środa, 17 października 2018

Kolorowe kredki... z pudełeczka wyjęłam

No hej kochani. Na wstępie pragnę wszystkim podziękować za te przemiłe życzenia z okazji piątych urodzin. Jak napisała Ela, jestem już duży przedszkolak! I jak na przedszkolaka przystało - bawię się kredkami:)
Moja mentalno - twórcza sraczka, o której pisałam dwa posty temu osiągnęła w pewnym momencie takie apogeum, że mogłam już tylko zrobić dwie rzeczy. Albo oszaleć i zacząć wrzeszczeć, albo się zatrzymać nadwyrężając wewnętrzne pasy bezpieczeństwa i obrać jakąkolwiek drogę byle nie kręcić się w kółko jak bączek. Zatrzymałam się! Prawie mnie cofnęło od gwałtowności manewru. Kilka głębokich oddechów i jak pył po walce opadł, chwila zastanowienia.  
Co mi pozwoli potworzyć, bez nakładu miejsca i bałaganu i mam to w domu. Co jest nie skomplikowane i szybko schowam. 
Kredki. 
Medium artystyczne traktowane po macoszemu przez wielu i zapomniane przeze mnie po dwóch średnio udanych próbach. 
Dobra, nie ważne, udane czy nie, wyciągam i maluje.
Tak, właśnie MALUJĘ, bo kredkami można i rysować i malować. I zależy to tylko od tego jak to robimy i jaki jest efekt końcowy. Kreski czy plamy.  
Na szybko machnęłam szkic kowalika, którego popełniłam z półtora roku temu farbami. Od początku praca miała być po prostu metodą na wyciszenie i ćwiczeniem. 
Oto efekt. Format A4
 Dużo tu kombinowałam, eksperymentowałam, bawiłam się. 
Kora jest słaba, ale nie miałam już za bardzo weny do jej dopracowywania. Będzie kiedyś do porównania z innym obrazkiem, jeśli powstanie i będę podziwiać progres.  
Całą pracę wykonałam kredkami które dostałam od koleżanki, firmy Faber Castel Aquarela. Zestaw 24 kolorów, z niższej półki tej marki, sądząc po obrazku na opakowaniu, dla dzieci. Teraz już nie mają ich w ofercie, mają jakieś lepsze. 
Pomimo, że to kredki akwarelowe, czyli takie które po narysowaniu można rozprowadzić wodą, to ja nie lubię tego efektu. Wspominałam, że zdradzę, czemu przy tworzeniu kredkami stoi u mnie na stole mililitr wódki. Ano, bo zamiast wody, ożywam alkoholu do ujednolicenia warstw. Ale na małych powierzchniach. Poza tym alkohol wzmacnia pigment. I zabarwia białe pory papieru, które nie chcą się pokryć samą kredką. No i odparowuje, więc szybko można nakładać kolejną warstwę. 
Powiem wam, że jestem sama zdziwiona, że mi ręka nie umarła po zrobieniu tego tła. Wymagało użycia sporo siły.
Tak czy inaczej, mój kołowrotek został szczęśliwie zatrzymany, nie miał szans samoistnie zwolnić i wyciszyć, więc wyżyłam się na kredkach. Skutek - boli łokieć, nie przyzwyczajony do pracy w takiej pozycji. I to z siłą. 
No ale złapałam bakcyla - znów. Kolejnego... Ciekawe na jak długo?
Pozdrawiam serdecznie.
 

niedziela, 14 października 2018

5 urodziny i polubić siebie

Tak, to już się stało faktem. Mój blog 15 października obchodzi piąte urodziny:) Jak, gdzie, kiedy? No minęło jak z bicza strzelił. Przyznam wam się, że to mój najdłużej i najintensywniej prowadzony projekt. Kiedy go zakładałam, spontanicznie bardzo, bo rozpoczęła się wtedy też moja przygoda z haftem, to nie wierzyłam, że pociągnę to choćby pół roku. 
Znałam siebie i wiedziałam, że nic tak dobrze mi nie wychodzi jak porzucanie rozpoczętych prac. 
Ale tu zaskoczenie, okazało się, że nie tylko nie porzuciłam tego w ciul, ale też stało się to świetną trampoliną dla wielu innych dziedzin z mojego życia. Wiele osób które prowadzą blogi zapewne wie, o czym pisze, o tym, że to mobilizuje. Że nadaje sens i mocniejszy koloryt temu co robimy. 


