Jak uratować 100 kotów - wysterylizuj jednego

wtorek, 27 marca 2018

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - wiosna 10 metrów od domu

Las jeszcze w odcieniach brązu i szarości. Gdzieniegdzie jaskrawe, białawe plamy opornego na topnienie śniegu, pod nogami grzęzawisko. Powietrze mroźne mimo dodatniej temperatury, przesiąknięte zimną wilgocią i zasłona z ołowianych chmur nisko na niebie. 
Zieleni brak, może wprawne oko wypatrzy nieśmiałe listeczki glistnika wychylające się spomiędzy rdzawych, suchych liści z ubiegłego sezonu, ale to są promile. Promile, zapowiadające wybuch zieleni. 
Jednak kiedy zamknie się oczy... inny świat. Gwizdy, trele, śpiewy, świergoty i popiskiwania. Cała plejada solistów. 
Tak, proszę państwa - Ptaki wiedzą, że wiosna już jest. One już dziarsko ożywiają krajobraz. I na prawdę nie trzeba się zapędzać w jakąś głęboką puszczę by móc podziwiać te wspaniałe istoty. Dzisiejsze zdjęcia są na to dowodem.
Pojechaliśmy do Dziczy, żeby pomóc rodzicom ogarnąć po sporym remoncie, więc z góry było założenie, że brak czasu na duperele. Ale w sobotę przed obiadem nie wytrzymałam i wyciągnęłam aparat. Teraz mam zasadę że zawsze go biorę bo jak tylko myślę, że "Nie biorę bo nie będzie czasu na zdjęcia", to dzieje się coś takiego, że potem żałuję.
No to zawsze biorę, chociaż jeden z aparatów - mam dwa - ten tańszy, spacerówkę taką, żeby nie czuć żalu potem. 
No i efekt wypadu do ogrodu:



 Najpierw przyleciał kowalik i dał znać o tym. One teraz są hałaśliwe, dobierają się w pary i pilnują terytorium. Nadal niezmiennie je uwielbiam. Ten ładnie zaprezentował swoje walory i wzajemnie się sobie przyglądaliśmy. Może oceniał czy jestem zagrożeniem? Potem na żwirowej alejce pod płotem, pojawił się śliczny mazurek. Osobiście uważam, że ślicznie mu na tle tych kamieni.






 W tak zwanym międzyczasie pojawiały się sikory, cała plejada. Bogatki, modraszki i ubogie. Albo czarnogłówki, mam problem z ich odróżnieniem. To są tak popularne ptaki i tak wszędobylskie, a uwielbiam je obserwować. Nie znudzą mi się. No i są bardzo wdzięcznymi obiektami do uwieczniania w różnych formach. Czy to na płótnie, na materiale nićmi czy za pomocą aparatu.
Ech, poczułam się bardzo odprężona mogąc je obserwować i fotografować, miałam ochotę pójść dalej, poszukać kosów, zięb, ale nie było za bardzo czasu i zaczął wiać nieprzyjemny wiatr. 
Zadowoliłam się obserwacją za płotem.


 Żeby mnie pocieszyć znów pojawił się kowalik. I zaprezentował z każdej możliwej strony:) I ze wszystkich wygląda ślicznie. 
Nie chciałam się na jednym popularnym drzewie zatrzymać i oblazłam ogrodzenie niemal naokoło co zaowocowało wspaniałym spotkaniem. Najpierw usłyszałam agresywne i bardzo głośne skrzeczenie. Zastanawiałam się co to za ptak taki alarm podniósł i szukałam go w zaroślach. Teraz są nagie i ażurowe więc jest szansa coś wypatrzyć. Chwilę mi zajęło znalezienia krzykacza i aż mnie się łezki zakręciły z radości. 


