, niech się znajdują niczym korniki w poddaszu - kij z nimi. Może to była zmora, dusiołek ze staropolskiego, może nerwica a może nawet i jakiś mały zawał, kij z tym, ważne tu jest to jak zachowała się kotka. 
Pamiętam tez że przez kilka dni gapiła się jak w słup soli w figurkę Jezusa na krzyżyku która wisi nad drzwiami. Ja najpierw myślałam że coś na tych drzwiach siedzi i nawet je umyłam dokładnie,ale nic na nich nie było a ona dalej siedział jak posąg i gapiła się niczym sroka w gnat. Przez wiele dni w wielu, niema godzinnych sesjach.




Kiedy moi rodzice się przeprowadzili na wieś, przygarnęli szczeniaka od sąsiadów. Gdy Sura ( też już jej z nami nie ma) miała trzy miesiące, a było to ok 12 lat temu, wybieraliśmy się z tatą do miejscowego weterynarza na pierwsze szczepienie. Kiedy już wyjeżdżaliśmy spod domu, usłyszeliśmy regularne kocie nawoływanie. Doga nad naszym stawem szedł kot i wołał. Jak się okazał był to młody czarny kocur. 
My kota zignorowaliśmy i pojechaliśmy do miasta. A po powrocie zastaliśmy czarnego kota w okolicy naszej działki. Już nie nawoływał. Został. I wychował Surę. Nauczył ją miłości do swojego gatunku. 
Był dziki. mimo, że spał z naszym psem w budzie i jadł z jego miski, nam nigdy nie pozwolił się do siebie zbliżyć. Płeć mogłam ocenić jak zobaczyłam że znaczy teren w charakterystyczny dla samców sposób. Ale już wcześniej ochrzciłam go Amon. I Amon trwał przy Surze przez rok. Zimą czasami siedział gdzież w zaspach na łące i Sura podczas spacery potrafiła go wytarmosić z takiej zaspy i przywlec tacie pod nogi. Kot się nawet nie bronił. Ale jak tylko go puściła. brał nogi za pas tak szybko jak to tylko koty potrafią.
Amon zniknął. Podejrzewam, że zginął. Mama mówi, że widział go w złej formie gdzieś niedaleko działki. Może coś go zaatakowało, może zapadł na jakąś chorobę. Nie był szczepiony. 
Tak czy inaczej nauczył przez rok 35kilowego kudłatego psa miłości do kotów, tak by mogła bezpiecznie przy nim dorosnąć Liza. Liza żyje nadal i szczęśliwie zaprzyjaźniła się i wychowała sobie Norę - obecnego schroniskowego psa rodziców.


Ostatnia sprawa to obecność kocich duchów w moim mieszkaniu. Miałam przyjemność - tak to była przyjemność - spotkać je dwukrotnie. 
Pierwszy koci duch siedział przy telewizorze nad ranem i zobaczyłam go kiedy się budziłam. Oba moje koty spały obok mnie , a na szafce siedziała szary widmokot z świecącymi ślepiami. Był dobry. Po kilku mrugnięciach zniknął. Ale odczucie jego obecności pozostało.
Drugie spotkanie miało miejsce kilka miesięcy po pierwszym. Też rano, ale nieco później. Weszłam do kuchni i po lewej stronie mam rząd mebli - gazówka, zlew, zmywarka, pralka, szafka i okno na prostopadłej ścianie.  
Widmokot, szary, dymny i mgiełkowy siedział na zlewie i jak weszłam zerwał się, przetruptał przez wszystkie mebelki i zniknął za oknem jak dym z papierosa. Byłam przytomna a to trwało sekundę. 
Tak, teraz weźmiecie mnie za wariatkę... trudno. 
Nie przyjmuję żadnych rozważań o zmęczeniu przewidzeniach i innych, bo nie o to mi chodzi. Nie chcę uskuteczniać dyskusji o zjawiskach paranormalnych bo to bez sensu. Każdy wierzy w co uważa za słuszne i nikomu nic do tego. 
Ja mam inne pytanie:

Czy wasze zwierzęta też wykazały się jakąś magią? Chętnie poczytam wasze przygody.






sobota, 30 września 2017

Luna maluje - moje rozterki z "Rysicą Rysią"