Nawet nie wiem co miałabym napisać więcej. Jest to dla mnie osobiście jakiś powód do dumy, takie małe zwycięstwo. 
Zawarłam na tych stronach niemal całe moje życie. Jest tu moja dusza, moje koty i moje prace. Wszystkie techniki, sukcesy i porażki, które nazywam lekcjami. Bo czy w hobby mogą być porażki? Moim zdaniem nie, ale to jest moje zdanie od bardzo niedawna. Bo od niedawna dałam sobie więcej luzu.
Usiadłam kiedyś i pomyślałam  - jaka ja na prawdę jestem?  Nie szukałam odpowiedzi dla czego jestem jaka jestem ale JAKA właśnie jestem. 
Na chwilę obecną w wieku lat 36 nadal jestem chaotyczna i kompletnie niezorganizowana. Z organizacji to lubię najbardziej rezygnowanie z niej. Z dziką lubością zaburzam nałożony wcześniej porządek postępowania. Bo nawet kiedy to ja sama sobie coś narzucam to nie lubię tego i jeśli mogę to zrywam te pęta. 
Czy to jest dobre - nie oceniam już. Już, bo zawsze oceniałam i oczywiście negatywnie, bo przecież taki niezaplanowany styl życia, jest taki niepoważny, niedojrzały, niedorosły... 
Ble... skostniały. Z jednej strony podziwiam, autentycznie podziwiam ludzi którzy umieją żyć i funkcjonować jak od linijki, z kalendarzem, plannerem i zegarkiem w reku. Z drugiej strony od razu widzę jakąś taką mentalną srebrną klatkę i smycz. Ja tak nie umiem i wiecie co. Od kilku dni podoba mi się to. 
Chciałabym tylko wyjaśnić, że to wszystko dotyczy mojego prywatnego i twórczego życia. Wiadomo, że jak nadchodzi termin opłat to najpierw one, potem kupię inne rzeczy. Że jak trzeba coś w danym terminie to nie problemu. Ale narzucać sobie rytm dnia, każdy tak samo, w tych godzinach to, w tych co innego i tak codziennie jak od jakiegoś algorytmu. Nie dla mnie. 
Ma to wiele wad, chyba więcej niż zalet, ale próbowałam żyć w planerem w dłoni. Dusiłam się. 


Zatrzymałam się i stwierdziłam, że ja lubię siebie taką jaka jestem. Spontaniczność to jest to co uśmiecha się do mnie każdego dnia. To danego dnia rano zastanawiam się co będę robić w swoim czasie wolnym. Nie lubię się zmuszać do danej rzeczy bo nie wychodzi ona dobrze. Jeśli nie czuję pędzla w dłoni i nie idzie mi mieszanie farby, to z obrazu nic dobrego nie wyjdzie, tak samo wiem,że popełniam dużo błędów w hafcie kiedy nie chce mi się wyszywać, a zapisałam sobie, że w tę Niedzielę będę wyszywać i kropka. 
Poszatkowana jest ta moja twórczość, bardzo, ale to jest ciekawe. Nie zanudzam znajomych i was tym samym. 
A tak na koniec to mam wrażenie, że cały ten wpis ma jakiś taki wydźwięk usprawiedliwiania się. A nie o to mi chodziło. Bo nie mam powodów się przed kimkolwiek usprawiedliwiać ze swojego charakteru. 

Najdziwniejsze, że z życiu zawodowym jest zupełnie odwrotnie. Tam jak mam zadanie, to muszę mieć dokładny plan, zrobiony przez siebie i trzymam się go. A kiedy z jakiś powodów zostanie on zaburzony, wkurzam się i nieraz lekko panikuję. Może to kwestia odpowiedzialności. W swojej pasji jestem odpowiedzialna jedynie sama przed sobą, a tu mam wiele pobłażliwości. 
No rozpisałam się i to bez większego ładu i składu...
Więc, zakończę wielkim podziękowaniem dla Was. Za to że jesteście tu ze mną, że się odzywacie i że mnie wspieracie w tym szaleństwie jakim jest życie. 
Jeszcze na koniec - Ciapek poradził sobie z zaparciem, ale to co mu pomogło w pierwotnym problemie wywołało taki dyskomfort... parafina wychodziła mu tyłem przez dobre dwie doby i mój czyścioch tak to przeżywał, że wylizał sobie łysy placek nad gwiazdką dupną pod ogonkiem.  
To do następnego wpisu w którym pochwalę się najnowszymi dziełami i wyjaśnię dla czego na moim stole stoi kieliszek z mililitrem najtańszej wódki. Czasem stoi tak długo, że ona wyparowuje, więc uspokajam, nie mam problemu alkoholowego. 

