Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 16 stycznia 2018

Jaki to człowiek goopi był...

Dziś są moje 36te urodziny. A ja się czuję i świętuję 18tkę! Nie tak radośnie jak oczekiwałam bo zimowa deprecha mnie złamała i nadal trzyma ale...

Tak sobie, na fali ostatniego nieróbstwa siedzę i myślę, chodzę i myślę, leże i ... tak - myślę. Ogólnie to sporo właśnie myślę i mnie to szkodzi - dosłownie szkodzi. Nic z tego mojego myślenia dobrego nigdy nie wynika. A nie umiem przestać. chyba już tak mam, że jak nie pracuje moja artystyczna i twórcza półkula to się budzi ta druga - bynajmniej nie logiczna i strategiczna tylko ca najmniej mocno poje..chana.


Zatem myślę i wymyśliłam, zresztą już dawno ale zapomniałam, więc niech będzie, że wymyśliłam teraz.
JAKA JA BYŁAM GOOPIA!
Czemu?
No bo jak miałam te naście lat to marnowałam czas. I to jak strasznie. Miałam możliwość o jakiej teraz mogę jedynie pomarzyć. Całe wakacje spędzałam na wsi w Dziczy. 
I wiecie co, to owocowało wieloma fantastycznymi spotkaniami.


Tak często widywałam różne zwierzęta, że mi spowszedniały. Wiedziałam gdzie gniazdują dudki, myszołów. Widywałam łasice, traszki i całe mnóstwo innego zwierza.
Cóż miałam na to po prostu czas i możliwości - teraz tego brak. 
Podziwiałam wczesną wiosną, na weekendowych wypadach czajki, spotkałam krętogłowa. I co? I nic, miałam to w duszy, że tak powiem. Bo wiecznie zakochana marzyłam o jakimś długowłosym (koniecznie długowłosym) pacanie zamiast skupić się na tym co na prawdę ważne. Tylko nie mówcie, że to tez ważne bo wiem, zwłaszcza dla nastolatki. ale czy ja nie mogłam marzyć ze szkicownikiem w ręku (aparatów cyfrowych nie było a na analogowy z teleobiektywem to moi rodzice by się za nic nie zgodzili)? Czy nie mogłam zamiast "Czarodziejki z księżyca" malować ptaków? Opisywać nieporadnie tych obserwacji, zamiast pisać kolejny romansik i długowłosy buntowniku...


Ja wiem, taki żale są bez sensu, nie odzyskam tych możliwości, tych lasów i spotkań. Może będą inne równie fajne. Ciekawe i unikatowe. Teraz jestem na tyle "mądra" i spokojna by dostrzegać własne marnotrawstwo i uczyć się na błędach.
A może po prostu po 30 latach szukania zaspokoiłam podstawową potrzebę swojego organizmu - znalazłam miłość mojego Szparaga - i teraz mogę się skupić na misjach pobocznych. 
No i tu się nasuwa kolejna konkluzja.
JAK KRETYN WYMYŚLIŁ ŻEBY W OKRESIE, KIEDY SIĘ JEST TAK GOOPIM DECYDOWAĆ O RESZCIE SWOJEGO ŻYCIA I WYBIERAĆ SWOJĄ DROGĘ? No ja się pytam. 
Czy któreś z was w wieku lat 18-19 było już na tyle mądre by wybrać właściwie i zgodnie ze sobą? To się tyczy wszystkich pokoleń. Tyle, że nam łatwiej, bo mamy nieco lepsze czasy. I właśnie mamy co? WYBÓR. To jest najpiękniejsze. Że chociaż w durnym momencie przychodzi nam decydować o swoich dalszych losach to, przynajmniej teoretycznie, możemy sami o nich decydować. Nasze babcie już tam łatwo nie miały.


