sobota, 15 grudnia 2018

Spowiedź zdradliwej właścicielki

Witajcie moi drodzy. 
Ten tydzień był straszny, dla tego też dziękuje z całego serca tym, którzy mnie wsparli dobrym słowem i energią. 
I nie chodzi tylko o niedomaganie Keiry. Chociaż wiadomo, że stan zdrowia naszych pupili wpływa na nasz nastrój. Ja jednak zareagowałam na zwykłe wymiotowanie jak na wyrok.  Zaczęłam niedosypiać, chodzić ze ściśniętym żołądkiem i bolesnościami w dole brzucha ( jak człowiek jadący na gapę kiedy widzi kanara). Kilka razy dziennie płakałam z byle powodu i najchętniej to bym się zakopała nieprzytomna pod kołdrę. 
Powiecie - każdy tak czasami miewa. No każdy też czasami miewa katar i grypę, a jednak nie olewa tego zazwyczaj tylko się jakoś tam leczy.  
Dla mnie to było o tyle dziwne, że tydzień temu miałam tyle energii, że mogłabym oświetlić San-Francisco.  Wszyscy narzekali na aurę i złe samopoczucie, a ja wprost przeciwnie. Wiedziałam, że taka zwyżka nie potrwa długo bo by mnie wykończyła, ale nie spodziewałam się takiego doła. Musiała być przyczyna. Gdzie? Jaka?
To zadanie właśnie musiałam przerobić. Znaleźć źródło, prawdziwe źródło.  
Ponieważ od kilku tygodni stosuję metodę pracy nad emocjami zwaną po polsku OPUKIWANIE, szerzej znaną pod skrótem EFT, to zaczęłam wykorzystując tę metodę integrować emocje, które mnie dobijały. Ale... żeby je zintegrować, to trzeba je nazwać. A żeby je nazwać to trzeba je poczuć i co ważniejsze - się do nich przyznać. 
Siadłam więc i zaczęłam się pytać sama siebie, czego ja się boję, czemu jestem tak przeraźliwie smutna i czuję się absurdalnie samotna, chociaż w tym momencie miałam wsparcie tak wielu ludzi, łącznie z weterynarzem który zaproponował odłożenie w czasie spłaty ewentualnych wysokich kosztów badań. Dostałam propozycje pokrycia kosztów przez zaprzyjaźnioną fundację, przyjaciele piszą, znajomi pytają "jak kocia?". No nie byłam samotna, ale czemu się czułam opuszczona? Przerażona i bardzo, bardzo zmęczona chociaż tak naprawdę NIC się jeszcze nie wydarzyło? Skąd ta depresja, skąd ta nadreaktywność?
No zaczęłam dopuszczać do siebie głos z przeszłości.  

Strach i zmęczenie:

"Bo ja się tu wyżyłuję, na stresuję, namęczę, (każdy kto intensywnie leczył zwierzę ten wie, tu nie ma NFZ  nie ma szpitali), Będę walczyć do ostatniego tchu, a i tak będę musiała podjąć najtrudniejszą z decyzji. I tak ona umrze". 
Takie mam przekonanie, zakorzenione w podświadomości, które mi wypłynęło i gniotło. Przepracowałam. 

Przeraźliwa samotność:

Bo kiedy przegrałam walkę o Lunę i musiałam jej pozwolić odejść (to a propos poprzedniego punktu) - byłam całkiem sama. Nie było przy mnie osoby, która by mnie wsparła - była moja ex-przyjaciółka, ta toksyczna, która niby mi towarzyszyła ale teksty o tym, co ona czuje obcując ze śmiercią, teraz kiedy się leczy ze swoich lęków, nie były dla mnie wsparciem, a raczej obciążeniem. Miała ogromną tendencje do skupiania uwagi na swoich problemach. 
A zatem kiedy pojawiła się wizja problemów zdrowotnych Keiry, odpaliło mi podświadome skojarzenie z eutanazją Luny i poczuciem samotności w tamtym momencie. Posiedziałam z tym, pozwoliłam by się usadowiło gdzieś w moim ciele. Opukałam te emocje, pozwoliłam im wypłynąć i się rozłożyć, odparować, zwał jak zwał uwolniłam to. Mam nadzieję, że w pełni, jak nie to powtórzę cały proces. 

Nie wiem jak nazwać najbardziej pierwotny powód mojego nędznego stanu. Bo zaczęłam się głębiej zastanawiać. I doszłam do pewnego bardzo traumatycznego dla mnie wydarzenia. 
Miałam kiedyś psa. Wilczura, przerośniętego, czarnego wilka, którego kochałam całym sercem. Pies był wielki, niesforny, nieułożony i mocno strachliwy. Bał się ostrych dźwięków, wielkich przedmiotów, na przykład ciężarówek. No teraz bym określiła to jako brak stabilności psychicznej, nerwicą, czasem przebodźcowaniem. W tamtym czasie jednak nazywałam go psycholem. Z powodu strachu, czasem wręcz panicznego, pies potrafił zareagować agresją. No, centrum miasta ewidentnie mu nie służyło. Samochody, ludzie, dziwne dźwięki, tramwaje, no nie było to środowisko dla mojego wilka. Strasznie go kochałam, ale miałam naście lat i pstro w głowie. Nie umiałam przewidzieć zachowań psa w rożnych sytuacjach, chciałam się cieszyć nim i czasem jaki spędzaliśmy. Byłam nieodpowiedzialną właścicielką. No i doszło do małej tragedii. Wychodziłam z nim od przyjaciółki z domu i na schodach była kobieta w ciąży, schodziła z nich. Bleki się wystraszył jej nagłego pojawienia się, ja go nie utrzymałam i ją obszczekał. Nie dotknął nawet tylko wystraszony naszczekał, ale nie był małym pierdołkiem, tylko czarnym wielkim wilczyskiem i kobieta się tak przestraszyła, że zjechała z kilku ostatnich stopni. Wściekła się i zaczęła, że ona doprowadzi do uśpienia tego kundla, że jej teść jest sędzią i że ona wyciągnie z tego konsekwencje. Przepraszałam ją, ale też rozumiałam, w ciąży była, przestraszyła się, co prawda pojechała na dupie nie brzuchy ale to nie miało prawa się wydarzyć. Nie dopilnowałam psa i wina była po mojej stronie. Nie tłumaczy mnie młody wiek. Strach przed tym, co może się stać był tak wielki, że nie mówiąc o szczegółach rodzicom, powiedziałam tylko, że nie dajemy sobie z Blekim rady i chyba trzeba go oddać. Nie było pytań, dyskusji, jakby czekali na moją decyzję. Następnego dnia jak poszłam do szkoły zawieźli go do schroniska. Czy muszę mówić co czułam? Co nadal czuję? Wstyd, smutek, żal... rozpacz. I fakt, że najprawdopodobniej skończył dobrze, bo od razu trafił do podwrocławskiej hurtowni gdzie miał z drugim psem pilnować jej w nocy, nie pomagała mi. Ja go zdradziłam ze strachu przed konsekwencjami, ze strachu, odwiecznego strachu przed złością i niezadowoleniem rodziców, tym wypominaniem, że oni wiedzieli, że jak zwykle mieli racje. Zdradziłam swoje pierwsze "dziecko" i najlepszego przyjaciela ze strachu przed potępieniem i wyrzutami. 
Porzuciłam go. I nic mnie nie tłumaczy. 
I ta trauma, poczucie winy jakie mam w sobie odzywa się zawsze kiedy dzieje się coś niedobrego z moimi zwierzętami, czy ja znów zawiodę, czy ja znów zdradzę?
Mam nad czym pracować... i pracuję. Teraz jestem już dorosłą osobą i wiem, że mogę inaczej, tylko ta mała i przerażona dziewczyna we mnie też musi to poczuć i się uspokoić. 
Proszę, osoby, które czują chęć pojechania mi i shejtowania za oddanie psa do schroniska, by sobie jednak darowały bo nie kopie się leżącego, przynajmniej przyzwoity człowiek tego nie robi. Ja już i tak długo sama się katuję za ten krok. 
Tu jest jego zdjęcie. Robione jeszcze kliszowym aparatem, dwadzieścia lat temu. 

