niedziela, 29 kwietnia 2018

Opowieści źdźblem i liściem pisane - zakręcony zaskroniec.

To było tydzień temu. Piękny słoneczny poranek, rosa na trawce i chwastach. Lekki wietrzyk łagodzący ostre słonce. Pięknie po prostu, żyć ne umierać. Śniadanko zjedzone i ogromna ochota na zwiedzanie lasu. Ale nie zdążyłam jeszcze dobrze wyjść poza ogrodzenie, jak spotkałam takiego poplońtańca.


Zwisał taki zasupłany z rynny na tyłach naszej drewutni nad ogrodzeniem, na granicy z Łąką. Przez kilka minut się plątał, supłał i kotłował sam ze sobą. Widocznie szukał sposobu na zejście na Łąkę, a nie bardzo chyba wiedział jak ma to zrobić.

Po czasie zwisania nad płotem zdecydował się na próbę zejścia po rynnie, ale chyba zmienił zdanie bo się wycofał i zniknął w rynnie na kolejnych kilka minut. Zastanawiałam się czy jeszcze się pokaże. Nie wspomniałam, że kiedy ten tak zwisał to na momencik pojawił się drugi, ale tylko jego głowa. 
Pokazał się w innym miejscu i znów zwisał bezsensownie z rynny.


To ostatnie zdjęcie jest jak reklama, a hasło mogłoby brzmieć - " Kanion, ssssuper rynny". 
A może macie ciekawsze pomysły na slogan:)  
Jak się okazało w rynnie były co najmniej trzy węże. Kiedy jeden się plątał wisząc, jeden zaglądał do mnie to trzeci, chyba najbardziej ogarnięty, ześliznął się do płotu i hyc - już był na łące.
A ten poplątany w końcu zdecydował się na użycie krzewu czarnego bzu rosnącego tuż obok drewutni.
Nie było łatwo go śledzić aparatem i udało się tylko jedno zdjęcie. Powiem tylko tyle, że ostatecznie popełzał po gałęziach i wrócił do rynny. Nie wiem czy w kocu zlazł z rynny bo poszłam na spacer.

Te trzy niewielkie zaskrońce to najprawdopodobniej były samce, albo młode z ubiegłego roku lud dwóch. Za to na naszym drewnie do kominka suszącym się za płotem przesiaduje duża samica. Jest ze trzy razy większa od kolegów z rynny. 

Oprócz węży spotkałam jeszcze rzekotki


Jedna była tak niezadowolona z mojego fotografowania, że rzuciła się do strumienia dwa metry niżej i wylądowała na kamiennym schodku, ale szybko przeskoczyła do wody i znika pod liśćmi.
 Oprócz tego spotkałam kilka padalców ale tylko jeden był skory do współpracy.

A także żabę dalmatyńską. To żaba o bardzo długich nogach tylnych.

Wiem, że niektórzy z was nie lubią gadów i płazów, mimo to mam nadzieję, że nie uciekniecie za daleko. Pozdrawiam i życzę udanej majówki.



czwartek, 26 kwietnia 2018

Luna pisze - "Mruczący Anioł" - odc. 6

   Witajcie kochani w ten deszczowy wiosenny dzień. Serdecznie wszystkim dziękuję za wspaniałe słowa odnośnie zdjęć z poprzedniego posta. Cieszę się ogromnie, że podobała wam się wiewióra. Mnie ona tak urzekła do tego stopnia, że obudziła wenę malarką która się ulotniła na kilka miesięcy. Ale na razie jeszcze tkwię w świecie Marianny i Karana. Wciągnęło mnie to do tego stopnia, ze każda wolną chwile poświęcam na skrobanie czegoś.
   Ja wiem, że niewiele osób to czyta ale dla tych kilku, którzy poświęcają swój czas żeby przeczytać i jeszcze coś skomentować, wielkie dzięki i ogromniasty buziol. A do tego odcinek szósty. 

Tak się przyznam, że na początku nie przepadałam za Amelią, ale jak tylko uległa Robertowi, który myślał o Mariannie w tym czasie, poczułam do niej sympatię i wyklarowała mi się ta postać na nowo. 


"Mruczący Anioł" odc. 6.

