Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

piątek, 8 grudnia 2017

Największy fan i asystent mamusi.

Witajcie.
Niemal każdą wolną chwilę spędzam próbując coś namalować. Piszę "próbując" bo w ostatnich dniach średnio mi idzie. Czasem tak bywa, że niemoc twórcza nadchodzi i powoli się z tym godzę. Jeszcze kilka tygodni temu frustrowały mnie te pauzy. A teraz pozwalam sobie na te kilka dni odpoczynku. 
Zatem, niezależnie czy twardo tworzę coś konkretnego, czy tylko eksperymentuję i ćwicze, zawsze mam asystę.  
Antracyt, bo o nim mowa, potrafi się uwalić na stole i bezczelnie przesuwać swoim cielskiem wszystko co mu przeszkadza. Sztalugę, laptopa, słoik z wodą. 

O proszę, jaki zdziwiony że mi nie odpowiada jego towarzystwo. Tyłkiem mi sztalugę trąca i suwa i tak jakby nieco przeszkadza. 


 Wystarczy dosłownie chwila nieuwagi, wyjść do łazienki, zalać kawę czy herbatę i już... Hyc, książę na włościach. Rozwalił się na szkicu i zadowolony z siebie, mruczy i podwija łapki rozlelany jak szczeniaczek u cycka. A jaki niezadowolony i święcie oburzony jak go przenoszę na fotel lub drapak...


 A jak nie śpi, to wszędzie pcha łapki. A to do wody - jeśli czysta to pół biedy, chociaż chlapie, ale jak już z farbą to gorzej. A to pędzle, kredki turla. 

- Mamo, ja też będę malował!

- Mamo, tą kredkę teraz, mówię Ci, zielony świetnie się nadaje na futro żbika, zaufaj mi.

- Mamo, a czemu te włosy (gryząc pędzel) są takie gorzkie. 

- Mamo!, Zobacz jak ładnie rozpryskuje wodę, artysta ze mnie... Daj mi farbek, proszę... 

- Mamo!!! Głodny jestem! - To jest ulubiona fraza Antracyta. 

Nawet teraz, kiedy to piszę, siedzi obok i poluje na zakrętkę od wody mineralnej. A przy okazji zagląda co ja tam stukam w laptopa. 
- Ale ty brednie wypisujesz kobieto... - Jedzie straż pożarna, Antek galopuje do okna. Zawsze tak robi, jak dziecko. Uwielbia, a im więcej jednostek jedzie tym lepiej. 
Wrócił, uwalił się obok laptopa, mam jego ogon na klawiszach, lekko końcówką rusza. Wygiął głowę uszami do blatu, tuż przy głośniku z którego sączą się dźwięki muzyki Reiki. Zapadł w drzemkę. 
W tym samym czasie Ciapulek śpi na obrotowym krześle Szparaga, przy kaloryferze, a Keira podziwia jednym oczkiem świat za oknem. 
Gdyby nie te moje koty, to byłabym bardzo, ale to bardzo samotna w tym mieszkaniu. 

Chyba nikogo nie zdziwi, że Antek, znaczy Antracyt, no ma już trzy lata to chyba zasłużył na pełne imię, asystował mi całym, czarnym sobą przy moich pracach.


Takie tam szkice ze zdjęć. Nie najlepsze może ale ćwiczyłam rękę. Robione bardzo cienkim cienkopisem, najcieńszym chyba na rynku. Może jednak dla mnie za cienkim. Ale w sumie ujdzie. 
Nenufar.
Nie skończony. Jest jeszcze cały liść. A na liściu... najpierw miała siedzieć żaba wodna, potem mokra myszka, potem motyl. A w końcu nie siedzi na razie nic, bo nie mam pomysłu. Urodzi się jeszcze w odpowiednim momencie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze oraz najserdeczniej pozdrawiam i życzę udanego weekendu.
 

niedziela, 3 grudnia 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Jesienne bażanty.