 Na koniec dodam tylko, że z Keirą idziemy w poniedziałek do na badanie krwi pod kątem narządów takich jak nerki, wątroba czy trzustka. Na razie jest w miarę ok, ale to głównie dla tego że dostała dwa zastrzyki przeciwwymiotne. 
A moich czytelników, którzy nie są ciekawi mojej drogi do siebie, proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, hafty i zdjęcia pojawią się jeszcze, na pewno. 
Pozdrawiam serdecznie.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Jak nie urok to ... kocie womity

Tak, tak, dziś będzie obleśnie. Bo o womitach, jak to się "ładnie" określa. A konkretnie o kocich womitach, zwrotkach inaczej, o przysłowiowym kocim rzyganiu. Kto ma kota ten wie, że to nieodzowny dodatek do samego kota. A jak ma się trzy to można zaobserwować rożne kombinacje i konstelacje. No są takie dni jak dziś kiedy mnie trafia i mam ochotę wyć. Jak się karmi te niewdzięczne futrzaste bydlaki lepiej niż siebie to boli kiedy one traktują karmę jak drapaczkę do przewodu paszcza - żołądek. Drap-drap w jedną stronę i drap-drap w drugą stronę i kilka złotych ląduje zacnie na podłodze. A potem w kiblu. Ja przysięgam, przejdę na marketowe badziewie jak tak będą się poszturchiwać bezglutenową super rybkową karmą. Ja wywalam pół wypłaty na łososiki, pstrągi i inne takie w formie brązowej, śmierdzącej granulki, a one tak? To ja się za jagnięcinką oglądam (teraz wszyscy wegetarianie apopleksji dostali) bo delikatna dla wrażliwych brzuszków, bo bez glutena straszliwego, a mój szparag chleb biały z dżemem wcina codziennie. I jakoś żyje. On ten chleb z dżemem bo lubi:)

A co do tego glutenu to teraz modnie napisać że coś go nie ma. No a jak wybieram żarcie bez zbożowe to raczej nie będzie tam glutena, nie?  Bo kotom mąka niepotrzebna. Ale skoro im do brzucha właściwego i tak rzadko trafia to jedzenie to może olać sprawę, i na badziew przejść, przynajmniej zaoszczędzę. Ech, gdybym jeszcze umiała oszczędzać na tych dziadach parchatych. 
A co do glutenu to wam powiem, że mnie to strasznie śmieszy, bo biorąc pod uwagę jak widzę po swoich znajomych co to go tak unikają jak strychniny jakiej, co oni jedzą... Co oni ładują w siebie i na siebie, przetworzone jedzenie - byle bez glutenu, leki i farmaceutyki, papierosy i alkohol w ilościach które mnie by powaliły dawno, ja bardzo mało piję. Masę chemii na skórę, która jak wiadomo wszystko pięknie wchłania, nie nowość... Ale glutenu NIE!!!! bo to jest strasznie niezdrowe, od tego się umiera!
No patrzę na taką i mnie czarna rozpacz i pusty śmiech ogarnia. A ma jakieś objawy.... no jakieś na pewno, bo w końcu to straszna trucizna, zabija tyle istnień... zaciągając się cienkim LM-em. Ok, nie moja sprawa, ale pośmiać się mogę, nie. 

Nie mam weny, z moich prac nad sobą na razie wniknęła kłótnia z mężem,  atak dziwnej paniki z podekscytowaniem trudnym do wytrzymania i musiałam zwolnić. Styki mi się przegrzały...
Wyszywam coś, i oglądam jak mąż gra w wiedźmina w wolnym czasie. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo mu kazałam olać jedną babę z która niby związany jest bohater, na rzecz innej, bo tej pierwszej strasznie nie lubię. A tu każdy krok ma jakiś późniejsze konsekwencje w historii. No ale jej nie lubię i już. 
Pozdrawiam serdecznie.

Edit:
Dziś pomimo domowego leczenia moja jednooka piratka wymiotowała już samą żółcią z łyżeczką karmy więc poszli my do weta. Ten stwierdził,że nic nie wyczuwa żeby kota blokowało, bolało czy było niezdrowe. Ogólnie okaz zdrowia. Zatem leczymy objawowo a jak się nie poprawi to będziem szukać głębiej, głownie w moim portfelu. A mina pani w aptece jak ją zapytałam ile mam dać tabletki ranigastu na 3 kilo kota - bezcenna.

niedziela, 2 grudnia 2018

Narodziny na nowo

Brzmi poważnie? Bo jest takie.
To najważniejsza rzecz jakiej się podjęłam w swoim życiu. Urodzić się na nowo. Stać się prawdziwą sobą. 
Jak? No tu już tak łatwo nie jest. I nie jest to chyba też jeszcze pora na opisywanie metody.
To, w takim razie, po co? 
Bo kto nie chciałby żyć życiem swoim, prawdziwym i wolnym.
Wolnym od wdrukowanych przekonań, które nie są nasze, bo skąd mamy je mieć, skoro nie mieliśmy okazji sami czegoś przeżyć. Ale jesteśmy przekonani o wielu rzeczach jakbyśmy mieli doświadczenia co najmniej z kilku pokoleń.  
Te przekonania, bardzo często ukierunkowują nas na całe życie i nawet nie wiemy o tym, nie wiemy dla czego coś myślimy, dla czego coś robimy lub nie robimy, a zapytani kluczymy i się złościmy. Najczęstsza odpowiedź: "bo tak było u mnie w domu, bo tak robiłam zawsze, bo tak i już".
"Pieniądze szczęścia nie dają"
"Bogaci są tylko nieuczciwi i kombinujący" 
"Prawdziwa miłość się w życiu nie zdarza" 
"Nie wychylaj się"
"Bądź miły i grzeczny niezależnie od sytuacji" 
"Rodzina jest najważniejsza"
I wiele innych. 
A na jakiej podstawie ktoś kto zarabia mniej niż średnią krajową może wiedzieć czy pieniądze szczęścia nie dają? Przecież nigdy nie był mega bogaty, żeby wyrobić sobie takie mniemanie. To przekonanie jego rodziców, lub najbliższych i środowiska. Bo w rodzinie tak mówiono, żeby usprawiedliwić brak ambicji i pogodzenie się z rzeczywistością. Bo łatwiej oczernić pieniądze i bogatych niż uczciwie się przyznać, że dobrze nam tak jak jest i nie chce nam się wspinać i walczyć, bo takie przekonanie przechodzi z pokolenia na pokolenie. I to przekonanie pokutuje nawet wtedy gdy jakimś zdarzeniem losu zdobywasz dużą kasę, w większości przypadków szybko się rozprasza, bo podświadomie wracamy do znanego i tolerowanego przez najbliższe środowisko, schematu.
Zatem chcę się tych przekonań, nie swoich, narzuconych, pozbyć, uwolnić, wytworzyć własne. Moje prawdziwie autorskie. 
Jak mi się uda to będę mogła powiedzieć czy są prawdziwe, czy nie. Sama będę decydować co sądzę o tym czy tamtym. To będzie ogromna wolność.
Druga sprawą będzie pozbycie się blokad i traum siedzących we mnie głęboko, w podświadomości, obalenie schematu - to się dość mocno łączy z tym pierwszym. Ale jest głębiej skryte.
Chcę przerwać ten łańcuch pokoleniowych traum gnębiących każda rodzinę. Nie chcę by to co przeżyły moje przodkinie (bo głównie kobiety z racji biologii mają tę możliwość przekazywania traum) determinowało może obecne życie i ewentualne przyszłe życie moich dzieci. Na pewno większość z was teraz przewraca oczami i mruczy coś w rodzaju " ale brednie". Trudno. Nikogo nie będę przekonywać do swojego zdania, każdy musi wyrobić swoje własne i żyć z jego konsekwencjami. 
 Chce się dowiedzieć, dla czego mam tak ogromną potrzebę jedzenia. Czemu boję się jeździć samochodem, prowadzić go. Skąd u mnie tak niskie poczucie własnej wartości. Może pozbędę się łysych placków na głowie, które się czasem pojawiają. Chce odkopać swój najczystszy potencjał, odgruzować go z tych wszystkich zanieczyszczeń narzuconych z zewnątrz.
To wymaga odwagi, przyznam, że czuje pewną obawę, bo jak mawia Szparag, jesteś teraz jak puste naczynie i trzeba uważać co się do niego naleje. Uważam, na ile wiem jak. Ufam intuicji. 
Ale jestem przede wszystkim bardzo podekscytowana i ciekawa tego jaka będę po tej przemianie, po tym oczyszczeniu. Czego się pozbędę, co zyskam.
Wierzę, że to będzie wspaniała i magiczna przygoda. 
Ktoś się zapyta - Po co to?
Bo pragnę pozbyć się mentalnych ciuchów po innych.  Bo chce być szczęśliwa tak prawdziwie. Bo chociaż teraz jestem szczęśliwa, to mogę porównać do to siedzenia w pięknym pokoju, na wygodnym fotelu i wyglądania na piękny ogród, a za nim las i cały świat. A teraz chcę mieć możliwość nie tylko podziwiania tego ogrodu, ale wstać i wyjść do niego, spacerować po nim, nacieszyć się tym co do tej pory podziwiałam. Poczuć pieszczotę słońca na skórze, chłód wiatru i deszczu, może się o coś zahaczyć ale przede wszystkim poczuć, na prawdę poczuć co to znaczy żyć prawdziwie.
I wyjść z szeregu tych wszystkich, którzy tak ochoczo tłumaczą się "tymi innymi", którzy to są odpowiedzialni za ich życie. Ja biorę za swoje życie odpowiedzialność, za każdy krok i za każde słowo, myśl czy nawet odruch. Ale to proces długotrwały i skomplikowany. Zatem trzymajcie kciuki. 




