Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 15 sierpnia 2017

Plemię

Tytuł może i dziwny ale...
 Naszła mnie ostatnio taka myśl, że niemal od zawsze byłam, swego rodzaju autsajderem. Niby w centrum wydarzeń, ale jednak jakby z boku. Nawet nieraz nieco gnębiona przez rówieśników. Oczywiście to nie były żadne poważne sprawy, ot niesprawiedliwa wojna na śnieżki, gdzie to nagle ja stałam się jedynym obiektem ataków. Niby nic, a jednak zostało w pamięci.
Ale nie o tym chciałam, nie żalić się. 
 Jesteśmy gatunkiem stadnym i w zdecydowanej większości, nawet nie uświadamiamy sobie tego, że lgniemy do ludzie mówiących tym samym "językiem duszy" co i nam śpiewa. Uwielbiamy się zrzeszać, tworzyć stowarzyszenia, koła i inne związki oparte na przewodniej idei łączącej członków.
Przy okazji wakacyjnego wyjazdu ze znajomymi, przyjaciółmi w sumie, podczas rozmów i bełkotów popiwnych i porakijowych (rakija to bimber bałkański) naszło mnie, że ludzie naturalnie lgną do swoich plemion. Nawet buntownicy buntują się grupowo i stąd mamy subkultury różnorakie. Co prawda nie z subkulturą miałam tam do czynienia, lecz z ludźmi, którzy będąc nawet nieco ekscentryczni, znaleźli swoje plemię i to przed czterdziestką. W tym przypadku jest to grupa ludzi zbierających znaczki turystyczne i zwiedzających Europę w ich poszukiwaniu. 
 Na początku nie dotarło to do mnie w takim sensie jaki tu rozpatruję, ale na spotkaniu z innymi znajomymi, już po powrocie mnie olśniło. A to przy okazji opowieści o zlotach motocyklowych, to też duże plemię, zresztą zżyte ze sobą.
I wtedy zrozumiałam, że ja nie mam swojego plemienia. Myślałam, że znalazłam takowe, jak zaczęłam się udzielać w kole miłośników haftu, ale... nie czułam, że tam pasuję. Może za duża była różnica wieku, może zbyt szybko się poddałam. Tak czy inaczej pomimo wielkiej sympatii do pań, nie poczułam "plemiennych więzów".
I jak się nad tym zastanowiłam, to zawsze było tak, że mnie interesowało coś zupełnie innego niż wszystkich naokoło. A do tego byłam jeszcze na tyle zamknięta, że grono znajomych miałam wąskie. 

Szparag, zapytał czy to nie jest też tak, że ja nieświadomie wybieram takie dziedziny, żeby być wyjątkową... Coś w tym jest, ale przecież nie zainteresowałam się w podstawówce mangą japońską i książkami Margit Sandemo, żeby komuś zaimponować, bo raczej się ze mnie śmiali. Tak samo nie wyszywam, czy maluję wbrew sobie, żeby być inną.
Bo nie ma chyba nic wspanialszego niż móc podzielić się swoją pasją z kimś kto ją rozumie w tym samym stopniu co ty.
Założenie bloga, jak zresztą nie raz wspominałam, otworzyło mnie na świat, pozwoliło poznać wielu ludzi z różnych plemion. Mogłam z kimś wymienić się swoimi "jazdami". 
Lecz blog to niestety nie jest plemię. I nawet nie do końca wiem jakie plemię jest to moje. Czy jest mi jakieś kiedyś przeznaczone, czy zawyję w jednym zgranym zaśpiewie z innymi "wilkami", czy już zawsze będę tą samotną Czarną Wilczycą.


12 komentarzy:

  1. Znajdziesz, znajdziesz na pewno. Na ostatnim kursie permakultury zebrali się u mnie ludzie, którzy się nie znali i okazało się, że są plemieniem, a ogrodnictwo jest jednym tylko aspektem całego wachlarza zainteresowań wspólnych. znaleźli się, tak nagle i niespodziewanie. I Ty kiedyś znajdziesz, nawet niekoniecznie oparte na hafcie, znajomości z ludźmi, których dusza podobnie śpiewa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najczęściej zraża mnie, że zamiast tematu wspólnego znajduję rywali. I to nie ja z nich robię rywali tylko oni we mnie rywala widza... ale to długi i skomplikowany temat.

