Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

poniedziałek, 24 lipca 2017

Moja Mirandolina

Gdzie jesteś moja wewnętrzna wiedźmo, moja Mirandolino, przewodniczko? Czemu nie przychodzisz kiedy Cię wołam, kiedy proszę o wskazówki, o pomoc. Zostawiasz samą, ślepą i głuchą i nieporadną w tym świecie gdzie gra półsłówek i półprawd rządzi ponad szczerością i otwartością.
Tak długą drogę już przeszłam, tyle się nauczyłam i dostrzegłam.
Jestem bardziej świadoma siebie i świata... czasem można powiedzieć, że nawet cyniczna. Powoli zamiera we mnie wiara w ten świat, w jego mieszkańców. Pomogłaś mi pozbyć się złudzeń, ale nie nauczyłaś dostrzegać prawdziwego oblicza. Więc pozostał lęk i obawa, pewna nieufność. 
I ogromne pragnienie... 
By więcej móc zobaczyć, inne barwy i odcienie, aury i fale.
By więcej usłyszeć, inne tony i  brzmienia, niuanse nieuchwytne dotychczas.
By więcej wyczuć, sercem, przez skórę, wibracje, energię i moc.
Kiedy dotykam drzewa chcę poczuć życie które przezeń przepływa, usłyszeć pieść którą od lat mruczy. 
Poczuć jedność z naturą na poziomie dotychczas dla mnie niedostępnym. Dałaś mi dar dostrzegania piękna i możliwości przedstawienia go, uwiecznienia. Chcę organiczne wejść głębiej. 
Pragnę ciszy, w której usłyszę to co niesłyszalne. 
No jak Cię obudzić Mirandolino, jak zaspokoić to pierwotne pragnienie. 








 

wtorek, 18 lipca 2017

Luna maluje - Zimorodek

Oj, może zacznę od komentarza do poprzedniego wpisu. Był mocno podyktowany emocjami i napisany pod wpływem chwili. Jednak po przeanalizowaniu na zimno tekstu i waszych wspaniałych słów nie zmieniłabym ani słówka. Za wasze wsparcie i rady serdecznie dziękuję. 

A dziś już dość o tym. Szkoda słów czasem. 
Ostatnio bardzo mocno weszłam w malarstwo, moje własne. Uczę się, ćwiczę i czasem z tych ćwiczeń i nauki wyjdzie skończony obraz, jak było w przypadku tego. Zaczęło się od kombinowania z rozmytym tłem, czyli tym co mi nadal spędza sen z powiek. A potem jakoś tak postawiłam kilka kółek i spodobało mi się. Wyglądało to jak efekt bokehu jaki nieraz uzyskuję przy zdjęciach z małą głębią ostrości. No i postawiłam tych kółek nieco więcej, chyba z kilkaset ostatecznie. No i jak już te kółka mnie zaspokoiły to stwierdziłam, że szkoda zmarnować tak ciekawe tło i machnęłam zimorodka. 
Co do samego ptaka to największą frajdę miałam z malowania gałązki. Też kombinowałam, bo jeszcze nie malowałam takich rzeczy. Sam ptak był w porównaniu z tym na czym siedzi łatwy, o dziwo. Musiałam zaopatrzyć się w kilka nowych kolorów farb, bo stare umarły i przypominały już kauczuk:)
Jakbym miała cały swój czas wolny to zrobiłabym go w dwa dni, a tak to się rozciągnął na prawie dwa tygodnie - mowa o samy zimorodku, bo gałązka to kolejne dni:) 


 Na każdym zdjęciu inny odcień, ale tak to jest ze światłem i matrycami aparatu. Na ostatnim zdjęciu fragment gałązki jeszcze przed ukończeniem, porostów nie ma, ale tak mi się mech spodobał, że musiałam.

A z zimorodkiem to jest u mnie tak, że od lat marzę by go sfotografować i nigdy mi się nie udało, to go sobie w końcu namalowałam. I mam! 
Pozdrawiam. 

czwartek, 6 lipca 2017

Żebrać o przyjaźń? To się nie godzi.

