czwartek, 26 kwietnia 2018

Luna pisze - "Mruczący Anioł" - odc. 6

   Witajcie kochani w ten deszczowy wiosenny dzień. Serdecznie wszystkim dziękuję za wspaniałe słowa odnośnie zdjęć z poprzedniego posta. Cieszę się ogromnie, że podobała wam się wiewióra. Mnie ona tak urzekła do tego stopnia, że obudziła wenę malarką która się ulotniła na kilka miesięcy. Ale na razie jeszcze tkwię w świecie Marianny i Karana. Wciągnęło mnie to do tego stopnia, ze każda wolną chwile poświęcam na skrobanie czegoś.
   Ja wiem, że niewiele osób to czyta ale dla tych kilku, którzy poświęcają swój czas żeby przeczytać i jeszcze coś skomentować, wielkie dzięki i ogromniasty buziol. A do tego odcinek szósty. 

Tak się przyznam, że na początku nie przepadałam za Amelią, ale jak tylko uległa Robertowi, który myślał o Mariannie w tym czasie, poczułam do niej sympatię i wyklarowała mi się ta postać na nowo. 


"Mruczący Anioł" odc. 6.

Amelia przyniosła koteczkę do domu i nawet przez ułamek sekundy nie zastanawiała się nad ewentualnymi trudnościami i komplikacjami związanymi z posiadaniem ciężarnej kocicy. Nie spodziewała się też, by jej mama, z którą mieszkała, miała jakieś obiekcje w związku z tym. Ponieważ trzymała małą przyszłą mamusię na rekach miała problem z wyjęciem kluczy i musiała dzwonić do domu. Otworzyła jej mama i jedyną reakcją na widok niespodziewanego gościa było lekkie uniesienie brwi.
- A kogo nam tu przyniosłaś kochanie? - Zapytała kiedy już córka się rozebrała z płaszcza. Nie przyszło jej do głowy pytać o Roberta. Nie lubiła go. Wolała się skupić na zwierzęciu. - O, to kocia mama, znaczy przyszła mama.
- Natknęłam się na nią w parku i tak wyglądała... Nie jest dzika, może ktoś ją wyrzucił jak zaciążyła... - Schyliła się pogłaskała kocią główkę. Ta wdzięcznie przylgnęła do ciepłej dłoni.
- Ludzie są czasem gorsi od najgorszych... no nie wiem. Ale są straszni. Na pewno jest głodna...
- Nie masz nic na przeciw żeby tu została jakiś czas?
- No oczywiście skarbie, że nie mam. - Głos mamy był przytłumiony przez lodówkę w której grzebała. - Ugotuję jej kurczaka z ryżem. Basia wspominała że jej kot bardzo to lubi.
Amelia z miłością popatrzyła na swoją mamę. Ta żywiołowa kobieta o krótkich, srebrnych włosach miała gorące serce.
- Rano zaniosę ją do weterynarza, żeby ją zbadał. A teraz przygotuję jakąś kuwetę.
Noc spędziła kicia w kuchni, na przygotowanym posłaniu. Nie odstępowała też miski na długo i szybko zorientowała się, gdzie ma załatwiać swoje potrzeby. Kobiety nie odczuły w żaden sposób jej obecności, była cicha i dyskretna.
Nazajutrz rano Amelia poinformowała swoją przełożoną, że się spóźni, ponieważ nie robiła tego nigdy, usłyszała jedynie zatroskane pytanie, czy wszystko w porządku. Bardzo lubiła swoją szefową, przyjaźniły się pomimo różnicy wieku. Uspokoiła ją, że nic poważnego, nagły niegroźny wypadek i opowie jej jak dotrze do pracy.
Nie znała żadnego weterynarza, nie miały zwierząt w domu od lat. Więc zdała się na internet i wybrała tego który był najbliżej jej domu. To wygodne, zwłaszcza że spodziewała się niebawem kilku kociąt. Gabinet znajdował się dosłownie pięć minut drogi na piechotę od bramy jej bloku i był wciśnięty między sklep z rowerami, a lumpeks. W poczekalni był tylko jeden starszy pan ze starszym pieskiem głośno oddychającym. Kiedy piesek się zainteresował trzymaną na rękach przez Amelię kicią, ta odruchowo mocniej przytuliła kota i zaniepokojona spojrzała na właściciela. Starszy pan oddychał tak samo głośno jak jego pies. Oboje mieli nadwagę i swoje lata.
- Proszę się nie bać, Mika lubi koty, ma w domu dwa. - Uspokoił ją jowialnie i pokiwał głową.
- Dziękuję. - Odpowiedziała cicho i usiadła na ławeczce pod gabinetem.
Po chwili wyszedł z niego młody człowiek z wielkim psem i Amelia aż odwróciła się do niego plecami, zasłaniając koteczkę. Ale pies i jego właściciel szybko opuścili pomieszczenie, a starszy pan z sapiącą Miką weszli do gabinetu.
- Już dobrze maleńka – Szepnęła Amelia do zwierzątka cicho skulonego w jej ramionach.
Nie zdążyła się nawet dobrze rozejrzeć po poczekalni gdy Mika wyciągnęła swojego pana wyjątkowo energicznie z gabinetu i jedynie zdążył krzyknąć im „do widzenia”.
- He he, zawsze tak samo. - Wchodzi grzecznie, daje się obadać, zastrzyk i zwiewa jak tylko się drzwi otworzą… Zapraszam.