      Usuń
  2. Wygląda na to ,że trzeba szukać, ale przecież są i samotne wilki...
    Też mam ten problem, jakoś nie mogę znaleźć swojego plemienia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No są ale jest im zdecydowanie trudniej niż w stadzie, ale też są nieograniczone przynależnością... ech.

      Usuń
  3. Lubię od czasu do czasu pogadać z kilkoma znajomymi o tym co robię, ale nigdy nie miałam ciągot do przynależenia. Jeśli tylko pojawiały się najmniejsze symptomy takiegoż zmykałam i zamykałam się w sobie, bo pogawędzić lubię, ale przynależeć nie. I tak sobie myślę, czy Ty aby rzeczywiście chcesz? :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie jestem całkiem pewna... ale ja nawet nie bardzo mam z kim pogawędzić. I chyba tu leży problem, bo tłoków też nie cierpię.

      Usuń
  4. przeczytawszy post uświadomiłam sobie, że jestem chyba samotnikiem ( ostatnio )... jeśli już to owszem przynależę do plemienia blogowego, rodzinnego i na tym się kończy mój byt w środowiskach towarzyskich... ech

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No czasem i tak bywa. Ja chyba nawet swojej rodziny za plemię nie uważam. Nie mamy za grosz wspólnego języka i robimy dobre miny do złej gry. Jest miłość i przywiązanie ale nie ma zrozumienia.

      Usuń
  5. Niełatwy temat, ale też go znam. Mam podobnie. Przeczytałam komentarz Grażyny Ciechanowskiej i zaczęłam się zastanawiać czy nie jest właśnie tak? Że tak do końca nie chcę być przywiązana. Miło jest mieć plemię, ale samotność jest czasem bardzo potrzebna...
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale jeśli masz już jakieś plemię to samotność jest opcją, a jak go nie masz to niestety koniecznością. I to przykrą. Ja czuję się samotna.

      Usuń
  6. Znam odpowiedź na twoje pytania ale nie jestem pewna czy będę umiała o tym napisać na tyle zrozumiale aby zostało odebrane tak jak bym chciała. Ale spróbujmy. jesteśmy takie same, może we mnie nikt nie rzucał śnieżkami bo po prostu nie bawiłam się w takie rzeczy z powodu ,,natłoku" bawiących się. Zawsze mówiłam o sobie ,,inna" bo tak się zawsze czułam- w dzieciństwie, młodości. Samotnik, ale nie do końca. Tu gdzie mieszkam wcale nie jest mi dobrze bo brakuje mi ludzi, kontaktów z nimi. ALe... jedni kontaktem rozumieją imprezy, rozmowy, zjazdy, spotkania, odwiedziny itd, dla mnie to po prostu przebywanie obok ludzi co dla mnie jest rozumiane ,,z nimi" Nie mam wianuszka znajomych a kilku przyjaciół na których mogę polegać a oni na mnie, mam dobre kontakty z sąsiadami ale bliżej znam się z wybranymi, którzy coś w sobie mięli, że ich zaakceptowałam. Za moich czasów o takich ludziach mówiło się, że chodzi jak kot własnymi ścieżkami. I takie własnie jesteśmy. :)
    Druga sprawa, uważam, że własnie świat bloga to plemię jak nazwałaś. Zwróć uwagę kto jest w twoich ulubionych :) Sama wybrałaś sobie tematykę, osoby. I ludzie którzy do Ciebie zaglądają mają podobne podejście do życia i zainteresowania. Jeśli w życiu realnym taki człowiek żyje z ludźmi ,,będąc obok" to blog jest rewelacyjnym rozwiązaniem dla niego w kontaktach. To jak okno, portal przez który się komunikujemy a potem powracamy do swoich samotnych czynności.
    Nie wiem czy udało mi się przekazać to co chciałam. Ale czytając twój post zdałam sobie sprawę, że jesteśmy bardzo podobne. Ty użyłaś angielskiego słowa w moim pokoleniu taka osoba nazywana była pp prostu samotnikiem. :)
    pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama zawsze mówiła na mnie "samotnica", a tata nazywał "nornicą" bo miałam zawsze zaciągnięte zasłony w pokoju i mówił, że mieszkam w norze. No cóż.
      Masz chyba rację co do bloga, jak się nad tym zastanowię to tak chyba jest.
      Bardzo dziękuję za tak obszerny i szczery komentarz.

      Usuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.