Witajcie. 
Cieszy mnie, że jeszcze ktoś tu zagląda. Wiem, że wiele obserwatorów zaprzestało z powodu mojej zamiany haftu na malarstwo. Tu nasuwa mi się pewna dygresja. Bo mniejsze zainteresowanie moim malowaniem jest faktem. Mnie to jakoś nie przeszkadza ale zastanawia. Mam swoją teorię, że haft, nawet ten najbardziej zbliżony do malarstwa i wymagający zdolności artystycznych, zawsze będzie się kojarzył z rękodziełem i będzie bliższy większej liczbie osób. A malarstwo jest niejako w naszej społecznej świadomości zarezerwowane dla "artystów", po szkołach, z "Boską iskrą" i inne duperele. 
Gówno prawda, ale nic na to nie poradzę. 
Trochę mi smutno, bo uświadomiłam sobie, że kiedy pokazywałam hafty to dawałam za darmo to co w rzadkich książkach kosztuje ponad 100zł. Dzieliłam się wiedzą i doświadczeniem, byłam wtedy popularna, można było czerpać. A teraz, moje hobby jest mniej pożądane, nie interesuje już tak szerokiej rzeszy rękodzielniczek i... porzuciły mnie w większości. Nie wszystkie, zostały te, które oprócz gratisowego kursu haftu cieniowanego, znalazły na moim blogu mnie i moją osobowość. 
Tym wszystkim serdecznie dziękuję.
Z całego serca. 
A pozostałym, życzę by nie spotkały się z takim zjawiskiem. 
Wracając do tematu głównego. 
Dawno nie byłam w Dziczy, dawno nie spacerowałam i nie fotografowałam.  Ale zanim popadłam w przyrodniczą niemoc, spotkałam na Łące trójkę bażantów. Dwa pięknie ubarwione samce i jedną skromną samiczkę. 



Fascynuje mnie ich miedziane umaszczenie na piersi i bokach. W słońcu fantastycznie opalizuje i się mieni. 




Szkoda, że wyszły na słoneczną część na chwile przed ukryciem się w gąszczu.

 To piękne ptaki, kiedyś na pewno namaluję takiego obiecuję sobie :)

niedziela, 26 listopada 2017

Wyznanie porzuconej dziewczynki...

Ech... To będzie najtrudniejszy teks w moim życiu. Zobaczymy co z tego wyjdzie. 

