wtorek, 14 sierpnia 2018

Haft cieniowany - mala myszka na jabłoni

Dziś nieco odmiany od naszej pięknej przyrody, chociaż z doświadczenia wiem, że ona się nie nudzi.
Jakiś czas temu wyhaftowałam taką oto małą i "szybką" myszkę".
Co to znaczy "szybka"? Po wielkim i trudnym karakalu chciałam haft góra na dwa tygodnie i gdybym nie zrobiła przerwy to wyrobiłabym się w tym okresie.
  Obrazek jest mały mniej więcej taki jak na zdjęciu, jeśli ktoś ma wielki monitor - to mniejszy:)
Ideą tej pracy było spróbowanie nieco innej metody haftu. Nie wiem czy to widać ale całość jest wyszywana dwiema nićmi, a nie jedną jak ostatnio czyniłam.
Zapytacie, a czemu? Dla czego się cofasz?
Nie wiem czy to cofanie. Po pierwsze i najważniejsze, szwankuje mi wzrok, młoda jestem ale od podstawówki noszę dość mocne okulary, do tego astygmatyzm i po prostu przy dokładnych, gęstych ściegach jedną nitką bardzo męczą mi się oczy i zaczyna boleć głowa. A chciałabym jak najdłużej cieszyć się możliwością tworzenia. 
Zatem zrobiłam eksperyment, czy haftując większą gabarytowo pracę, nieco większym ściegiem finalnie osiągnę równie ładny efekt. 
No i sami powiedzcie co sądzicie o tym hafcie. Dla mnie taki mięsisty ma też jeszcze jedną zaletę, czuję go w rękach. I widzę ściegi, a to mi się podoba.
Dla mocniej zainteresowanych zdjęcia poglądowe.






 

wtorek, 7 sierpnia 2018

Niebywały i wspaniały ptak - Krzyżodziób

Jak wspominałam trwa radośnie mój urlop. I jego część spędziłam w górach, a dokładnie to w dolnośląskich Górach Sowich. Tam nie odczuwa się upału jak w mieście. 
Na samym początku zaskoczyło mnie to, że jadąc już widziałam... jesień. A był to trzeci dzień sierpnia... Zatem przesunięcia ciąg dalszy. Ale do rzeczy. 
Większość czasu spędzaliśmy na siedzeniu w cieniu na łonie natury. Ktoś może powiedzieć, że "ale jak to tak nic nie robić, tylko siedzieć?" No jak jest tyle stopni nad zerem to się nie chce łazić, chyba że do zalewu popływać, co czyniliśmy. Ja byłam oczywiście cały czas uzbrojona w aparat i jestem z tego faktu niebywale zadowolona bo trafiła mi się tak zwana Życiówka.

Zaczęło się od tego, że na starym, przedwojennym murze zobaczyłam najpierw jednego, a potem dwa małe ptaszki. Z odległości nie byłam w stanie dostrzec co to za jedne, nie zachowywały się jak wróble (których tam mało). Pomógł aparat.


Oniemiałam. Od razu poznałam z czym mam do czynienia. To krzyżodziób świerkowy. Bardzo ciekawy ptak. Dość nieczęsty u nas, chociaż już chyba nie rzadki, to jednak nie wiem czy jeszcze kiedyś je spotkam. 
Obserwowałam je na tym murze i zastanawiałam się co one tam właściwie robią. Najpierw myślałam, że spijają wodę ze szczelin (tak, padało, burza była, super!).



Ale jak poobserwowałam je dłużej to zorientowałam się, że one zeskrobują zaprawę. Trochę jak papugi jedzą wapno, może dla odtrucia. W końcu nasiona świerka nie koniecznie muszą być lekkostrawne. I czy w tym momencie ma znaczenie że mur jest z 1825 roku?
Na ścianie w pewnej chwili było pięć ptaków. Ale udało mi się uwiecznić tylko momenty z ta parką. Ten pomarańczowo oliwkowy to młody samiec, a jego żona to ta oliwkowa. Być może gdzieś zamiast niej jest któreś z dzieci - nie mam pewności. 




Taką ciekawostką jest to, że te ptaki składają jajka w momencie kiedy inne dopiero powoli zlatują do nas i wszędzie leży śnieg. Twardziele. Ale jakie śliczne. Czy wam też kojarzą się nieco z papugami. To jedyne ptaki u nas które mają tak nietypowy kształt dzioba. Każdy koniec w przeciwną stronę - po to by rozchylać łuski szyszek.
 