Amelia przyniosła koteczkę do domu i nawet przez ułamek sekundy nie zastanawiała się nad ewentualnymi trudnościami i komplikacjami związanymi z posiadaniem ciężarnej kocicy. Nie spodziewała się też, by jej mama, z którą mieszkała, miała jakieś obiekcje w związku z tym. Ponieważ trzymała małą przyszłą mamusię na rekach miała problem z wyjęciem kluczy i musiała dzwonić do domu. Otworzyła jej mama i jedyną reakcją na widok niespodziewanego gościa było lekkie uniesienie brwi.
- A kogo nam tu przyniosłaś kochanie? - Zapytała kiedy już córka się rozebrała z płaszcza. Nie przyszło jej do głowy pytać o Roberta. Nie lubiła go. Wolała się skupić na zwierzęciu. - O, to kocia mama, znaczy przyszła mama.
- Natknęłam się na nią w parku i tak wyglądała... Nie jest dzika, może ktoś ją wyrzucił jak zaciążyła... - Schyliła się pogłaskała kocią główkę. Ta wdzięcznie przylgnęła do ciepłej dłoni.
- Ludzie są czasem gorsi od najgorszych... no nie wiem. Ale są straszni. Na pewno jest głodna...
- Nie masz nic na przeciw żeby tu została jakiś czas?
- No oczywiście skarbie, że nie mam. - Głos mamy był przytłumiony przez lodówkę w której grzebała. - Ugotuję jej kurczaka z ryżem. Basia wspominała że jej kot bardzo to lubi.
Amelia z miłością popatrzyła na swoją mamę. Ta żywiołowa kobieta o krótkich, srebrnych włosach miała gorące serce.
- Rano zaniosę ją do weterynarza, żeby ją zbadał. A teraz przygotuję jakąś kuwetę.
Noc spędziła kicia w kuchni, na przygotowanym posłaniu. Nie odstępowała też miski na długo i szybko zorientowała się, gdzie ma załatwiać swoje potrzeby. Kobiety nie odczuły w żaden sposób jej obecności, była cicha i dyskretna.
Nazajutrz rano Amelia poinformowała swoją przełożoną, że się spóźni, ponieważ nie robiła tego nigdy, usłyszała jedynie zatroskane pytanie, czy wszystko w porządku. Bardzo lubiła swoją szefową, przyjaźniły się pomimo różnicy wieku. Uspokoiła ją, że nic poważnego, nagły niegroźny wypadek i opowie jej jak dotrze do pracy.
Nie znała żadnego weterynarza, nie miały zwierząt w domu od lat. Więc zdała się na internet i wybrała tego który był najbliżej jej domu. To wygodne, zwłaszcza że spodziewała się niebawem kilku kociąt. Gabinet znajdował się dosłownie pięć minut drogi na piechotę od bramy jej bloku i był wciśnięty między sklep z rowerami, a lumpeks. W poczekalni był tylko jeden starszy pan ze starszym pieskiem głośno oddychającym. Kiedy piesek się zainteresował trzymaną na rękach przez Amelię kicią, ta odruchowo mocniej przytuliła kota i zaniepokojona spojrzała na właściciela. Starszy pan oddychał tak samo głośno jak jego pies. Oboje mieli nadwagę i swoje lata.
- Proszę się nie bać, Mika lubi koty, ma w domu dwa. - Uspokoił ją jowialnie i pokiwał głową.
- Dziękuję. - Odpowiedziała cicho i usiadła na ławeczce pod gabinetem.
Po chwili wyszedł z niego młody człowiek z wielkim psem i Amelia aż odwróciła się do niego plecami, zasłaniając koteczkę. Ale pies i jego właściciel szybko opuścili pomieszczenie, a starszy pan z sapiącą Miką weszli do gabinetu.
- Już dobrze maleńka – Szepnęła Amelia do zwierzątka cicho skulonego w jej ramionach.
Nie zdążyła się nawet dobrze rozejrzeć po poczekalni gdy Mika wyciągnęła swojego pana wyjątkowo energicznie z gabinetu i jedynie zdążył krzyknąć im „do widzenia”.
- He he, zawsze tak samo. - Wchodzi grzecznie, daje się obadać, zastrzyk i zwiewa jak tylko się drzwi otworzą… Zapraszam.
Amelia weszła do gabinetu i rozejrzała się.
- Dzień dobry.
- Witam, co się dzieje? - Zapytał weterynarz przecierając stół zabiegowy. Dopiero po chwili na nią spojrzał. Na jego twarzy malowało się miłe zaskoczenie i pobłażanie. - Coś z koteczkiem?
- Nie wiem. - Obudziła się jakby z letargu Amelia. - Jest w ciąży.
Postawiła delikatnie kota na stole i pogłaskała.
- O, i to w bardzo zaawansowanej ciąży, jak widzę. - Cmoknął doktor i sięgnął po stetoskop. - Mogę prosić książeczkę?
- Książeczkę?
- Książeczkę zdrowia kota. - Powtórzył.
Amelia kiwnęła przecząco głową.
- Nie ma książeczki, ja znalazłam ją wczoraj w parku.
Uśmiechnął się szeroko.
- A, to wszystko wyjaśnia. Dobrze, ja zbadam pacjentkę, a potem założymy książeczkę.
Dziewczyna czuła, że zrobiła z siebie straszną niedojdę. Ale była tak mocno rozkojarzona, nie mogła pozbierać myśli.
- Przepraszam, panie doktorze, ale ja nigdy jeszcze nie byłam u weterynarza i nie wiem za bardzo…
Machnął na nią lekko ręką i wskazał słuchawki stetoskopu w uszach. Uśmiechnął się przy tym rozczulająco. Kiedy skończył osłuchiwać kota odezwał się.
- Nic nie słyszałem. Znaczy nie słyszałem żadnych nieprawidłowości u kici i nie słyszałem co pani mówiła.
- Mówiłam, że nigdy jeszcze nie byłam u weterynarza. - Powtórzyła – Czy to znaczy że jest zdrowa?
Mężczyzna obejrzał ją dokładnie, obmacał, zajrzał do pyszczka, uszu i oczu.
- Odchody?
- Są
- Ale jakie?
- A… - Zastanowiła się. Nie miało sensu odpowiadać że śmierdzące. - Brązowe, takie normalne chyba.
- Znaczy nie ma biegunki ani krwi.
- Nie. Apetyt też jest.
- Dobrze, to przydałoby się jeszcze pobrać krew i może iść do domu. Wyniki krwi będą jutro po południu.
- Dziękuję.
- Ma pani jakiś kontener na nią. Niebezpiecznie tak kota nosić bez zabezpieczenia.
Amelia się zmieszała. Nie miała nic. Chciała kupić kilka rzeczy po pracy.
- Pożyczę Pani kontener na królika, to był spory królik miniaturowy, jak pani przyjdzie po wyniki to go odda, ok?
- Bardzo dziękuję, nie wiem co powiedzieć, ja mogę zapłacić za kontener.
Zbył ja uśmiechem i poszedł do wspomniane nosidełko. Kiedy wrócił wsadził do niego kotkę, która się nie opierała za bardzo.
- Książeczkę założę jak będą wyniki. Wpiszemy też dane do komputera. I proszę jej podawać do jedzenia tę odżywkę. Teraz i po porodzie jak będzie karmić. Nie jest droga, a bardzo dobra. - Był bardzo zasadniczy i energiczny. Podał jej pudełko z odżywką i pokazał jak dawkować. Po wyjaśnieniu już wszystkiego i uregulowaniu należności, pożegnał się uprzejmie. Wydawał się nieco spięty. Miły ale zdystansowany i właśnie spięty. Nie zrobiło to na Amelii dobrego wrażenia, miała odczucie, że go nieco irytuje swoim nieprzygotowaniem. Najwyraźniej nie należał do najcierpliwszych osób na świecie. Cóż, nie musi, ważne by znał się na swoje robocie, bo nie cierpliwością się leczy zwierzęta.
Zapisała sobie godziny pracy doktora i poszła do domu.
W pracy, popijając spóźnioną kawę w pokoju socjalnymi opowiadając koleżance o przygodzie z kotem nagle uświadomiła sobie pewną zaskakującą rzecz. Od kiedy spotkała kicię, ani razu nie pomyślała o Robercie. Zastanowiło ją to do tego stopnia że zamarła. Zaintrygowania jej bezruchem koleżanka przyjrzała się dokładniej twarzy Amelii.
- W porządku?
- Tak – Ocknęła się dziewczyna – Zamyśliłam się nieco, co zrobię z kociakami?
- Znajdziesz im nowe domy. Wywiesimy u nas ogłoszenie.
Kiedy mówiła jej to szefowa, zamaszyście przestawiająca książki z regału zwrotów na stolik na kółkach, wydawało się to wszystko takie nieskomplikowane. Po prostu odchowa kociaki i znajdzie im nowe domy. Poczuła ciepło w sercu na myśl o małych puchatych kuleczkach. Lubiła zwierzęta, nie miały ich z mamą ze względu na brak czasu. A może z niejakiej wygody? Teraz to już było bez znaczenia, bo będą miały kilka kotków.
- A jak właściwie nazwałaś tą Twoją kotkę?
Amelia zastanowiła się chwilę stając przy regale i zapatrzyła w okno. Nie myślała o imieniu dla kici. Nadanie imienia to znaczące wydarzenie. To zdecydowanie się na opiekę nad stworzeniem, wzięcia na siebie odpowiedzialności. Czy była na to gotowa? Czy miała wybór? Przecież tak naprawdę to już wzięła odpowiedzialność za życie tej kici. Kicia.
- Będzie się nazywać Kicia. Tak ją cały czas nazywam i w myślach i na głos…
- Dzień dobry – Rozmowę przerwał im interesant.