wtorek, 9 października 2018

Tornado i chaos

Mocny tytuł, można powiedzieć sugerujący jakąś katastrofę. Ale jeśli jest tu jakaś katastrofa to jestem nią ja. Tak, tak już słyszę te wasze głosy - nie mów tak o sobie. No ale nie można, chwilowo tego inaczej nazwać. To co się dzieje w moim wnętrzu, tak zwanej Duszy to jakiś... No Armagedon to łagodne określenie. 
Jakoś tak dwa tygodnie temu zgubiłam rytm, nie żebym wcześniej jakiś specjalny miała, bo słuchu nie mam za grosz, ale jakiś tam niewychwytywany rytm jednak był. A teraz... no sieczka. Jakby tornado tej największej kategorii przeszło. Widzieliście na pewno jak to wygląda po jego przejściu. I już wiadomo skąd się wzięła ciężarówka na drzewie i jeleń na słupie energetycznym.
Zatem u mnie takie tornado przeszło, chociaż samo przechodzenie może nie było aż tak spektakularne, ale za to efekt przejścia... oj miodzio.  
No i teraz łażę po tym śmietnisku i zbieram resztki. A co się na miotam i na wkurzam to moje. A efekty tego żadne, albo bardzo mizerne.
Zastanawiacie, się zapewne "co ona pisze, o co lata?"
Już spieszę z wyjaśnieniem. 
Moja praca nad powrotem do siebie, grzebanie w przeszłości i odnajdywanie ciekawych połączeń przyczynowo skutkowych poskutkowała jakaś dziwną paniką. Jakbym dostała informacje, że mi zostało pięć lat życia i nie ma szans na przesunięcie deadline.
No i się zaczęło, chaotyczne łapanie za wszystko na raz. Wewnętrzny przymus tworzenia, bez jednoczesnego szczęścia w tym, tylko takie: Rób, rób, rób! Nie idzie, to rzuć w cholerę i łap się za coś innego, też nie idzie to bierz to trzecie... Ale rób! Nie wolno Ci nie robić. Masz tworzyć, cokolwiek...
No koszmar. W ciągu trzech dni rozbebeszyłam chyba wszystkie swoje techniki, poza fotografią, bo nie chce mi się z domu wychodzić. 
I cały czas w głowie ten dzwoneczek, że źle, że za wolno, że nie fajne to, zmień technikę.  
Robiąc jedno przez dwie godziny, cały czas myślę o czymś innym. I tak, po powrocie z weekendu zabrałam się za filc, no moją ostatnią miłość. Ale cały czas mi po głowie chodził wzór na haft, Skupić się nie mogłam i się ukłułam już tyle razy, że niebezpiecznym było dalej tak działać. Więc dla świętego spokoju narysowałam ten wzór. Przeniosłam go na materiał i nawet z radością zaczęłam wyszywać. Do następnego ranka, kiedy to od momentu jak osiadłam do tamborka, myślałam o malowaniu, bo to przecież szybciej idzie. No to odłożyłam nici i wyciągnęłam zaległe prace. Efekt widzieliście w ostatnim poście. To kos. Przynajmniej jakiś postemp, że skończyłam go. Ale jak tylko go ukończyłam to usiadłam i nie czułam nic. Ani chęci do malowania, do dziobania czy haftu. 
Pomyślałam, może to czas na powrót do powieści? Już jesień... Wróciłam na całe dwa dni. 
Zmęczona jestem ogromnie i nie rozumiem tego chaosu i bałaganu. I tego parcia na efekt skończony do którego nie docieram. A co gorsza nie umiem go uporządkować. No tak, jak było, każda technika siedział przy mnie wystarczająco długo, żeby coś zrobić, a teraz... pół dnia, albo najlepiej dwie na raz.... Tak się nie da tworzyć. To szarpanie się jest kompletnie nietwórcze i wykańczające. 
Dla tego dziś wpis bez żadnych zdjęć. Bo nawet nie mam siły szukać na dysku czegoś co mogły chociaż w małym kawałku zilustrować to co czuję. 
A na koniec dodam, że o ile Ciapek wyszedł z przeziębienia to od jakiegoś nieokreślonego czasu nie robi kupy. Wczoraj dostał parafinę tam gdzie nikt nie lubi jak mu się coś zapodaje,pod ogon, no zadowolony nie był. I czekaliśmy. Już minęła doba, a on nie był w kuwecie. Chyba, bo czas między pierwszą w nocy a szóstą rano był niemonitorowany. A w kuwecie jedna kupa. Przy trzech kotach trudno stwierdzić czyja. No jednak wierzę, że Ciapka bo młode były na dwójce wieczorem. Ale myślałam że po parafinie to będzie eona bardziej tłusta i łatwiejsza do zidentyfikowania. Po za tym to się kot normalnie zachowuje tylko właśnie wczoraj rano robił cztery próby do kuwety i się wystraszyłam, że znów mu się cewka zatkała. Ale nie - to kupa go przytkała. 
No tak, kot ma zatwardzenie roku, a ja wewnętrzną sraczkę... Nie wiem co lepsze, tak po prawdzie, bo zatwardzenia twórczego też nie chcę...
I tym oto radosnym i uroczym akcentem...
Pozdrawiam was mocno i mam nadzieję, że jesienna zmienna aura nie ma na was większego wpływu. 

poniedziałek, 1 października 2018

Luna maluje - Kos na jarzębinie

Witajcie. Zaczął nam się październik lub jak kto woli piździernik:) Dla mnie obie formy są do przyjęcia, zależy od aury. A co do niej to... Sami wiecie jak to wygląda. Tak na prawdę to ten post miał powstać milion lat temu, bo aż dwa miesiące temu.
"Mamy nieopodal domu, za ogrodzeniem u sąsiada, ładne drzewko jarzębiny. Co prawda jarzębina to owoce, a samo drzewo nazywa się jarząb. Zatem – Mamy nieopodal domu, ładny jarząb, na którym czerwieni się pięknie jarzębina. Tego roku wyjątkowo wcześnie. Już z początkiem lipca zaczęła się rumienić, a w połowie miesiąca zapłonęła swym pięknym pomarańczowo czerwonym kolorem. Czy muszę pisać jak wspaniale się prezentuje w letnim słońcu.
Jest ostatni tydzień lipca, raptem kilka dni temu widziałam jeszcze ostatnie niedobitki świetlików. A przedwczoraj w lesie natknęłam się na w pełni rozkwitnięte wrzosy. Te na odsłoniętym terenie mają już mocno nabrzmiałe pąki. Wrotycz w najlepsze kwitnie już od ponad tygodnia. A z leśnych dębów masowo lecą niedojrzałe, zielone żołędzie. Las pachnie jesienią. Ptaki zachowują się jak we wrześniu, pająki namiętnie przystrajają łąki w swoje sieci, które o poranku, ozdobione rosą, lśnią niczym naszyjniki okrągłych brylantów. A w lesie czerwienieją borówki, ale jeszcze można spotkać jagody na krzakach. Dwa tygodnie temu najadłam się leśnych jeżyn.
Mało tego, wczoraj znalazłam poobgryzane przez wiewiórki orzechy leszczyny. A, że jestem wielką miłośniczką orzechów laskowych to zjadłam kilka z niższych gałęzi. Były już dobre chociaż jeszcze młode."
Konkluzją tego pamiętnikowego opisu aury końca lipca miało być opisanie odwiedzającego tęże jarzębinę kosa. W ubiegłym roku też przybywał, chyba ten sam. Z resztą mam w okolicy domu takiego jednego samca, który wydaje charakterystyczne dźwięki. Coś jakby alarm samochodowy. W trakcie swojej normalnej pieśni nagle dodaje kilka akordów imitujących alarm. A na dokładkę okazało się, że to specyficzny osobnik, bo bez sterówek na ogonie. Wyglądał jak gwarek przez to. Nie wiem jak to się stało, że stracił wszystkie sterówki. 
W każdym razie na te jarzębinę, z apetytem przylatywało kilak kosów, różnej płci i wieku. Ale uwieczniłam w tym roku tylko jednego. 