niedziela, 25 listopada 2018

Haft cieniowany - motyl Rusałka

Nie trzeba być wybitnie spostrzegawczym by się zorientować, że jestem obecnie w fazie zwanej "haft". Czyli niejako wróciłam na tory po których startował mój blog. No i się jak na razie trzymam:) Ukończyłam tego nieszczęsnego "płaskiego" kotka, potem powstał pączek róży, dziś przedstawię motylka, a już siedzę nad kolejnym dużym projektem. 
Ale wracając do dzisiejszego bohatera to jest to nasz rodzimy i bardzo popularny motyl dzienny - rusałka pokrzywnik. Jestem pewna, że każdy go widział. 
 Tu jeszcze nie można nic powiedzieć na temat jego wyglądu:) Wstępnie wybrałam te kolory, w międzyczasie nieco dodałam. 
Jak widać na zdjęciu wzór nie jest duży, motyl jest jednak większy niż w rzeczywistości, sądzę że tak 1,5 raza. Nie ma to znaczenia ale wspomniałam dla samej siebie chyba. Planowałam poświęcić nie więcej niż trzy, cztery dni długiego wyszywania na tego owada.
 Ale, zawsze jest jakieś "ale", już na początku zdałam sobie sprawę, że to nie będzie takie szybkie i łatwe zadanie. I powiem wam, że nie mam pojęcia na czym tak na prawdę polegała trudność. Przecież nie było tu skomplikowanego cieniowania, przechodzenia kolorów, mieszania... A jednak, szło mi jak krew z nosa.  
 Utrzymanie ścisłego ułożenia ściegów było dość upierdliwe, a kiedy za oknem ciemnica od rana do nocy to też nie ułatwiało sprawy. Z każdym jednak wyszytym elementem dochodziłam do wniosku, że wybrałam dobrze, i że efekt będzie ładny. 
 No i tak się włąsnie tenże efekt końcowy prezentuje. 
Ja jestem zachwycona, że tak nieskromnie się przyznam.  Ale w sumie poświęciłam mu sporo czasu, o wiele więcej niż planowałam i nie zamierzam się nieszczerze krygować. Jestem z mojego pokrzywnika dumna i już. 
I każdemu twórcy polecam to samo, być dumnym z każdego swojego dzieła.  Bo zrobione jest leprze od doskonałego. 
No, a motylek jest do przytulenia. 
Cena 125 zł. Na pewno sprawi radość jakiemuś miłośnikowi przyrody. 
Jeden jedyny, niepowtarzalny. Unikatowy!
I przypominam jeszcze, że można podglądać mnie na Instagramie.  
Pozdrawiam serdecznie. 

środa, 21 listopada 2018

Bohatersko poczynione zdjęcia.

I oto jestem! JA - córka marnotrawna... chociaż raczej można by powiedzieć "fotograficzka" marnotrawna. No bo jak inaczej nazwać człeka co kochając fotografie przyrodniczą nie czynił jej zadość od ponad pół roku... I to nie z powodu uszkodzonej przysłony w obiektywie. No jak? Nawet nie chcę się zastanawiać. 
Zatem, wiedziona wewnętrzną potrzebą zapolowania na szron, który to uwielbiam i niestety rzadko mam możliwość podziwiać (Dzięki Ci globalne ocieplenie, Dzięki), postanowiłam zawierzyć prognozom i odkopałam z czeluści szafy, aparat. Zdmuchnęłam z niego półroczną warstwę kurzu, niczym mag z tajemnej księgi... tak po prawdzie to trzymany jest w niemal sterylnych warunkach i kurz to on widzi jak się go wyjmie. Jakie to nieliterackie, prawda? 
To pierwszy sukces, wzięłam aparat. 
Sukces drugi, znacznie trudniejszy do osiągnięcia - zwlekłam odwłok z wyra wczesnym rankiem. W sobotę!
Nie, ja zdecydowanie nie jestem ranną ptaszyną, raczej zdechłym ochłapem. Ale pomyślałam, że znając moje szczęście to ja szron zobaczę za dwa lata ponownie, więc... 
Zanim zaprezentuję owoce tej mordęgi i wyczynu olimpijskiego niemalże to jeszcze się z wami podzielę takim... czymś. Umysł mi ostatnio szwankuje, słownictwo też gdzieś ulata...
Pamiętacie, jak kiedyś przed erą superszczelnych okien mróz malował wspaniałe wzory na szybach.  Chciałabym jeszcze mieć możliwość uwieczniać te właśnie cuda, ale jak, skoro wszędzie okna szczelne, mrozu co kot napłakał na południu Polski. A wyobrażam sobie że piękne mogły by to być obrazy. 













Na koniec podzielę się jeszcze taką radosną dla mnie informacją, że od kilku dni jestem szczęśliwą posiadaczką ekspresu do kawy. Takiego ciśnieniowego, ale nie tej wielkiej szafy co to sama wszystko robi. Nie, nasz ma kolbę którą nabija się zmieloną już kawą. Ma też wyspę mleczną czyli spienia mi mleczko wprost do kubeczka i mam latte, ukochane moje. O kochani, za koszt niższy niż moje wymarzone kredki, z których jednak zrezygnowałam, mam kawusię "bajka". Bo ta sama kawa, którą do tej pory zaparzaliśmy, zalewając po prostu wrzątkiem, parzona pod cienieniem smakuje o niebo lepiej. Nie ma ziemistego posmaku, a jakąś taką głębie, która mogłam wyczuć pijąc tylko w kawiarniach. 
Pozdrawiam. 

niedziela, 18 listopada 2018

Haft cieniowany krok po kroku - pączek roży

W tym miesiącu pisanie idzie mi zdecydowanie niej lekko niż w ubiegłym. Czasami tak bywa... Za to wyszywanie idzie dobrze. Po ukończeniu "płaskiego kotka" stwierdziłam że mam ochotę na maleńki, nieskomplikowany równie plaski hafcik. No i zdecydowałam się na różyczkę,ale taką jeszcze w pączku, takie lubię najbardziej, są śliczne i niewinne. 
( A jeszcze tak tylko nadmienię, że można mnie podglądać na Instagramie - Po lewej, na górze fotka tygrysa - zapraszam. )
Efekt tego spontanicznego wyszywania wygląda tak:
 Dla zrozumienia wielkości powiem tylko, że średnica tamborka to ok 12 cm. Zatem hafcik na prawdę niewielki. 
Dla potomności i na własny użytek bardzo skrupulatnie udokumentowywałam każdy etap pracy i z tego dokumentowania postanowiłam zrobić poradnik jak wyhaftować taką różyczkę "krok po kroku".  
Wzór:

Przeniesiony na płótno:
Skoro mam już rozrysowana moją różyczkę to trzeba wybrać kolory. 
 Zielenie - Ariadna: 1701, Madeira: 1410, 1411, 1412
Żyłki - Ariadna: 1721
Czerwienie: Madeira: 0510 i 0511 albo Ariadna: 1554 i 1556.