Dawno nie pisałam prosto z serca... Najwyraźniej życie oszczędzało mi dylematów, o których warto się rozpisywać. 
Dziś mnie naszło, nie bez powodu. Pewne wydarzenia w moim spokojnym życiu wywołały zamieszanie i paraliż emocjonalny. 
Chodzi o jedno z najsilniejszych uczuć w naszym istnieniu, o przyjaźń. Każdy ją przeżył i wie jaka potrafi być, czasem silniejsza od miłości.
I każdy przyzna, że bez niej nie sposób funkcjonować, że jest potrzeba jak światło. Ale czy warto o nią żebrać?
 
Mój tata ma powiedzenie:
"Dawać i się prosić? To już za wiele."
 
I tu jest sedno. 
Bo o ile z miłością jest tak, że się wybacza zakochanemu, że się ośmiesza, że przesadza, że błaga, poniża się i żebrze, narzuca ze swoim umiłowaniem. To w przyjaźni chyba jednak inne reguły panują.
A może się mylę. Może też mam na kolanach chlipać o uwagę, o to by przyjąć moje uczucie i wszystko co za nim idzie. A tu widać posuchę, brak zainteresowania, brak odpowiedzi, zero reakcji, w końcu swoisty ostracyzm. 
 
A z innej strony dzwoni inna obdarowana podobnym uczuciem i bez żadnego konkretnego powodu mówi wzruszona: "Dziękuję Ci, że pojawiłaś się w moim życiu"... 
 
No kontrast mnie nieco zemdlił. Z jednej strony bezinteresowne wyznanie płynące prosto z serca, będące niczym innym jak odpowiedzią na moje uczucia i szczerym wyrazem sympatii. A z drugiej głucho zamknięte wrota, brak odpowiedzi i można by rzec grobowa cisza i kurz. A nadzieja na odnalezienie drogi, którą się szlo te kilkanaście lat, umiera powoli w tym mrozie.
 
Kurwa, no czuję się jak ta durna ćma co się o żarówkę obija jak opętana. I zastanawiam się czy warto...
Błagać o przyjęcie przyjaźni? Błagać o skrawek odwzajemnienia i chęci. 
Nie rozumiem, nie mieści się to w moim pojmowaniu świata. Jeśli nie chce to niech mi to powie jasno i klarownie. Tak, żebym już nie łudziła się głupio, że jest nadzieja. "Nie ma dla Ciebie miejsca w Moim świecie i Moim życiu". Kilka nieskomplikowanych słów. Tak, chcę je usłyszeć, bo najwyraźniej jestem odporna na znaki niewerbalne.
Albo na prawdę naiwna, że przez te wszystkie lata nie widziałam tego, że byłam zapchajdziurą kiedy nikt ciekawszy nie miała czasu. Taka naiwna, pocieszna i niedojrzała, taka nie pasujące do "właściwego" świata, świrnięta "przyjaciółka" z której można było się pośmiać czasem, zabić nadmiar czasu wolnego albo nie umiało się spławić skutecznie.

sobota, 1 lipca 2017

Moje malowanie - Lisek zimową porą - Ukończony.

Witajcie kochani, na wstępie bardzo chciałam podziękować za te wszystkie miłe i pozytywne słowa na temat mojego liska. 
Co prawda skończyłam go już dwa tygodnie temu, ale jakoś się do publikacji na łamach bloga nie zebrałam. Aż do dziś. Ale nim go przedstawię w całej okazałości to podzielę się z wami swoimi koszmarami związanymi z ta pasją. Czemu koszmarami?
No bo jak nazwać to, że masz jakąś wizję w głowie i za nic w świecie nie wiesz i nie potrafisz jej urzeczywistnić. Wszelkie próby spełzają na niczym, bo nie znasz magicznej techniki, czy specyfików. Wiesz jaki ma być efekt, a nie wiesz jak go osiągnąć. A wielcy co odkryli sposób, skrycie go chowają i dzielić się nie chcą. Jak się okazuje to wcale nie są takie łatwe rzeczy i z talentem nie mają nic wspólnego, to setki godzin ćwiczeń, nerwów i czasem łez. Ale jak się już coś uda, nawet najmniejszy fragmencik, listek czy oczko... to czuję się jakbym wygrała w totka. 
No, więc takie to nieco emocjonalne to moje malowanie ale ciesze się, że wróciłam do tej zakopanej przeze mnie techniki. 
Teraz zapraszam na oględziny lisa. Pierwszego z serii (o ile mi się nie odwidzi malowanie:))


 A obok słodko pochrapują moje maleństwa.