Podglądanie go natchnęło mnie do namalowania obrazu. Zabrałam się za niego od razu po powrocie do domu. Zdecydowałam się na akwarele. Nadal pociąga mnie ich specyficzna delikatności i transparentność. Pech chciał, że pogoda nie sprzyjała malowaniu czymkolwiek poza olejami chyba. Wszystko wysychało w zastraszającym tempie. Nie dało się tak pracować, było duszno, pot lał się z czoła, pleców i innych części ciała, a farba wysychała. Nie ukończyłam obrazu przed urlopem. 
Potem zakochałam się w wełenkowym świecie i do odłożonego kosa wróciłam dopiero w ubiegłym tygodniu. Po prostu o nim zapomniałam zafascynowana nową techniką. 
No ale ostatecznie skończyłam obraz i pokazuję. 




Bardzo dużo uwagi poświęciłam liściom. Dla tego też prezentuję zbliżenie tego elementu pracy. Mam nadzieję, że spotkam się mój przystojniak z waszym uznaniem i aprobatą.
Serdecznie pozdrawiam.











 






wtorek, 25 września 2018

Zamordowane myszki:)

Czołem ekipa.
Nikt chyba nie ma wątpliwości o czym będzie traktował dzisiejszy wpis. No wspomnianych poprzednio, zbrodniczo potraktowanych przez niejakiego Lucjana-kota, myszuniach. 
Ja nie robiłam zdjęć tego jak wyglądały "PO" więc pokażę je "PRZED".
Są cztery, brązowa, ruda, cappuccino i szara. 



One są malutkie, chociaż zdjęcia mogą oszukiwać. Kawałek drewienka na którym leżą jest wielkości małej kromki. Szkoda trochę, ale cóż... mówi się trudno i dziobie się dalej. 
Zanim wyprodukowałam te cztery to powstał ich pierwowzór. 

Zupełnie siwiuteńka, gołębia myszka. Ta pierwsza była jednostronna. To znaczy mogła leżeć tylko na jednej stronie bo miała tylko jedną parę łapek. Potem dopiero pomyślałam, że spróbuję zrobić takie symetryczne. 
A z kolei ostatnio nadrobiłam jedną "utraconą" i oto ona.
Tak, prawie nie rożni się od tej pierwszej, ale o to chodziło, bo właśnie ta pierwsza została zamówiona dzień przed tragedią. 

No to jakoś przebrnęliśmy przez paradę myszek. I tak ich mniej niż w Australii. Tam mają miliardy. Znaczy takich żywych, plaga gorsza niż szarańcza. 

A u mnie ok, siniaki się ślicznie przebarwiają, noga już raczej ok, tylko zaczyna się robić coraz ciemniej i coraz wcześniej. A ja bym pohaftowała, pomalowała, podziobała, poczytała i nawet znów popisała a tu brak na to wszystko czasu... Za dużo tych technik, ale nie umiem z żadnej zrezygnować. Przyznam że mnie trochę to zaczyna przerastać. Po prostu nie ogarniam i robią mi się zaległości. A nie cierpię zaległości. Zwłaszcza, że kilka lat temu udało mi się przełamać ten upierdliwy schemat i sukcesywnie kończyłam swoje prace. Teraz widzą mi już trzy hafty i chyba ze trzy obrazy oraz jedna dziobana rzeźba. Nie umiem wypracować odpowiedniego systemu, bo się one u mnie nie sprawdzają. 
No nic, bywają gorsze dramaty i ludzie sobie radzą. 

Jesień przyniosła nam ból gardła i zapalenie oskrzeli u Ciapka. Myślałam, że będzie kolejny ząb do usunięcia bo zwracał suchą karmę, a okazało się że to dla tego bo go gardełko bolało. Jesteśmy na antybiotyku i już jest lepiej. Jeszcze dwie wizyty i portfel odetchnie. :)

Pozdrawiam i zdrowia w okresie kiedy większość reklam piwa i coli została zamieniona na pseudoleki.

 
 

 

wtorek, 18 września 2018

Wszechświat mnie zrzucił ze schodów.