No i tak, rozpoczęłam od łodyżki. Wzięłam najciemniejszą z wybranych zieleni i po obu stronach wykonałam sznureczek. 

 Następnie jaśniejszym zrobiłam również jeden rząd sznureczka tuż przy zewnętrznym.
 
Trzecim odcieniem zrobiła dwa rzędy po każdej stronie.
 
 No i środek wypełniłam najjaśniejsza zielenią. 
 
Następnie zabrałam się za kielich. I znów zaczęłam od ciemniejszych kolorów niżej i na bokach. Tutaj stosowałam już ściegi proste.
 
 Im wyżej i bardziej do środka tym jaśniejsze odcienie.
 
 Po ukończeniu kielicha, czas na listki. Tak jak nie lubię u zwierząt wszywać uszu, tak u roślin nie lubię liści, chociaż wiem, że jedne i drugie są niezmiernie ważne. 
Zaczęłam inaczej niż zazwyczaj, bo postanowiłam sobie odwrócić kolory, czyli ciemne na brzegach, jasne w środku. I znów wzięłam najciemniejszy odcień zieleni i nałożyłam rząd nieuporządkowanych ściegów rożnej tak na prawdę długości. przy czym starałam się utrzymać kierunek ale jak widać nie zawsze mi to wyszło. 
 
 Rząd drugi jest mocno wmieszany w pierwszy w którym były przecież przerwy właśnie po to aby jaśniejszym odcieniem je wypełnić.


Trzecim odcieniem zieleni wypełniam umowny trzeci rząd ściegów, ale widać, że się one gubią i zlewają ze sobą. Mam nadzieję, że widać.

No i tym samym co środek łodyżki, czyli najjaśniejszym wypełniam środek. Z pozoru najłatwiejsza część. Tu też nieco koryguję wszelkie krzywizny w ściegach.

Jasną piaskową nitką robię żyłkę i kilka małych ściegów dla fanu:)
Nią też robię "odblask światła" na łodydze i kielichu.

No i w końcu pączek. Zaczynam od góry, od jaśniejszej nici. Jak widać nakładam tu ściegi proste rozchodzące się ku środkowej części pąka.

Na zdjęciu słabo to widać ale mniej więcej w połowie pąka zmienia się odcień czerwieni.

Listki wokół płatków wykonuję tak jak łodyżkę, ściegiem sznureczkowym. I na koniec ponownie zdjęcie całości.
Wierzę, że dość klarownie wyjaśniłam co i jak i gdzie i z czym. 
Pozdrawiam. 
 Z ostatniej chwili - We Wrocławiu pada pierwszy śnieg w roku.


 

wtorek, 13 listopada 2018

Lustra! Wszędzie lustra!

No, już PO. Uff...
A po czym? Po spotkaniu klasowym o którym wspominałam jakieś półtora miesiąca temu. Poszłam. Chociaż były momenty, kiedy mówiłam do siebie, po co mi to, nie idę... Ale miałam nieco czasu na przepracowanie niektórych spraw i poszłam. Nawet się cieszyłam, że idę.
Było... Ciekawie i dla mnie wartościowo o tyle, że mam kolejne sprawy do przemyślenia, do przepracowania. 
Do tego kilka dobrze się zapowiadających odgrzanych znajomości. Chociaż słowo "odgrzanych" nie ma zbyt pozytywnego wydźwięku, to jednak tutaj jest ono jak najbardziej pozytywne. Kilka rozczarowań, wynikających ze zbyt wysokich oczekiwań. 
No i te lustra. Wszędzie, chyba kilka na raz. Oby się nie potłukły bo będzie kiszka. Nie wiem od czego zacząć... 
Osiemnaście lat nie widziałam większości tych ludzi. Moje obawy się nie ziściły, za to inne aspekty o których nie pomyślałam wywołały we mnie dyskomfort. Jakoś kompletnie nie wzięłam pod uwagę, że zdecydowana większość moich koleżanek z maturalnej, teraz jest matkami. 
No ja matką nie jestem. I przyznam, że kiedy temat szybko zszedł na dzieci, nie miałam, nie dość, że nic do powiedzenia, to nie ciekawiło mnie to, nie wiedziałam o czym mówią i zaczęłam się nudzić. Dwie godziny nie minęły, a ja ziewałam i poświęcałam mojemu koktajlowi z mango nienaturalnie dużo uwagi. No bo przez pierwsze pół godziny jeszcze próbowałam wyłapać, kto, ile, w jakim wieku ale jak się zaczęły pogadanki o perypetiach to sorki...
Zwłaszcza, że kiedy moje pierwsze lustro niejaka H, zrobiła odpytkę po kolei ( zadając pytanie - masz dzieci czy nie? - zamiast, no to opowiedz co tam u Ciebie) widziałam w jej oczach kompletny zanik uwagi po stwierdzeniu, że mam koty. A potem, zostałam razem z jeszcze jedną bezdzietną odsunięta na margines konwersacji. Nie pierwszy i nie ostatni raz. 
Zastanawiacie się może, czemu H. jest moim lustrem. Bo brylowała, była najgłośniejsza, skupiała na sobie uwagę wszystkich, głownie tych trzech panów którzy przyszli, Trzech na pięciu, niezły wynik. O tak, to moje lustro jak nic, prawie ramą dostałam w dziób. Podświadomość mnie borowała jak najgorszy dentysta. 
- Też tak byś chciała, zazdrościsz jej 
- Zamknij się, nie zazdroszczę bo nie mam czego. 
- No jak to czego, zobacz jaka jest przebojowa, wszyscy jej słuchają, wszyscy się gapią.
-  Jak na klauna w cyrku. Ja nie muszę podnosić sobie samooceny drąc się na cały lokal, kokietując czyiś mężów i mieć zawsze coś do powiedzenia...
- To czemu jesteś taka nabzdyczona, co?
- Bo nie lubię być wykluczana. Nikt nie lubi chyba, co?
Podświadomość się zamknęła, a mnie H. nadal nieco irytowała. Na swoje potrzeby ją sobie zdiagnozowałam i próbowałam ignorować. 
Drugie lustro i największe moje rozczarowanie tego spotkania zaproponowało przejście z kawiarni do knajpki gdzie serwują alko. 
Spoko. Tam Lustro E. uświadomiło nas, że zna właściciela i niemal codziennie tu siedzi, wczoraj wypiło dwie karafki wina. Że jako pracownik muzeum, po studiach o sztuce, ma w domu mnóstwo tejże sztuki i że nie znamy się na historii. A poza tym to jest takie nowoczesne, nie weźmie ślubu ze swoim konkubentem puki jej znajomi geje nie będą mogli też tego zrobić i jak umrą jej zwierzęta to popełni samobójstwo. Dzieci nie ma bo to przeżytek, ona woli zwierzęta i wolność. Dziś też poszły dwie karafki wina, wypite podczas siedzenie na środku salki, tyłem do połowy ludzi - przodem do płci przeciwnej. 
Uwielbiałam E w liceum. Ale po osiemnastu latach to co kiedyś było super, dziś wydało mi się zblazowanym zadzieraniem nosa i grą pozorów której nie kupiłam nawet przez chwilę.  Smutne. 
Czemu lustro. Moja podświadomość zaczęła chichotać.
- Popatrz jest tak samo wyzwolona i nieograniczona jak Ty. Też dziecinna i niedojrzała... egoistyczna i musi być najmądrzejsza, uważa się za lepszą od nas - kiedyś hipiska teraz hipsterka. Nie da się w ramy włożyć. 
- Ponownie Ci mówię zamilknij. Jest na pokaz, czy ja siedzę na piedestale własnej zajebistości i dramatycznie ogłaszam, ze jak mój kot odejdzie to skocze z okna na znak swojej tragedii?
- No nie...
- A co mówię o takiej sytuacji?
- Że weźmiesz na jego miejsce innego potrzebującego domu bidula, najlepiej dorosłego, bo takim trudniej ten dom znaleźć. 
- Właśnie. Czy ja się tu kłócę przez pół godziny gdzie przebiega granica Ołbinu z inną dzielnicą po czym stwierdzam że wszyscy są głupi i nie znają w ogóle historii? 
- Nie... Ale robiłaś tak!
- No kiedy? 
- Dawno temu. 
- Zatem chyba się nie liczy. 
No chyba się nie liczy. Chyba przez te parę lat dorosłam. Nie czuję potrzeby brylowania, fajnie byłoby gdyby światło reflektora na chwilę i na mnie padło, mieć swoje pięć minut, potem nich inni mają. Nigdy nie byłam szarą zalęknioną myszką, potrzeba mi uwagi, ale panuję nad tym, kontroluję to, pracuję. Nie krzyczę, nie siadam na środku, nie zwracam na siebie uwagi na siłę i na pokaz. Staram się. Ale wiem, że są takie pragnienia i te dwa moje lustra pokazały mi to bardzo dobitnie. 
Miałam wiele jeszcze obserwacji. Takich zupełnie normalnych. Jak na przykład to że kobiety, niezależnie od tego czy są w długotrwałym czy krótkim związku, ale chyba nie satysfakcjonującym w stu procentach, lgną do mężczyzn prawie obcych. Bo na tym spotkaniu nie było naszych polówek. Tylko absolwenci. Większość kobiety.
Przez większość spotkania niewiele mówiłam, nie czułam potrzeby, a jestem okropną gadułą. Najwięcej w sumie rozmawiałam z dawną przyjaciółką, już późno w nocy jak większość się rozeszła do domów. Tę znajomość, jak i kilka innych będę starała się pielęgnować, tak jak na to zasługuje, zobaczymy co z tego wyjdzie. 
Co dziwne jednym jeszcze lustrem okazał się kolega, z którym przez całe liceum zamieniłam może kilka zdań. I to on tak na prawdę zwrócił mi swoim zachowaniem uwagę na to, że ci drażniący mnie tu ludzie to moje lustra, obecne lub przeszłe, mniejsze lub większe. 
Ech, mam nad czym pracować, ale najfajniejsze jest to, że mam z kim, że mam możliwość podzielić się swoimi spostrzeżeniami o H, o E. z osobami które też tam były i co dziwne, podzielają moje odczucia. Czyli nie jestem taka dziwna, całkiem nieźle mi już idzie oddzielanie tego do mnie osobiście uderza, od tego co ogólnie jest rzucające się w oczy. Najbardziej się cieszę, że mam teraz kontakt do tych kilku osób, które gdzieś po szkole się rozproszyły. 
A do tego, z kilkoma dziewczynami, umówiłyśmy się na bardziej kameralne kawowe spotkanie. A z niektórymi indywidualnie. Jestem dobrej myśli, wyszłam z jamy na światło dzienne.