Wyniki badan krwi Kici odebrała od młodej dziewczyny, która ją poinformowała, że doktor pojechał do nagłego wypadku. Nie wiedzieć czemu Amelia poczuła pewną ulgę, że nie spotkała tego mężczyzny. Od praktykantki dostała książeczkę zdrowia pacjentki i broszurę dotycząca opieki nad ciężarnymi kotami.
- Wyniki są w normie, to dobrze. Jedynie nieco podkarmić ją trzeba. - Wyjaśniła dziewczyna i poprosiła Amelie o dane do założenia karty pacjenta w komputerze. Kiedy załatwiły już wszystkie formalności Amelia oddała kontener, wyszorowany i zdezynfekowany.
- Doktor prosił przekazać, że jakby coś się zaczęło dziać to może pani dzwonić o każdej porze dnia i nocy. - Podała bibliotekarce wizytówkę z oficjalnym numerem telefonu oraz ręcznie dopisanym komórkowym. - A tutaj jest adres i telefon do gabinetu usg, jakby chciała pani sprawdzić co z kociakami. My nie mamy jeszcze usg, ale już niedługo – Poinformowała mile zaskoczoną Amelię. Widać doktor „spięty” przejął się pacjentką bardziej niż się na początku wydało. A może to jego standardowe procedury? Nie istotne, ważne, że zadbał i że wyniki są dobre.
Kicia w domu Amelii miała już wszystko co było jej potrzebne. Kuwetę w prawdziwego zdarzenia z drewnianym żwirkiem, zestaw miseczek, dobre jedzenie, suplementy i nawet kilka zabawek, chociaż nie wykazywała nimi zainteresowania. Była nieco nerwowa na zmianę z ospałością. A wieczorem zaczęła się bardzo nerwowo kręcić w kuchni pod stołem, gdzie miała przygotowane prowizoryczne legowisko. Wybrała to miejsce więc obie panie poświęciły koc i kilka starych ręczników, a także polarową bluzę na jej potrzeby.
- Co ona taka wiercącą dziś? - Zapytała mama obserwując zwierzaka przy kolacji.
Zaniepokojona Amelia uklękła przy nodze od stołu i z przerażeniem uświadomiła sobie, że absolutnie nic nie wie o kotach. Może coś ją bolało, może kociaki się wierciły, a może…
- Może ona rodzi? - Spojrzała na matkę i nagłym strachem.
- Może, weź dzwon do tego lekarza, się znaczy weterynarza, w sumie jeden pies – Zakomenderowała mama i sama zanurkowała pod stół. - Kiciuniu kochana czy to już czas na ciebie? Znaczy na maluchy, tfu tfu, aby nie w złą godzinę.
Amelia nawet nie spojrzała na zegarek tylko wykręciła prywatny numer doktora napisany na wizytówce i czekała na połączenie. Kiedy odebrał nie przyszło jej do głowy potwierdzić z kim rozmawia tylko nerwowo rzuciła:
- Ona chyba zaczyna rodzić?
Chwila konsternacji po drugiej stronie trwała zaledwie ułamek sekundy.
- Gatunek?
- Co?
- Kto rodzi? Pies czy kot, krowa, fretka?
- Kicia. - Amelia uzmysłowiła sobie, że nie przedstawiła ani siebie ani pacjentki. - Amelia. Powiedziano mi że mam dzwonić jak się coś będzie działo.
Weterynarz chyba dopiero teraz załapał z kim ma do czynienia.
- Dobrze, już rozumiem, pani od znalezionej ciężarnej koteczki… Amielii tak?
- Ja jestem Amelia, a kicia to Kicia. - Poprawiła i znów sobie zdała sprawę, że mówi i zachowuje się jak co najmniej mało rozgarnięta. Odetchnęła głęboko i zaczęła jeszcze raz. - Panie doktorze, z tej strony Amelia, opiekunka ciężarnej kotki o imieniu Kicia. Kicia chyba zaczyna rodzić bo strasznie się wierci i wygląda jakby miała przysłowiowe robaki w… wie pan gdzie ma się robaki.
- Wiem – Odparł. - Jadła ostatnio?
- Mamo, doktor pyta czy jadła
- Nie, jakoś tak od rana bez apetytu – Odpowiedziała po zastanowieniu mama i zaraz z przestrachem dodała – Ona teraz właśnie zwymiotowała, Boże co to znaczy?
- Panie doktorze, Kicia wymiotuje. Co robić?
- Spokojnie, to normalne, ale proszę mi podać adres, przyjadę, bo mi panie zejdziecie nim się poród na dobre zacznie.
Amelia podała adres i odłożyła telefon. Buła przestraszona, zmartwiona i nieco skrępowana swoją nieporadnością.
Doktor zadzwonił domofonem zaskakująco szybko.
- Arkadiusz Szymański lekarz weterynarii, witam serdecznie – Przedstawiła się obu paniom.
- Pan o tej godzinie jeszcze w pracy był? Bo tak szybko dotarł. Ona jest w kuchni – Powiedziała mama i zaprowadziła go do rodzącej.
- Ja mieszkam nad gabinetem… to daleko nie miałem. No co tam maleńka, gotowa jesteś? - Odezwała się niebywale ciepłym głosem do kotki. Obserwował ją przez chwilę po czym wyłonił się spod stołu. Wyprostował na całą wysokość. Odwróciła do stojących w drzwiach kobiet i uśmiechnął na widok ich zmartwionych min.
- Drogie panie, wszystko wygląda dobrze, nie widzę żadnych komplikacji. Poród się dopiero zaczyna. Może trwać kilka godzin.
- Panie doktorze, zapłacimy z nawiązką, ja wiem, że to późna godzina, wizyta domowa, długa ale bardzo nam zależy aby… - Mama Amelii gotowa była w tej chwili zaciągnąć kredyt byleby doktor nie porzucił Kici w tej trudnej chwili. Ale on nie wyglądał na takiego co chce ja porzucić. Wyglądał na zmęczonego.
- Dobrze, nie ucieknę, nie chce mieć na sumieniu dwóch tak uroczych dam, bo Kicia jak sadze świetnie sobie poradzi. - Odparł w obronnym gestem. - W takim razie czy mogę prosić o kawę, bo przyda mi się.
- Oczywiście. - Odpowiedziały równocześnie.