Wspominałam już nie raz, że często nachodzą mnie dziwne pomysły przed snem. Ten dotyczący "Rysicy Rysi" też jest "natchnieniem przedsennym". Kim jest Rysica Rysia? Jest...
No właśnie... to nie jest takie proste. Ale może zacznę od początku. 
Zatem leżąc pod kołderką już dawno dość temu, zastanawiałam się nad swoim duchowym odpowiednikiem w świecie zwierząt. To było w czasie kiedy pisałam o Mirandolinie. Miałam takie wewnętrzne rozterki i potrzebę rozszerzenia swojej duchowości. Zaczęłam się też zastanawiać nad tym jaki jest mój zwierzęcy opiekun, przewodnik po innych wymiarach - Alter Ego. 
No i mnie olśniło. 
Jak zawsze w takich momentach po prostu proszę Wszechświat o pomoc i oświecenie. I spokojnie czekam na to co mi odpowie. Czasem jest to niemal od razu, a czasem potykam się o odpowiedź nawet kilka tygodni później.
Uprzedzam, że nie chcę dyskutować o mojej wierze w działanie wszechświata, podświadomości i programowania swojego szczęścia.  
Zatem, w tym przypadku odpowiedź przyszła szybko. Wszechświat pokazał mi moje duchowe zwierzę. 
No i od razu powstał pomysł na portret mojej opiekunki. 
 Szybko wybrałam ostatnie z płócien które jeszcze się uchowało i zaczęłam pracować nad szkicem. Potem zapadłam się w burzowym, wieczornym niebie. Pędzel tańczył jak zwariowany i nawet nie wiem kiedy powstało to co jest za kotem.


 Następnie już nieco spokojniej, mniej gorączkowo nałożyłam śnieg i gałązki, ale Szparag wyraził zdanie, że one nie pasują. Długo się nad tym zastanawiałam, ale przyznałam mu rację, że to portret, więc elementy tła, nawet tak mało widoczne jak te gałązki, będą zaśmiecać obraz. 

 Zanim więc zaczęłam malować samego bohatera, zamalowałam gałązki i mnie się teraz podoba bardziej, ale wiem, iż znajdą się tacy którzy będą uważać że wcześniej było ciekawiej. Szanuje ich zdanie. 
Malowanie futra nie było łatwe, chciałam oddać lekkie rozmycie tylnych łapek, a jednocześnie pokazać że są puchate. No i  nie wiem czy udało mi wykonać to zadanie tak dobrze, jak pragnęłam ale ogólnie z efektu jestem zadowolona, a to chyba najważniejsze. Wiem, że się cały czas uczę. 
 Jak widać, sporo futra miałam do namalowania. Wbrew pozorom cętki nie są łatwą czarną kropką. Sporo było tu pracy z akrylowym medium, żeby uzyskać laserunek. 
Obraz jest duży bo 50/40cm. Do tej pory malowałam mniejsze formaty, ale czasem taki większy jest akuratny. Daje pewne możliwości wyżycia się przy machaniu pędzlem. 
Na tym etapie odłożyłam płótno.  Coś mnie powstrzymuje przed dokończeniem obrazu.
No i to są te moje rozterki. 
Bo obraz przedstawia Rysia, to widać, a dokładnie Rysicę o imieniu Rysia czyli Ryszarda. 
I nie jest to tak, że Rysia bo to ryś, tylko Ryś bo Rysia... Naplątałam ale inaczej nie mogę. Wyjaśnię wszystko jak już zdecyduję się ją dokończyć. 
Obraz jest bardzo osobisty i wyjaśnienie jego roli łączy się z ujawnieniem pewnej tajemnicy z przeszłości. Nie wiem czy jestem na to wszystko gotowa i czy jest to właściwe.
Dla mnie to rodzaj oczyszczenia, terapii, pogodzenia się ze sobą i wkroczenia z jasnym sercem i czystym umysłem w następny rozdział życia. 
Na razie jestem wewnętrznie zablokowana i tłumaczę się brakiem czasu na malowanie, ale to nie prawda. Mam czasu aż nadmiar, jeśli to możliwe. Wyszywam, bo nie mogę nic nie robić, jestem na fali.  
Tak czy inaczej chcę skończyć obraz, ale jak poukładam w głowie wszystkie popętlone myśli i wątpliwości. Tym razem Wszechświat opierdziela się odpowiedzią. 