Amelia weszła do gabinetu i rozejrzała się.
- Dzień dobry.
- Witam, co się dzieje? - Zapytał weterynarz przecierając stół zabiegowy. Dopiero po chwili na nią spojrzał. Na jego twarzy malowało się miłe zaskoczenie i pobłażanie. - Coś z koteczkiem?
- Nie wiem. - Obudziła się jakby z letargu Amelia. - Jest w ciąży.
Postawiła delikatnie kota na stole i pogłaskała.
- O, i to w bardzo zaawansowanej ciąży, jak widzę. - Cmoknął doktor i sięgnął po stetoskop. - Mogę prosić książeczkę?
- Książeczkę?
- Książeczkę zdrowia kota. - Powtórzył.
Amelia kiwnęła przecząco głową.
- Nie ma książeczki, ja znalazłam ją wczoraj w parku.
Uśmiechnął się szeroko.
- A, to wszystko wyjaśnia. Dobrze, ja zbadam pacjentkę, a potem założymy książeczkę.
Dziewczyna czuła, że zrobiła z siebie straszną niedojdę. Ale była tak mocno rozkojarzona, nie mogła pozbierać myśli.
- Przepraszam, panie doktorze, ale ja nigdy jeszcze nie byłam u weterynarza i nie wiem za bardzo…
Machnął na nią lekko ręką i wskazał słuchawki stetoskopu w uszach. Uśmiechnął się przy tym rozczulająco. Kiedy skończył osłuchiwać kota odezwał się.
- Nic nie słyszałem. Znaczy nie słyszałem żadnych nieprawidłowości u kici i nie słyszałem co pani mówiła.
- Mówiłam, że nigdy jeszcze nie byłam u weterynarza. - Powtórzyła – Czy to znaczy że jest zdrowa?
Mężczyzna obejrzał ją dokładnie, obmacał, zajrzał do pyszczka, uszu i oczu.
- Odchody?
- Są
- Ale jakie?
- A… - Zastanowiła się. Nie miało sensu odpowiadać że śmierdzące. - Brązowe, takie normalne chyba.
- Znaczy nie ma biegunki ani krwi.
- Nie. Apetyt też jest.
- Dobrze, to przydałoby się jeszcze pobrać krew i może iść do domu. Wyniki krwi będą jutro po południu.
- Dziękuję.
- Ma pani jakiś kontener na nią. Niebezpiecznie tak kota nosić bez zabezpieczenia.
Amelia się zmieszała. Nie miała nic. Chciała kupić kilka rzeczy po pracy.
- Pożyczę Pani kontener na królika, to był spory królik miniaturowy, jak pani przyjdzie po wyniki to go odda, ok?
- Bardzo dziękuję, nie wiem co powiedzieć, ja mogę zapłacić za kontener.
Zbył ja uśmiechem i poszedł do wspomniane nosidełko. Kiedy wrócił wsadził do niego kotkę, która się nie opierała za bardzo.
- Książeczkę założę jak będą wyniki. Wpiszemy też dane do komputera. I proszę jej podawać do jedzenia tę odżywkę. Teraz i po porodzie jak będzie karmić. Nie jest droga, a bardzo dobra. - Był bardzo zasadniczy i energiczny. Podał jej pudełko z odżywką i pokazał jak dawkować. Po wyjaśnieniu już wszystkiego i uregulowaniu należności, pożegnał się uprzejmie. Wydawał się nieco spięty. Miły ale zdystansowany i właśnie spięty. Nie zrobiło to na Amelii dobrego wrażenia, miała odczucie, że go nieco irytuje swoim nieprzygotowaniem. Najwyraźniej nie należał do najcierpliwszych osób na świecie. Cóż, nie musi, ważne by znał się na swoje robocie, bo nie cierpliwością się leczy zwierzęta.
Zapisała sobie godziny pracy doktora i poszła do domu.
W pracy, popijając spóźnioną kawę w pokoju socjalnymi opowiadając koleżance o przygodzie z kotem nagle uświadomiła sobie pewną zaskakującą rzecz. Od kiedy spotkała kicię, ani razu nie pomyślała o Robercie. Zastanowiło ją to do tego stopnia że zamarła. Zaintrygowania jej bezruchem koleżanka przyjrzała się dokładniej twarzy Amelii.
- W porządku?
- Tak – Ocknęła się dziewczyna – Zamyśliłam się nieco, co zrobię z kociakami?
- Znajdziesz im nowe domy. Wywiesimy u nas ogłoszenie.
Kiedy mówiła jej to szefowa, zamaszyście przestawiająca książki z regału zwrotów na stolik na kółkach, wydawało się to wszystko takie nieskomplikowane. Po prostu odchowa kociaki i znajdzie im nowe domy. Poczuła ciepło w sercu na myśl o małych puchatych kuleczkach. Lubiła zwierzęta, nie miały ich z mamą ze względu na brak czasu. A może z niejakiej wygody? Teraz to już było bez znaczenia, bo będą miały kilka kotków.
- A jak właściwie nazwałaś tą Twoją kotkę?
Amelia zastanowiła się chwilę stając przy regale i zapatrzyła w okno. Nie myślała o imieniu dla kici. Nadanie imienia to znaczące wydarzenie. To zdecydowanie się na opiekę nad stworzeniem, wzięcia na siebie odpowiedzialności. Czy była na to gotowa? Czy miała wybór? Przecież tak naprawdę to już wzięła odpowiedzialność za życie tej kici. Kicia.
- Będzie się nazywać Kicia. Tak ją cały czas nazywam i w myślach i na głos…
- Dzień dobry – Rozmowę przerwał im interesant.