środa, 7 listopada 2018

Haftowane kotki, biedronki i ślepe kotki odporne na biedronki.

Hej ludziska!
Miałam przedwczoraj taką obserwację zachowań nienaturalnych. Otóż jak wiecie posiadam na stanie Trzy kotoosoby. Moje trzy kotoosoby mają tylko pięć oczów. Najmniejsza i jednocześnie najbardziej harda kota ma oko jedno. Na szczęście nie na środku, tylko po lewej stronie głowy. Po prawej na gulkę tłuszczu - na czarną godzinę chyba. Nawet nieźle to wygląda, bo trochę jakby miała cały czas zamknięte to oko, nie tak jak czasem widziałam, że jest taka dziura, zapadnięte i w sunie smutne. Ona piraci i tyle. 
Zatem jako że mam tak liczny stan futer, to nie posiadam w domu owadów. A te które nieopatrznie się napatoczą, czeka marny los. Bardzo marny, bo śmierć nie zawsze jest szybka. Kto ma kota ten wie. No chyba, że to mucha i to duża, taka zielona co na kupach lubi siadać, wtedy śmierć jest błyskawiczna, skrzypiąca, mlaskająca i warcząca, żeby nikt nie ważył się ukraść. "Ja złapałem, ja zjem".
Uchować może się jedynie pająk który ma lęki, siedem nóg, bo jedna zginęła w walce z Ciapkiem i siedzi pod sufitem (pająk nie noga), abo maleńkie, świeżo narodzone rybiki w łazience. I tylko dla tego, że są tak maleńkie, że się wymykają spod kociej łapy.
Nawet biedronka nie ma większych szans, jak się niedawno przekonałam. 
Wiecie, z biedrami to jest tak, że one są kolorowe bo są niejadalne. I jak każdy wie, wydzielają żółte paskudztwo, które jest gorzkie, toksyczne i wywołuje odruch wymiotny. A to po to by taki amator chrząszczy jak bażant jak raz się skusi i porzyga to do końca swojego życia zapamięta że tego w kropki nie jeść i już. 
Coś jak pies i ropucha - trąca ją, trąca tym nosem, do pyska łapie a potem pół godziny haftuje. I żeby się jeszcze uczył... Gdzie tam - koleją łapie i znów rzyga. Psy... 
No to ja, proszę ja was, ostatnio patrzę, a moje się nad czymś znęcają (koty). Patrzę dokładnie i widzę - biedronka. Nasza czy Chińska nie dopatrywałam. Wiedziałam jak się to skończy. Jak u Bażanta. 
Ale patrzę dalej i coś mi nie gra. Jednooka piratka Keira zjadła owada i nic. Zadowolona, że wygrała z Antkiem kładzie się w słoneczku na parapecie i oblizuje (ach, mniam, mniam, pyszna biedronka, szkoda że tylko jedna). Żadnego odruchu, nic. Dziwne, myślę sobie. Ale może ona jako, że ma jedno oko to nie zobaczyła, co zjadła i nie wie, że powinna teraz rzygać jak kot?
No nic. 
Co do dziwnych zachowań to Antek ostatnio ma autystyczną potrzebę żebym mu z niski na parapecie wysypała garść chrupek o woni ryby na kocią serwetkę. A potem stała i patrzyła jak on je. Jeśli wyjdę to biegnie za mną i miauczy.  Mam wrócić i podziwiać jak kot wpierdziela suche rybie resztki. No oczadział. 
W temacie kotów pozostając - ukończyła żem ja tego haftowanego (nie po biedronce). Tak go smętnie męczyłam, że to widać, iż nie miałam za bardzo serca. W którymś momencie nawet pomyliłam odcienie i nieco dziwnie to wygląda na pyszczku. Ale nic, pomijając nieco niesymetryczne oczy, to ciesze się, że jest ukończony. Jaki by tam nie był. Skończony nawet na siłę, jest i tak lepszy niż najpiękniejszy a nie ukończony - takie jest moje zdanie. Jedna zaległa praca mniej, sukces. Pogłaskałam się właśnie po główce, dobra Luna, dobra. 
 No i jeszcze kilka uwag. Bo w sumie ktoś słusznie zauważył, że kot wyszedł mi płaski. Wyszedł, zgadzam się i nawet wiem dla czego. Miał być na zamówienie, ale jak to czasem bywa, zamawiający się w połowie MOJEJ pracy rozmyślił. No to straciłam serce do niego. Zaczęłam coś dziergać dla relaksu i jakoś nie przykładałam wagi do efektu. No i jest jaki jest. Przy okazji zaczęłam też patrzeć na inne swoje hafty i jakoś zaczęła mi w nich przeszkadzać właśnie ta płaskość i gładkość. Wielu uważa, ze jest to ich zaleta, a mnie przeszkadza, bo są tak gładkie, jakby je krowa przylizała. Kaidy ścieg idealnie, każdy włosek równo... 
Wiem, szukam dziury w całym, ale nie będę szukać, to się nie będę rozwijać. Skoro umiem już ładnie wyszywać "płasko i gładko" to chcę nieco rozgardiaszu i czupurności prowadzić do moich ulizanych haftów. Jeszcze nie wiem jak i czy mi wyjdzie. Ale będę próbować.  
Na koniec informacja, że podbijam Instagrama. Znaczy przegryzam się, co i jak i w którą stronę i "łomatkojedyna cotojest HASZTAG?" Jak mi się uda to dodam odnośnik gdzieś z boku. Na razie to tam się niewiele dzieje, ale myślę, że z czasem będą tam wszystkie moje prace do kupy razem wzięte i  łatwo dostępne bez zbędnego pitolenia:) Pitolenie będzie tutaj. 
Bo tak sobie pomyślałam ostatnio, że Facebook to straszny śmietnik.  Poza kilkoma na prawdę ciekawie prezentującymi coś swojego osobami, to reszta to takie prywatne wymiociny, reklamy i gówno-burze na każdy temat, zwłaszcza polityczno socjologiczny. I chyba zaczęło mnie to drażnić do tego stopnia, że coraz mniej chętnie tam zaglądam. Na szczęście jest opcja zaprzestania obserwacji danej osoby. Bo o ile lubię oglądać serwetkę, pieska, kotka czy pięknie zrobione ciasto na niedzielny podwieczorek, to nie interesuje mnie co kto myśli o szczepieniach, marszach, premierze, prezydencie czy proboszczu. A tego ostatnio jak stonki co ją niby Hamerykanie zrzucili - A bażanty zeżarły bo lubią, nawet bardzo, w odróżnieniu od biedronek. 
Się rozlałam jak rzadko... Bardzo to dwuznacznie zabrzmiało. 
Tym optymistycznym akcentem kończę i życzę miłego dnia i weekendu który ponoć dłuższy i to już za dwa dni:)
Buziaki kochani. 

