Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 26 grudnia 2017

Opowieści źdźbłem i liściem pisane, a w sumie to tym razem opowieści fotografa amatora

Dziś nie będzie konkretnej przygody w świecie przyrody. He-he, jak mi się fajnie zrymowało. Dziś chce się z wami podzielić swoją pasją z nieco innej perspektywy. Już jakiś czas temu rozmyślałam na ten temat, ale dopiero teraz zdecydowałam się ubrać te przemyślenia w słowa. Post będzie bogaty w zdjęcia, więc jak ktoś nie ma czasu czytać to chociaż sobie popatrzy. Ale bardzo bym chciałabym poznać wasze zdanie na temat tego co zawzięłam w tym wpisie.


Na świecie jest mnóstwo fotografów. W naszych czasach każdy kto ma telefon z aparatem może być fotografem ( już widzę jak się nabzdyczają ci "prawdziwi" fotografowie czytając moje, obelżywe niemal, słowa). Nie twierdzę, że to będą wybitni artyści, świetni rzemieślnicy, ale pstrykać każdy może. 



Ja, osobiście nie pretenduję do bycia "wielkim fotografem przyrody", kiedyś marzyłam o robieniu takich zdjęć jakie oglądam w internecie. A potem odpuściłam sobie. Pogodziłam się z ograniczeniami. A jest ich sporo. Po pierwsze, finanse, dobry aparat kosztuje kilka/kilkanaście tys. a obiektyw kilkadziesiąt. I wszystko jest ciężkie. Po wtóre... czas i mobilność. Jestem raczej domatorem, nie lubię marznąć, nie jeżdżę samochodem i mieszkam w wielkim mieście....
Ale to mnie nie ogranicza. Wystarcza wypad do parku, albo za miasto. Weekend na wsi.

 

Postanowiłam, że swoją amatorską, wspartą zdolnościami plastycznymi, fotografią, przybliżę świat naszej przyrody wszystkim zainteresowanym. Ale w inny sposób. Robiąc zdjęcia nie skupiam się na walorach obrazu. Zazwyczaj. Owszem, bardzo mnie cieszy, kiedy zdjęcie wyjdzie piękne. Jednak ważniejsze jest dla mnie co się na tej foteczce znajduje. Nie walczę o zdjęcia do kalendarza. 



Bo chcę przybliżyć was do naszej przyrody, nie zachwycającymi zdjęciami, wysiedzianymi godzinami w jakichś czatowniach, zanęconymi mięsem, ustrzelonymi fotolufami za wartość nowej toyoty i poprawionymi w fotoszopie. (Podziwiam wytrwałych fotografów przemierzających bezdroża, czekających czasami tygodniami na szansę, to jest pasja - potępiam, tych co nęcą ptaki drapieżne kurczakami by mieć fotki walczących jastrzębi i myszołowów. A są tacy co na tym zarabiają. Fuj, wstydźcie się. Chodzi o to , że ptaki się przyzwyczajają do darmowej stołówki, ubogiej w porównaniu z tym co łapią naturalnie i nafaszerowanej antybiotykami. )



Za pomocą moich zdjęć chce was zachęcić do własnych obserwacji przyrodniczych.
Ogromną większość można dokonać gołym okiem. Wystarczy cisza i cierpliwość. 
Powiecie - Ta, tralala, masz aparata z teleobiektywem i się mądrzysz... Ano nie mam, teleobiektyw się popsuł, a naprawa droga. Kupiłam na raty za ok 2000 zł, aparat kompaktowy zwany ultra-zoomem z największym dostępnym przybliżeniem dostępnym na rynku. Ok, te 2 tyś. to dla jednych dużo, dla innych nie. Ale to nie zestaw lustrzanki z obiektywem za ponad 7 tys. A bardziej prawdopodobne że ok 10 tys. Jasne, że w tym przypadku straciłam bardzo na jakości zdjęć ale... co tam. 



Dzisiaj każdy może mieć kompaktowy aparat z 30 czy 50 -krotnym zoomem. To nie wyczyn. A wystarczy do uchwycenia ptaków czy saren. A do obserwacji wystarczy lornetka, nieraz mają lepsze światło i przybliżenie niż mój aparat. 