Wyniki badan krwi Kici odebrała od młodej dziewczyny, która ją poinformowała, że doktor pojechał do nagłego wypadku. Nie wiedzieć czemu Amelia poczuła pewną ulgę, że nie spotkała tego mężczyzny. Od praktykantki dostała książeczkę zdrowia pacjentki i broszurę dotycząca opieki nad ciężarnymi kotami.
- Wyniki są w normie, to dobrze. Jedynie nieco podkarmić ją trzeba. - Wyjaśniła dziewczyna i poprosiła Amelie o dane do założenia karty pacjenta w komputerze. Kiedy załatwiły już wszystkie formalności Amelia oddała kontener, wyszorowany i zdezynfekowany.
- Doktor prosił przekazać, że jakby coś się zaczęło dziać to może pani dzwonić o każdej porze dnia i nocy. - Podała bibliotekarce wizytówkę z oficjalnym numerem telefonu oraz ręcznie dopisanym komórkowym. - A tutaj jest adres i telefon do gabinetu usg, jakby chciała pani sprawdzić co z kociakami. My nie mamy jeszcze usg, ale już niedługo – Poinformowała mile zaskoczoną Amelię. Widać doktor „spięty” przejął się pacjentką bardziej niż się na początku wydało. A może to jego standardowe procedury? Nie istotne, ważne, że zadbał i że wyniki są dobre.
Kicia w domu Amelii miała już wszystko co było jej potrzebne. Kuwetę w prawdziwego zdarzenia z drewnianym żwirkiem, zestaw miseczek, dobre jedzenie, suplementy i nawet kilka zabawek, chociaż nie wykazywała nimi zainteresowania. Była nieco nerwowa na zmianę z ospałością. A wieczorem zaczęła się bardzo nerwowo kręcić w kuchni pod stołem, gdzie miała przygotowane prowizoryczne legowisko. Wybrała to miejsce więc obie panie poświęciły koc i kilka starych ręczników, a także polarową bluzę na jej potrzeby.
- Co ona taka wiercącą dziś? - Zapytała mama obserwując zwierzaka przy kolacji.
Zaniepokojona Amelia uklękła przy nodze od stołu i z przerażeniem uświadomiła sobie, że absolutnie nic nie wie o kotach. Może coś ją bolało, może kociaki się wierciły, a może…
- Może ona rodzi? - Spojrzała na matkę i nagłym strachem.
- Może, weź dzwon do tego lekarza, się znaczy weterynarza, w sumie jeden pies – Zakomenderowała mama i sama zanurkowała pod stół. - Kiciuniu kochana czy to już czas na ciebie? Znaczy na maluchy, tfu tfu, aby nie w złą godzinę.
Amelia nawet nie spojrzała na zegarek tylko wykręciła prywatny numer doktora napisany na wizytówce i czekała na połączenie. Kiedy odebrał nie przyszło jej do głowy potwierdzić z kim rozmawia tylko nerwowo rzuciła:
- Ona chyba zaczyna rodzić?
Chwila konsternacji po drugiej stronie trwała zaledwie ułamek sekundy.
- Gatunek?
- Co?
- Kto rodzi? Pies czy kot, krowa, fretka?
- Kicia. - Amelia uzmysłowiła sobie, że nie przedstawiła ani siebie ani pacjentki. - Amelia. Powiedziano mi że mam dzwonić jak się coś będzie działo.
Weterynarz chyba dopiero teraz załapał z kim ma do czynienia.
- Dobrze, już rozumiem, pani od znalezionej ciężarnej koteczki… Amielii tak?
- Ja jestem Amelia, a kicia to Kicia. - Poprawiła i znów sobie zdała sprawę, że mówi i zachowuje się jak co najmniej mało rozgarnięta. Odetchnęła głęboko i zaczęła jeszcze raz. - Panie doktorze, z tej strony Amelia, opiekunka ciężarnej kotki o imieniu Kicia. Kicia chyba zaczyna rodzić bo strasznie się wierci i wygląda jakby miała przysłowiowe robaki w… wie pan gdzie ma się robaki.
- Wiem – Odparł. - Jadła ostatnio?
- Mamo, doktor pyta czy jadła
- Nie, jakoś tak od rana bez apetytu – Odpowiedziała po zastanowieniu mama i zaraz z przestrachem dodała – Ona teraz właśnie zwymiotowała, Boże co to znaczy?
- Panie doktorze, Kicia wymiotuje. Co robić?
- Spokojnie, to normalne, ale proszę mi podać adres, przyjadę, bo mi panie zejdziecie nim się poród na dobre zacznie.
Amelia podała adres i odłożyła telefon. Buła przestraszona, zmartwiona i nieco skrępowana swoją nieporadnością.
Doktor zadzwonił domofonem zaskakująco szybko.
- Arkadiusz Szymański lekarz weterynarii, witam serdecznie – Przedstawiła się obu paniom.
- Pan o tej godzinie jeszcze w pracy był? Bo tak szybko dotarł. Ona jest w kuchni – Powiedziała mama i zaprowadziła go do rodzącej.
- Ja mieszkam nad gabinetem… to daleko nie miałem. No co tam maleńka, gotowa jesteś? - Odezwała się niebywale ciepłym głosem do kotki. Obserwował ją przez chwilę po czym wyłonił się spod stołu. Wyprostował na całą wysokość. Odwróciła do stojących w drzwiach kobiet i uśmiechnął na widok ich zmartwionych min.
- Drogie panie, wszystko wygląda dobrze, nie widzę żadnych komplikacji. Poród się dopiero zaczyna. Może trwać kilka godzin.
- Panie doktorze, zapłacimy z nawiązką, ja wiem, że to późna godzina, wizyta domowa, długa ale bardzo nam zależy aby… - Mama Amelii gotowa była w tej chwili zaciągnąć kredyt byleby doktor nie porzucił Kici w tej trudnej chwili. Ale on nie wyglądał na takiego co chce ja porzucić. Wyglądał na zmęczonego.
- Dobrze, nie ucieknę, nie chce mieć na sumieniu dwóch tak uroczych dam, bo Kicia jak sadze świetnie sobie poradzi. - Odparł w obronnym gestem. - W takim razie czy mogę prosić o kawę, bo przyda mi się.
- Oczywiście. - Odpowiedziały równocześnie.