niedziela, 24 września 2017

Umierające blogi

Witajcie. Tak mnie ostatnio naszło...
Tytuł może i nieco na wyrost... Ale czy na pewno? Zapewne każdy z was, pisząc i prowadząc swojego bloga, na przestrzeni tych paru lat, zaobserwował fluktuacje w zaprzyjaźnionych stronach. 
Wszyscy mamy taką grupę blogów, które obowiązkowo odwiedzamy, komentujemy a nawet zaprzyjaźniamy się z prowadzącymi. Ja również. Mamy też takie blogi, na które wpadamy, zerkamy, czasem nawet nie skomentujemy bo akurat temat jakoś nie zagrał, ale są i je odwiedzamy nieraz. 
Tak samo jest w drugą stronę. Są wierni komentatorzy - przyjaciele blogowi i tacy co zajrzą i pójdą. 
Normalne zjawisko w świecie blogów. 

Pisałam już kiedyś o tym, że niektóre blogi są dla mnie jak powieści, że jak już taki odnajdę i po kilku bieżących wpisach, wracam do pierwszego i jadę jak z książką. I zostaję już wyczekując niemal na szpilkach kolejnego wpisu. 
Ponieważ sama prowadzę już mojego blisko 4 lata, za niecały miesiąc urodziny, to mam z tym tematem związanych kilka obserwacji. I najsmutniejszą z nich jest ta, że ulubione blogi, te do których się chętnie zaglądało, te które najdłużej nam towarzyszyły, powoli się wykruszają. 
I pozostawiają niedosyt. W moim wypadku takich blogów jest ok 5 - 7. Nie chce mi się dokładnie analizować.  

Różnie się to odbywa, czasem wpisy urywają się nagle, bez żadnego uprzedzenia, informacji. (Ta forma mnie osobiście najbardziej frustruje, bo chciałabym wiedzieć czemu "zostałam porzucona". Może to głupie, ale to tak jakby się nagle jakaś dobra koleżanka przestała odzywać i nie wiesz czemu? A wystarczyłoby jedno zdanie. Może za dużo wymagam, jednak dla mnie to jakaś forma szacunku dla odbiorców i kwestia dobrego wychowania. Ale może się mylę i w internecie obowiązują inne zasady)
Czasem posty pojawiają się coraz rzadziej i widać, że blog już ledwo dycha. Tu nie trzeba żadnych wyjaśnień, można się domyśleć, że coś rozprasza autora, że wypalił się zapał...
Czasem autor pisze, że z pewnych powodów zawiesza prowadzenie, albo...

Autor odchodzi na prawdę. I to jest bardzo dołujące. Zwłaszcza, kiedy wchodzisz na bloga, bo pojawił się nowy wpis, a on jest informacją o odejściu. Szok (Do tej pory nie mogę bez wzruszenia wspomnieć DamyKier). 
Takie sytuacje pokazują mi, że ten świat jest bardziej realny niż się wydaje. Niby można tu kreować swoje życie, ale na dłuższą metę i tak doskonale widać czyjąś osobowość, charakter i podejście.  
Pochodną tych rozmyślań jest kwestia długości życia bloga. Jak długo powinien blog żyć, żeby było to przyzwoite. Czy 7 lat i więcej to już staruch i na emeryturę. I fajowe są tylko te młode? Ale nie za młode, bo to nie wiadomo, czy się po trzech miesiącach nie znudzi...

Mam znów takie obserwacje. Swoje własne, więc może błędne. Wiele blogów umiera zaraz po starcie, do pół roku i koniec. 
Druga tura to tak 2-3 lata i się nudzi pisanie, kończą się pomysły albo zmienia styl życia. 
A jakie jest wasze zdanie na ten temat? 
Mnie jest żal tych blogów które odwiedzałam przez ponad trzy lata, czasem krócej, ale za to regularnie, a teraz albo ich nie ma zupełnie albo "dogorywają". No, normalnie tęsknie za nimi. Czuję się nieco osamotniona... może to ta pogoda...  
A szukanie nowych "na siłę" jest trudne i wywołuje wewnętrzny opór, jak wyjście do nowych ludzi, kiedy starzy znajomi z jakichś powodów znikli z naszego życia. 
Czy to tylko ja mam takie dylematy i "problemy"?  
 

czwartek, 21 września 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Rozzłoszczona wiewiórka i żarłoczny kos.