Kicia była łaskawa i wydała na świat bez żadnych komplikacji trzy kociaki, którymi od razu z wielkim oddanie się zajęła.
Arkadiusz, jedynie obejrzał maluchy by stwierdzić brak jakichkolwiek wad widocznych gołym okiem i oddał je kotce.
- Jakie słodkie z nich kluseczki – Stwierdziła cicho Amelia przyglądając się ssącym i mlaskającym szkrabom. W jej oczach było tyle czułości i miłości, zalśniły również łzy. Arek odwrócił dyskretnie wzrok by nie peszyć dziewczyny. Jej głos, wzrok i cała energia, jaką emanowała były przesiąknięte miłością i dobrem i ciepłem. Czuł się bezpiecznie w tym momencie, mimo iż był tu na chwilę i był tylko gościem.
- Dziękuję panie doktorze – Powiedziała dziewczyna kiedy wstali i zaczął zbierać się do domu.
- Nie ma za co, to ona odwaliła całą robotę, ja piłem kawę i jadłem przepyszne kanapki. - Zaśmiał się zadowolony na to wspomnienie, bo były na prawdę rewelacyjne. Dawno nie jadł tak obfitej i smacznej kolacji. Od kiedy opuścił rodzinny dom… albo i jeszcze dawniej, kiedy odeszła babcia. Zasmucił się na chwilę co nie umknęło uwagi dziewczyny.
- Stało się coś?
- Nie, nic, zmęczony jestem tylko, więc będę się zbierał.
I nie czekając na nic wymknął się błyskawicznie na klatkę schodowa i słychać było tylko jego szybkie kroki.
- Nie wziął pieniędzy – Powiedziała mama stając w przedpokoju koło zaskoczonej córki.
- Zaniosę mu jutro. Razem z kanapkami…
- Tak, wyglądał jakby nie jadł od dłuższego czasu.


Amelia przez te dwa dni od kiedy pojawiła się u niej Kicia ani razu nie pomyślała o swoim chłopaku. I kiedy sobie to ponownie uzmysłowiła, zastanowiło ją to, że nie tęskni do niego. I, że najwyraźniej on do niej też nie, bo nie zadzwonił ani nie napisał. Zresztą jak się głębiej nad tym zastanowiła to on nigdy sam do niej nie dzwonił chyba, że miał sprawę. To ona zawsze pisała, bo kilka razy dał jej do zrozumienia, że nie lubi jak mu przeszkadza bezsensownymi telefonami. Więc pisała, czasem oddzwaniał czasem nie. Ale zawsze, przez te dwa lata ich związku od niej wychodziły wszelkie formy kontaktu. Poza tymi intymnymi.
Tak, w tej materii potrafił zadbać o siebie…
Amelia westchnęła głęboko i boleśnie bo naga prawda zaczęła do niej docierać w przerażającą jaskrawością. Jej chłopak, Robert, ten wspaniały mężczyzna, w którym była tak beznadziejnie zadurzona to egoistyczny dupek. I to dupek, który nie szanował jej tak jak na to zasługiwała. Prawił jej słodkie słówka, nazywał „swoją bibliotekareczką”, grzeczną dziewczynką, swoim małym molem książkowym, ale jak sobie teraz przypomniała te określenia to wydały jej się obrzydliwe i wulgarne. Przesycone jakimś fetyszem. Brudnym i paskudnym. Nie było w tym miłości, uczucia czy czułości. Jedynie seks.
A ostatni… był wręcz odpychający. I wiedziała, że kiedy to robili, on myślał o innej. A co gorsze, nie pierwszy raz. A więc zdradzał ją, z całą pewnością. Jak mogła się tak oszukiwać, że mężczyzna pokroju Roberta będzie wierny jednej kobiecie i to takiej jak ona, szarej myszce z biblioteki miejskiej.
Najpierw poczuła wściekłość, ale zaraz potem pojawił się żal i wstyd. Jaka ja ślepa i głupia byłam. Bankiet zapoznawczy w redakcji… redakcyjna wigilia… sylwestrowe spotkanie, zanudzisz się maleńka, sami faceci będą, o sporcie gadać.
A przecież z tej gazecie pracują też kobiety.
Siła olśnienia była tak wielka, że Amelia poczuła słabość w kolanach i usiadła na pufie przy regale. Brakowało jej tchu i musiała się powachlować książką.
- Wszystko dobrze, proszę pani? - Zaciekawiła się starsza kobieta podchodząc do niej.
- Tak, trochę mi duszno, ale już wszystko jest w porządku, dziękuję.
- Napij się wody kochanieńka i zjedz coś boś chudzinka i pewnie dla tego słabujesz.

 Marianna dawno tak dobrze nie spała. Nie żeby miała jakieś z tym problemy, czy cierpiała na bezsenność ale tej nocy wyjątkowo dobrze odpoczywała. Wielki kudłaty kot spał zwinięty obok niej i nawet jej do głowy nie przyszło by wyganiać go z pościeli. Przez warstwę kołdry i koca czuła jego obecność i spływał na nią jakiś taki dziwny spokój.
Miała wspaniałe sny, była w nich wiosna, kwiaty i zielona, młoda trawa. Była też stara, piękna acz powyginana i pełna dziwnych narośli grusza, obsypana kwieciem niczym watą cukrową. Marianna płynęła w stronę wielkiej gruszy, która przywoływała ją niczym kochająca matka. Obok niej leciał kot. Tak leciał, miała skrzydła. Ale nie jak można by się spodziewać po ssaku błoniaste i cienkie jak u nietoperza. Lecz ptasie, jak pegaz czy gryf. Jego były bardzo podobne do skrzydeł sowy. Bo i kolorystyką pasowały i tym jak ciche były, jak on cały. Poruszał nimi bezszelestnie. I uśmiechał się do Marianny. Co prawda tylko oczami ale uśmiechał.
Dolecieli do wielkiej gruszy, otoczonej błogim aromatem nektaru i cichuteńką muzyką dzwonków. Przez okwiecone gałęzie przenikały poranne promienie słońca malując na trawie uściełanej złocistymi główkami mniszków, błyszczące wzory. Usiedli na trawie, dziewczyna oparła się o pień i niemal słyszała jak wiekowe drzewo do niej szepcze, albo nuci. Przytknęła do chropowatej kory ucho i wsłuchała się w dźwięki. I nagle zrozumiała. Drzewo śpiewało. Nie rozumiała poszczególnych słów ale potrafiła powtórzyć melodię. Czuła, jak błogostan nieznany jej do tej pory ją ogarnia. Takie uczucie wszechogarniającego szczęścia, błogość i radość w najczystszej formie. Nigdy nie czuła tego rodzaju emocji na jawie.
Po chwili słuchania zaczęła rozumieć słowa śpiewane przez gruszę. „Przyjdź, przyjdź, dziecino, przyjdź, do kory mej twarz przytul, przyjdź... dziecino.” To wspaniałe drzewo przyzywało ją. Właśnie ją.
Marianna obudziła się o piątej rano, spokojna i pewna jednego – jedzie do sadu. Nie ważne czy pada czy grzmi czy nawet śnieżyca za oknem, ona musi jechać. Wstała tak rześka jak jeszcze chyba nigdy. Podeszła do okna, było jeszcze szaro, ale niebo widziała całkiem czyste i bezchmurne. Zatem gdzie ten zapowiadany deszcz, ponoć miało już w nocy lać. Sięgnęła po telefon i zaktualizowała prognozę. W chwili obecnej jej smartfon radośnie pokazywał na dzień dzisiejszy pełne słonce i lekki wietrzyk, ciśnienie w sam raz i temperaturę optymalną czyli 20 stopni. Czyli jak widać coś się zmieniło przez tych kilka godzin. Cieszyła się.
Popatrzyła na siedzącego w swojej nieulubionej pozycji na boginię Bastet drapieżnika.
       - No co, jedziesz ze mną, wiesz o tym? - Powiedziała do niego.
      A on przymknął oczy jakby się łaskawie zgadzał i przeniósł wzrok na widok za oknem. Marianna, zaczęła się ubierać i robić szybkie śniadanie równocześnie. Skutkiem tego był rozbity talerzyk. A skutkiem rozbitego talerzyka wyrwana ze snu Kasia. Wtoczyła się nieprzytomna do kuchni i ziewając oraz trąc oczy zapytała:
     - Co się dzieje? Czemu świrujesz w środku nocy?
    - Jest rano a nie środek nocy – Odparła ruda zalewając wrzątkiem herbatę w termosie i kawę w kubku – chcesz kawy?
     - Jakie rano? Ciemno przecież...
     - Szaro nie ciemno, zasłony masz grube. Kawy? - Dopytywała się Marianna.
     - Nie. Ja idę spać, normalna jestem – Wstała i w drzwiach jeszcze się odwróciła. - Ale miało padać przecież.
     - Ale nie pada i prognoza dobra. Jadę bo miałam sen, piękny, i jadę.
     - Kota bierzeeeesz... - Ziewnęła pytając.
     - Biorę, co będzie się w pościeli wylegiwał. Może jednak postanowi do domu wrócić.
     - Myszy ci przegoni. - Rzekła na koniec zaspana Kasia i zniknęła w swojej sypialni.
      Może i ma rację, ale co tam, jak faktycznie będzie jej przeszkadzał to więcej go nie zabierze.
     - O matko – Przestraszyła się gdy zamknęła lodówkę, a na blacie siedział kot, którego nie było tu jeszcze sekundę wcześniej i nie powinno być na blacie w ogóle. - Złaź. Przesadzasz nieco. - Strąciła go.
Przygotowała mu jedzenie i patrząc jak powoli i dystyngowanie spożywa swoje śniadanie, zjadła, zapewne mniej dystyngowanie, swoje. Uśmiechnęła się do siebie. To będzie piękny i wspaniały dzień. Była tego pewna. Nic go jej nie zepsuje, nawet palant na ryczącym motorze.