Kicia była łaskawa i wydała na świat bez żadnych komplikacji trzy kociaki, którymi od razu z wielkim oddanie się zajęła.
Arkadiusz, jedynie obejrzał maluchy by stwierdzić brak jakichkolwiek wad widocznych gołym okiem i oddał je kotce.
- Jakie słodkie z nich kluseczki – Stwierdziła cicho Amelia przyglądając się ssącym i mlaskającym szkrabom. W jej oczach było tyle czułości i miłości, zalśniły również łzy. Arek odwrócił dyskretnie wzrok by nie peszyć dziewczyny. Jej głos, wzrok i cała energia, jaką emanowała były przesiąknięte miłością i dobrem i ciepłem. Czuł się bezpiecznie w tym momencie, mimo iż był tu na chwilę i był tylko gościem.
- Dziękuję panie doktorze – Powiedziała dziewczyna kiedy wstali i zaczął zbierać się do domu.
- Nie ma za co, to ona odwaliła całą robotę, ja piłem kawę i jadłem przepyszne kanapki. - Zaśmiał się zadowolony na to wspomnienie, bo były na prawdę rewelacyjne. Dawno nie jadł tak obfitej i smacznej kolacji. Od kiedy opuścił rodzinny dom… albo i jeszcze dawniej, kiedy odeszła babcia. Zasmucił się na chwilę co nie umknęło uwagi dziewczyny.
- Stało się coś?
- Nie, nic, zmęczony jestem tylko, więc będę się zbierał.
I nie czekając na nic wymknął się błyskawicznie na klatkę schodowa i słychać było tylko jego szybkie kroki.
- Nie wziął pieniędzy – Powiedziała mama stając w przedpokoju koło zaskoczonej córki.
- Zaniosę mu jutro. Razem z kanapkami…
- Tak, wyglądał jakby nie jadł od dłuższego czasu.