I to bynajmniej nie w przenośni. Mam obite plecy nad kością ogonową, wielkiego sińca nad prawym łokciem gdzie moja ręka zetknęła się ze stopniem, nieco mniejszego po drugiej stronie ciała i naciągniętą prawą nogę i stopę. Żyję, czuję (ból, chwilowo ale czuję) więc nie jest źle.
I zniszczył cztery moje wydziobane wełniane myszki. Ja, matka trzech kotów (w sumie czterech ale jedno za Tęczowym mostem od kilku lat) zostawiłam w niezabezpieczonym pudełku cztery, świeżutkie, zrobione z naturalnej wełny myszki, w domu gdzie są dwa nieznane mi koty. Koty, którymi się opiekowaliśmy ze Szparagiem u przyjaciół. 
Zaćmieniu umysłowe? 
Ano nie do końca. 

Pierwsza przygoda miała miejsce w czwartek, druga nocą z Niedzieli na poniedziałek. Normalnie nie poświęciłabym temu nic poza złością i rozżaleniem. No bo się obtłukłam boleśnie i to w sumie przez czyjeś zaniedbanie, nie tylko swoją nieuwagę. A jaka była moja pierwsza myśl kiedy już po chwili odetchnęłam i uznałam, że żyję? Ano taka, że kuśtykając na tej naciągniętej nodze na kanapę, podziękowałam Wszechświatowi, że to się tylko tak skończyło. Że nie wyrżłam łbem o stopień, że nie skręciłam czy nie złamałam nogi. 
A kiedy mi Szparag przyniósł dwie zmaltretowane myszki rano do łóżka i powiedział, że nie znalazł dwóch kolejnych to się najpierw zmartwiłam czy kotu nic nie będzie, a potem, że jedna już była sprzedana i co ja powiem klientce. Ech, klientka jak poznała prawdę uśmiała się i wyraziła zgodę na poczekanie aż zrobię taką jak chciała.
Nie było złości, żalu, nerwów. Aż mnie to zdziwiło, na zimno wszystko wzięłam. Wow, ja? No jak widać. Potem przyszła głębsza analiza. 

No i tu się zaczęły prawdziwe kwiatki. Kilka lat temu radośnie weszłam na drogę samorozwoju duchowego, uleczenia wewnętrznego, poznania siebie, zwał jak zwał, wiadomo o co chodzi. No i zaczęłam delikatnie od afirmacji, od pokochania siebie od kontrolowania swoich myśli, wdzięczności. Super było... Och jaka ja się sobie mądra wydawałam i wielce oświecona. I tak przez kilka lat pławiłam się w tej wewnętrznej zupie, nie mając świadomości że to tak na prawdę przystawka. 
Przedszkole, może zerówka. I Wszechświat na to przyzwalał. On ma inne pojęcie czasu więc moje siedzenie cztery lata w zerówce nie oznacza kiblowania. Po prostu nie ma co bez znajomości alfabetu wysyłać delikwenta na studia. Bo po co? 

Ale kilka tygodni temu uznano chyba, że już całkiem dobrze składam kolorowe literki i pora brać się do roboty. Z tym, że nie dostałam wezwania przed komisję listem z niebios. Nieświadoma niczego odezwałam się do dawnej przyjaciółki z którą zerwałam kontakt siedem lat temu. I po tych siedmiu latach milczenia znalazłam ją na FB i napisałam. Tak się zaczęło. Doszło po kilku dniach do spotkania, do rozmowy, zaiskrzyło z obu stron i nagle zrozumiałam. 
Jeśli ja byłam do tej pory w zerówce to ona jest już w maturalnej. (Nadąrzacie?). Rozpoczęła ten proces na wiele, wiele lat przede mną i dużo wyżej orbituje. Już wiedziałam, że nagłe:" Odezwę się do Aśki, ciekawe czy mnie pamięta?" nie było bez znaczenia. Ona została postawiona na mojej drodze jako kolejny mędrzec, jako pomoc i drogowskaz. 

I się zaczęło. Taka karuzela emocji, że konia by powaliło. Za dużo, za szybko, zbyt gwałtownie. Wycieńczenie fizyczne. Bo, do tej pory pracowałam w głowie, w tym jak myślę, co myślę i najwyżej co mówię ale rzadko. Teraz przyszedł czas na "działanie". Ojej.
Ale czemu od razu z zerówki do liceum, gdzie całe osiem lat podstawówki ja się pytam... Ledwo umiem "Ola ma kota", a mi każą przepracowywać "mistrza i Małgorzatę". Zgroza.
Zgroza, że postanowiłam obalić swoje wewnętrzne blokady.
Zgroza, że postanowiłam spróbować odnieść sukces.
Zgroza, bo Aśka zorganizowała spotkanie klasowe po 18 latach. 
Moje ciało i moja podświadomość, czyli wewnętrzne dziecko, mała Marysia powiedziały głośne "NIE!!!"
Im jest dobrze w tym grajdołku w którym siedzą od 36 lat. Nie godzą się na zmiany bo zmiany są złe, bo zmiany bolą. Zatem na pierwszy ogień poszły blokady - bez żadnej konkretnej przyczyny siadły mi zatoki. Nos drożny, zero kataru, żadnych bakterii tylko spuchnięte i zatkane zatoki czołowe. Boli. 
Dwie noce kumałam, że zablokowane zatoki to manifestacja moich wewnętrznych blokad, które postanowiłam zrzucić. Jak do tego doszłam, rano znikło zatkanie w zatokach. Samo z siebie. Wow. Jeszcze wróci, łatwo się nie podda. 