Witajcie, mam 35 lat (to ma dziś znaczenie), nazywam się Maria Łuczaj. Sześć lat temu nazywałam się Maria Kotlarz... A trzydzieści lat temu - Ryszarda Bicz. 
Nie, nie jestem tajnym agentem, ani nie objęto mnie programem ochrony świadków. Pierwsza zmiana nazwiska jest wynikiem najszczęśliwszego (no, może drugiego w kolejce) zdarzenia w moim życiu - ślubu. 
 Druga (wcześniejsza) zmiana personaliów jest połączona z najważniejszym wydarzeniem mojego obecnego życia - Adopcją.
Nastąpiło to kiedy miałam około pięć lat. Teraz chyba już nikogo nie dziwi, czemu tak ochoczo przygarniam bezpańskie koty, najlepiej te kulawe, kalekie i trudne. Te które miałyby problem ze znalezieniem domku. I dla czego nie waham się przed wydaniem fortuny na ich leczenie. 
Wiem, że miałam szczęście tak ogromne, że czasem trudno mnie samej w to uwierzyć. Bo ile dzieci w wieku przedszkolnym, może liczyć na nowe życie i to od wspaniałych ludzi z drugiego końca kraju. Zwłaszcza w Polsce. To jak trafić szóstkę w totka.
Nie będę tu pisać jak trudne było moje wczesne dzieciństwo, bo pomimo bardzo daleko sięgającej pamięci, nie wiem czy było trudne. Jako dziecko tego nie odczuwałam świadomie. Było pełne samotnych zabaw (Natura obdarzyła mnie ogromną wyobraźnią co ułatwiało sprawę), oraz słowo "denaturat" poznałam wcześniej niż pomarańczę. 
No ale na piąte urodziny dostałam nowe imię z nazwiskiem, nowy dom, psa (to ważne chociaż mnie nie lubił) i nowe życie.
K...rwa, większość pięciolatków dostaje klocki, albo misia...
Ok, jakoś to idzie, myślałam że będzie gorzej. 
Zatem. Przez trzydzieści lat żyłam sobie w nowej rzeczywistości, wmawiając wszystkim i sobie samej (na prawdę gorąco i szczerze sobie wmawiałam), że moje dzieciństwo z przygodami nie ma dla mnie znaczenia, że się ze wszystkim pogodziłam, zapomniałam. Że nie czuje żadnej, najmniejszej nawet potrzeby do tego tematu wracać itd. Od ilu terapeutów ja słyszałam te same teksty o wpływie opuszczenia przez rodzinę w dzieciństwie na moje dorosłe życie, bla bla bla. Wszyscy jak jeden mąż pierdzielili to samo. A ja to już teoretycznie wiedziałam i nie chciało mi się tego rozgrzebywać, bo nie wiedziałam sensu w tłuczeniu tematu po raz enty. A oni uparcie o tym dzieciństwie jakby chcieli na mnie doktorat zrobić. Pogoniłam te wszystkie terapie i odcięłam się od tematu.
No bo poco drążyć. Przecież jestem człowiekiem ogólnie szczęśliwym, społecznie normalnym, funkcjonującym jak inni normalni. Pomimo denaturatu poznanego już zapewne w życiu płodowym, skończyłam jedną szkolę, potem drugą, studia i podjęłam pracę. Nałogów brak, niechcianych ciąż również, kartoteka czysta, nie ma o co kruszyć kopii. Od ośmiu lat mam obok siebie wspaniałego mężczyznę, wspierającego mnie, dmuchającego w moje żagle ile sił w płucach. A przede wszystkim kochającego mnie bardzo mocno. Jego promienna miłość mnie uskrzydla. Mam też wspaniałych, kochanych i oddanych rodziców.
No to po co ten tekst?
Pamiętacie moje rozterki z Rysicą Rysią? Od tamtego czasu coś się zaczęło ze mną dziać. Poprosiłam Wszechświat by mnie pokierował, by mi coś wskazał. Myślałam, że chodzi tylko o portret Rysicy. Wiedziałam, że ma on znaczenie dla mojej tożsamości, ale nie byłam przekonana. Targały mną wątpliwości. No to Wszechświat mi powiedział dosadniej w czym rzecz. 
Od zawsze mam sny, są dla mnie ogromnie ważne, są moimi drogowskazami, podpowiadają, radzą się zastanowić. Mówią o moich lękach, o pragnieniach, przeszkodach i zagrożeniach. Czasami męczą. No i ostatnio miałam sen, który zatrząsł w posadach moim życiem. Nigdy wcześniej nie śniła mi się moja przeszłość, nie wracałam do niej we snach, nie szukałam, nie pytałam. Aż do teraz. 
Nie będę opisywać snu, w raczej zespołu snów następujących po sobie. Wszystko podczas jednej nocy. 
Ważne w tym jest, że w końcu zrozumiałam, jak głębokie rany pozostawiło we mnie moje dzieciństwo. Mądrość spadła na mnie rano, paraliżując na dobra godzinę. Siedziałam w łóżku po rozmowie z mężem i gapiłam się w okno. Zobaczyłam jaką samotna i porzuconą byłam dziewczynką, jak wrażliwą i obsesyjnie pragnącą miłości. I pomimo zmiany warunków życia, te cechy mi pozostały. Byłam samotną, niestabilną nastolatką i wyrosłam na samotną, strasznie mocno kochającą, wrażliwą kobietę. Ale przecież to jeszcze nie koniec świata, przez te wszystkie lata nauczyłam się funkcjonować z tymi cechami. 
Jedna mi jednak przeszkadza szczególnie i utrudnia życie. Brak umiejętności nawiązania właściwych relacji z innymi ludźmi. Wszystkimi! 
Tak strasznie pragnę uwagi i sympatii innych (nadal jak pięciolatka) a jednocześnie boję się wejść w relacje (Bo nie chcę odrzucenia) i sama ich odtrącam twierdząc, że mnie rozczarowują. Że nie są tacy jakich ich chcę, że nie poświęcają mi 100% uwagi. A przecież nie mogą. Nie wiedzą czego potrzebuję, są normalni. Sama nie wiedziałam o co mi chodzi. 
Ale teraz już wiem, poznałam przyczynę swoich kłopotów ze społeczeństwem. Tu mi się nasuwa, że odnalazłam odpowiedź na pytanie zadane w poście o Plemieniu. Może to spełnienie prośby wysłanej do Wewnętrznej Mirandoliny sprzed kilku miesięcy... A może po prostu nastał czas, na to by stanąć oko w oko ze swoimi demonami. Stawić im czoła. 
Przecież przez te doświadczenia nie umiałam zbudować właściwej relacji w własną mamą. Kocham ją, bardzo, ale nie dogadujemy się. Nikt tu nie ponosi winy, ani mama ani ja. Tak wyszło, inne charaktery. 
No ale jest światełko w tunelu. Skoro znam diagnozę, łatwiej mi będzie znaleźć lekarstwo. Na początek pogodzenie się z przeszłością i zaakceptowanie w pełni tego kim jestem i kim byłam. Odrzucenie fałszywej pewności i wyparcia. 
Dla tego powstał obraz Rysica. 