środa, 31 października 2018

Kredki Luny - Dyniowy kot

Hej kochani, muszę przyznać, że w tym miesiącu się rozpisałam i udało mi się wcisnąć więcej postów niż normalnie. Ciekawam, czy i jak długo utrzymam takie tempo. Znając siebie - nie za długo, ale co tam, trzeba się cieszyć każdą aktywnością twórczą. 
Dziś na krótko, bo teraz to nikt nie ma czasu na siedzenie w necie, przybywam do was z takim lekkim drobiazgiem. A dziś, bo to odpowiednia data. No Helołyn, nie. 
Wiem, że zdania są podzielone i to czasem tak skrajnie jak między wiodącymi partiami a to bez sensu.  Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a mnie się podobają obie tradycje i moim zdaniem nie kolidują ze sobą. Wieczorkiem można się pobawić, a jutro zadumać nad grobem. 
Do tego powiem wam, że podoba mi się oprawa graficzna tego "święta". I sądząc po rosnącej popularności imprezy, nie tylko mnie. 
No i złożyły się dwie sprawy - o pierwszej już wspomniałam, a druga to dostawa kilku kredek do testowania. Przyszły do mnie słynne Prismy, drogie jak cholera, jedynie 10 sztuk sobie wybrałam, akurat w kolorach jesieni, bo takich mi brakowało w moim eklektycznym zestawie. 
Pierwszy kontakt był nieco rozczarowujący, ale gdzieś tam się spodziewałam tego, bo czytałam i słuchałam o tym właśnie, że one takie są co się do nich trzeba przekonać.  
Mam tylko tych kilka odcieni i no nie bardzo wiedziałam co z tym fantem począć, bo pierwsza próba nie rozwiała mojego dylematu, jakie kredki ostatecznie wybrać. A wiecie, chodzi o sporą kwotę która zostanie przeznaczona na duży zestaw. Więc siedzę i sprawdzam. Spodziewałam się, że jak tylko pierwsza kredka dotknie papieru to doznam olśnienia, a tu nic. 
Odłożyłam je na kilka godzin i wieczorkiem natchnęło mnie na szybki obrazek związany właśnie z nadchodzącym Halołynem. Akurat zgadzały mi się kolory. Uznałam, że mam trochę do świąt czasu i mogę je po testować w konkretnych pracach więc do dzieła. 
I tak powstał ten obrazek:
 Kolorowy, zabawny i radosny. 
Nowymi kredkami jest robiona Dynia, bo właśnie takie kolorki sobie zamówiłam. 
Tutaj miałam możliwość sprawdzić czego wymagają te kredki i porównać je z resztą którą posiadam. No i powiem wam - po tym rysuneczku (format A4) podjęłam decyzję. Chcę je. Liście robiłam konkurencyjnymi, równie dobrymi i drogimi, ale po prostu innymi i już efekt nie współgra ze mną i moimi potrzebami. 
Tym wesołym akcentem kończę październik i życzę wam spokojnych tych nadchodzących dni. Uważajcie na siebie na drogach.

czwartek, 25 października 2018

Moja przygoda z książkami

Do napisania tego tekstu natchnął mnie wpis Ani z bloga Rozmowy z Wszechświatem - Polecam gorąco. 
Tekst o książkach, ale nie o konkretnych, tylko o czytaniu ich. No i tak się zachwyciłam tym wpisem i pomyślałam, że chcę się z wami podzielić tym jak to było u mnie i jakie mam na ten temat przemyślenia. Chciałabym też poznać wasze  rozważania o tym co napisałam i o waszych przeżyciach. 
Jako dziecko nie lubiłam czytać, nudziło mnie, książki dla dzieci były dla mnie nie wciągające. Może dla tego, że nie wpadały mi ręce żadne fajne pozycje, a w szkole podstawowej zamęczano mnie mega nudnymi lekturami. No bo pamiętam te wszystkie Janki muzykanty, Anielki czy Nasze szkapy - nowelka którą męczyłam chyba tydzień, chociaż powinnam przeczytać w godzinę. Nie, zdecydowanie nie lubiłam czytać... aż w moje ręce wpadła TA KSIĄŻKA. 
Tak, TĄ KSIĄŻKĄ był Biały Kieł Jacka Londona. Chyba każdy mniej więcej wie o czym to. I, że raczej historia wilka i poszukiwacza złota z czasów gorączki tegoż kruszcu dla jedenastolatki nie jest najodpowiedniejsza. A przynajmniej nie jest dla niej dedykowana, ale też nie pamiętam żeby tam było coś nieodpowiedniego. Jak dla mnie ta książka była ogromna. Ale zawzięłam się i pochłaniałam swoim powolnym jeszcze tempem przygody młodego wilczka i młodego chłopaka. 
Bo ja kochałam i nadal kocham chociaż już nie tak fanatycznie, wilki. Kiedy już ukończyłam tę pozycję, zakochałam się w czytaniu. Ale nadal nie lektur szkolnych. Za "Białym Kłem" w ruch poszedł James Oliver Curwood z jego Szarą wilczycą, Barim synem Szarej wilczycy i Włóczęgami północy. Do niego dołączył Zew krwi. Wszystkie te książki były o wilkach lub psach. Z Polskiej literatury przeczytałam Waderę i jej kontynuację "Rudogrzywą" oraz monografię Wilka szarego. Wszystko co było związane z wilkami. 
I tak przez parę lat. I nagle koleżanka w siódmej klasie podrzuciła mi książkę, która była kolejnym przełomem. Była to osobna i niezwiązana z żadną sagą czy serią opowieść Margit Sandemo "Tajemnica władcy lasu".  Może są tu tacy, którzy kojarzą to nazwisko, bo swego czasu w każdym kiosku można było dostać jej powieści, a najpopularniejszą jest do tej pory "Saga o Ludziach lodu". 
Oj, wpadłam w ten mroczny, nieco brutalny ale i niezwykle piękny i magiczny świat dziwnych i nietypowych ludzi, demonów, aniołów, czarownic i wiedźm, świat na wiele lat. Przeczytałam wszystkie sagi, serie i luźne powieści które udało mi się zdobyć. Razem było to kilkaset pozycji. Był taki rok, gdzie w liceum czytałam pod ławką powieść. I pamiętam że wtedy pochłonęłam w jednym roku szkolnym prawie osiemdziesiąt książek. Płakałam po ukończeniu wielu z nich. Zżywałam się z bohaterami, a pamiętajcie, że byłam nastolatką, bardzo wrażliwą, która marzyła o tych emocjach i tym niezwykłym świecie. 
Zatem niezwykle płynnie przeszłam z sag nordyckich do historycznych romansów osadzonych w średniowiecznej Szkocji, Anglii. Liznęłam nieco Fantastyki, ale na długo mnie nie wciągnęła.  Za mało było w nich miłości:)
A wtedy, kiedy wchodziłam w dorosłość i byłam zakompleksionym pryszczatym kurduplem, oraz młodą kobietą, nadal z kompleksami, może już bez pryszczy, marzyłam o tym o czym marzy każda dziewczyna - o miłości. Więc dla pokrzepienia serducha pochłaniałam romanse, ale właśnie historyczne. A była na nie moda, był wybór, więc biblioteka spokojnie zaspokajała moje potrzeby. Z tych książek poznałam lepiej historie Anglii niż ze szkoły swojej ojczyzny. 
Przestały mnie interesować romanse, kiedy poznałam swojego męża, prawdziwą moją szczęśliwa miłość. Wtedy jakoś tak niezauważenie zaczęłam szukać książek o kobietach przechodzących metamorfozy, odnajdujących drogę. Na to teraz też jest moda, więc jest z czego wybierać.  Od kilku lat mało czytam, bo dużo tworzę, a średnio wychodzi łączenie tego. Zastanawiam się czasem nad jakimś abonamentem z audiobookami ale nie wiem czy mi się to spodoba, bo nie umiem się wczuć jak słucham książki. Tak przesłuchałam Władcę Pierścieni, dwa lata temu i mnie rozczarował. Nie wiem czy to wina samej książki, czy tego, że nie czytałam jej tradycyjnie i nie byłam w stu procentach skupiona na treści. 
A jak to było u was? Macie jakieś przemyślenia?  
Pozdrawiam.

