Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

sobota, 30 września 2017

Luna maluje - moje rozterki z "Rysicą Rysią"

Wspominałam już nie raz, że często nachodzą mnie dziwne pomysły przed snem. Ten dotyczący "Rysicy Rysi" też jest "natchnieniem przedsennym". Kim jest Rysica Rysia? Jest...
No właśnie... to nie jest takie proste. Ale może zacznę od początku. 
Zatem leżąc pod kołderką już dawno dość temu, zastanawiałam się nad swoim duchowym odpowiednikiem w świecie zwierząt. To było w czasie kiedy pisałam o Mirandolinie. Miałam takie wewnętrzne rozterki i potrzebę rozszerzenia swojej duchowości. Zaczęłam się też zastanawiać nad tym jaki jest mój zwierzęcy opiekun, przewodnik po innych wymiarach - Alter Ego. 
No i mnie olśniło. 
Jak zawsze w takich momentach po prostu proszę Wszechświat o pomoc i oświecenie. I spokojnie czekam na to co mi odpowie. Czasem jest to niemal od razu, a czasem potykam się o odpowiedź nawet kilka tygodni później.
Uprzedzam, że nie chcę dyskutować o mojej wierze w działanie wszechświata, podświadomości i programowania swojego szczęścia.  
Zatem, w tym przypadku odpowiedź przyszła szybko. Wszechświat pokazał mi moje duchowe zwierzę. 
No i od razu powstał pomysł na portret mojej opiekunki. 
 Szybko wybrałam ostatnie z płócien które jeszcze się uchowało i zaczęłam pracować nad szkicem. Potem zapadłam się w burzowym, wieczornym niebie. Pędzel tańczył jak zwariowany i nawet nie wiem kiedy powstało to co jest za kotem.


 Następnie już nieco spokojniej, mniej gorączkowo nałożyłam śnieg i gałązki, ale Szparag wyraził zdanie, że one nie pasują. Długo się nad tym zastanawiałam, ale przyznałam mu rację, że to portret, więc elementy tła, nawet tak mało widoczne jak te gałązki, będą zaśmiecać obraz. 

 Zanim więc zaczęłam malować samego bohatera, zamalowałam gałązki i mnie się teraz podoba bardziej, ale wiem, iż znajdą się tacy którzy będą uważać że wcześniej było ciekawiej. Szanuje ich zdanie. 
Malowanie futra nie było łatwe, chciałam oddać lekkie rozmycie tylnych łapek, a jednocześnie pokazać że są puchate. No i  nie wiem czy udało mi wykonać to zadanie tak dobrze, jak pragnęłam ale ogólnie z efektu jestem zadowolona, a to chyba najważniejsze. Wiem, że się cały czas uczę. 
 Jak widać, sporo futra miałam do namalowania. Wbrew pozorom cętki nie są łatwą czarną kropką. Sporo było tu pracy z akrylowym medium, żeby uzyskać laserunek. 
Obraz jest duży bo 50/40cm. Do tej pory malowałam mniejsze formaty, ale czasem taki większy jest akuratny. Daje pewne możliwości wyżycia się przy machaniu pędzlem. 
Na tym etapie odłożyłam płótno.  Coś mnie powstrzymuje przed dokończeniem obrazu.
No i to są te moje rozterki. 
Bo obraz przedstawia Rysia, to widać, a dokładnie Rysicę o imieniu Rysia czyli Ryszarda. 
I nie jest to tak, że Rysia bo to ryś, tylko Ryś bo Rysia... Naplątałam ale inaczej nie mogę. Wyjaśnię wszystko jak już zdecyduję się ją dokończyć. 
Obraz jest bardzo osobisty i wyjaśnienie jego roli łączy się z ujawnieniem pewnej tajemnicy z przeszłości. Nie wiem czy jestem na to wszystko gotowa i czy jest to właściwe.
Dla mnie to rodzaj oczyszczenia, terapii, pogodzenia się ze sobą i wkroczenia z jasnym sercem i czystym umysłem w następny rozdział życia. 
Na razie jestem wewnętrznie zablokowana i tłumaczę się brakiem czasu na malowanie, ale to nie prawda. Mam czasu aż nadmiar, jeśli to możliwe. Wyszywam, bo nie mogę nic nie robić, jestem na fali.  
Tak czy inaczej chcę skończyć obraz, ale jak poukładam w głowie wszystkie popętlone myśli i wątpliwości. Tym razem Wszechświat opierdziela się odpowiedzią. 