O to mój autoportret - Rysica Rysia. Bedzie moim amuletem na nowej drodze ku szczęściu i miłości.

czwartek, 9 listopada 2017

Luna maluje - sikora czarnogłówka

Witam serdecznie wszystkich zaglądających. Dzisiaj post krótki, bo i praca mała oraz nieskomplikowana. 
Historia obrazu jest taka, że podczas wielu różnych prób i testów z malowaniem tła kilka mi się na tyle spodobało, że zostawiłam sobie je na "zaś". To właśnie to tło było takie zostawione. Zrobione na papierze imitującym płótno. Nadaje się do oleju, akrylu, ale również do akwareli. Chociaż nie chłonie wody. Tło sobie czekało jakieś dwa miesiące aż sobie o nim przypomniałam i postanowiłam wykorzystać. 
O ile plan drugi jest wykonany akwarelą to plan pierwszy postanowiłam zrobić akrylem, w którym czuję się pewniej. No i od razu pojawił się kłopot.
Bo kiedy nanosiłam pierwszą warstwę białej farby na powierzchnie sikorki to pod wpływem wilgoci mój biały akryl zmieszał się z zieloną akwarelą. No tak! przecież akwarela reaguje z wodą zawsze, niezależnie od czasu jaki miała na schnięcie, to farba woda. Człowiek się uczy poprzez błędy. Zatem moja sikorka po pierwszej warstwie była zielonkawa:)
Ale ponieważ użyłam matującego medium do akryli, warstwa po zaschnięciu nie tylko była matowa, ale też trzymała już wszystko niczym beton i kolejna warstwa nie mieszała się już. 
Teraz wiem, że jeśli chce mieszać techniki, to muszę pamiętać o zdradliwej tendencji akwareli do łączenia się z innymi farbami pod wpływem wilgoci. Niby takie to oczywiste...
Zatem, kolejna lekcja za mną:)
 Dla zainteresowanych - papier to Canson Figueras  oil-acrylic; 19x25 cm, 290 g/m2.
Dobry jeśłi chce ktos poćwiczyć olej bądź akryl na małych formatach, a szkoda mu kasy na podobrazia. 10 arkuszy kosztowało ok 25 zł. Łatwo policzyć ile wychodzi za arkusz. O wiele taniej niż najtańsze podobrazie tej wielkości. W internecie pewnie będzie taniej. Do tego ma moim zdaniem fajniejszą fakturę niż płótno. 
Pozdrawiam.