poniedziałek, 22 października 2018

Kot w barwach jesieni

No nie da się już ukryć tego jaką mamy porę roku. Jeszcze jakiś czas temu można było udawać, że nie widać przepięknie wybarwiających się liści - bo w sunie to żółkły i schły od lipca z powodu suszy. No ale teraz, kiedy nad ranem przymrozek... no nie wmówię sobie że jeszcze lato. 
Tak przyszła jesień ( ja wiem, że już dawno, wiem) i  rozsiadła się na dobre, a nawet nieco bym rzekła za wygodnie. Lato pogoniła precz i już nie plotkują słodko przy kawuni, oj nie. Ona się teraz do Zimy odwróciła i coś tam zaczynają szczebiotać przy gorącej czekoladzie doprawianej czymś mocniejszym.  
Lubię jesień, ale w tym roku nie poświęciłam jej nawet jednej chwili, przemknęła mi niezauważenie i zdziwiłam się dzisiejszym chłodem. Ale cóż, siedzę w mieście i do dziczy nie jeżdżę, a tam jak ostatnio byłam to lato na całego, susza i grzybów brak więc jakoś tak... liście też jeszcze były na drzewach zielone. 
Za to mam jesień na kartce. 
Niestety badziewnej, ale jest. A zaczęło się tak.
Kiedyś pisałam jak kupiłam beznadziejny papier do akwareli, który nadawałby się do doopy gdyby go dobrze pognieść i pomęczyć. No i zamiast go jako podpałkę do ogniska użyć to ja zostawiłam w teczce. I teraz wpadł w ręce. A ja jakoś tak zaćmienia dostałam i zaczęłam na nim tworzyć. 
 Już na wstępnym etapie połapałam się że to badziew nawet na sucho ale nie chciałam wywalać tego co zrobiłam. I brnęłam dalej. Za każdym kolejnym wściekiem na niewspółpracująca materię powtarzałam sobie - nigdy więcej tego g...

Pracując nad tym ślicznym koteczkiem testowałam kilka rodzajów kredek. Również tych z górnej półki. Już znalazłam jedne które skradły mi serce i doceniłam markę zachwalaną przez wszystkich kredkomaniaków. Nadal jeszcze nie wybrałam tych właściwych, ale mam już pewne rozeznanie. 
Na prawdę ogromną przyjemność sprawiała mi zabawa tymi rożnymi kredkami podczas tworzenia tego kota. Niektóre kolory tak bajecznie się ze sobą mieszały, nakładały na siebie, że aż miło było patrzeć na efekt, który się pojawia za dłonią. 
 Osobiście jestem zachwycona tym jakie efekty można uzyskać kredkami. No ale nie zwykłymi szkolnymi niestety. 
Może ktoś powiedzieć, no ale przecież kredki to kredki. Jasne, puki nie weźmie ich do ręki i nie wypróbuje. Od razu czuć i widać różnicę miedzy taką za kilkadziesiąt groszy za sztukę, a taką za te 5 - 7 zł, albo i więcej. Przesada powiecie. Może... Oglądałam test kredek za 18 zł za jedną. To jest przesada. Dla mnie. 
Po tym wszystkim to mnie naszło kilka wątpliwości. Czy wywalanie kasy na coś tak trywialnego jak kredki nie jest już rozrzutnością. Miałabym w tej samej cenie świetny zabieg u fryzjera w centrum miasta albo fajne buty. Sama mimowolnie traktuję kredki po macoszemu. A przecież wiem ile kosztują na przykład dobre farby, tubka olejnej może osiągać ceny trzy cyfrowe.
Tylko błagam bez tekstów w stylu, że dobry artysta to i najtańszymi materiałami stworzy prawdziwe dzieło... a dobry kucharz z podrzędnych składników zrobi danie stulecia, cieśla ze spróchniałego drewna... krawcowa z badziewnej tkaniny i tak dalej. Mamy zalew badziewia z Chin i wiemy jak się wkurzamy, więc proszę bez takich bo już słyszałam takie teksty kiedy narzekałam na jakość materiałów twórczych.
Muliny też jak się tak policzy to nie jest mały koszt. 
Zresztą jak się zastanowiłam to każda pasja, teraz to biznes i kosztuje. Fotografia, wędkarstwo czy jakieś tam rajdy samochodowe. Więc czemu się dziwię cenie kredek. I czemu sama przed sobą i przed innymi tłumaczę z tego na co wydaję pieniądze.
Bo inne kobiety kupują kosmetyki, cuchy, a ja wolę kredki/farby/muliny/wełnę - zależy od chwili. Gdzieś mam głęboko wdrukowaną zasadę, że na pasje się nie marnuje kasy bo z niej nie ma przychodu - no dzięki serdeczne temu kto mnie tego "nauczył"
No, kończę. Pozdrawiam ciepło w ten chłodny poranek i do następnego. 