 To leśne maleństwo się w ogóle nie wyróżnia kolorem na tle lasu o tej porze roku. Gdyby się nie ruszał i nie odzywał byłby dla mnie niewidoczny. Musiałam się nieco nagimnastykować żeby go wyłuskać obiektywem z tych zarośli, stąd też zamglenie na pierwszym tle. To jakiś zeschły chwast. W tamtym roku też miałam okazję sfotografować tego ptaszka - to strzyżyk zwyczajny. 
Liczę na to, że jak pojadę na święta, już za kilka dni to będę miała okazję jeszcze raz go spotkać, wiem gdzie szukać. W ogóle liczę na większe fotołowy. I więcej światła. Ale jak będzie to się okaże dopiero. Aparat biorę na pewno i to nie jeden:)
Na koniec daleko w chwastach pokazały się na chwileczkę raniuszki.  
 A razem ze mną, bez mojej wiedzy okolicę zwiedzała Liza i to ona wywołała alarm u strzyżyka i spłoszyła mi dwa kosy. 


 Puchata jest i nie wygląda na swoje 12 lat. A jaka sprawna. 
W odróżnieniu od utuczonej Nory - Sami popatrzcie jaki z niej pulpet.
 Ok, sporo tego to długie włosy, ale zapewniam że tłuszczyku to ma co niemiara. Wiosną i latem schudnie ale chyba nie za wiele:)
Pozdrawiam i do następnego oraz bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa i zachętę do dalszego pisania opowiadania, tak to nazwijmy. 

czwartek, 22 marca 2018

Luna pisze - "Mruczący anioł" odc 4

Witam najserdeczniej. Bardzo się cieszę, że podobają wam się dzieła mojej znajomej Marii. Wiem, że jest jej niezmiernie miło, iż spotkały się z tak dobrym odbiorem. 
Ja sama, ostatnie dwa tygodnie z hakiem - przespałam. Przyznaję się absolutnie bez bicia, spałam niemal całe dnie i noce z przerwami na pracę zawodową. No czasem tak jest i nie da się z tym wygrać. Z tego moje spania niewiele wyszło ale jednak coś się wyskrobało zatem...
Trochę czasu minęło od ostatniej publikacji moich pisadełek.





"Mruczący Anioł" odc 4.