Potem schody. Tak się zestresowałam tym spotkaniem, że zaczęłam wpadać w panikę. Bo co jest stałym elementem takich zlotów?
PORÓWNYWANIE.
Kto lepiej wygląda, kto ma lepszą pracę, odniósł sukces, fajniejsze auto i związek. Kto wygrał, a kto przegrał. 
I ja sobie nie zdawałam sprawy z tego jak bardzo ja się boje tego porównywania (całe życie byłam porównywana, w negatywnym sensie). Bo w ich oczach (znaczy oczach mojej matki, przez pryzmat której patrze na siebie niestety) ja jestem mocno przegrana. Praca żadna można powiedzieć. Co najmniej 10 kilko nadwagi i podejście do stylu mocno olewcze. Zero dzieci, za to trzy koty. No przynajmniej męża mam ok.
Kogo będzie interesować mój wspaniały związek z cudownym i wartościowym mężczyzna? Kogo będzie interesować, że chce w życiu robić coś ważnego DLA MNIE. Że się spełniam artystycznie. 
Założę się, że kiedy powiem, że jestem artystką i tworzę to padnie sakramentalne pytanie ile na tym wyciągam? I czy się opłaca. A nie chcę ich słyszeć. Tak bardzo, że manifestacją tego niechcenia było spadnięcie ze schodów. Wow (kolejne już). Przyznam, że mnie to nieco otrzeźwiło i posiedziałam nieco nad tym. Mam dwa miesiące żeby pójść na spotkanie w zgodzie ze sobą albo wcale.
No i myszki. Ciekawi co z nimi? 
Od małego słyszałam, że nie odniosę żadnego sukcesu, bo jestem do niczego, bo jestem beznadziejna, leniwa, niechlujna, bałaganiara, niesystematyczna i inne takie. Co zatem zostało mi wdrukowane? 
No, że ja sukcesu odnieść nie mogę bo jestem jaka jestem i takie jak ja nie odnoszą kurwa jego blać żadnych pierdolonych sukcesów! (sorry ale ulżyło mi)
No to jak się moje myszki zaczęły cieszyć niejakim powodzeniem to co zrobiła mała zaszczuta Marysia - zostawiła je na środku stołu w salonie z neurotycznym złodziejski kotem, żeby je zniszczył. Kot wywiązał się z zadania pierwszorzędnie. Nie mam mu nic za złe, zwłaszcza że to kot autystyczny. Jak to Szparag wczoraj obserwując go stwierdził:" Normalnie, jedziemy w górę mapy, jak nic". To cytat z piosenki Luxtorpedy właśnie o autyzmie.

Powiem wam, jestem zmęczona, ale nie mogę się cofnąć. Nie da rady. Wzięłam do ręki szpadel, a co tam ja wzięłam do ręki młot pneumatyczny. I ja rozwalę ten mur, który do tej pory skrobałam srebrną łyżeczką. Bo za tym murem siedzi mała, porzucona i niechciana Rysia i nieumiejętnie kochana, łaknąca miłości, uwagi i ciepła Marysia. I ja się muszę do nich dostać i dać im to czego nie dostały, czego nie dostała bo to przecież jedna i ta sama dziewczynka w najwcześniejszych chwilach swojego życia. Jeśli ja jej tego, sobie tego nie dam to nikt mi nie da. 
Będzie hard kor, ale się cieszę. Trzymajcie kciuki.

niedziela, 9 września 2018

Sesja Rudej Miss

Zanim przejdę do meritum, chciałam się podzielić taką informacją, że zostałam przyjęta do bardzo zacnego grona. Poland handmade to stowarzyszenie zrzeszające najlepszych polskich rękodzielników. Zostałam wyróżniona w kategorii Haft. 
A teraz wracamy do wełenkowania i filcowania, a jak mawia Szparag - dziobania. No bo ja nic, tylko dziobie tę wełnę tą igłą jak dzięcioł. 
Widziałam gdzieś na zagranicznych internetach, że twórcy zajmujący się tą techniką nazywają to Miękkimi rzeźbami. Coś w tym jest. 
Dla mnie osobiście jest to bardzo fascynujące, inspirujące ale i mocno wymagające medium. Po pierwsze to zarąbiście, że pracuje w trzech wymiarach. Po drugie to strasznie trudne, że pracuję w trzech wymiarach.  No bo kto wie jak wygląda głowa kota czy wiewiórki we wszystkich rzutach. Ok, kształt z profilu ogarnę ze zdjęcia, z przodu również, ale z góry? A jak się układają policzki, jak wały nadoczodołowe? Ciężko to ze zdjęcia wykminić. 
O ile model kota w 3D mam w domu, nawet trzy modele z czego tylko jeden pozwala kręcić swoją głową na rożne strony, to z innymi zwierzętami może być problem.  
A ja się na rudą uparłam. I całe trzy wieczory rzeźbiłam tę jej głowę. Żeby przypominała prawdziwą wiewiórkę. 
Inna sprawa to łapki. Bo nie zadowalają mnie takie "pałeczki" jakie ma Myszula. Ja chcę paluszki. I żeby się zginały... (Najlepiej to żeby po skończeniu ożyła i zaczęła hasać po lesie). Ogarnięcie paluszków to kolejny wieczór. No i ogon. Niby łatwe ale futro... 
No wybrałam sobie model, nie mogłam zaskrońca wybrać? Łatwy, lekki i przyjemny, ale nie, ja muszę się na głęboką wodę rzucić. Cała ja. 
Ale skoro już zaczęłam to postanowiłam ukończyć, a potem oczywiście zabrać na sesję. 