CDN

Pozdrawiam i gorąco dziękuję za każde słowo.


piątek, 20 kwietnia 2018

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - Rude i pierzaste

Hej, hej, jak się już nie będę pytać kto się cieszy z wiosny, bo ile można. Przecież ogólnie wiadomo że się cieszą wszyscy tylko alergicy nieco mniej. Dla mnie wiosna mogłaby trwać pól roku, a reszta po dwa miesiące. A tak to ostatnio mamy chlapozimę prze pół roku, wiosnę prze miesiąc, a reszta to jak zagra. Ech.
No ale jak już przyszła, w sumie to przygalopowała ta wiosna to ożyło wszystko i ja też. Jak się można było spodziewać zdradliwa pogoda mię nieco przeziębiła ale się nie poddaję bo mi szkoda tak pięknych okoliczności. Z moich obserwacji wynika że nam wiosna nadrobiła cały marzec w trzy dni. Bo nie wiem jak u was ale u mnie już lilaki zwane bzami kwitną. 
No jak! kiedy ! gdzie! Ja się pytam co się stało z okresem od gołych gałęzi to liliowych kiści! Brakuje mi tego miesiąca, ale cóż, w ubiegłym roku o tej porze było ledwo na plusie i padał mokry śnieg. To już wolę tak jak jest.
Przynajmniej można wyjść i coś podpatrzeć. Na przykład najładniejszego szczura w naszych lasach.

Prawda że jest ładna. Oburzą się niektórzy, że jak to szczur? Przecież to Baśka, nasza ruda kitka. A ja tak sobie ją ostatnio obserwowałam i pod światło widać jaki ma ogon bez włosów. Te kłaki są rzadkie i dają niezłe złudzenie. I jak tymi łapkami przebiera i jaki ma pyszczek. No dobra, szczuplejsze to bo po drzewach lata i inaczej ustawione uszy z pędzelkami ale...

Moja przyjaciółka ma szczura i mnie się one wydają nieco podobne tylko wiewiórka ładniej się odziała i trzyma linię. 
Ta tutaj ładnie sobie szukała smakołyków w suchych liściach kiedy mi ją wredny pan zięba spłoszył, więc jak mnie zobaczyła to hyc, hyc na drzewo i mnie wyklinała.
A ja sobie usiadłam na pniaku i stwierdziłam, że poczekam. Jak już się znudzi przeklinanie mnie to wróci do żerowania, chyba. W międzyczasie zlokalizowałam tłukącego się dzięcioła. Jak zawsze wysoko i tyłkiem do mnie. 


Chyba mu smakowały świeże soki z drzew. Zlizywał kropelki z apetytem, a wcześniej uszkadzał korę by zaczęły się sączyć. Najwyraźniej są pożywne i kaloryczne. 
A oto i mój zdradliwy szpieg co mi rudą przepłoszył. Zresztą nie był sam. Towarzyszyły mu bogatki i szpaki.


No ale tak jak myślałam, ruda zwiała na jakiś czas, przeskoczyła kilka drzew i pojawiła się za mną. wiec się na pniu okręciłam i obserwowałam jak przełamuje swój strach. Siedziała na gałęzi i obserwowała mnie przez dobrych kilka minut. Prawie bez ruchu trwała. Pomyślałam sobie, że jak orzechy kraść jesienią to dobrze, ale zapozwać do kilku fotek to już nie?


Jakbym chciała malować w przyszłości wiewiórkę to mam już piękne zdjęcia poglądowe. 
No, ale wracając do tematu to siedziała i dokonywała obserwacji, potem toalety aż w końcu uznała, że nie stanowię zagrożenia i zeszła na ziemię żeby dokończyć poszukiwania. Obserwowanie jej sprawiało mi ogromną frajdę. Nawet moje komentarze jej nie przeszkadzały.



A to się za trawką schowa, a to obróci, zerknie... zalotnisia.
Nie wiedziałam że suche liście nadają się do jedzenia?

Zakochałam się w niej bez pamięci. Była tak rozbrajająca. 
A do tego pojawił się nasz zdrajca, chyba w geście przeprosin. Albo, co bardziej prawdopodobne, też zgłodniał.