 
Marianna powoli się uspokajała po nieoczekiwanym i niemiłym spotkaniu z natrętem. Zupełnie nie potrafiła zrozumieć o co mu tak naprawdę chodziło. Kilka minut trwało nim jej oddech i tętno powróciły do normy. Ponownie ustawiła aparat na statywie i wycelowała w jej zdaniem najodpowiedniejsze miejsce. Teraz wystarczyło tylko naprawdę cichutko i spokojnie czekać. Pan Piotr skarżył się na karczowniki, zatem spodziewała się tych właśnie gryzoni. Co o nich wie? Że są powszechne w całym kraju, wielkości szczura ale o futerku barwy uzależnionej od występowania. I tak z tego co pamiętała to tu na zachodzie były one czarne lub czarnoszare na grzbiecie i szare od spodu. Na wschodzie kraju karczowniki zazwyczaj są szaro lub brunatnordzawe na grzbiecie. Ot, dla zwykłego zjadacza chleba to taka spuchnięta mysz lub po prostu szczur z krótszym pyszczkiem.
Ale Marianna kochała gryzonie, wbrew temu jak są niecierpiane przez zdecydowaną większość ludzi. A jej faworytami były nornice rude i myszy zaroślowe. Zajmowały to samo środowisko i bardzo często konkurowały ze sobą w swoich niszach. Na myśl o nornicach zrobiło jej się ciepło i uśmiechnęła się do siebie.
Po ponad półtorej godzinie siedzenia niemal bez ruchu, coś przywołało ją do rzeczywistości. Na małym klepisku między kępami traw w odległości jakichś pięciu metrów od niej mignął mały cień. Skupiła wzrok na tym miejscu i ruszając się bardzo wolno i płynnie przesunęła obiektyw tam gdzie przemknął cień. Nie musiała czekać długo gdy drugi cień pojawił się w polu widzenia aparatu. Szybka reakcja i kilka klatek uwiecznionych. Skorygowała parametry bezgłośnie i zamarła.
Bury i krępy gryzoń siedział na tylnych łapkach i paciorkowatymi oczkami wpatrywał się w obiektyw. Po kilku sekundach zaczął się czyścić zawzięcie i wtedy swobodniej mogła zrobić mu jeszcze kilka zdjęć. Opatrzności przy tym dziękowała za to że rok temu rodzice i przyjaciółki złożyli się na jej urodziny i jak dołożyła nieco swoich oszczędności mogła zakupić wymarzony aparat nie zaciągając żadnego kredytu. Dzięki temu teraz nie musiała się przejmować tym, że łapki zwierzątka poruszają się w takim tempie, że ludzkie oko tylko mgiełkę widzi. Jej aparat to wychwytywał. Była tak szczęśliwa, jak dziecko znajdujące pod choinką wymarzoną lalkę.
Światło było co prawda już nieco ostre ale wcale jej to nie przeszkadzało, teraz nie przeszkadzało, bo jeszcze rok temu, w starym aparacie nie miała możliwości ustawienia parametrów tak by zniwelować w pewnym stopniu tę niedogodność. Czuła się podekscytowana. Mogła obserwować i uwieczniać karczownika w środowisku naturalnym podczas porannej toalety. Jednak toaleta szybko się skończyła i stworzonko napięło się odwracając błyskawicznie. W polu widzenia pojawił się kolejny gryzoń. I rozpętało się małe gryzoniowe piekiełko. Przybyły uniósł się na tylnych łapkach i zapiszczał, a czyścioszek rzucił na niego.
Marianna zmniejszyła ogniskową aby uwiecznić nieco szerszy plan i zaczęła robić zdjęcia seryjnie. Samce były tak zajęte walką o terytorium, że nie zwracały na nią uwagi. Ale to akurat było do przewidzenia, że jeśli tylko gdzieś tu są i będą zajęte pilnowaniem terytorium i zalotami to będzie miała pole do popisu. Z emocji aż zrobiło jej się gorąco. Ale po chwili oba rozjuszone gryzonie gdzieś zniknęły w trawach.