piątek, 3 listopada 2017

Haft cieniowany płaski - Karakal na sawannie

Kochani, żeby nie było, że ja tylko już pędzlem wymachuję. Igłę też tykam. I całkiem fajnie mi się wyszywa w przerwach między malowaniem. A dokładnie to wyszywało, kiedy przerwałam pracę nad problematyczną emocjonalnie Rysicą Rysią. Wyszywałam do momentu zakochania się w akwarelach. A co? No karakala. Tego zapowiadanego wiele miesięcy temu. I to on mnie do malowania skusił, bo malowałam mu tło. No i tak zostało mi z tym malowaniem.
Kiedy go ostatnio prezentowałam jeszcze go nie było praktycznie, tylko szkic. 

Wyszywanie rozpoczęłam od ucha. Pokryłam je nieścisłymi ściegami bardzo ciemnej brązowej muliny. W podobny sposób powstała ciemna plama nad okiem. Reszta pyszczka wyhaftowana już gęstymi ściegami, ściśle do siebie przylegającymi. Różna długość ściegów, od najkrótszych tuż nad nosem, do dłuższych na policzkach i najdłuższych na szyi ma oddać realną długość sierści u kota. 

Na policzku są trzy odcienie brązu. Oraz kilka beżów i coś podobnego do blado rudego. Zaczęłam też wyszywać wnętrze ucha. Ucho to dla mnie newralgiczne miejsce, nie lubię uszu haftować. 
Głowa jest wyszywana jedną nitką muliny, a szyja i kryza na niej podwójną. Sierść w tym miejscu jest dłuższa i grubsza, więc uznałam, że taki  krok będzie właściwy. Jak to będzie ostatecznie wyglądać, to się jeszcze okaże.
Rzadkie ściegi na uchyu i nad okiem uzupełniłam innym kolorem, bo w naturze ten kot właśnie ma tam takie pomieszanie pstre. 
Na razie mam tyle i nie umiem powiedzieć kiedy do niego wrócę. Ale wiem, że wrócę.
Pozdrawiam i zapraszam do dalszego zaglądania na mojego bloga.

sobota, 28 października 2017

Luna maluje - akwarela druga - sójka

Witajcie.
Mam ostatnio ogromną fazę na te akwarele. No wsiąkłam, jak one wsiąkają w papier... No właśnie - papier. Człowiek sobie nie zdaje sprawy jak istotny jest papier, puki się nie natknie na badziewie. A chcąc oszczędzić można się natknąć. Naczytałam się o papierach do tej techniki i zdecydowałam, po namalowaniu rudzika, że chcę ten uważany za najlepszy. I zamówiłam sobie z internetu taki 100% bawełna, 300g/m2 i tak dalej. No tani nie był, ale też nie jest to rzecz którą się zjada w 15 minut, powstanie z tego 12 "dzieł".
Ale zanim dotarł do mnie ten wspaniały blok radości i inspiracji, wstąpiłam do sklepu dla plastyków pogadać o fakturze owych papierów i tak jakoś głupio mi było, że wychodzę z niczym, to wzięłam jeden arkusz, taki duży, papieru do farb wodnych, nieznanego pochodzenia i składu. 
Miałam w planach namalować szybką modraszkę, na jakimś stalowo błękitnym tle i od tego tła się zaczęło. No nic nie szło jak powinno, woda się jakoś tak dziwnie zachowywała, farba się nie mieszała tylko spływała... no koszmar. Wywaliłam bo uznałam że na zlej stronie zrobiłam szkic.
Wzięłam drugi arkusz (bo wcześniej podzieliłam wielką płachtę na mniejsze arkusze), narysowałam ptaszka na właściwej stronie. No z nów tło. Ok, tym razem idzie jak powinno, czyli strona ma znaczenie. Tło wyschło więc zabieram się za ściąganie płynu maskującego...
A ten odchodzi z papierem i strzępi mi kartkę. Załamałam się. Wywaliłam to wszystko w trzy diabły i poczekałam na papier właściwy. Zmarnowałam dwie godziny.
Przyszedł następnego dnia i jakie było moje zasmucenie kiedy mój wspaniały blok za fortunę miał pogięty róg. To jak kupić Lexusa z salonu z wgnieceniem na drzwiach. Jak odfoliowałam blok to sprawdziłam szkody na kartkach, na szczęście, jako że papier z bawełny to dało się wyprostować ten róg, a pod wpływem wody rozprostowuje się całkowicie. Jednak niesmak pozostał i następnym razem napiszę do sklepu o tym.
Och, no mam swój super papier, czas zacząć tworzyć. Szkic naniesiony, płyn maskujący wysechł. Do roboty. 