Zabrałam Rudą do lasu, żeby sobie posiedziała na pieńku. Potem do ogrodu, spodobał jej się sumak, ładnie jej było w żółtych liściach. Potem zainteresowała ja stara czereśnia, ale nic na niej nie znalazła i w końcu przeskoczyła na jabłoń. Ta w tym roku ma bardzo dużo pięknych i zdrowych jabłek. 
Niedługo nie będę miała gdzie trzymać tych zwierzątek:)
Obiecuję, że nim napisze o kolejnych wydziobanych zwierzętach opublikuje post o czymś innym. Postaram się:)

wtorek, 28 sierpnia 2018

Wełenkowy Łatuś Filcuś

Tak, to już pewne i stwierdzone przez niezależne i niezawisłe organy badawczo naukowe - zapadłam na wełenkową manię dziobania. 
Dziobię i dziobię i różne mi z tego dziobania wychodzą. Ale dziobię wytrwale i nawet się szczękościsku nabawiłam. Chyba wrócę do życia gum, żeby go nie mieć. No, ale ważne że dziobię, ćwiczę, uczę się, szukam. 
I tak, w ten weekend wydziobałam (zaczęłam w tygodniu) takiego oto Łatusia-Filcusia. 

Mały zezolek. 
Kociak jest niczym innym jak przyciskiem do papieru. Dla obciążenia ma w brzuszku kamień. 
Dla lepszego efektu zakupiłam na alle...itd. specjalne oczka do maskotek. Z nimi nabrał dla mnie żywszego wyrazu. Było to też oczywiście w głównej mierze ćwiczenie. Ćwiczyłam nadawanie kształtu, głównie skupiałam się tu na główce i pyszczku. Jeszcze daleka droga przede mną. Ćwiczyłam też montowanie długich włosków na ogonie i wokół pysia. No i wąsy. Hehe. Każdy żyje swoim życiem i nie chcą współpracować. 
 W tak zwanym międzyczasie zaczęłam pracować nad wiewiórką, taką realistyczną. Oj... se wymyśliłam. Musiałam jednak spauzować na rzecz prostszych form, na razie. Jeszcze nie mam tak wprawnych dłoni by robić małe wiewiórcze łapki. Ale ogon już umiem:)
Obawiam się, że was w najbliższym czasie zanudzę tymi wełniakami. Ale co ja na to poradzę jak przed snem widzę dziobanie, śnię o dziobaniu i jak się budzę to mi smutno, że nie mogę od razu zasiąść do dziobania. Ech... 
Powiem wam, że to jest fantastyczne uczucie kiedy z nieforemnego obłoczka wełny powoli wydobywa się konkretny kształt, który mogę modyfikować dodając materiału bądź mocniej ubić igłą. Że mogę w dowolny sposób formować tę materię i nadawać jej barwę wspaniale niejednolitą, cieniowaną, przenikającą się. Coś genialnego.  W tej technice ogranicza mnie jedynie moja kreatywność i umiejętności, które jak wieżę, będę szczęśliwie rozwijać. 
Pozdrawiam i do następnego zwierzaka z wełny , zapewne.
 

 
 
 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Moja nowa miłość

To było niczym grom z jasnego nieba. Zaczęło się do przypadkowego zetknięcia z tą sztuką poprzez popularny serwis ze śmiesznymi obrazkami i różnymi ciekawostkami. Jedną z takich ciekawostek były superrealistyczne trójwymiarowe wizerunki kotów robione przez pewną młodą japonkę z wełny czesankowej - czyli popularnie zwanego filcu. Jej dzieła możecie podziwiać TUTAJ.
Aż mi dech z wrażenia zaparło. I zaczęłam oglądać, a internet podpowiadał. Moja wrodzona wnikliwość i chęć dotarcia do tego "jak się to robi" Zaprowadziła mnie niema od razu na YT. A tam się zaczęły pojawiać różne inne formy zastosowania tego medium. 
Naoglądałam się i powiedziałam sobie "Tak, podoba mi się, chce spróbować". 
(Tak na prawdę to powiedziałam:"Jak nie spróbuję, to się rozpęknę")
Zawsze fascynowała mnie rzeźba, trójwymiarowe przedstawianie natury. Ale kursy były drogie i nie widziałam za bardzo możliwości uprawiania jej w domu. 
A filc traktowałam jako formę ozdabiania odzieży. Dopiero teraz pokazano mi, że jest to genialny materiał rzeźbiarski. Do tego lekki, stosunkowo niedrogi, odnawialny i nie syfi w domu.
Zamówiłam zestaw początkowy i z niecierpliwością czekałam aż przyjdzie. No i przyszedł. Albo raczej ja po niego poszłam na pocztę bo mnie listonosz - menda - wykiwał i nie dostarczył, a zostawił na poczcie, nawet nie wrzucając awizo. Tylko śledząc przesyłkę przez stronę poczty, wiedziałam że dotarła do jednej z filii. ( Szkoda gadać).
Pierwszego wieczoru złamałam jedną igłę.  Ale poćwiczyłam podstawy. I już następnego dnia w ramach utrwalenia wyćwiczonych elementów zabrałam się za konkretny projekt. 
Proszę państwa oto Myszunia. 