Nie przepadam za sierpniem, już o tym kiedyś wspominałam, za to bardzo lubię wrzesień. W tym roku jest wyjątkowo deszczowy i zimny ale zdarzają się słoneczne dni. Początek tegorocznego września przywitał mnie mrocznym świerkowym lasem, w którym okazałam się bardzo niemile widzianym gościem. 
Pachniało ściółką i wbrew ładnej pogodzie było bardzo cicho. Dla tego też udało mi się bez większego problemu wychwycić szelest poruszanych gałęzi. Okazało się, że z świerkowego lasu, na brzozowy zagajnik, mknie po gałęziach wiewiórka z balastem w pyszczku. Owym balastem, a może raczej skarbem była dorodna szyszka świerkowa, pełna wspaniałych nasion. Kiedy mnie jednak Ruda spostrzegła, z oburzenia upuściła swój skarb i to ją bardzo rozzłościło. 
Oj jak ona zaczęła na mnie szczekać, trzeszczeć i trzaskać. A kita jej podskakiwała przy każdym, obelżywym zapewne okrzyku. Dawno mnie nikt tak nie zwyzywał jak tak ruda złośnica. No ale nie dziwię się jej, upuściła taką zdobycz, a zejście na ziemię wiąże się zawsze z jakimś ryzykiem.




Obserwowałam ją jak zgrabnie przemieszcza się z gałęzi na gałąź, każdy kto poświęcił chociaż chwilę w życiu by obserwować wiewiórki, wie jakie one są sprawne. Z jaką lekkością skaczą między konarami i chwytają się najcieńszych nawet gałązek. Ale ponieważ była na prawdę zła na mnie, to odeszłam nieco dalej, by mogla się w spokoju uporać ze swoim problemem. 
A nieco dalej spotkałam prześlicznego kowalika, a nawet dwójkę, skaczących po korze wysmukłej sosny. Coś ze ściółki wyławiały i upychały w szczelinach kory. I nawet się szczególnie nie przejmowały mają skromną osobą. Podobnie jak pełzacz, którego dostrzegłam dopiero po jakimś czasie. Jest tak maskująco umaszczony, że naprawdę trudno go zobaczyć, chyba, że akurat się poruszy. 




O ile moja obecność kowalikom ani pełzaczowi nie przeszkadzał to sójka była już innego zdania. Bardzo wyraźnie dawała mi znać, żebym sobie poszła. Coś tam grzebała z korze sosnowej, może kradła to co chomikowały kowaliki. 


Matko, ile rabanu i hałasu robi ten ptak. Nie sposób się kryć kiedy sójka Cię wypatrzy. Będzie się darła  wniebogłosy i ostrzeże cały las z przyległościami, że śmiesz kroczyć po jego włościach. I nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia z jakim zamiarem tenże las odwiedzasz. Czy jesteś wrednym i wstrętnym kłusownikiem, matką z dziećmi na grzybach czy fotografem zamiłowanym w przyrodzie. 
Na szczęście dzięcioł który nieopodal obstukiwał konar sosny, nie zwracał uwagi na tę kłótliwa sąsiadkę. Skupiony na swoim zadaniu, ignorował harmider sójki i dzięki temu mogłam ładnie go uwiecznić. 


Może się mylę ale mam wrażenie, że to młody osobnik. 
Po powrocie do domu usiadłam na drewnianej huśtawce na tyłach domku i cieszyłam się słonkiem, ciszą i piękną pogodą. I znów tę ciszę przerwał ptasi harmider. Ale takie dźwięki to mi nie przeszkadzają, absolutnie. 
Tym razem był to samiec kosa, który przybył na jarząb sąsiadów, zwabiony zapewne wspaniałą barwą korali.
Obserwowałam go przez obiektyw zachwycona szybkością z jaką odrywał koralik jarzębiny i połykał. Na prawdę jest w tym biegły. 

A jak odleciał samczyk, po kilku chwilach pojawił się osobnik młody, śmiesznie łysawy. Ten był zdecydowanie mniej płochliwy i nieco gorzej sobie radził z kulkami. Obserwowanie jego zapasów było czystą przyjemnością zarówno dla mnie jak i dla sikory która siedziała w młodych dębach nieopodal. 
Młodzian przybył, zasiadł obok baldachogrona jarzębiny, nacelował na owoc, szarpnął i łyknął. I tak trzy razy, a potem zwiał. Gdybym ja połknęła coś proporcjonalnego to chyba musiałoby być to wielkości pomarańczy:)






Tak, zdecydowanie jesień potrafi być piękna. Inne jej wspaniałości w następnym poście - zapraszam. Pozdrawiam serdecznie.