niedziela, 24 września 2017

Umierające blogi

Witajcie. Tak mnie ostatnio naszło...
Tytuł może i nieco na wyrost... Ale czy na pewno? Zapewne każdy z was, pisząc i prowadząc swojego bloga, na przestrzeni tych paru lat, zaobserwował fluktuacje w zaprzyjaźnionych stronach. 
Wszyscy mamy taką grupę blogów, które obowiązkowo odwiedzamy, komentujemy a nawet zaprzyjaźniamy się z prowadzącymi. Ja również. Mamy też takie blogi, na które wpadamy, zerkamy, czasem nawet nie skomentujemy bo akurat temat jakoś nie zagrał, ale są i je odwiedzamy nieraz. 
Tak samo jest w drugą stronę. Są wierni komentatorzy - przyjaciele blogowi i tacy co zajrzą i pójdą. 
Normalne zjawisko w świecie blogów. 

Pisałam już kiedyś o tym, że niektóre blogi są dla mnie jak powieści, że jak już taki odnajdę i po kilku bieżących wpisach, wracam do pierwszego i jadę jak z książką. I zostaję już wyczekując niemal na szpilkach kolejnego wpisu. 
Ponieważ sama prowadzę już mojego blisko 4 lata, za niecały miesiąc urodziny, to mam z tym tematem związanych kilka obserwacji. I najsmutniejszą z nich jest ta, że ulubione blogi, te do których się chętnie zaglądało, te które najdłużej nam towarzyszyły, powoli się wykruszają. 
I pozostawiają niedosyt. W moim wypadku takich blogów jest ok 5 - 7. Nie chce mi się dokładnie analizować.  

Różnie się to odbywa, czasem wpisy urywają się nagle, bez żadnego uprzedzenia, informacji. (Ta forma mnie osobiście najbardziej frustruje, bo chciałabym wiedzieć czemu "zostałam porzucona". Może to głupie, ale to tak jakby się nagle jakaś dobra koleżanka przestała odzywać i nie wiesz czemu? A wystarczyłoby jedno zdanie. Może za dużo wymagam, jednak dla mnie to jakaś forma szacunku dla odbiorców i kwestia dobrego wychowania. Ale może się mylę i w internecie obowiązują inne zasady)
Czasem posty pojawiają się coraz rzadziej i widać, że blog już ledwo dycha. Tu nie trzeba żadnych wyjaśnień, można się domyśleć, że coś rozprasza autora, że wypalił się zapał...
Czasem autor pisze, że z pewnych powodów zawiesza prowadzenie, albo...

Autor odchodzi na prawdę. I to jest bardzo dołujące. Zwłaszcza, kiedy wchodzisz na bloga, bo pojawił się nowy wpis, a on jest informacją o odejściu. Szok (Do tej pory nie mogę bez wzruszenia wspomnieć DamyKier). 
Takie sytuacje pokazują mi, że ten świat jest bardziej realny niż się wydaje. Niby można tu kreować swoje życie, ale na dłuższą metę i tak doskonale widać czyjąś osobowość, charakter i podejście.  
Pochodną tych rozmyślań jest kwestia długości życia bloga. Jak długo powinien blog żyć, żeby było to przyzwoite. Czy 7 lat i więcej to już staruch i na emeryturę. I fajowe są tylko te młode? Ale nie za młode, bo to nie wiadomo, czy się po trzech miesiącach nie znudzi...