To jedynie mały fragment moich obserwacji z ubiegłego weekendu. A już zbliża się następny, gdzie też w dzicz jadę z aparatami. Ciekawe czy spotkam coś nowego, zobaczę coś ciekawego. Jeśli tak to się z wami na pewno podzielę. A teraz znikam do pracy, a wam życzę spokojnego piątku i udanego słonecznego weekendu!



niedziela, 15 kwietnia 2018

Luna pisze - "Mruczący Anioł" odc.5

Witajcie kochani słonecznie i wiosennie. Kto się cieszy,ze wiosna nadeszła? Chyba już o to pytałam, ale nie mogę się nacieszyć, tyli listkami, kwiatkami i śpiewem ptaków. Ta piękna wiosna, która powinna dodawać energii, na przekór, bardzo osłabia. Ale zachęca do wychodzenia na dwór, mniej do siedzenia przy laptopie. Wiec logiczną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest, więcej zdjęć, mniej treści w opowieści. Ale coś powstaje, mam dużą wenę i pomysł napisanie i kiedy tylko znajduję chwilę to coś naskrobię, cieszy mnie to. 
Zapraszam zatem na kolejną odsłonę przygód Marianny.
Dla przypomnienia:


Odc. 5

- Robercik kochanie, jak się czujesz?
Słodki i przepełniony troską głos docierał już bez przeszkód do jego świadomości. Chłodna dłoń dotknęła jego czoła. Chciał coś powiedzieć ale gardło miał jak wyłożone trocinami.
- Cii, kochanie. Już podaję Ci wodę. - Poczuł dotyk chłodnej porcelany na wargach i po chwili życiodajna woda przyniosła mu niewysłowioną ulgę. Pił łapczywie i jeszcze nigdy, nawet na największym kacu, nie smakowała mu tak zwykła niegazowana woda. To odczucie było wprost nie do opisania cudowne. - pij kochanie, pij. Lekarz powiedział, że wszystko będzie dobrze, tylko musisz dużo pić i leżeć. - Słodki i łagodny głos znowu przemówił. 
- Amelia? - wychrypiał jak tylko przełknął ostatni życiodajny łyk wody. 
- Tak skarbie, to ja. Nic nie mów. Zaopiekuje się Tobą, zobaczysz, raz-dwa wrócisz do sil.
Otworzył oczy i spojrzał na tę jakże troskliwą kobietę uśmiechającą się do niego.
- Skąd ty.. 
- Robercie, nie powinieneś teraz nadwyrężać gardła, jest w opłakanym stanie. - Wstała i odniosła kubek z wodą. Pojawiła się po chwili z talerzem. - Musisz nabrać sił. Strasznie osłabłeś. Lekarz chciał Cię nawet zabrać do szpitala ale ostatecznie pobrał tylko krew i po przeanalizowaniu wyników podał kroplówkę i jakieś leki. Podobno anemie masz. - Zmarszczyła brwi. - Nie dbasz o siebie. 
- Kiedy?
Zanim mu odpowiedziała uśmiechnęła się ciepło i podsunęła mu pod nos łyżkę z zupą. Najpierw poczuł przepyszny zapach, a po chwili napłynęła mu ślina do ust. Nie zdawał sobie sprawy z tego jaki jest głodny. Siorbnął zupy z łyżki i błogi aromat bulionu z warzywami rozpłynął się po jego ciele. Smak tej zupy czuł każdą komórką ciała.
- Jedz kochanie, a ja Ci wszystko opowiem. W sobotę przyszłam do ciebie, bo akurat wcześniej zamknęliśmy i coś mnie tknęło. Jakieś takie przeczucie, że muszę przyjść. Ja wiem, że ty nie znosisz niezapowiedzianych wizyt, wiem, setki razy mi o tym mówiłeś. Ale ja dzwoniłam i to kilka razy i ciągle nie odbierałeś. Zobaczyłam motor na zewnątrz i kask był na chodniku obok. A nigdy przecież nie zostawiasz tak kasku i motor do garażu wstawiasz. - Tłumaczyła się karmiąc go – Przestraszyłam się i jak tylko zobaczyłam sąsiada wychodzącego w bramy weszłam. Byłam gotowa walić do drzwi do upadłego ale nie musiałam, były niedomknięte. - Westchnęła i z miłością spojrzała mu w oczy. - Nawet nie wiesz co poczułam, jaki skurcz w sercu. A kiedy zobaczyłam Cię tak rzucającego się w łóżku, z gorączką, zlanego potem i nieprzytomnego... Nie rób mi więcej takich rzeczy Robercik, bardzo Cię proszę.
- Jak długo ja... tu... 
- Dziś mamy wtorek. - Odpowiedziała, ściągnęła usta i wstała odnosząc pusty talerz. - Dobrze, że wszystko zjadłeś, kochanie.
Robert opadł na poduszkę wstrząśnięty. Wtorek? A ostatnie co pamięta to droga powrotna do domu z tego całego sadu w … Sobotę. Spojrzał w okno. Zmierzchało już, więc trzy dni leżał bez zmysłów mając jakieś chore koszmary. Ale co mu było właściwie?
Przypomniał sobie czarownice z sadu. I od razu zrobiło mu się cieplej. Te oczy... skrzące złością. Jak on by chciał żeby teraz na niego patrzyły, ale może już bez złości. Wolałby raczej pożądanie. Dalej nie wiedział jak się nazywa ani gdzie mieszka, ale to nic. Rozejrzał się i zobaczywszy swój telefon na szafeczce sięgnął po niego. I wtedy poczuł ból. I to przeraźliwy ból, w prawej dłoni.

- Podać Ci telefon – Amelia pojawiła się nie wiadomo skąd i podała mu telefon nie czekając na odpowiedź. - Co właściwie stało Ci się w rękę.

- Nie wiem. - Patrzył na owiniętą bandażem dłoń. Była spuchnięta i pulsowała.

- Lekarz jak zobaczył te rany, od razu podał ci zastrzyk przeciw tężcowi. Obawiał się jakiejś infekcji ale badanie krwi nic nie wykazało. No ale rany się nie goją, jątrzą tylko i... - urwała zmieszana nagle.

- I? Co z nimi? - Zaniepokoił się Robert widząc jak ucieka wzrokiem. - Amelia!

- No sam zobacz. I tak trzeba już zmienić opatrunek. - Sięgnęła do żabki trzymającej bandaż i odczepiła ją. Powoli i delikatnie zaczęła odwijać rękę. Kiedy już odsłoniła uszkodzenie Robert zamarł w bezruchu. Na wierzchu dłoni widniały cztery równoległe szramy, głębokie, o nierównych, poszarpanych brzegach. Były spuchnięte, obrzmiałe i jątrzyła się z nich krew z ropą. Jednym słowem paskudztwo. Zapach, jaki wydzielały też nie był przyjemny. Od razu przypomniała mu się halucynacja. Wstrząsnął nim dreszcz. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że widzi larwy pełzające w ranach. Ale to było tylko przewidzenie.

- No wiem, że to nieładnie wygląda. - Zmartwiła się dziewczyna. - Daj, to przemyje i zawinę ponownie. Może boleć.

Nie słuchał jej. Pozwolił by robiła co chciała z jego ręką. Myślami był gdzie indziej. Nie możliwe, żeby tak się spaprało zwykłe podrapanie przez kota? Przecież nie raz w życiu jakiś parchaty pchlarz go drapnął i nigdy nie miał takich akcji.