 
 

środa, 1 sierpnia 2018

Szepty lasu - Strzyżyk

Podglądanie przyrody to z jednej strony bardzo łatwa sprawa, a jednocześnie dość trudna. Bo dla chętnego i kochającego ją człowieka to „bułka z masłem” podjechać do lasku, parku czy nad jeziorko z lornetką i po prostu obserwować. Z drugiej strony, apetyt nieraz rośnie w miarę jedzenia. I pragnie się widzieć więcej, bardziej dokładnie, ciekawsze, mniej powszechne aspekty z życia zwierząt. A tu już się robi nieco pod górkę. Potrzebny jest czas, cierpliwość i znajomość otoczenia. Moim zdaniem, a nie wszyscy muszą się z nim zgadzać, najważniejsza jest cierpliwość.
Czasami wystarczy kwadrans, a czasem potrzeba aż kilku godzin, by coś się zadziało. Ja uwielbiam siadać na pieńku, suchej trawie czy po prostu na skraju drogi leśnej lub polnej i zaczekać co natura mi tym razem pokaże. Często siedzę po prostu w ogrodzie zapatrzona w las za płotem bądź na łąkę. 
 
Tego dnia w pierwszych dniach kwietnia wolnym krokiem (zawsze spaceruję bardzo powoli, często przystając, nasłuchując i wypatrując) zmierzałam w stronę stawu. Jeszcze nie wyszłam na groblę z naszej dróżki dojazdowej gdy od strony strumienia doszedł mnie charakterystyczny trel. Był bardzo donośny, pomimo, iż las o tej porze roku jest głośny z założenia. Wiedziałam kto daje taki koncert – strzyżyk. To maleńki, brązowy ptaszek, kryjący się wśród zarośli i leśnej gęstwiny. Wiosną zdecydowanie łatwiej go usłyszeć niż dostrzec. Kucnęłam i szukałam go wśród gałęzi, łodyg ubiegłorocznych chwastów i zeschłych traw, ale na próżno. Pan strzyżyk zaśpiewał swoją piosenkę, powiadomił tym kogo trzeba o swojej dominacji na terenie, o sile oraz zdrowiu i skupił się na czymś innym. A ja zostałam z niczym.








Ale nie tak zupełnie. Kilka metrów dalej odezwał się ponownie. Podeszłam tam i po jakimś czasie udało mi się wypatrzeć w zaroślach ruch. To on, zaśpiewał donośnie, a potem sfrunął ze swojej tymczasowej sceny, która był stary pień i upolowała wielkiego komara. Tak naprawdę to nie jest wcale komar ale komarnica, lecz wygląda jak wilki komar i tak niech już będzie. Pochłonął owada z widocznym apetytem i zniknął gdzieś w gęstych świerkach po drugiej stronie grobli. Stamtąd doszedł mnie też jego śpiew po zaledwie minucie. 











 
Bardzo lubię siadać nad strumieniami leśnymi. W okolicach wody zawsze się coś dzieje. W wysokich na dwa metry skarpach porośniętych paprociami, machami i chwastami jest całe mnóstwo nor, dziwnych jam w korzeniach. To wspaniałe środowisko dla nornic i myszy, a także dla łasic. Zaskroniec, ropucha czy padalec też tutaj znajdą coś dla siebie.
No i oczywiście owady. I to właśnie wabi nad wodę ptaki takie jak maleńki strzyżyk. Móc podglądać to maleństwo to prawdziwa uczta.



Wybaczcie brak wizyt u was ale urlopuję się:)

niedziela, 29 lipca 2018

Luna poleca - Tajemniczy czarny kot

Nie robię tego często, ale kiedy trafia się TAKA okazja, nie mogłam nie przyjąć tej propozycji. Nadarzyła się możliwość by przeczytać i zrecenzować świetną pozycję książkową. Chyba nikogo nie zdziwi, że chętnie się tego zadania podjęłam skoro mam w domu jednego czarnucha, a w sercu dwa (nieodżałowaną Lunę i Amona - kota przybłędę, który wychował Surę, naszego psa).
Pozycja ta to: 


 Jest to prześlicznie wydana książka, która doskonale nadaje się na prezent dla każdego właściciela kotów wszelakiej maści, miłośnika kotów, bądź po prostu człowieka ciekawego życia. 
Czyta się bardzo przyjemnie i informacje zostają w głowie, co dla mnie ważne, bo lubię zapamiętywać to co czytam. 


Książka jest wspaniale wydana. Twarda oprawa w dotyku przypomina stare woluminy obleczone miękką skórą. Ornamenty i złocenia też dodają jej smaku. Ilustracje, zdjęcia, cytaty i przedruki sprawiają że wraca się do lektury. 
Książka jest szyta i zawiera wygodną wstążeczkę. Nie wiem jak dla was ale dla mnie taka forma wydania jest oznaką jakości. Kartki nie będą mi wylatywać, książka się nie pogniecie. Miło się ją trzyma w dłoni. Jest lekka. I matowa, nie dobija się światło jak w przypadku kredowych śliskich papierów używanych do albumów. 
Przeczytałam z zadowoleniem i polecam.
I nie tylko ja:)
Antek również się zapoznał, swoje zdanie o tym co się o czarnych kotach sądzi wysyczał i poszedł spać. 





A ja swój egzemplarz przekazuję Gosiance Zza Moich Drzwi na bazarek na rzecz potrzebujących tymczasków i innych biednych zwierzaków.