Mam znów takie obserwacje. Swoje własne, więc może błędne. Wiele blogów umiera zaraz po starcie, do pół roku i koniec. 
Druga tura to tak 2-3 lata i się nudzi pisanie, kończą się pomysły albo zmienia styl życia. 
A jakie jest wasze zdanie na ten temat? 
Mnie jest żal tych blogów które odwiedzałam przez ponad trzy lata, czasem krócej, ale za to regularnie, a teraz albo ich nie ma zupełnie albo "dogorywają". No, normalnie tęsknie za nimi. Czuję się nieco osamotniona... może to ta pogoda...  
A szukanie nowych "na siłę" jest trudne i wywołuje wewnętrzny opór, jak wyjście do nowych ludzi, kiedy starzy znajomi z jakichś powodów znikli z naszego życia. 
Czy to tylko ja mam takie dylematy i "problemy"?  
 

czwartek, 21 września 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Rozzłoszczona wiewiórka i żarłoczny kos.

Nie przepadam za sierpniem, już o tym kiedyś wspominałam, za to bardzo lubię wrzesień. W tym roku jest wyjątkowo deszczowy i zimny ale zdarzają się słoneczne dni. Początek tegorocznego września przywitał mnie mrocznym świerkowym lasem, w którym okazałam się bardzo niemile widzianym gościem. 
Pachniało ściółką i wbrew ładnej pogodzie było bardzo cicho. Dla tego też udało mi się bez większego problemu wychwycić szelest poruszanych gałęzi. Okazało się, że z świerkowego lasu, na brzozowy zagajnik, mknie po gałęziach wiewiórka z balastem w pyszczku. Owym balastem, a może raczej skarbem była dorodna szyszka świerkowa, pełna wspaniałych nasion. Kiedy mnie jednak Ruda spostrzegła, z oburzenia upuściła swój skarb i to ją bardzo rozzłościło. 
Oj jak ona zaczęła na mnie szczekać, trzeszczeć i trzaskać. A kita jej podskakiwała przy każdym, obelżywym zapewne okrzyku. Dawno mnie nikt tak nie zwyzywał jak tak ruda złośnica. No ale nie dziwię się jej, upuściła taką zdobycz, a zejście na ziemię wiąże się zawsze z jakimś ryzykiem.




Obserwowałam ją jak zgrabnie przemieszcza się z gałęzi na gałąź, każdy kto poświęcił chociaż chwilę w życiu by obserwować wiewiórki, wie jakie one są sprawne. Z jaką lekkością skaczą między konarami i chwytają się najcieńszych nawet gałązek. Ale ponieważ była na prawdę zła na mnie, to odeszłam nieco dalej, by mogla się w spokoju uporać ze swoim problemem. 
A nieco dalej spotkałam prześlicznego kowalika, a nawet dwójkę, skaczących po korze wysmukłej sosny. Coś ze ściółki wyławiały i upychały w szczelinach kory. I nawet się szczególnie nie przejmowały mają skromną osobą. Podobnie jak pełzacz, którego dostrzegłam dopiero po jakimś czasie. Jest tak maskująco umaszczony, że naprawdę trudno go zobaczyć, chyba, że akurat się poruszy. 




O ile moja obecność kowalikom ani pełzaczowi nie przeszkadzał to sójka była już innego zdania. Bardzo wyraźnie dawała mi znać, żebym sobie poszła. Coś tam grzebała z korze sosnowej, może kradła to co chomikowały kowaliki. 


Matko, ile rabanu i hałasu robi ten ptak. Nie sposób się kryć kiedy sójka Cię wypatrzy. Będzie się darła  wniebogłosy i ostrzeże cały las z przyległościami, że śmiesz kroczyć po jego włościach. I nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia z jakim zamiarem tenże las odwiedzasz. Czy jesteś wrednym i wstrętnym kłusownikiem, matką z dziećmi na grzybach czy fotografem zamiłowanym w przyrodzie. 
Na szczęście dzięcioł który nieopodal obstukiwał konar sosny, nie zwracał uwagi na tę kłótliwa sąsiadkę. Skupiony na swoim zadaniu, ignorował harmider sójki i dzięki temu mogłam ładnie go uwiecznić. 