Kobieta siedziała jeszcze przez dwie godziny i doszła do wniosku, że na dziś wystarczy. I tak będzie miała co robić przez resztę dnia w domu. Trzeba obrobić fotografie i napisać artykuł. Przez to co miała możliwość obserwować zapomniała o incydencie z obcym. Zadowolona zebrała w miarę dyskretnie swoje manele i radosnym krokiem ruszyła do samochodu. Przez myśl jej przeszło, że może niekoniecznie powinna się ograniczać tylko do fotografii, może powinna skorzystać czasem z możliwości jakie daje aparat, a ponoć dawał całkiem spore. Z tego to napisane na opakowaniu i w instrukcji to kręcił filmy full HD. Tylko co z dźwiękiem? Nie ważne. Ma wspaniałą relację w walk terytorialnych karczownika i jest prze-szczęśliwa. Miała nadzieję, że już nic jej tego dnia nie zaskoczy.
Ale opatrzność miała inne plany, o czym Marianna przekonała się zaraz jak tylko wyszła ze szkółki na drogę gdzie zaparkowała samochód. Jak podeszła do swojego auta ze zdziwieniem zobaczyła że na jego dachu siedzi wielki kudłaty kot. Zatrzymała się przed autem i przyjrzała zwierzęciu. Nie był to zwykły dachowiec lecz z całą pewnością jeśli nie rasowy to przynajmniej wymieszany z jakąś rasą kot. I był ze dwa razy większy od większości kotów domowych jakie miała okazję widzieć. Siedział na środku dachu i intensywnie się jej przyglądał. A oczy miał tak zielone jakby rosnąca wokół trawa odbijała się w nich niczym w zwierciadle. I tak inteligentnie patrzył, niczym mędrzec jakiś.
     - No witaj piękny – Powiedziała zachwycona urodą kota. - Co Cię do mnie sprowadza przystojniaku? -Nie wiedziała czemu, ale była pewna, że ten kot to kocur nie kocica.
Zwierzę nadal siedziało niczym posąg i nawet nie mrugnęło. Marianna zaczęła czuć się nieco nieswojo pod tym czujnym spojrzeniem. Rozejrzała się niepewnie i nie stwierdziwszy niczyjej obecności podeszła do auta i otworzyła je. Nawet dźwięk otwieranego zamka centralnego nie spłoszył kocura. Dziewczyna wrzuciła siatkę maskującą za przednie siedzenie, a torbę ze sprzętem fotograficznym położyła na tylnym i zapięła pasem tak by przy ostrzejszym hamowaniu nie uszkodziło się nic.
    - No i co, będziesz tak siedział na tym dachu aż ruszę? - Zapytała z uśmiechem i pokręciła głową. Chwilę jeszcze patrzyła na kota po czym wzruszyła ramionami i usiadła za kierownicą. Zapaliła silnik i nasłuchiwała czy kot zeskoczył. Nic nie usłyszała więc zerknęła w lusterka ale tam też nie zobaczyła kota. Otworzyła szybę i wyjrzała. Nic. Powili ruszyła, wierząc, iż nie jest na tyle głupi, by pozwolić się rozjechać. Szkoda byłoby tak pięknego stworzenia.
Jadąc do domu na zmianę myślała o swoich karczownikach i o pięknym kocie. Kiedy podjechała pod dom, długą szeregówkę jeszcze z czasów poniemieckich przeżyła największy szok tego dnia. Właśnie zamierzała wysiąść, kiedy zerknęła w lusterko i zdrętwiała. W lusterku patrzyły na nią zielone ślepia kudłatego kota. Zamknęła oczy i zacisnęła powieki.
    - Sen mara, Bóg wiara – Szepnęła zaklęcie, które bardzo często powtarzała jej babcia i otworzyła oczy. Nie patrzyła jednak w lusterko tylko odwróciła jakby oczekiwała zabójcy na tylnym siedzeniu.
   - O Boże i wszyscy święci w niebiosach! Jak to możliwe?! Jak ty się tu dostałeś? - Kocur spokojnie leżał na siedzeniu i lekko wachlował puszystym ogonem. A spojrzenie miał takie jakby pytał: O co Ci chodzi?