Druga strona bajki - makro, czyli owady i reszta.
Owszem, dzięki mojemu mężowi, mam dość drogi (ok 2000zł) obiektyw macro. Ale to głównie dla tego, że można nim robić zdjęcia plastycznie artystyczne. Żeby zobaczyć to, co pokazuje mój obiektyw (są tańsze, zapewniam) wystarczy lupa. I bez problemu obejrzysz mchy, porosty czy maleństwa w glebie. A także szron, budowę kwiatów, wzór na odwłoku pająka. 



Zapewniam, że owady które uwieczniam tym obiektywem nie siedzą jak zaklęte. 90 % przypadków nim dobrze wyostrzę, obiekt zwiewa. 
Bielika można podziwiać przez lornetkę zakupiona w markecie RTV AGD  za kilkaset zł. A zapewniam, widok jak one latają jest zapierający dech w piersiach.
A czasami wystarczy na prawdę gołe oko. I chęć. Przede wszystkim chęć. 

Zachęcam gorąco do przyglądania się naszemu naturalnemu otoczeniu. To ćwiczy uważność oraz bardzo ale to bardzo ubogaca nasze życie. 
Dziękuję że zaglądacie i piszecie. Pozdrawiam.

wtorek, 19 grudnia 2017

Nareszcie zima dotarła i do mnie.

Od wielu tygodni docierają do mnie informacje z całego kraju o opadach śniegu, piękne zdjęcia przykrytych białą pierzynką drzew i krzewów. A u mnie deszcz i szaruga. Wada i zaleta Dolnego Śląska. 
Ale w ostatni weekend miałam szczęście i do Dziczy zawitała zima w swojej pięknej sukni. 





Ucieszyłam się z tego śniegu, chociaż wiedziałam, że długo nie poleży. Nie tylko ja się cieszyłam.  Nora szalał w białym puchu i wycierała wszystkie zanieczyszczenia z czarnej sierści. A polowanie na patyka była setki razy fajniejsze niż na zwykłej ziemi czy trawie. Taka radość aż cieszy serce.




 Powietrze inaczej pachniało. Biel aż raziła w oczy. Chciało się na dworze przebywać. Bo przyznam, że tej mokrej, siąpiącej, wietrznej szarugi to mam po kokardę już. Więc chwila takiej jasności była odświeżająca i energetyzująca.
Wydawało się, że przyroda też z dziwną radością przywitała śnieg. 
Nad stawem, na podobieństwo naszej Nory, w śniegu tarzał się kruk. I wyglądał jakby mu sprawiało prawdziwa radochę. 

 A na pobliskich olchach tańczył akrobata - szczygieł. Pracowicie wyłuskiwał nasionka z szyszeczek. Przyjmowała przy tym pozy iście z cyrku. 





 A jak już pojadł to napuszył się i oddał się relaksowi. Zastanawia mnie czemu był sam, wydawało mi się że one stadami latają zimą. Może ten się nie dogadał z innymi. 


Niestety, z sikor, jedynie uboga zwana szarytką postanowiła na chwilę się pokazać.


Dziękuję za towarzystwo i odwiedziny.

sobota, 16 grudnia 2017

To był bardzo mocny rok.