Może się mylę ale mam wrażenie, że to młody osobnik. 
Po powrocie do domu usiadłam na drewnianej huśtawce na tyłach domku i cieszyłam się słonkiem, ciszą i piękną pogodą. I znów tę ciszę przerwał ptasi harmider. Ale takie dźwięki to mi nie przeszkadzają, absolutnie. 
Tym razem był to samiec kosa, który przybył na jarząb sąsiadów, zwabiony zapewne wspaniałą barwą korali.
Obserwowałam go przez obiektyw zachwycona szybkością z jaką odrywał koralik jarzębiny i połykał. Na prawdę jest w tym biegły. 

A jak odleciał samczyk, po kilku chwilach pojawił się osobnik młody, śmiesznie łysawy. Ten był zdecydowanie mniej płochliwy i nieco gorzej sobie radził z kulkami. Obserwowanie jego zapasów było czystą przyjemnością zarówno dla mnie jak i dla sikory która siedziała w młodych dębach nieopodal. 
Młodzian przybył, zasiadł obok baldachogrona jarzębiny, nacelował na owoc, szarpnął i łyknął. I tak trzy razy, a potem zwiał. Gdybym ja połknęła coś proporcjonalnego to chyba musiałoby być to wielkości pomarańczy:)






Tak, zdecydowanie jesień potrafi być piękna. Inne jej wspaniałości w następnym poście - zapraszam. Pozdrawiam serdecznie. 

sobota, 16 września 2017

Haft cieniowany płaski - badylarka

Witajcie.
Jak zapewne wiecie u mnie jest teraz faza malarstwa, ale to się niestety wiąże z dużym bałaganem i całą wielką ławą zajętą. Poza sztalugą i płótnem walają się tuby z farbami, słoiki z wodą i pędzlami, a także palety do mieszania farb, szmaty i ręczniki papierowe. Zatem... no jest bałagan. Przy trzech kotach i baraku osobnej pracowni to może być problematyczne. Więc chyba nikogo nie dziwi, że maluję kiedy mam co najmniej jeden pełny dzień dla siebie. 
A ostatnio nie mam. I utknęłam z niedokończonym obrazem, który patrzy na mnie ze sztalugi w sypialni i jest niczym wyrzut sumienia. A potrzeba tworzenia wychodzi wszystkimi porami niczym pot po kopaniu rowów w lipcu. No to mnie wieczorem, przed snem natchnęło - Powyszywam. 
Mam kilka niedokończonych haftów. Zaczęłam od kolarzu ale zaraz przypomniałam sobie o małej badylarce.
A co to takiego ta badylarka? 
Badylarka pospolita (Micromys minutus) To ssak z rodziny myszowatych. Długość jej ciała wynosi od 5 do 7,5 cm, ogon jest długości ciała. Masa badylarki to 4-10 g.

No to tyle wiedzy:)

Zaczęłam ją wyszywać zaraz po skończeniu tygrysa, ale dopiero teraz ukończyłam. A było na prawdę mało do skończenia. 