Robert wrócił do domu i musiał zmienić swoje plany. Nim dojechał zaczął czuć się naprawdę źle. Jak wszedł do mieszkania, oblewały go już zimne poty i miał dreszcze. A po mniej więcej godzinie pojawiły się mdłości i w końcu ostre wymioty. Był w tak złym stanie, że nie miał siły iść do łazienki i musiał wziąć ze sobą miskę na pranie.
Gdzieś do jego świadomości docierały niejasne dźwięki ale nie był w stanie rozróżnić ani ich pochodzenia ani rodzaju. Może to były dźwięki z otoczenia, a może z jego głowy. Majaczył i miał straszliwe halucynacje. Widział rzeczy których jego wyobraźnia nie byłaby w stanie stworzyć, przynajmniej tak mu się wydawało. Było mu przeraźliwie zimno, wszędzie sypało śniegiem i wiał porywisty wiatr. Robert szczękał zębami i telepał się jak w malarii. Walczył ze sztywną od zimna i zamarzniętej wilgoci szmatą, która owinięta wokół niego krępowała mu ruchy i dusiła. Chciał krzyczeć ale nie mógł, tak miał ściśnięte gardło. Jego nozdrza wychwyciły straszliwy fetor, czegoś co przypominało gnijące mięso i pleśń. Okazało się, że to płachta która go więziła jest mokra ale nie od śniegu czy deszczu, a od krwi. I on wiedział, że to nie była krew ludzka. Wpadł w panikę i zaczął się konwulsyjnie szarpać, ale ta śmierdząca ściera niczym żywa oplatała go i niewoliła.
Nagle usłyszał gardłowy warkot. A śnieg niemal zasypał go już po usta. Dusił się. Kątem oka dostrzegł olbrzymie i paskudne bezwłose zwierzę. Przypominało wilka o skórze świni, ze szczeciną jedynie na karku jak u dzika. Nabiegłe krwią ślepia z obłędem zeń wyzierającym przewiercały go na wskroś. Z otwartej paszczy ciekła po żółtych zębiskach cuchnąca, gęsta ślina. Zwierzę podchodziło do niego powoli lecz sukcesywnie i Robert wiedział jak to się skończy. Nie mógł oddychać bo śnieg zasypał mu już usta i częściowo dziurki od nosa. A histeryczny krzyk uwiązł mu w gardle.