Och jak to ładnie się prowadzi, jak współpracuje, jakie efekty. Nieco mnie fantazja poniosła z tym tłem, ale co tam. Malowanie na tym papierze to marzenie. To jak balet pędzla po tafli kartki.

Kiedy mi wyschło tło, delikatnie zaczęłam zdejmować płyn maskujący i odszedł bez jakichkolwiek problemów czy niespodzianek. Super. Zatem zabrałam się najpierw za jesienne liście dębu. Ha, przyniosłam sobie nawet z parku kilka takich liści. 
Gałązki nie miałam, więc to improwizacja. Żołędzia już miałam. 

Jak w miarę ukończyłam żerdź na której siedzi sobie ten zadziorny ptak, to nieco spięta wzięłam się za podkład kolorystyczny piórek. Spięta byłam bo to już drugi dzień mojego malowania tej pracy, a cały czas się uczę i tak na prawdę to wszystko jest metoda prób i błędów. Świąteczny rudzik, wiele mi pomógł, na nim popełniłam najwięcej fatalnych błędów i teraz już byłam mądrzejsza. A szkoda mi było zepsuć tak przyzwoite tło.
Najtrudniejsze to było dobrać odpowiedni odcień, bo sójka ma taki nieco różowawy, może łososiowy trochę brzuszek. Ale udało się i efekt widać na zdjęciu poniżej.


Potem były drobiazgi takie jak łapki, ogon i dziób. Na koniec piórka i oczko. Oraz niebieskie pióra na skrzydłach, jej charakterystyczny element. W międzyczasie wróciłam dopracować mech na gałązce.

Ostatecznie moja sójka prezentuje się tak:

Błędy - wprawne oko wypatrzy ten podstawowy. Czy zwróciliście uwagę na ciemną obwódkę wokół liści i ptaka? To mój podstawowy błąd. Otóż na granicy tła i płynu maskującego zebrało się więcej farby. Nie umiałam tego efektu anulować jak już mi wszystko wyschło, bo próby sprawiały, że robiły się nieładne plamy... zatem wiem na co zwracać uwagę przy następnej pracy (która jest w trakcie powstawania - wrócę do niej w niedzielę, dopiero). Po prostu muszę chusteczką zebrać ten nadmiar wody i nie będzie już takich niuansów. Po drugie, zwrócono mi uwagę że liście się za bardzo odcinają od reszty, może gdyby nie ta obwódka, nie odcinały by się aż tak bardzo. I podobno ptak jest płaski z braku cieni. 
Ale na cienie przyjdzie czas. Nie myślałam o nich, skupiłam się na technice. Następne ptaszki, myszki i inne stwory będą miały już cienie, obiecuję. A co do liści... będą jakie mi wyjdą.
Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za wasze miłe i konstruktywne komentarze. 

P.S
Pomimo błędów znalazł się jednak ktoś, komu się na tyle spodobał się mój obraz, że zaproponował kupno.