Na koniec powiem, że i tak się cieszę, że wpadłam na to teraz, a nie na starość, kiedy nie będę miała siły chodzić na spacer i nie będzie już nawet lasu do którego mogłabym pójść. A sarny czy jelenie będą zwierzętami wymarłymi w środowisku naturalnym. No, a wilki będą na równi z tyranozaurem straszyły w filmach typu "Białowieżapark II - Powrót watahy". Ech...


sobota, 13 stycznia 2018

Ja - topolowy puszek

Wstaję niezmiernie trudno i z wielkim bólem. Najchętniej spałabym do południa. No ale trzeba wstać... bo praca, bo wypada się w wyra ruszyć. W podświadomości mam, że jak wstanę co coś - cokolwiek - zrobię, jak nie wstanę to na pewno nic nie zrobię. 
POWINNAM- nie lubię tego słowa, ale ostatnio towarzyszy mi wiernie niczym pies. Bo moje CHCĘ, gdzieś się zawieruszyło. 
Zatem - wstaję... pierwsze zwycięstwo tego dnia. 
Śniadanie - obowiązek, bo mój żołądek budzi się około 11, a zjeść wypada wcześniej, dla zdrowia. KAWA ostatnio dużo częściej i na pusty brzucho - wiem, ponoć niezdrowo.
No dobra i co zrobić z "tak pięknie rozpoczętym dniem"? Kiedy to dzień pracy to rzeczywistość rozwiązuje dylemat za mnie - idę do pracy. 
A dziś? Sobota. 
Mała, maluj - mówi do mnie Szparag przez telefon. 
Mała nawet i myśli o malowaniu ale... no nie może się zebrać w sobie. Energia kosmosu mnie zostawiła. Zapadłam w stan wegetacji i jak na razie wszystkie próby walki z systemem zawodzą. 
Powiecie - to normalne, pogoda, zima i każdy tak miewa... To prawda. Ale dla mnie taka stagnacja jest groźna ze względów psychicznych. Boję się, że będzie się pogłębiać, że energia twórcza nie wróci, że przestanę tworzyć i ... wróci Mala Pani D. Że wrócę do leków i w ogóle katastrofa. 
Płótna, pędzle i farby spoglądają na mnie i krzyczą niemal jak wielki wyrzut sumienia. A ja się czuję jakbym miała pole zaorać, a nie ptaszka malować. 
Jestem niczym ten puszek topoli czy dmuchawca, co go wiatr niesie gdzie mu się podoba. Mam tylko nadzieję, że jak już ten wiatr ucichnie, to ja - puszek osiądę na terenie obfitym w twórczą energie. 





 

wtorek, 9 stycznia 2018

Luna maluje - Myszki na kwitnącej tarninie.