Witajcie.
Nie jestem miłośniczką podsumowań. I zazwyczaj ich unikam, chyba że dotyczą niebywałych zdarzeń. Jednakże ten tok 2017 był inny od pozostałych przeżytych. Był właśnie niebywały. Bardzo emocjonalnie różnorodny oraz intensywny. Ważny dla mnie. Pozostawił (mimo, że jeszcze się nie skończył) wiele wrażeń, przemyśleń i namacalnych dowodów zmiany, jaka we mnie nastąpiła. 
Rok zaczął się okropnie i stresująco. I to już od pierwszych dni stycznia. Nie rozpisywałam się o ciężkiej i przewlekłej chorobie mojej jedynej "babci" Cioci Lili. Obecnie 92 letnia ciocia czuje się lepiej, na tyle na ile może w tym wieku i po takich przejściach. Ale początek roku, w sumie to półrocze, był naznaczone stresem, lękiem, niepewnością i bezradnością. Ciocia znikała w oczach, a lekarze nie umieli postawić diagnozy. 
Stanęłam wtedy po raz pierwszy oko w oko z taką bezsilnością i frustracją, bo chodziło o życie. Wszystkich wykończyła ta sytuacja psychicznie. A najbardziej moją mamę. Ja sobie z pomocą przyjaciół i męża poradziłam i uporałam z tym. Obawiam się, że moja mama nie miała tyle szczęścia i układ nerwowy nie zregenerował się należycie. 
Dla jasności - ciocia wyszła z opresji obronną ręką. Na razie jest dobrze, ale musi pilnować diety i leków. 
Do tego nałożyło się wykrycie u Ciapka nowotworu złośliwego. Guz został wycięty, kot po prawie roku od operacji czuje się dobrze, nie ma na razie nawrotów, ale wiem że siedzę na tykającej bombie zegarowej. 
Zatem tak minęło mi pierwsze półrocze. Było męczące psychicznie i pozbawiało chęci do czegokolwiek. 
Jak się okazało, że ciocia jest bezpiecznie zdiagnozowana i wraca do sił, a Ciapek czuje się lepiej i jedyne co mogę to cieszyć się każda chwilą z nim, odżyłam.  
W tak zwanym międzyczasie ukończyłam swój najtrudniejszy haft - tygrysa bengalskiego. To jest klejnot w koronie moich haftów. A w mniej więcej zbliżonym terminie w kolizji drogowej straciliśmy nasze autko ukochane, małe i czerwone, zwane Turbopoziomką.
Ech... Jak tylko zaczęły się dłuższe dni, to mi okna zasłonili bo zmieniali ocieplenie na bloku, a sąsiad pode mną rozpoczął najgorszy remont jaki przeżyłam. Zresztą prowadzi go do dziś, już sporadycznie słyszę młotek czy wiertarkę ale latem w tej sprawie pisałam skargę do spółdzielni podpartą artykułem kodeksu wykroczeń. No ileż można borować. Zamiast zwartej ekipy która uwinęłaby się raz dwa, oni wynajęli dwóch emerytów, którzy przez cztery miesiące z okładem od rana do nocy i w weekendy wiercili co się dało, szlifowali i jeszcze inne głośne rzeczy robili. A to jest naruszeniem kodeksu. Moje nerwy były na krańcach wytrzymałości, pogłębiły się zaleczone lekami, stany lękowe. Oj, było kiepsko.
Ale w pewnym momencie coś się odmieniło. Odsłonili mi okna i światło jakby mnie obudziło. Zaczęłam przygotowywać nowy haft, tym razem chciałam żeby miał tło. Kiedy wyciągnęła swoje, nie najmłodsze już akryle i pędzle... i zaskoczyło.
Tak zaskoczyło, że namalowałam mój pierwszy w tym roku i od dawna obraz - "lisa zimową porą", którego przekazałam fundacji na kociaki. A co się będzie marnował. Po lisie zaczęło się. Moja podświadomość eksplodowała. Wróciła miłość do malowania, na poważnie i mam nadzieję, że na długo, na zawsze. Zaczęłam się uczyć technik, eksperymentować i bawić malowaniem. Założyłam nawet niedawno, swoją stronę autorską na FB.
Wielu rzeczy się o sobie dowiedziałam, kiedy odblokowałam tłumione pragnienia i wyobraźnię. Odkryłam wiele trudnych prawd o sobie, bolesnych ale jakże oczyszczających. Oddycham teraz głębiej.  
A w pół roku namalowałam ponad dziewięć obrazów, małych i dużych. To mój rekord, nigdy tak sukcesywnie nie tworzyłam. Jestem rozpromieniona tą na nowo odkrytą pasją. Czasem tęsknię do haftu, ale kiedy porównam tempo pracy to wybieram malarstwo. Na razie. Kiedy już minie mi to pierwsze zachłyśnięcie, pewnie w jakiś sposób pogodzę ze sobą obie te techniki. 
Dziękuję wam za kolejny wspólny rok.
 

piątek, 8 grudnia 2017

Największy fan i asystent mamusi.