środa, 25 października 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - niebywali mieszkańcy mojego ogrodu.

Kochani. Ci z was, którzy dłuższy czas mnie odwiedzają, wiedzą, że ogród moich rodziców w Dziczy roi się od zwierząt wszelkiej maści. Od ptaków, gadów, płazów po owady. Nawet ostatnio opisywałam rzadkiego gościa o pięknym zygzaku wzdłuż ciała - żmiję zygzakowatą, która zawitała do nas. 
Dziś pragnę zapoznać was z innymi, równie niespotykanymi co żmija, odwiedzającymi.  
Zacznę od tych pospolitszych, chociaż nie często oglądanych ze względu na wrodzoną ostrożność. 
Jeśli od urodzenia ma się status ofiary i pokarmu dla niemal wszystkiego co większe, trudno się dziwić czujności i strachowi. Czasem jednak zdarza się okazja nie do przegapienia i warta ryzyka. No bo jak wyjaśnić  to:
 
To jest moi drodzy młoda mysz zaroślowa, chociaż może i leśna, nie jestem na sto procent pewna ale skłaniam się ku zaroślowej. 


Jak widać jest środek dnia, słońce daje po oczach, a małych oczu to ona bynajmniej nie ma. A ta wędrowniczka wspina się po pędzie borówki amerykańskiej. A jak widać na załączonych zdjęciach, do owoców jeszcze daleko. Może kwiaty są smaczne, z nektarem czy co tam.

Trzeba przyznać że słodka. 
I nie była jedyna. Dzień później paląc gałęzie na ognisku zobaczyłam ruch w świeżo skoszonej trawie. Patrzę, a tam:


Ta ma większe uszy. I też niemałe oczy, a spaceruje trawnikiem w południe. Dziwne obyczaje. Jak się zorientowała że ją zdybałam, to czmychnęła. Ale najpierw zachowywała się jakby udawała, że mnie nie ma albo była bardzo głęboko zamyślona. 
Innego wieczora spotkałam jeszcze kolejną ślicznotkę. 




Światło było już kiepskie, a mysz dla odmiany jakaś pobudzona więc zdjęcia marne, ale są i widać co na nich jest:)
Skoro o myszach mowa, to przypomniał mi się obrazek ukazujący myszkę spoglądającą na nietoperza i mówiącą: O, Aniołek.
No bo z perspektywy myszy, nietoperz to faktycznie anioł. 
I ja mam na ogrodzie całe stado takich mysich aniołów. 
Uwielbiam wieczorem obserwować fruwające chaotycznie nietoperze. Jedyne ssaki umiejące latać w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tak zwany lot aktywny. 
Skoro kocham węże to nikogo nie zdziwi fakt że uwielbiam też i nietoperze ( do tego czarne koty, ropuchy i latająca miotła - wiedźma jak się patrzy).
Kilka razy w życiu miałam je w rękach, zanim się dowiedziałam, że są nosicielami wścieklizny. Teraz już bym chyba nie wyciągała łapek, chociaż kto wie?
O stadku ok. 20 gacków dowiedzieliśmy się przez przypadek, odkręcając deskę z numerem domu od ściany. Jak tylko Szparag ją odsunął od filara, od razu wyfrunęło ze szczelinki pod dachem kilkanaście sztuk, a z osiem siedziało na wewnętrznej stronie deski o wymiarach 30/40 cm. Większość też zaraz poleciał w ślad za pierwszą turą, wprost do lasu, a jeden zaspał.



No czyż nie jest rozkoszny i słodki? 
Nie wiedzieliśmy, że tam gniazdują. Gdybyśmy wiedzieli, nie ruszalibyśmy tej deski. Bardzo nas cieszy że sobie siedzą pod naszym dachem i wyłapują komary w nocy. Postanowiłam zamówić na wiosnę specjalną budkę dla nietoperzy. Skoro tam są to niech mają gdzie się kryć.
Pozdrawiam.