Jak widać miałam aktywne wsparcie podczas pracy:) 
Na początku wyszywałam ogon w poprzek, tak żeby wyglądało nieco jak okręgi włosków na ogonku ale to nie zdało egzaminu. 
Sprułam i nałożyłam ściegi wzdłuż i efekt okazał się o wiele ładniejszy. Na grzbiecie badylarka ma cztery odcienie rudego. No i jaśniejszy kuperek i brzuszek. 
Zdjęcie ostatnie najlepiej oddaje kolory i odcienie. 
Wydawało mi się, że ten hafcik zajmie mi ze trzy dni... A jednak nie jest to takie proste. Nie wiem ile go wyszywałam, bo nie piszę już godzin pracy. Uznałam, że to bez znaczenia. Ale trzeba przyznać, że nie jest to skomplikowany wzór, gdzie jest mnóstwo zmian odcieni i kolorów do cieniowania. Dla tego też go wybrałam jako odpoczynek po tygrysie.
Wyszywany Ariadną na syntetycznym materiale, takim kawałku plamoodpornego obrusu za 5 zł w sklepie z firankami. O dziwo na prawdę dobrze się wyszywa na takim czymś. I jest mniejsze zagrożenie trwałego poplamienia. Ma równe sploty wątku  osnowy, więc nie rozjeżdżają mi się ściegi jak na lnie. Jest lekki i się nie gniecie, w praniu zachowuje przewidywalnie. Ja swoich prac już nie piorę, bo mi się ściągały, a nie miałam jak naciągnąć ponownie. Staram się aby ich nie pobrudzić. 
Nie wiem jak będzie się na tym materiale zachowywała farba, ale się przekonam.
Haft wykonany pojedynczą nicią. 
Pozdrawiam i do następnego wpisu.

poniedziałek, 11 września 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Bieliki, błotniaki i reszta skrzydeł

Nad naszym Stawem od kilku sezonów pojawiają się bieliki. Słyszałam o tym już jakiś czas temu ale na własne oczy zobaczyłam dopiero w ubiegłym roku. Co prawda zdarzało mi się widzieć tę majestatyczną sylwetkę gdzieś na nieboskłonie. W tym roku miałam okazję podziwiać jak te wspaniałe drapieżniki sprawnie polują na leniwe karpie. Jak zwrotne są w locie i sprawnie manewrują. To robi wrażenie. Ale jest masakrycznie trudne do sfotografowania bez profesjonalnego, bardzo drogiego sprzętu. 
Siedziałam wiele godzin nad brzegiem wyczekując aż wystartują do lotu, bo większość czasu spędzały siedząc na gałęzi drzewa. Potem dwa, trzy obloty, atak i z powrotem na drzewo. A potem wznosiły się hen wysoko i kołowały nad lasami. 
Moje zdjęcia nie są najwyższych lotów, ale jestem z nich dumna.


Zauważyłam go jak szybował. 



Potem siadały i następowała konsumpcja albo toaleta.


I znowu lot nad taflą wody.



Mój aparat na prawdę się starał ale odległość (zdjęcia są kadrowane) i ruchomość celu robią swoje.



Nawet władca przestworzy musi ugasić pragnienie. 

Ale Bielik to nie jedyny patrolujący rejon Stawu, drapieżnik. Jeszcze pierwszego dnia miałam okazję obserwować parę błotniaków stawowych. Samiec nieco mniejszy od samicy robił oblot, kiedy ona siedział na gałęzi, a potem ona już tylko latała. Niestety zdjęcia mam jedynie samicy i to mocno dokumentacyjne. Do tego gatunku mam szczególny sentyment. opisywałam swoje wakacje z młodym błotniakiem TUTAJ.




Ją było jeszcze trudniej uchwycić, bo to małe w porównaniu do bielika. 
Ale nad samym stawem skrzydlatych stworzeń cale mnóstwo. I każde lubi prezentować te swoje skrzydła jak na jakimś wybiegu.



Czaple, ciągle się podrywały do lotu, nie wiem czemu. Moim zdaniem nie miało to strategicznie sensu, ale ja się nie znam. Kłóciły się i przeganiały czasem. A odgłosy wydają paskudne.



Zamachał skrzydłami tez kormoran. A nawet zaprezentował je całkiem przyzwoicie.


Śmigały też mewy i chwytały w locie jakieś małe stworzenia z powierzchni. Latały tak chaotycznie, że tylko trzy zdjęcia nadają się do pokazania.

Na chwilę nawet zawitał myszołów. 
Zajrzał co ciekawego się nad Stawem dzieje i doszedł chyba do wniosku, że za duża konkurencja, więc odleciał nad lasy.