Witajcie.
Niemal każdą wolną chwilę spędzam próbując coś namalować. Piszę "próbując" bo w ostatnich dniach średnio mi idzie. Czasem tak bywa, że niemoc twórcza nadchodzi i powoli się z tym godzę. Jeszcze kilka tygodni temu frustrowały mnie te pauzy. A teraz pozwalam sobie na te kilka dni odpoczynku. 
Zatem, niezależnie czy twardo tworzę coś konkretnego, czy tylko eksperymentuję i ćwicze, zawsze mam asystę.  
Antracyt, bo o nim mowa, potrafi się uwalić na stole i bezczelnie przesuwać swoim cielskiem wszystko co mu przeszkadza. Sztalugę, laptopa, słoik z wodą. 

O proszę, jaki zdziwiony że mi nie odpowiada jego towarzystwo. Tyłkiem mi sztalugę trąca i suwa i tak jakby nieco przeszkadza. 


 Wystarczy dosłownie chwila nieuwagi, wyjść do łazienki, zalać kawę czy herbatę i już... Hyc, książę na włościach. Rozwalił się na szkicu i zadowolony z siebie, mruczy i podwija łapki rozlelany jak szczeniaczek u cycka. A jaki niezadowolony i święcie oburzony jak go przenoszę na fotel lub drapak...


 A jak nie śpi, to wszędzie pcha łapki. A to do wody - jeśli czysta to pół biedy, chociaż chlapie, ale jak już z farbą to gorzej. A to pędzle, kredki turla. 

- Mamo, ja też będę malował!

- Mamo, tą kredkę teraz, mówię Ci, zielony świetnie się nadaje na futro żbika, zaufaj mi.

- Mamo, a czemu te włosy (gryząc pędzel) są takie gorzkie. 

- Mamo!, Zobacz jak ładnie rozpryskuje wodę, artysta ze mnie... Daj mi farbek, proszę... 

- Mamo!!! Głodny jestem! - To jest ulubiona fraza Antracyta. 

Nawet teraz, kiedy to piszę, siedzi obok i poluje na zakrętkę od wody mineralnej. A przy okazji zagląda co ja tam stukam w laptopa. 
- Ale ty brednie wypisujesz kobieto... - Jedzie straż pożarna, Antek galopuje do okna. Zawsze tak robi, jak dziecko. Uwielbia, a im więcej jednostek jedzie tym lepiej. 
Wrócił, uwalił się obok laptopa, mam jego ogon na klawiszach, lekko końcówką rusza. Wygiął głowę uszami do blatu, tuż przy głośniku z którego sączą się dźwięki muzyki Reiki. Zapadł w drzemkę. 
W tym samym czasie Ciapulek śpi na obrotowym krześle Szparaga, przy kaloryferze, a Keira podziwia jednym oczkiem świat za oknem. 
Gdyby nie te moje koty, to byłabym bardzo, ale to bardzo samotna w tym mieszkaniu. 

Chyba nikogo nie zdziwi, że Antek, znaczy Antracyt, no ma już trzy lata to chyba zasłużył na pełne imię, asystował mi całym, czarnym sobą przy moich pracach.


Takie tam szkice ze zdjęć. Nie najlepsze może ale ćwiczyłam rękę. Robione bardzo cienkim cienkopisem, najcieńszym chyba na rynku. Może jednak dla mnie za cienkim. Ale w sumie ujdzie. 
Nenufar.
Nie skończony. Jest jeszcze cały liść. A na liściu... najpierw miała siedzieć żaba wodna, potem mokra myszka, potem motyl. A w końcu nie siedzi na razie nic, bo nie mam pomysłu. Urodzi się jeszcze w odpowiednim momencie.
Dziękuję za odwiedziny i komentarze oraz najserdeczniej pozdrawiam i życzę udanego weekendu.