Amelia przez te dwa dni od kiedy pojawiła się u niej Kicia ani razu nie pomyślała o swoim chłopaku. I kiedy sobie to ponownie uzmysłowiła, zastanowiło ją to, że nie tęskni do niego. I, że najwyraźniej on do niej też nie, bo nie zadzwonił ani nie napisał. Zresztą jak się głębiej nad tym zastanowiła to on nigdy sam do niej nie dzwonił chyba, że miał sprawę. To ona zawsze pisała, bo kilka razy dał jej do zrozumienia, że nie lubi jak mu przeszkadza bezsensownymi telefonami. Więc pisała, czasem oddzwaniał czasem nie. Ale zawsze, przez te dwa lata ich związku od niej wychodziły wszelkie formy kontaktu. Poza tymi intymnymi.
Tak, w tej materii potrafił zadbać o siebie…
Amelia westchnęła głęboko i boleśnie bo naga prawda zaczęła do niej docierać w przerażającą jaskrawością. Jej chłopak, Robert, ten wspaniały mężczyzna, w którym była tak beznadziejnie zadurzona to egoistyczny dupek. I to dupek, który nie szanował jej tak jak na to zasługiwała. Prawił jej słodkie słówka, nazywał „swoją bibliotekareczką”, grzeczną dziewczynką, swoim małym molem książkowym, ale jak sobie teraz przypomniała te określenia to wydały jej się obrzydliwe i wulgarne. Przesycone jakimś fetyszem. Brudnym i paskudnym. Nie było w tym miłości, uczucia czy czułości. Jedynie seks.
A ostatni… był wręcz odpychający. I wiedziała, że kiedy to robili, on myślał o innej. A co gorsze, nie pierwszy raz. A więc zdradzał ją, z całą pewnością. Jak mogła się tak oszukiwać, że mężczyzna pokroju Roberta będzie wierny jednej kobiecie i to takiej jak ona, szarej myszce z biblioteki miejskiej.
Najpierw poczuła wściekłość, ale zaraz potem pojawił się żal i wstyd. Jaka ja ślepa i głupia byłam. Bankiet zapoznawczy w redakcji… redakcyjna wigilia… sylwestrowe spotkanie, zanudzisz się maleńka, sami faceci będą, o sporcie gadać.
A przecież z tej gazecie pracują też kobiety.
Siła olśnienia była tak wielka, że Amelia poczuła słabość w kolanach i usiadła na pufie przy regale. Brakowało jej tchu i musiała się powachlować książką.
- Wszystko dobrze, proszę pani? - Zaciekawiła się starsza kobieta podchodząc do niej.
- Tak, trochę mi duszno, ale już wszystko jest w porządku, dziękuję.
- Napij się wody kochanieńka i zjedz coś boś chudzinka i pewnie dla tego słabujesz.