Witajcie kochani. 
Bardzo mnie cieszy, że żabulcia przypadła wam do gustu. A zwłaszcza kropelki, moje pierwsze ale jak widać udane:)
Z pewnym opóźnieniem spieszę wam zatem, zaprezentować innych maleńkich mieszkańców naszego kraju. Tak, bo postanowiłam w moim malowaniu skupić się (podobnie jak w fotografii) na ukazaniu niesamowitego piękna naszej rodzimej Polskiej Przyrody. Ot, taki przyrodniczy patriotyzm. Jak kiedyś mnie poniesie w dalekie kraje na tygrysy czy inne lamparty to znaczy, że mi się wakacje marzą.  
Wracając do tematu, ten kto w miarę regularnie do mnie zagląda, wie, że mam niejako bzika na punkcie małych, słodkich gryzoni. Kiedy tylko mam okazję to je uwieczniam aparatem, co nie jest łatwe. Łatwiejsze jest namalowanie sobie takich wymarzonych kadrów. A wszystkie myszowate są bardzo wdzięcznym obiektem. 
Zaczęło się oczywiście od tła. Moja nemezis, nigdy nie wychodzi takie jakbym chciała. Dwa popołudnia siedziałam nad nim i ostatecznie nie jestem tak zadowolona jakbym chciała....
No ale jest powiedzenie, że "jak się nie ma co się lubi... "
 W sumie na pierwszy rzut oka, ładny bokeh. Nieco ciemny ale właśnie taki miał być. W oryginale kolory bardziej trawiaste. 
No to mam tło. Siedzę i myślę co będzie na nim ładnie wyglądało. No chciałabym myszkę, ale co dalej. Myślałam tak przez całą noc i następnego dnia w pracy mnie olśniło. Głowa mi chyba z nadmiaru myślenia dymiła. 
Po powrocie szybki szkic - bardzo szybki. 
 No i w najbliższej wolnej chwili czyli w weekend zabrałam się do pracy. Ciemne tło wymagało ode mnie nałożenia kilku warstw każdej farby, bo białe płatki nie chciały być, za nic białe. Chyba dopiero czwarta warstwa farby wybieliła je na tyle by można je uznać za "białe".
 Oczywiście nasze słodkie bohaterki zostawiłam sobie na koniec, a jak. Deserek. Powyżej wszystko jeszcze płaskie i bez cieni. 
Obrazek, bo to nieduże, A4 format, malowałam na tym słynnym, opisywanym prze ze mnie papierze do akwareli 100% bawełna. Powiem, że do akrylu też się fantastycznie sprawdza, a przy tym ma bardzo milą fakturę i powierzchnie, taką satynową nieco. 
Farba się dobrze prowadzi, reaguje na media i nie rozlewa. 
 Obrazek malowało się bardzo przyjemnie, lekko i jestem zadowolona z ostatecznego efektu, chociaż jedna myszka wygląda jakby miała jakaś genetyczną chorobę:) Jakiś błąd się wkradł podczas szkicowania i już za nić nie potrafiłam go skorygować, bo nie wiedziałam gdzie jest. 
Myszki są na sprzedaż, na razie leżakują w teczce z kilkoma innymi obrazkami.
Pozdrawiam serdecznie. 

wtorek, 2 stycznia 2018

"Podaj dalej" i Luna maluje - rzekotka

Kochani. Jakiś czas temu wzięłam udział w zabawie o nazwie "podaj dalej" organizowanej przez Basię z bloga "odkrywam na nowo". Zabawa jest rodzajem łańcuszka (wiem, brzmi strasznie) i zgłaszając się do niej zobowiązujemy się do kontynuacji. Ja się zgłosiłam. I dostałam od Basi wspaniały "kaptur" robiony na drutach oraz wiele ślicznych i słodkich drobiazgów. Herbatki, serwetki, pierniczki. 

Kaptur jest dość ciężki ale ciepły, świetnie się sprawdza kiedy kurtka jest bez nakrycia. Drobiazgi znalazły przed świętami zastosowanie i nie zdążyłam tego wszystkiego sfotografować. 
Jednakże, jak wspominałam, zgłaszając się u Basi do zabawy, zgodziłam się kontynuować ją u siebie.
Zatem zgodnie z umową mam rok czasu (od momentu dostania swojej paczki) na przygotowanie niespodzianki dla dwóch chętnych osób.

Jeśli ktoś chciałby dostać ode mnie upominek - niespodziankę, to zapraszam do wyrażenia takiej chęci w komentarzu - liczy się czas. Wygrają pierwsze dwie osoby, które zgłoszą chęć kontynuowania zabawy. 

Do zabawy zapraszam osoby prowadzące bloga, na którym po otrzymaniu mojej paczki, ogłoszą zabawę u siebie. Piszę tak dla jasności bo już wynikło małe nieporozumienie, za które przepraszam.
Coś się dziś nie mogę wysłowić:)

A teraz druga część posta. 
Jakiś czas temu przed świętami namalowałam na prezent dla szwagierki żabę. Ona uwielbia te zwierzaki i wiedziałam, że sprawię jej tym obrazkiem przyjemność. A ponieważ mój organ odpowiadający za myślenie ostatnio przeszedł na emeryturę, to zapomniałam zrobić zdjęcie kiedy obraz był goły. I na ostatnią chwilę pstryknęłam fotkę już w ramce. W dodatku przy fatalnym sztucznym świetle, na dzień przed Wigilią. 
Zatem jak widać zdjęcie fatalne. Ale ważne, że Justynka się na prawdę ucieszyła ze swojej żaby.