Myszunia ma ok 9 cm wysokości. 
Pomijając fakt, że ma mnóstwo niedociągnięć to jestem z niej dumna, bo to moja pierwsza filcowa... hmm...  figurka? Zabawka - nie. Filcowe zwierzątko. 
W domyślę mam zamiar oczywiście jak najbardziej zbliżyć się do ideału jaki prezentuje sama natura, ale sądzę, że małe słodkie stworki też będą gościć u mnie.
Już na samym początku połapałam się, że zamówiłam niewłaściwą wełnę. Ciężko się z nią pracowało ale dla zaradnej twórczyni - za jaką się uważam:) - to nie problem. Jedynie spowalniało bardzo pracę. Jeśli ktoś byłby ciekaw co jest nie tak z czesanką w tym przypadku to przy następnym projekcie chętnie opiszę. 
Wiem, że sporo nauki przede mną. Ale mam też ogromny zapał. A ta niedoceniana przeze mnie technika daje ogromne możliwości. Cały świat możliwości. 
A! I Tylko raz się boleśnie ukłułam. Kilka razy tak lekko, tyle by poczuć, że jednak pracuje się z igłą, ale obeszło się bez krwi na razie. 
Pozdrawiam serdecznie.

 

wtorek, 14 sierpnia 2018

Haft cieniowany - mala myszka na jabłoni

Dziś nieco odmiany od naszej pięknej przyrody, chociaż z doświadczenia wiem, że ona się nie nudzi.
Jakiś czas temu wyhaftowałam taką oto małą i "szybką" myszkę".
Co to znaczy "szybka"? Po wielkim i trudnym karakalu chciałam haft góra na dwa tygodnie i gdybym nie zrobiła przerwy to wyrobiłabym się w tym okresie.
  Obrazek jest mały mniej więcej taki jak na zdjęciu, jeśli ktoś ma wielki monitor - to mniejszy:)
Ideą tej pracy było spróbowanie nieco innej metody haftu. Nie wiem czy to widać ale całość jest wyszywana dwiema nićmi, a nie jedną jak ostatnio czyniłam.
Zapytacie, a czemu? Dla czego się cofasz?
Nie wiem czy to cofanie. Po pierwsze i najważniejsze, szwankuje mi wzrok, młoda jestem ale od podstawówki noszę dość mocne okulary, do tego astygmatyzm i po prostu przy dokładnych, gęstych ściegach jedną nitką bardzo męczą mi się oczy i zaczyna boleć głowa. A chciałabym jak najdłużej cieszyć się możliwością tworzenia. 
Zatem zrobiłam eksperyment, czy haftując większą gabarytowo pracę, nieco większym ściegiem finalnie osiągnę równie ładny efekt. 
No i sami powiedzcie co sądzicie o tym hafcie. Dla mnie taki mięsisty ma też jeszcze jedną zaletę, czuję go w rękach. I widzę ściegi, a to mi się podoba.
Dla mocniej zainteresowanych zdjęcia poglądowe.






wtorek, 7 sierpnia 2018

Niebywały i wspaniały ptak - Krzyżodziób

Jak wspominałam trwa radośnie mój urlop. I jego część spędziłam w górach, a dokładnie to w dolnośląskich Górach Sowich. Tam nie odczuwa się upału jak w mieście. 
Na samym początku zaskoczyło mnie to, że jadąc już widziałam... jesień. A był to trzeci dzień sierpnia... Zatem przesunięcia ciąg dalszy. Ale do rzeczy. 
Większość czasu spędzaliśmy na siedzeniu w cieniu na łonie natury. Ktoś może powiedzieć, że "ale jak to tak nic nie robić, tylko siedzieć?" No jak jest tyle stopni nad zerem to się nie chce łazić, chyba że do zalewu popływać, co czyniliśmy. Ja byłam oczywiście cały czas uzbrojona w aparat i jestem z tego faktu niebywale zadowolona bo trafiła mi się tak zwana Życiówka.

Zaczęło się od tego, że na starym, przedwojennym murze zobaczyłam najpierw jednego, a potem dwa małe ptaszki. Z odległości nie byłam w stanie dostrzec co to za jedne, nie zachowywały się jak wróble (których tam mało). Pomógł aparat.


Oniemiałam. Od razu poznałam z czym mam do czynienia. To krzyżodziób świerkowy. Bardzo ciekawy ptak. Dość nieczęsty u nas, chociaż już chyba nie rzadki, to jednak nie wiem czy jeszcze kiedyś je spotkam. 
Obserwowałam je na tym murze i zastanawiałam się co one tam właściwie robią. Najpierw myślałam, że spijają wodę ze szczelin (tak, padało, burza była, super!).



Ale jak poobserwowałam je dłużej to zorientowałam się, że one zeskrobują zaprawę. Trochę jak papugi jedzą wapno, może dla odtrucia. W końcu nasiona świerka nie koniecznie muszą być lekkostrawne. I czy w tym momencie ma znaczenie że mur jest z 1825 roku?
Na ścianie w pewnej chwili było pięć ptaków. Ale udało mi się uwiecznić tylko momenty z ta parką. Ten pomarańczowo oliwkowy to młody samiec, a jego żona to ta oliwkowa. Być może gdzieś zamiast niej jest któreś z dzieci - nie mam pewności. 




Taką ciekawostką jest to, że te ptaki składają jajka w momencie kiedy inne dopiero powoli zlatują do nas i wszędzie leży śnieg. Twardziele. Ale jakie śliczne. Czy wam też kojarzą się nieco z papugami. To jedyne ptaki u nas które mają tak nietypowy kształt dzioba. Każdy koniec w przeciwną stronę - po to by rozchylać łuski szyszek.