   - Robert! Na Boga, co ci jest, Robert, odpowiedz – Kobiecy głos nieśmiało przebijał się do jego świadomości. - Słyszysz mnie? O Boże, jest blady jak ściana... może trzeba po pogotowie zadzwonić?


Kiedy tylko Marianna przekroczyła próg mieszkania doszedł ja podekscytowany głos Kasi.
   - Kupiłam pawia!
   - Co?
   - I króliki mi się rozmnożyły, super nie?
Dziewczyna przez chwilę trawiła wiadomość o pawiu oraz królikach i po chwili dotarło do niej, że przyjaciółka mówi o grze internetowej w którą ostatnimi dniami intensywnie grywa. A może to były dwie gry? Mniejsza z tym.
   - No super, mam więc dla ciebie jeszcze jeden eksponat do tej menażerii. - Powiedziała zatrzymując się na środku saloniku.
     - A co, złapałaś coś nie tylko w obiektyw? - Doszedł ją roześmiany głos z pokoju obok.
   - Sama zobacz – Zachęciła ją i uniosła jedną brew czekając na pojawienie się Kasi.
Nie musiała czekać długo, Kaśka z natury wścibska była i niecierpliwa. Jak tylko wyłoniła się ze swojego pokoju od razu zobaczyła „eksponat”. Oczy jej urosły i zasłoniła dłońmi usta. Aha, zacznie piszczeć i podskakiwać.
   - Jejuńciu! Jaki piękny! - Tak jak Marianna przewidziała, zaczęła piszczeć z zachwytu ale podskoczyła tylko raz – Skąd go masz?
   - Z sadu.
   - Ale jak?
Rudowłosa doktorka od myszy odłożyła swój sprzęt na podłogę w swojej sypialni i wróciła z laptopem do saloniku. Usiadła na ulubionym fotelu i podparła głowę ręką. Kaśka cały czas podlizywała się kotu, który siedział na środku przejścia między kuchnią, a przedpokojem i delikatnie wachlował końcówką puszystego ogona.
   - Sama w to nie wierzę – Zaczęła. Na prawdę nie wierzyła w to co się stało. I w to, jak ten kot się zachowywał. Przecież jak wysiadła z samochodu i otworzyła drzwi to po prostu sobie wyszedł z niego i usiadł nieopodal czekając, aż ona wypakuje wszystkie swoje szpargały. Następnie jak szkolony podreptał za nią do drzwi wejściowych od budynku i prosto do jej mieszkania.
   - Ale czy on jest bezdomny? - Zaciekawiła się Kaśka jak wysłuchała opowieści współlokatorki.
   - Ty, no wybacz ale on mi na zdziczałego bezdomnego nie wygląda. Spójrz tylko na to futro, nawet stąd widzę, jak błyszczy.
Na te słowa ciemnowłosa bez zastanowienia pogłaskała kota. Po chwili się wystraszyła, czy jej nie drapnie, ale on tylko przymknął oczy i zamruczał gardłowo. Zaczęła go więc delikatnie gładzić po łebku i drapać za uszami. A on coraz głośniej mruczał.
   - Jest wspaniały. I wygląda na to, że oswojony.
   - No na to wygląda, ale i tak jutro wywieszę w okolicy sadu info, że go znalazłam. Zrób mu jakąś fotkę jak już tak się zaprzyjaźniliście. - Głos Marianny wskazywał na to, że coś jej nie odpowiada, była zniecierpliwiona.
   - Stało się coś jeszcze? - Zapytała przyjaciółka, zatroskana wstając i idąc po swój telefon.
   - A co? Mało Ci jeszcze?
   - Nie, ale coś mam wrażenie, że to nie koniec. No ustaw się ładnie – Powiedziała do kota i zrobiła mu zdjęcie smartfonem – Nie było myszy i innych gryzoni?
   - Były, ale jakie, pokarzę ci zdjęcia bo sama jestem ciekawa efektu na monitorze – Oczy Marianny od razu zalśniły – Ale nie uwierzysz w co innego.
   - Dawaj, nudzę się dzisiaj więc jestem głodna sensacji.
Zmęczona do tej pory dziwnie jakoś, badaczka karczowników parsknęła śmiechem i wstała. W drzwiach do kuchni odwróciła się i z teatralną miną rzekła:
   - Czekaj, czekaj... zrobię naszą ulubioną kawę i pogadamy – Zacytowała natrętnie lecącą ostatnio w telewizji reklamę i weszła do kuchni. - A poważnie to chcesz kawy czy coś innego?
   - Nic nie chcę, mam sok. Mów, bo mnie tu rozsadzi.
   - Pamiętasz tego barana co mi motorem przepłoszył łasicę.
   - No trudno nie pamiętać, tyle psów na nim powiesiłaś. Co z nim?
   - Wyobraź sobie, że znów mi spieprzył zasiadkę, pojawiając się w sadzie.
Kaśka zaniemówiła na ułamek sekundy. Marianna w tym czasie z parująca kawą usiadła z powrotem na swoim fotelu i włączyła laptopa.
   - Co on robił w uczelnianym sadzie?
   - Podobno zobaczył mój samochód i pojechał za mną. Chciał mnie niby przeprosić i coś o kawie bredził, ale przy tym tak obleśnie zlustrował, że go pogoniłam. - Skrzywiła się z niesmakiem na wspomnienie incydentu.
   - E, czyli wpadłaś mu w oko.
   - A daj mi spokój z takim amantem od siedmiu boleści. - Żachnęła się.
   - No ale popatrz, żeby pojechać tak za dziewczyną, bo chciał przeprosić.
   - Kaśka, ja się wczoraj nie urodziłam i wiem, że krystalicznie czystych zamiarów to on nie miał. I w ogóle to kompletnie nie w moim stylu.
   - Nie?
   - Ty, laska. Ile lat ty mnie znasz? To chyba wiesz, że cwaniaczki z sygnecikiem na małym paluszku mnie nie kręcą.
Kot w tym momencie postanowił zmienić temat rozmowy i dumnie maszerując przeszedł ze swojego dotychczasowego miejsca do fotela na którym siedział jego szofer. Skupił tym samym na sobie uwagę obu dziewczyn. Spojrzał Mariannie w oczy, mrugnął powoli nimi i wskoczył jej na kolana. Wystraszona nawet nie zareagowała tylko zamarła, a on bez ceregieli umościł się i mrucząc położył w najwygodniejszej pozycji. Po kilku chwilach spał dalej cicho mrucząc, a ona poczuła, jak to mruczenie i jego ciepło działa na nią kojąco. Nawet ewidentny ciężar kota jej nie przeszkadzał. Przymknęła oczy i głęboko westchnęła wypuszczając razem z powietrzem zmartwienia i stres.