 Marianna dawno tak dobrze nie spała. Nie żeby miała jakieś z tym problemy, czy cierpiała na bezsenność ale tej nocy wyjątkowo dobrze odpoczywała. Wielki kudłaty kot spał zwinięty obok niej i nawet jej do głowy nie przyszło by wyganiać go z pościeli. Przez warstwę kołdry i koca czuła jego obecność i spływał na nią jakiś taki dziwny spokój.
Miała wspaniałe sny, była w nich wiosna, kwiaty i zielona, młoda trawa. Była też stara, piękna acz powyginana i pełna dziwnych narośli grusza, obsypana kwieciem niczym watą cukrową. Marianna płynęła w stronę wielkiej gruszy, która przywoływała ją niczym kochająca matka. Obok niej leciał kot. Tak leciał, miała skrzydła. Ale nie jak można by się spodziewać po ssaku błoniaste i cienkie jak u nietoperza. Lecz ptasie, jak pegaz czy gryf. Jego były bardzo podobne do skrzydeł sowy. Bo i kolorystyką pasowały i tym jak ciche były, jak on cały. Poruszał nimi bezszelestnie. I uśmiechał się do Marianny. Co prawda tylko oczami ale uśmiechał.
Dolecieli do wielkiej gruszy, otoczonej błogim aromatem nektaru i cichuteńką muzyką dzwonków. Przez okwiecone gałęzie przenikały poranne promienie słońca malując na trawie uściełanej złocistymi główkami mniszków, błyszczące wzory. Usiedli na trawie, dziewczyna oparła się o pień i niemal słyszała jak wiekowe drzewo do niej szepcze, albo nuci. Przytknęła do chropowatej kory ucho i wsłuchała się w dźwięki. I nagle zrozumiała. Drzewo śpiewało. Nie rozumiała poszczególnych słów ale potrafiła powtórzyć melodię. Czuła, jak błogostan nieznany jej do tej pory ją ogarnia. Takie uczucie wszechogarniającego szczęścia, błogość i radość w najczystszej formie. Nigdy nie czuła tego rodzaju emocji na jawie.
Po chwili słuchania zaczęła rozumieć słowa śpiewane przez gruszę. „Przyjdź, przyjdź, dziecino, przyjdź, do kory mej twarz przytul, przyjdź... dziecino.” To wspaniałe drzewo przyzywało ją. Właśnie ją.
Marianna obudziła się o piątej rano, spokojna i pewna jednego – jedzie do sadu. Nie ważne czy pada czy grzmi czy nawet śnieżyca za oknem, ona musi jechać. Wstała tak rześka jak jeszcze chyba nigdy. Podeszła do okna, było jeszcze szaro, ale niebo widziała całkiem czyste i bezchmurne. Zatem gdzie ten zapowiadany deszcz, ponoć miało już w nocy lać. Sięgnęła po telefon i zaktualizowała prognozę. W chwili obecnej jej smartfon radośnie pokazywał na dzień dzisiejszy pełne słonce i lekki wietrzyk, ciśnienie w sam raz i temperaturę optymalną czyli 20 stopni. Czyli jak widać coś się zmieniło przez tych kilka godzin. Cieszyła się.
Popatrzyła na siedzącego w swojej nieulubionej pozycji na boginię Bastet drapieżnika.
       - No co, jedziesz ze mną, wiesz o tym? - Powiedziała do niego.
      A on przymknął oczy jakby się łaskawie zgadzał i przeniósł wzrok na widok za oknem. Marianna, zaczęła się ubierać i robić szybkie śniadanie równocześnie. Skutkiem tego był rozbity talerzyk. A skutkiem rozbitego talerzyka wyrwana ze snu Kasia. Wtoczyła się nieprzytomna do kuchni i ziewając oraz trąc oczy zapytała:
     - Co się dzieje? Czemu świrujesz w środku nocy?
    - Jest rano a nie środek nocy – Odparła ruda zalewając wrzątkiem herbatę w termosie i kawę w kubku – chcesz kawy?
     - Jakie rano? Ciemno przecież...
     - Szaro nie ciemno, zasłony masz grube. Kawy? - Dopytywała się Marianna.
     - Nie. Ja idę spać, normalna jestem – Wstała i w drzwiach jeszcze się odwróciła. - Ale miało padać przecież.
     - Ale nie pada i prognoza dobra. Jadę bo miałam sen, piękny, i jadę.
     - Kota bierzeeeesz... - Ziewnęła pytając.
     - Biorę, co będzie się w pościeli wylegiwał. Może jednak postanowi do domu wrócić.
     - Myszy ci przegoni. - Rzekła na koniec zaspana Kasia i zniknęła w swojej sypialni.
      Może i ma rację, ale co tam, jak faktycznie będzie jej przeszkadzał to więcej go nie zabierze.
     - O matko – Przestraszyła się gdy zamknęła lodówkę, a na blacie siedział kot, którego nie było tu jeszcze sekundę wcześniej i nie powinno być na blacie w ogóle. - Złaź. Przesadzasz nieco. - Strąciła go.
Przygotowała mu jedzenie i patrząc jak powoli i dystyngowanie spożywa swoje śniadanie, zjadła, zapewne mniej dystyngowanie, swoje. Uśmiechnęła się do siebie. To będzie piękny i wspaniały dzień. Była tego pewna. Nic go jej nie zepsuje, nawet palant na ryczącym motorze.

