Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

czwartek, 27 kwietnia 2017

Opowieści źdźnłem i liściem pisane - Latarenka wśród galązek

Pogoda jest mało miła, zimny wiatr, ciemne niebo i temperatura raczej grudniowa. Spacery nie sprawiają takiej przyjemności jakby się chciało. A dla fotografa jeszcze dodatkowym utrudnieniem jest słabe światło. Ale jak się kocha to się idzie...
No i tak, poszło się do lasku sosnowego szukać drobnicy, a tu jak na złość drobnica gdzieś pouciekała w popłochu, chyba przed wiatrem. 
Miałam zawracać do domu bo mi łapki na aparacie marzły gdy usłyszałam szamotanie się i charakterystyczny głos sójki.

Zatrzymałam się oczywiście i swoje nieporadne kroczki skierowałam w to miejsce. Sojka była w parze, ale tylko jeden osobnik pozwalał sobie na harce w podściółce leśnej. Ciekawiło mnie co też on tam znajduje. Kiedy bliżej podeszłam oczywiście odleciał ale nie daleko i obserwował mnie uważnie. Ja w tym czasie rzuciłam okiem na dno lasu i znalazłam kukurydzę. Czyli tym się zajadał ta sójka, która obecnie siedząc na gałęzi skrzeczała na mnie wyganiając ze swojej jadłodajni.
Odeszłam o przycupnęłam pod drzewem tak by nikomu nie przeszkadzać. Nie musiałam czekać długo.


Sójki to bardzo ciekawe ptaki, czasem zachowują się jak szczenięta, a czasem jak mordercze bestie. No cóż, jako krukowate są inteligentne niejako z nadania. I ponoć mają dobrą pamięć. Ale wszystkich tych schowanych na zimę żołędzi jednak nie umieją znaleźć i przez to pomagają się rozprzestrzeniać dębom. Tak przynajmniej słyszałam i czytałam. 


A poza tym to bardzo ładny ptak. Te niebieskie piórka na skrzydłach są bardzo widoczne. Jest to też taki policjant leśny, który wszczyna alarm jak się tylko coś dzieje w okolicy. No i ten wszczął alarm jak już się najadł i oba osobniki odleciały.
No poszłam nad staw. Tam też puchy. Zaskoczyła mnie jedynie pliszka, bo jej się tu akurat nie spodziewałam.
I nagle... słyszę to charakterystyczne kwilenie. Delikatne gaworzenie zakochanej pary. No to szukam wzrokiem w gałązkach. Nie było trudno znaleźć tę latarnię podświetloną słońcem, oj nietrudno.






Rozpracowywały pąki drzew i mamrotały coś do siebie. A popołudniowe słońce oświetlało je tak, że samczyk wyglądał jak bombka na choince. Byłam zachwycona tym spektaklem a one sobie spokojnie zajadały. 
Zresztą tak jak dzięcioły, które o tej porze na na równie, jedzą i szukają dziupli. A może już znalazły tylko sprawdzają czy inna nie lepsza przypadkiem. 

 

 A w domu, pliszka. Bezczelnie spacerująca po całym ogrodzie. Może to ta sama co nad wodą?


Śmiesznie wygląda z przodu:)
Pozdrawiam i życzę miłej majówki.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Leśna niespodzianka

Tegoroczna wiosna wszystkim się chyba daje we znaki swoją zimną i przekropną aurą. Po dość zimowej zimie czekamy na te ciepłe, pełne słońca dni a tu... lipa, i to bynajmniej nie ta pięknie kwitnąca i zieleniąca się latem. My z wiosną to się w tym roku przywitałyśmy dopiero na święta... Ale czy było się z czym witać wcześniej? No nie wiem, niby coś tam kwitło... niby ćwierkało...
Lecz dopiero przerwa Wielkanocna dała mi realną szansę zapoznać się osobiście z plotkami. Zatem spacer się odbył, popołudniowy, gdyż wcześniej siąpiło coś upierdliwie. No, żeby ciepło było, to bym nie powiedziała. Raczej temperatura listopadowa, wiatr też, tylko to słonko złudne takie. Za to jakie widoki...



 Od razu wiedzieliśmy ze Szparagiem, że za daleko się wybierać nie ma sensu. Ale tak zaraz wracać... A te kontrasty takie malownicze. W powietrzu czuło się pewien niepokój. Jakieś takie lekkie podekscytowanie. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tej aury, tych niuansów malowanych światłem popołudnia i niskimi chmurami w tle.




 Zdążyliśmy się zrównać z tym dębem jak zaczął padać grad, na szczęście taki wielkości kulek styropianu, a nie kurzych jaj. Wtedy chyba nieco szybciej byśmy mknęli do domu. Jedynie nas obśmiał mazurek siedzący na ściętej gałęzi olchy czarnej, że jakoś dziwnie przyspieszyliśmy nagle... cwaniak.
W sercu czułam jednak jakąś rozpierającą radość, jakieś ożywienie, deszcz i grad nie były problemem. Ot, przygoda, jak mawia Szparag.

Nasz staw w tym roku napełnili już w lutym ale na prazie na nim pustawo. Jedna para łabędzie krzykliwych siedzi na gnieździe, drą się gęsi i wyjątkowo mało łysek i krzyżówek. Za to pojawił się nowy gatunek. Nie spotkałam tych kaczek tam w ubiegłych latach. Ponieważ nie jestem mocna w awifaunie wodnej, nie mam pojęcia co to za gatunek i liczę na pomoc w oznaczeniu.

 Zaobserwowałam trzy pary. To więcej niż pospolitych do tej pory raniuszków. W tym roku wyjątkowo nielicznie się kręcą koło naszego domu. A szkoda, bo uwielbiam te śliczne kulki z ogonami. 