Marianna sama nie wiedziała jak udało jej się ułożyć ogromnego kota tak aby i jej i jemu było na fotelu wygodnie. I żeby nie burzyć kociego relaksu ganiała rozanieloną Kaśkę w te i nazad – podaj aparat, zabierz aparat, podaj kabel od laptopa i tak dalej.
Z dreszczykiem niepewności i emocji czekała na skopiowanie się zrobionych dzisiejszego dnia zdjęć. Kiedy proces kopiowania dobiegł końca Kaśka już siedziała na oparcie wielkiego fotela i wpatrywała się w monitor.

- Och... - Westchnęła jak ukazało się pierwsze zdjęcie.

Fotografka też była wyjątkowo zadowolona z efektu. Każde jedno idealne. A karczowniki wyglądały jakby jej pozowały, jakby specjalnie dla niej odstawiały teatr życia. Dynamiczne zdjęcia walki były klarowne i ostre tam gdzie trzeba, a rozmyte ruchem gdzie powinny. Jeszcze nigdy nie miała takiej sytuacji, gdzie wszystkie zdjęcia były udane. Nie mogła wprost uwierzyć. Aż czuła, że musi to co widziała opisać.
Kot jej się zawiercił i podniósł głowę, by po chwili popatrzeć prosto w oczy. Ziewnął i zszedł na podłogę, a potem usiadł w wejściu do kuchni.
- Może on jest głodny? - Rzuciła Kaśka 
- No też tak sądzę? Mamy coś? 
- Nie, no skąd, ale skoczę do nocnego tam mają jakieś kocie saszetki. - Zaoferowała się, a widząc skrzywioną minę przyjaciółki dodała – Jak zje raz czy dwa to nic mu nie będzie. 
- W sumie... chyba mu nie zaszkodzi.
Marianna Mysińska była przeszkolona przez swoich kolegów z wydziału weterynarii i technologii żywienia na temat karm dla zwierząt. Wiedziała, że te wszystkie tanie i zapychające paszteciki, zupki i chrupki dostępne w markerach są bardziej szkodliwe od fast foodów i chipsów razem wziętych. Zwierzęta się tym zapychają i są potem nafaszerowane soją, aromatami i nic nie wartym glutenem. Organizm jest niedożywiony, ma braki a organy nie wyrabiają z wydaleniem odpadów. Statystyki weterynaryjne jasno pokazują jak dramatycznie wzrósł odsetek zachorowań na nowotwory, niewydolności wątroby i nerek od kiedy suche karmy dla zwierząt pojawiły się na rynku.

- Ale jutro skoczę do „Vitawetu” i wezmę mu coś lepszego.
- Ok. - Kaśka mówiła to będąc już praktycznie za drzwiami.
Pojawiła się po piętnastu minutach.

- Wzięłam tylko dwie i jedną pierś z kurczaka. Dokroi mu się i może nie zwapni mu się wątroba przez ten czas.
Zniknęła w kuchni i do Marianny dochodziły tylko odgłosy przygotowywania kolacji dla pięknego kota. Ponieważ Kaśka świetnie się z kotem dogadywała, co było słychać przez cały czas pichcenia kolacyjki, dziewczyna sięgnęła po laptopa i otworzyła edytor tekstu. Cały świat wokół niej przestał istnieć, na powrót znalazła się w sadzie i podglądała karczowniki. Pisała jak w transie. Nie musiała się zastanawiać nad formą i kontekstem, wszystko spływało na nią jakby doznała olśnienia jakiegoś. Nie zwróciła uwagi kiedy przyjaciółka wyszła z kuchni i próbowała coś ją zagadać. A nie uzyskawszy najmniejsze nawet odpowiedzi poszła do swojego pokoju uśmiechając się pod nosem ze zrozumieniem. Marianna wsiąkła w swój świat gryzoni i ekologii.
Po ponad trzech godzinach jak wyrwana z transu czy hipnozy ocknęła się i rozejrzała po pokoju. Nie pamiętała żeby zapalała lampkę, a ta paliła się oświetlając jej klawiaturę. Pewnie przyjaciółka widząc, że dziewczyna zaraz oślepnie pstryknęła włącznik. Kota nigdzie w zasięgu jej wzroku nie było.
- Kasia? - Odezwała się widząc poświatę w pokoju brunetki. 
- Tak? Skończyłaś? 
- No chyba tak. Znaczy tak. Jaka jutro ma być pogoda? 
- Deszcz. - Odpowiedziała bez zastanowienia dziewczyna. - Wydrukowałam te ogłoszenia. - Podała jej kartki z wizerunkiem kota i informacją o jego znalezieniu.
- Dzięki, jak ma padać to nie chce mi się jechać, ale przydałoby się je rozwiesić. Właściciele mogą się martwić – Mówiła patrząc nieprzytomnie w ogłoszenie – Jest u Ciebie?
- Nie. Położył się na twoim łóżku. W międzyczasie wyskoczył też na siusiu. - Oświadczyła Katarzyna z miną pełną dumy.
- Jak to wyskoczył?
- Normalnie, oknem.
- Kiedy? - Zdziwiła się Marianna poważnie zaskoczona swoim brakiem przytomności.
- No jakąś godzinę temu. - Odparła koleżanka z uśmiechem. - To bardzo mądry kot. Wyszedł, załatwił potrzebę i wrócił. Przez chwilę bałam się, że nie wróci, ale popatrzył tak na mnie, że wiedziałam, iż nie ucieknie tylko wróci.
- Ojej, ale mnie zamroczyło w tym pisaniu – Westchnęła wstając i rozprostowując plecy. - Ale mam artykuł, podrzucę we wtorek doktorowi Jarząbkowi. Ucieszy się. Zbiera materiały do jakiejś pracy zbiorowej o ssakach Dolnego śląska i mało ma gryzoni więc łazi za mną i błaga o cokolwiek. Że też nikt się nie interesuje gryzoniami? Wilki to połowa wydziału ściga i w ich kupach grzebie, druga za rysiami biega. Przereklamowane te zagrożone drapieżniki są.
- Nie narzekaj, a wolałabyś, żeby tak jak ty każdy za myszami ganiał? Nie styknęłoby tych myszy dla was. A tak jadą sobie z całej Polski w te Bieszczady i grzebią w kupach jakiegoś burka myśląc że to wilcza a ty masz wszystkie nornice, myszy i inne karczowniki dla siebie.
- Biorąc pod uwagę, że połowa studentek na widok myszy drze się w wniebogłosy to wątpliwe bym miała wielką konkurencje. Już więcej ludzi woli łazić po jaskiniach i innych melinach za nietoperzami. A ja w kupach się nie babram, po pieczarach nie pełzam i jestem spełniona. - Uśmiechnęła się do siebie szeroko – idę pod prysznic.
 