CDN

Pozdrawiam i gorąco dziękuję za każde słowo.


11 komentarzy:

  1. Przeczytałam , ale chyba coś wcześniej już było ?
    Uśmiałam się niesamowicie przy telefonie : Ona rodzi :-)))
    Pięknie piszesz i czyta się bardzo ciekawie i lekko, słowa same się układają i tak człowiek ślizga się po tekście , który nie wiadomo kiedy jest przeczytany :-)
    Pisz dalej :-) ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest pięć odcinków, składających się w całość. Nawet nie wiesz jak bardzo są dla mnie ważne słowa które napisałaś, o wiele cenniejsze niż wszystkie achy i ochy na temat haftów, obrazów czy zdjęć. Bo pisanie to trudna sprawa, żeby się fajnie czytało. będę pisać. A ciebie zachęcam do przeczytania poprzednich części bo są całością i konstruktywnej krytyki. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Zadziwia mnie, jak szybko kobiety zmieniają zdanie. Nie chodzi mi oczywiście, czy słusznie, czy nie, tylko o tę właśnie szybkość:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w kontekście czego piszesz, treści powieści czy coś ja napisałam. Ale oczywiście słyniemy z tego, są o tym dowcipy. Dzięki, że czytasz i zaglądasz.

      Usuń
  3. Hmm... weterynarz to chyba ze szpitala w leśnej Górze czy jakoś tak.
    Chciałabym takiego spotkać. Nie, żebym trafiała na bezdusznych konowałów, ale w życiu nie jest tak słodko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja znam dwóch takich, w różnym wieku i z różnym doświadczeniem ale obaj zawsze byli właśnie tacy i oczywiście że za darmo nie przyjadą, to odpowiednio kosztuje, a ten tu kasy nie wziął no bo można się domyślić że nierozgarnięta Amelia mu w oko wpadła. A żeby nie było ze u nas sami doktorzy z leśnej góry to jedna weterynarz postanowiła nabić kasę na moim umierającym kocie.

      Usuń
  4. Wspaniała historia, ale Ty już to wiesz :) Jak zawsze czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niesamowita historia. Czytało się mega przyjemnie i z niecierpliwością czekam na kolejne części :)
    Świetnie skomponowana opowieść. Jest i humor i małe dramaty i rozkwitające uczucie. Ciekawe co będzie dalej ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jak ja dziękuję za te słowa. Będę publikować co jakiś czas chociaż teraz tyle sięd zieje, że mi brakuje czasu na wszystko:)

      Usuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.