 
 

 

środa, 17 października 2018

Kolorowe kredki... z pudełeczka wyjęłam

No hej kochani. Na wstępie pragnę wszystkim podziękować za te przemiłe życzenia z okazji piątych urodzin. Jak napisała Ela, jestem już duży przedszkolak! I jak na przedszkolaka przystało - bawię się kredkami:)
Moja mentalno - twórcza sraczka, o której pisałam dwa posty temu osiągnęła w pewnym momencie takie apogeum, że mogłam już tylko zrobić dwie rzeczy. Albo oszaleć i zacząć wrzeszczeć, albo się zatrzymać nadwyrężając wewnętrzne pasy bezpieczeństwa i obrać jakąkolwiek drogę byle nie kręcić się w kółko jak bączek. Zatrzymałam się! Prawie mnie cofnęło od gwałtowności manewru. Kilka głębokich oddechów i jak pył po walce opadł, chwila zastanowienia.  
Co mi pozwoli potworzyć, bez nakładu miejsca i bałaganu i mam to w domu. Co jest nie skomplikowane i szybko schowam. 
Kredki. 
Medium artystyczne traktowane po macoszemu przez wielu i zapomniane przeze mnie po dwóch średnio udanych próbach. 
Dobra, nie ważne, udane czy nie, wyciągam i maluje.
Tak, właśnie MALUJĘ, bo kredkami można i rysować i malować. I zależy to tylko od tego jak to robimy i jaki jest efekt końcowy. Kreski czy plamy.  
Na szybko machnęłam szkic kowalika, którego popełniłam z półtora roku temu farbami. Od początku praca miała być po prostu metodą na wyciszenie i ćwiczeniem. 
Oto efekt. Format A4
 Dużo tu kombinowałam, eksperymentowałam, bawiłam się. 
Kora jest słaba, ale nie miałam już za bardzo weny do jej dopracowywania. Będzie kiedyś do porównania z innym obrazkiem, jeśli powstanie i będę podziwiać progres.  
Całą pracę wykonałam kredkami które dostałam od koleżanki, firmy Faber Castel Aquarela. Zestaw 24 kolorów, z niższej półki tej marki, sądząc po obrazku na opakowaniu, dla dzieci. Teraz już nie mają ich w ofercie, mają jakieś lepsze. 
Pomimo, że to kredki akwarelowe, czyli takie które po narysowaniu można rozprowadzić wodą, to ja nie lubię tego efektu. Wspominałam, że zdradzę, czemu przy tworzeniu kredkami stoi u mnie na stole mililitr wódki. Ano, bo zamiast wody, ożywam alkoholu do ujednolicenia warstw. Ale na małych powierzchniach. Poza tym alkohol wzmacnia pigment. I zabarwia białe pory papieru, które nie chcą się pokryć samą kredką. No i odparowuje, więc szybko można nakładać kolejną warstwę. 
Powiem wam, że jestem sama zdziwiona, że mi ręka nie umarła po zrobieniu tego tła. Wymagało użycia sporo siły.
Tak czy inaczej, mój kołowrotek został szczęśliwie zatrzymany, nie miał szans samoistnie zwolnić i wyciszyć, więc wyżyłam się na kredkach. Skutek - boli łokieć, nie przyzwyczajony do pracy w takiej pozycji. I to z siłą. 
No ale złapałam bakcyla - znów. Kolejnego... Ciekawe na jak długo?
Pozdrawiam serdecznie.
 

niedziela, 14 października 2018

5 urodziny i polubić siebie

Tak, to już się stało faktem. Mój blog 15 października obchodzi piąte urodziny:) Jak, gdzie, kiedy? No minęło jak z bicza strzelił. Przyznam wam się, że to mój najdłużej i najintensywniej prowadzony projekt. Kiedy go zakładałam, spontanicznie bardzo, bo rozpoczęła się wtedy też moja przygoda z haftem, to nie wierzyłam, że pociągnę to choćby pół roku. 
Znałam siebie i wiedziałam, że nic tak dobrze mi nie wychodzi jak porzucanie rozpoczętych prac. 
Ale tu zaskoczenie, okazało się, że nie tylko nie porzuciłam tego w ciul, ale też stało się to świetną trampoliną dla wielu innych dziedzin z mojego życia. Wiele osób które prowadzą blogi zapewne wie, o czym pisze, o tym, że to mobilizuje. Że nadaje sens i mocniejszy koloryt temu co robimy. 


Nawet nie wiem co miałabym napisać więcej. Jest to dla mnie osobiście jakiś powód do dumy, takie małe zwycięstwo. 
Zawarłam na tych stronach niemal całe moje życie. Jest tu moja dusza, moje koty i moje prace. Wszystkie techniki, sukcesy i porażki, które nazywam lekcjami. Bo czy w hobby mogą być porażki? Moim zdaniem nie, ale to jest moje zdanie od bardzo niedawna. Bo od niedawna dałam sobie więcej luzu.
Usiadłam kiedyś i pomyślałam  - jaka ja na prawdę jestem?  Nie szukałam odpowiedzi dla czego jestem jaka jestem ale JAKA właśnie jestem. 
Na chwilę obecną w wieku lat 36 nadal jestem chaotyczna i kompletnie niezorganizowana. Z organizacji to lubię najbardziej rezygnowanie z niej. Z dziką lubością zaburzam nałożony wcześniej porządek postępowania. Bo nawet kiedy to ja sama sobie coś narzucam to nie lubię tego i jeśli mogę to zrywam te pęta. 
Czy to jest dobre - nie oceniam już. Już, bo zawsze oceniałam i oczywiście negatywnie, bo przecież taki niezaplanowany styl życia, jest taki niepoważny, niedojrzały, niedorosły... 
Ble... skostniały. Z jednej strony podziwiam, autentycznie podziwiam ludzi którzy umieją żyć i funkcjonować jak od linijki, z kalendarzem, plannerem i zegarkiem w reku. Z drugiej strony od razu widzę jakąś taką mentalną srebrną klatkę i smycz. Ja tak nie umiem i wiecie co. Od kilku dni podoba mi się to. 
Chciałabym tylko wyjaśnić, że to wszystko dotyczy mojego prywatnego i twórczego życia. Wiadomo, że jak nadchodzi termin opłat to najpierw one, potem kupię inne rzeczy. Że jak trzeba coś w danym terminie to nie problemu. Ale narzucać sobie rytm dnia, każdy tak samo, w tych godzinach to, w tych co innego i tak codziennie jak od jakiegoś algorytmu. Nie dla mnie. 
Ma to wiele wad, chyba więcej niż zalet, ale próbowałam żyć w planerem w dłoni. Dusiłam się. 


Zatrzymałam się i stwierdziłam, że ja lubię siebie taką jaka jestem. Spontaniczność to jest to co uśmiecha się do mnie każdego dnia. To danego dnia rano zastanawiam się co będę robić w swoim czasie wolnym. Nie lubię się zmuszać do danej rzeczy bo nie wychodzi ona dobrze. Jeśli nie czuję pędzla w dłoni i nie idzie mi mieszanie farby, to z obrazu nic dobrego nie wyjdzie, tak samo wiem,że popełniam dużo błędów w hafcie kiedy nie chce mi się wyszywać, a zapisałam sobie, że w tę Niedzielę będę wyszywać i kropka. 
Poszatkowana jest ta moja twórczość, bardzo, ale to jest ciekawe. Nie zanudzam znajomych i was tym samym. 
A tak na koniec to mam wrażenie, że cały ten wpis ma jakiś taki wydźwięk usprawiedliwiania się. A nie o to mi chodziło. Bo nie mam powodów się przed kimkolwiek usprawiedliwiać ze swojego charakteru. 

Najdziwniejsze, że z życiu zawodowym jest zupełnie odwrotnie. Tam jak mam zadanie, to muszę mieć dokładny plan, zrobiony przez siebie i trzymam się go. A kiedy z jakiś powodów zostanie on zaburzony, wkurzam się i nieraz lekko panikuję. Może to kwestia odpowiedzialności. W swojej pasji jestem odpowiedzialna jedynie sama przed sobą, a tu mam wiele pobłażliwości. 
No rozpisałam się i to bez większego ładu i składu...
Więc, zakończę wielkim podziękowaniem dla Was. Za to że jesteście tu ze mną, że się odzywacie i że mnie wspieracie w tym szaleństwie jakim jest życie. 
Jeszcze na koniec - Ciapek poradził sobie z zaparciem, ale to co mu pomogło w pierwotnym problemie wywołało taki dyskomfort... parafina wychodziła mu tyłem przez dobre dwie doby i mój czyścioch tak to przeżywał, że wylizał sobie łysy placek nad gwiazdką dupną pod ogonkiem.  
To do następnego wpisu w którym pochwalę się najnowszymi dziełami i wyjaśnię dla czego na moim stole stoi kieliszek z mililitrem najtańszej wódki. Czasem stoi tak długo, że ona wyparowuje, więc uspokajam, nie mam problemu alkoholowego.