Bardzo dziękuję za uwagę i za cierpliwość. Oby do wiosny. Pozdrawiam.

sobota, 10 marca 2018

Zakładkowo, kocio, prezentowo.

Witam.
Jestem, żyję, tworzę.
Produkuję z zapałem. Piszę. Natchnęło mnie, tak już mam i nie sposób z tym walczyć. Bolą mnie plecy, siedzenie i opuszki palców. Oczy się męczą od gapienia w monitor, ale piszę twardo. Walczę.
Uprodukowałam już ze 130 stron książkowych. Akcja się zagęszcza, bohaterowie mijają, ich losy splatają, koty, psy, myszy, sowy i sokoły. Namotałam ile wlezie. Co z tego wyniknie? Nie wiem. Może nic. Może odłożę na kolejne dwa lata... może skończę. To byłby sukces. Mam problem z kończeniem wielko-fotrmatowych "dzieł".
No ale mam fazę i tworzę. Coś co trudno na razie pokazać więc nie pokazuję. 
Za to pochwalę się ślicznymi zakładkami, które dostałam od dobrej duszy i przyjaciela tego bloga. 


Tę ostatnią podkradł mi Szparag, bo stwierdził, że ostatnio więcej czyta ode mnie, a ten kotek bardzo mu się spodobał. 
Marysia, bo tak ma na imię twórczyni tych wspaniałych zakładek wyszywa różne fajne i oryginalne rzeczy. Ma bardzo dobre pomysły i szeroką gamę stylów. Ponieważ nie prowadzi bloga i nie daje się na razie namówić, to zapytałam, czy mogę pochwalić jej prace na szerszym forum, zgodziła się. 
Zatem zapraszam do podziwiania:





Prawda że są śliczne i aż szkoda, że nie można ich podziwiać na autorskim blogu. 

Na koniec dodam jeszcze, że w ubiegłą Sobotę miało miejsce pewne sympatyczne wydarzenie, a mianowicie Pierwszy Zlot Dolnośląskich Blogerów. Jako, że to był pierwszy taki  "przebiśnieg" organizacyjny to wyszło bardzo kameralnie, ale za to niebywale sympatycznie. Miałam niebywałą okazję osobiście poznać Agatkę z bloga https://krecieroboty.blogspot.com/
 I ona też mnie obdarowała wspaniałą pisanką z haftem oraz zakładką. Niestety nie uwieczniłam jeszcze pisanki, więc zaprezentuję zakładkę:)
 
No to teraz nic tylko czytać... A ja, jak na złość piszę:)
 
 

piątek, 2 marca 2018

Życie jest moim przyjacielem - wspaniałą przygodą

Wpis jednej z bardzo fajnych dziewczyn - Agnieszki - zainspirował mnie bardzo do wyrażenia swoich myśli tutaj i teraz. 
Jedna z moich najbliższych mi osób przez całe życie gna. Pędzi niemal na złamanie karku, bez chwili oddechu, bez większej refleksji. Zawsze w biegu, zawsze spięta, zdenerwowana, poirytowana, wszystko na już, na tiptop. Obserwuję tę duszę od wielu lat, zmęczoną i zrezygnowaną nieco, ale dalej gnającą.  Ona nie zna wolniejszego tempa. 
Pytana o to po co ten pośpiech, ten wyścig? Z kim się tak ściga? Ze sobą, ze światem, z kimś konkretnym? 
Nie umie mi i co gorsze sobie samej odpowiedzieć. Bo tak trzeba! Bo tak jest właściwie! 
Ale co trzeba, przepraszam? 
Gnać przez życie bez chwili wytchnienia? 
Od kiedy to życie stało się poganiaczem niewolników i galerą?
Może życie jest moim przyjacielem. Chcę by nim było. Nie chcę się go bać, nienawidzić, bo mnie zamęcza.



Inna odpowiedź - Gnam po lepszą przyszłość. Ech... najsmutniejsze to widzieć w oczach to głębokie rozczarowanie, że ta przyszłość jak już przyszła nie jest lepsza. I co - dalej gna przez nią ku czemu? Nie umie zwolnić, odpuścić... Szkoda. 
Co gorsza nie pozwala innym zwalniać, a kiedy to robią, ocenia, krytykuje i wpędza w poczucie winy, że się nie pędzi tak samo. 
A przecież na końcu i tak czeka nas wszystkich to samo, niezależnie jaką drogę obierzemy. A do tego nie wiemy kiedy nastanie ten koniec. To czy warto tak biec w przyszłość? Niektórzy mają szczęście i mogą stwierdzić, że ta przyszłość wcale nie jest taka fajna... Inni nie mają szans się przekonać. 