 Ptaki, miałam takie wrażenie były jakieś podenerwowane bardziej niż zazwyczaj, może dla tego, że zimna, mokra i wietrzna pogoda nie sprzyja amorom i zakładaniu rodziny. W lesie pojawiło się kilka nowych wykrotów i drobnica skwapliwie z nich korzystała. Tak jak parka zięb. Ale sfotografować pozwolił się tylko samczyk. Pani Ziębowa była niezwykle ostrożna i skrywała się za gałązkami uniemożliwiając zrobienie znośnego zdjęcia.


Zazwyczaj to te kolorowe ptaszki bez większych kłopotów uwieczniam, bo samce są terytorialne i jak zaczynają śpiewać ten swój koncercik to pozwalają na prawdę blisko do siebie podejść. A tym razem, nie dość że daleko to jeszcze ciemno. Nawet kos był mało tolerancyjny.

Nie wspominając już o rudziku. Mam do tych ptaszków ogromny sentyment. A tu przysiadł w cieniu na sekundę i zaraz czmychnął gdzieś. 
Las wie, że go kocham i czasem potrafi mi się odwdzięczyć za te zabierane z niego butelki czy worki i inne śmieci porzucone przez egoistycznych kretynów o poziomie lenistwa nie mieszczącym się w skali. Tym razem postanowił mnie zaskoczyć tak, że aż zaklęłam z wrażenia. 
Wybraliśmy się ze Szparagiem na spacer korzystając z dziury w chmurach i słonka. przeszliśmy na tyły stawu, tam gdzie wpada do niego zasilający strumień i gdzie tworzą się rozlewiska porośnięte olchami. Jestem niemal pewna, że to właśnie gdzieś w tym olsie gniazdują te nieliczne u nas żurawie. I że tu też się jesienią odbywało rykowisko. 
W każdym razie podziwialiśmy te zalane połacie gdy dostrzegłam jakiś ruch na szczycie suchego, pozbawionego już gałęzi, wysokiego pnia. Najpierw myślałam, że to może jakieś ptak drapieżny ale nie... Kiedy zwierzę się odwróciło, z wrażenia zaschło mi w ustach. 

Zdjęcia bardzo słabe, bo ustawienia aparatu nie pasowały do warunków, a jak już pasowały to optyka postanowiła się skupić na tle obiektu a nie na obiekcie. A potem to obiekt jak się poprzeciągał i poziewał, to czmychnął do dziupli w tym pniu. Aż mnie kłaczki na rękach dęba stanęły. Kuna, chyba domowa... moja pierwsza w życiu kuna. Nieźle... wiem gdzie nocuje to jeszcze tam wrócę, na pewno. Ja wiem, że dla niektórych ten łasicowaty to zmora i najchętniej by go oskubali z futerka, ale ja nie widziałam jeszcze kuny na żywo w naturze. To dla mnie rarytasek i ogromna niespodzianka. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić jej jakieś ładniejsze zdjęcie, nie tylko takie dokumentacyjne. A może i łasicę znów spotkam, może w końcu lisa, może...

piątek, 21 kwietnia 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Nadzorcy prac melioracyjnych

Wiosna to czas, kiedy robi się wszelkiego rodzaje porządki. Nas to również nie ominęło. Co prawda porządki raczej marginalne i stricte melioracyjne ale jednak. A mianowicie, Szparag został poproszony o pogłębienie jamy w Leśnym Strumieniu, gdzie zanurzona jest pompa do podlewania ogródka. Zatem kaloszki na nóżki i do lodowatej wody - start.
 Do pracy został zaprzęgnięty Szparag we własnej osobie, a na ochotnika zgłosiła się do pomocy Nora. Nora jest wielbicielką wody i nie odmawia nigdy kiedy chodzi o cokolwiek z jej udziałem. To bardzo pomocy pies, a ile radości jej to sprawia.

 Głównym nadzorcą była oczywiście Cesarzowa Liza. Dumnie wyłoniła się gdzieś z niebytu i pojawiła na miejscu prac by dokonać oględzin postępów. 


 W pierwszej chwili nawet jej nie spostrzegliśmy, dzięki futerku w barwach ochronnych. Ale jak to na Cesarzową przystało, nie pozwoliła na to by pozostać niezauważoną. Nie ona.

 Dumnie wspięła się na wał i z odpowiedniej pozycji przyglądała się oraz oceniała trwające prace. Potem postanowiła podejść bliżej by dokładniej sprawdzić co i jak.

A ostatecznie zaakceptowała wyniki prac, wymownie podpisując odbiór na głównej belce. Z takim podpisem, żaden inspektor nie ma prawa dyskutować.
 Tak, to faktycznie podpis nie pod podważenia i zadowoleni z siebie mogliśmy zająć się innymi sprawunkami. Odchodząc z placu boju, dostrzegliśmy jednak skradającego się inspektora. 

 Kręcił się gdzieś nieopodal miejsca prac i szukał nie wiadomo czego. Ale my nie mieliśmy się czego obawiać, z podpisem Lizy mogliśmy spać spokojnie. A inspektor jak to oni mają w zwyczaju, dokonał inspekcji najdokładniej jak potrafił...



 I nie znalazłszy nic do zaprotokołowania, odleciał. My w tym czasie zajadaliśmy się już Świątecznym mazurkiem.

Na koniec mam małe pytanie organizacyjne. Jak wolicie, czy żeby wpisy były mocno rozbudowane, z dużą ilością zdjęć, czy raczej mniejsze, szybsze do przeczytania historyjki opatrzone kilkoma fotkami was zadowolą bardziej. Odpowiedź proszę umieścić w komentarzu, bardzo mi pomoże. Z góry dziękuję.