Robert nie mógł przestać myśleć o rudej złośnicy. Widział ją na jawie i śniła mu się jak przysypiał. I w obu przypadkach, chociaż na na jawie częściej, on ją rozbierał, a ona się nie opierała. No, może troszeczkę, ale zawsze bez najmniejszego problemu łamał jej opór i po chwili była miękka jak ciepły wosk w jego dłoniach. Och, jak on by ją urabiał.
Rzucał się na łóżku niespokojnie. Wyobrażał sobie jak poskramia jej złość tam w sadzie, jak opętana pożądaniem krzyczy z rozkoszy. Musiał ją mieć. Po prostu musiał. I już miał plan jak się do niej zbliżyć, jak ją odnaleźć. A jak ją odnajdzie... był tak pobudzony, że myślał iż oszaleje.

- Amelia, kotku. - Zwróciła się do dziewczyny leżącej obok niego na boku, przy samej krawędzi łóżka – Chodź do mnie kochanie, mam taką ochotę na ciebie, że sobie nawet nie wyobrażasz.
- Ale Robert, przecież Tobie nie wolno teraz. - Cicho jak zawsze oponowała.
- No co maleńka, zostawisz mnie tak samego sobie, kiedy ja normalnie płonę niczym ten znicz olimpijski, do Ciebie. - Mruczał jej do ucha. - Takie ponętne ciało tu koło mnie leży, taka kobieta, że martwego by obudziła i co? Mam spokojnie iść spać jak jakiś inwalida.
- Ale lekarz...
- Walić lekarza. - Warknął i przyciągnął ją do siebie nieco zbyt natarczywie jak na gust Amelii.
Ale nie broniła się, nigdy się nie broniła. Jak mogłaby się bronić przed takim mężczyzną jak Robert. Marzenie każdej zdrowej kobiety. Przystojny, niemal grzesznie przystojny, dowcipny, pewny siebie, charyzmatyczny, światowy, ulubieniec towarzystwa. I ten diament wybrał ją, skromną bibliotekarkę, szarą myszkę o pewności siebie wielkości ziarnka piasku. Była taka szczęśliwa kiedy do niej podszedł, kiedy ją zagadnął i zaprosił na kawę. Zakochała się w nim od razu, nim wypowiedział pierwsze słowo.
Nie zorientowała się kiedy jej książę z bajki skończył i opadł zdyszany obok niej. Wydawał się bardzo zadowolony. I kompletnie nie świadom tego, iż jego dziewczyna była nieobecna duchem podczas całego aktu. Nie pierwszy zresztą raz. Ale zazwyczaj interesował się jej odczuciami, rzucając krótkie „dobrze Ci było?” Kłamała, bo nie chciała by jego kruche męskie ego ucierpiało z powodu jej ułomności. A dziś nic. Czekała, może jak odsapnie to zwyczajowo zapyta. Ale nie zapytał. Patrzyła na niego i widziała, że coś się zmieniło. Jego uśmiech był inny. Wzrok utkwiony w suficie też.
Może to przez lekarstwa albo tę chorobę. Chciała go dotknąć ale coś ją powstrzymało. Jakaś siła nie pozwoliła jej okazać mu czułości. Zamiast tego kazała jej wstać i iść pod prysznic. Nigdy tego nie robiła. Nie myła się po ich zbliżeniach, czuła, że to byłby wyraz braku zaufania i bliskości. Myć się po ukochanym? Ona czułaby się źle gdyby on to robił. A dziś musiała się umyć, czuła się brudna.
Po prysznicu ta sama siła, kazała jej ubrać się, zabrać swoje rzeczy, tych kilka najpotrzebniejszych, które miała ze sobą podczas opiekowania się nim i wyjść. Nie myślała o tym czy zauważył jej wyjście, nie myślała tak naprawdę o niczym, tylko szła przed siebie. Wieczorny chłód przyjemnie owiewał jej twarz. Nie zauważyła kiedy i jak znalazła się w niewielkim parku. Usiadła na ławce i przymknęła oczy, czuła dziwny spokój. Odetchnęła głęboko, otworzyła oczy i zamrugała lekko zaskoczona. Przed nią w odległości mniej więcej dwóch metrów siedziała kotka. Biało bura, drobniuteńka koteczka. Siedziała i patrzyła na nią wielkimi, przestraszonymi oczyma. Te oczy tak wielkie nawet jak na kota krzyczały do Amelii – „Pomóż mi!”
Dziewczyna poczuła skurcz w sercu. Kicia była wychudzona, ale jak się jej przyjrzeć to widać było, że jest ciężarna. Ona nie chce rodzić na ulicy, pomyślała Amelia, boi się.
Wyciągnęła rękę w stronę kota, a ten bez najmniejszego nawet zawahania podszedł i otarł się o dłoń dziewczyny. Po chwili razem wracali do domu. Amelia z ciepłym uśmiechem, a kotka wtulona w nią, cichutko pomrukując i moszcząc się na rękach.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Przez przypadek mam rasowego psa

Hej, witam wszystkich wiosennie i słonecznie - nareszcie. Kto się cieszy. Bo ja strasznie. W końcu można wyjść bez czapek, szali i płaszczy piętnastu.
Pamiętacie może naszą psinę ze schroniska - Norę. Pokazywałam jej nadmiar wagi dwa posty temu. Ale dla przypomnienia kilka zdjęć od pierwszego tygodnia kiedy była chudzinką oraz późniejsze.  






Pokazuję te zdjęcia nie bez powodu. Wszystkim, którzy pytają o Norę zawsze mówiliśmy, że to kundel. 
A to, proszę państwa nie jest żaden kundel ale rasowiec. No może nie ma papierów ale...  Jak widzicie na spacerze huscy czy wilczura to nikt nie pyta o rodowód, a nazywa psa nazwą rasy. Po wyglądzie. 
Z tej też racji naszej Norce należy się również.  
Pewnie się teraz zastanawiacie, ale jaka to niby jest ta rasa?
Czy słyszeliście kiedyś o owczarkach węgierskich Mudi?
 No ja też nie bardzo. Ale są takie i oto jak wyglądają:




Zgadza się wielkość, chociaż Norka jest cięższa, ale to z powodu nadwagi, rodzaj szaty i sierści, a także rodzaj zachowań. Zresztą, czy te zdjęcia pozostawiają jakieś wątpliwości.  Gdyby mi bardzo zależało i miała nadmiar gotówki to bym zrobiła badania genetyczne na czystość, ale po co. Skoro znalazła się w schronisku to zapewne nie klasyfikowała się z jakiegoś powodu do rodowodu. 
Na większości zdjęć jakie widziałam mają zakręcone ogony ale opis rasy dopuszcza nawet genetycznie skrócone oraz proste.  
Zatem już nie wypada nam mówić, że jest kundlem. Co najwyżej mieszańcem Mudi. 
A tak przy okazji to odkryłam fajną rasę psów. 
Człowiek się uczy przez całe życie.
pozdrawiam was serdecznie i życzę spokojnego tygodnia.