Świat nasz się nieustannie zmienia. Jest różnorodny, i to już na bardzo małej przestrzeni. Dostaliśmy po jednym życiu na głowę (być może jest inaczej ale tego nie wiemy), a niektórzy nie potrafią się nim cieszyć. Nie doceniają tego co mają. Jak często zdarza się, że osoby wychodzące z jakichś strasznych wypadków, chorób teoretycznie nieuleczalnych, kiedy dostają swoją drugą szansę, zmieniają podejście do życia.
A ja chcę żyć radośnie i po swojemu, bez przechodzenia przez nowotwór, czy katastrofę. O ile to jest piękniejsze bez traumy z nimi związanej. 
Jak nieszczęśliwi muszą być Ci wszyscy ludzie, którzy mawiają:
 "Nie możesz znaleźć normalnej pracy?"
"Dzieciaka być se zrobiła, a nie kolejnego kota brała"
"A ty coś zarabiasz na tym blogu/haftowaniu/malowaniu?"
"Strasznie marnujesz czas, wiesz ile byś mogła zrobić prze te godziny (kiedy tworzę)"
"Jesteś niedojrzała, bawisz się w życie, a życie to nie zabawa, życie to walka"



Nie prawda. To "ty" sprawiasz, że Twoje życie to walka. Moje życie nie jest zabawą, jest wspaniałą przygodą, napisaną tylko dla mnie. Nie bajką, lecz piękną opowieścią. 
Nawet nie wiecie jak często słyszę podobne pytania - stwierdzenia. Jak są oceniające. 
Komu co do tego jaką pracę wykonuję? Zabieram Ci coś w ten sposób? Przeszkadzam? 
A co komu do tego czy ja mam dzieci? Może nie mogę i koty zapełniają tę dziurę na miłość?
Czy na wszystkim trzeba zarabiać? Czy "ty" zarabiasz na bezsensownym gapieniu się całe popołudnie w tv? 
No i co ja bym niby miała robić w sobotę zamiast tego co robię. Iść do galerii, sprzątać, gotować, oglądać tv? Mam posprzątane, głodna nie chodzę, a tv sobie leci gdzieś w tle albo i nie. 



Ja nie robię nic na pokaz, nic dla zasady i bo tak trzeba. Bo trzeba w sobotę posprzątać cały dom. A nie! Ja posprzątam w czwartek kuchnię, w środę pokoje, a mąż w piątek łazienkę. I w sobotę mam czas na swoje pasje. A obiad? Mam szczęście mieszkać w miejscu gdzie jedzenie atakuje mnie z każdego kąta. biedronki, lidle i knajpy. Nie jestem wytrawną kucharką i średnio lubię pichcić. Mogę kupić jedzenie gotowe, jestem dorosła i to moja sprawa co jem. I ile to kosztuje. 

Jakim trzeba być frustratem życiowym żeby innym dyktować zasady funkcjonowania w świecie. Jak trzeba się nie lubić, aby całą swoją energię poświęcać na spoglądanie na innych, zamiast w siebie. 



Płynę, przez moje wspaniałe życie płynę niczym strumień czystej wody i nie szarpie się. Czasem wpadnę na jakiś kamień i pojawiają się małe wiry ale po pewnym czasie wszystko wraca do ustalonego biegu. Każdego dnia dziękuję za to moje życie takie jakie jest, bo wiem że mogłam trafić mniej fajnie. Mam dar bycia wolną. I wy też, ale często sami narzucamy sobie więzy które mają nas asekurować ale tak na prawdę naz więżą. Jestem wolna, bo mogę wybrać jak chcę żyć. I to ja poniosę tego konsekwencje. Oczywiście nie biorę tutaj pod uwagę zachowań patologicznych, bo to nie jest wolność. To choroba. Doceniam to w każdej sekundzie mojego życia. 




Mam nogi i mogę iść na spacer. Kiedy chcę.
Mam oczy zdatne do patrzenia i podziwiam piękno otaczającego mnie świata. Tego tuż za rogiem. 
Mam prawo robić to co kocham i nikt mnie do niczego nie zmusza. A jeśli próbuje ograniczać moją wolność to mam prawo się bronić i uciekać. Zmienić coś, mam zdolność decydowania o sobie. A są miejsca gdzie tej wolności nie ma. Mając tę świadomość, na prawdę głębiej oddycham i bronię tej wolności. Doceniam ją jak najcenniejszy skarb. 
Mogę pracować jak chcę, mogę tworzyć, mogę nie posiadać dzieci, MOGĘ. Nie jestem niczyją własnością, nikt mi nic nie narzuca i nie zmusza siłą. 

Mam cudowne życie. I kocham je całą sobą.