środa, 30 maja 2018

Zapraszam na spacer po moim ogrodzie.


Witajcie.

Na wiosnę na niemal każdym blogu miałam okazję podziwiać wasze wspaniałe ogrody. Zachwycałam się i wzdychałam, a przecież mój nie gorszy.
Zatem będąc w odwiedzinach u rodziców (tak, to ogród rodziców, ale do jego powstania i pielęgnacji fitosanitarnej mocno się przyczyniłam więc jest też niejako mój - innego nie mam), postanowiłam pokazać jego urodę. Na pierwszym zdjęciu widać bramę wjazdową porośniętą winobluszczem.

Poniżej nasz kilkuletni tulipanowiec, bardzo ciekawe i ładne drzewo. Co roku większe i większe:)
A także rzut na nasze główne miejsce wypoczynku - huśtawka z parasolem. Widać też żółtego sumka. Wspaniałe ozdobne drzewko o pięknych liściach. Oraz plantację paproci mającą już ze 40 lat.




Teraz zapraszam na ogródek warzywny. Po lewej fasola tyczkowa w odmianach, po prawej fasolka szparagowa, buraczki, marchew i cała reszta. Przed nami sadek oraz kompostownik, na którym rosną dynie:)
 Widok od sadku - ogóreczki, pomidorki i winogrona. Oraz mały inspekt na nowalijki.

Strażnik działki. Znosi do ogrodu ofiary, norniki, myszy, nawet łasice.

Czereśnie obrodziły. A na nich szpaki, drozdy, kwiczoły, kosy, dzięcioły... cała plejada.

 Agrest też ładnie owocuje, jak będzie miał dość wody to nie opadnie.

Jesteśmy na prawo od sadku z czereśniami i resztą owocówki. Z przodu widać kawałek miejsca na ognisko. Rzut na domek, psią budę i tak zwany front. Bo wycieczkę zaczęliśmy od tyłu.

 Sadek - Jabłonka i śliwka na pierwszym planie.

Tu wiśnia japońska, a za nią katalpa. 


 Liza

 Rabata pod lasem.


Wspominałam o ognisku. Jest kącik, bezpieczny, nikomu nie przeszkadzający.



 Ta jodełka na rabacie pod lasem, to było nasze drzewko na święta trzy lata temu. Rodzice zasadzili do gruntu i proszę, co roku większa, i ma piękne szyszki.


Zbliżenie na drugi kącik leniuszka.


 Mama lubi funkie, ładnie zagospodarowały nieciekawy zakątek, a tata walczy ze ślimakami.


No, jesteśmy przy tarasie, obok psiej budy której nie uwieczniłam, nie wiem czemu.

 Zbliżenie na wjazd.

Rabata pod lasem od drugiej strony.

 Strażnik.

Wiśnia japońska pięknie w tym roku kwitła


 Winogrona obrodziły.

 Piwonie zakwitły wszystkie na raz, zapach jest odurzający.

 A w ich sąsiedztwie serduszka.
Dopiero przeglądając zdjęcia zorientowałam się, że ominęłam jedną ścianę i fragment ogrodu. Tą z rododendronami i iglakami. Trudno, jeszcze będzie okazja. 

Miłego długiego weekendu życzę. 

środa, 23 maja 2018

Zaległości, zaległości

Hej kochani!
Dziś będzie o moim małym demonie - zaległościach.
Nie wiem czy istnieją twórcy nie posiadający ich w swoim arsenale. Ja mam ten problem, że często nie kończę prac. Leżą takie na wpół zrobione i czekają na święte nigdy. Podejrzewam że wynika to z mojej "nerwicy twórczej" jak to sobie w myślach nazwałam. Gdyby moje tworzenie zajmowało mniej czasu, dwa dni max to pewnie nie miałabym tych zaległości. A tak... 
To w czasie kiedy robię jedno, mój sfiksowany umysł już myśli o nowym, już widzi inne wspaniałe dzieło. Zazwyczaj udaje mi się zapanować nad tym, ale czasem mu się poddaje i tak oto gromadzą się te moje zaległości. 
Na przykład ten tygrys sprzed kilku lat.

Nie raz jest też tak, że coś ćwiczę i mi nie wychodzi. Są w pomyśle jakieś wady i jest pod górkę. Nie idzie i już i w końcu rzucam taką pracę w ciul nawet jeśli zostało mi bardzo mało do skończenia.
Tak właśnie było w przypadku tej sikorki. Zaczęło się już od tła, pisałam kiedyś o tym, że papier ma znaczenie. Kupiłam w stacjonarnym sklepie tani arkusz papieru do akwareli ( bo było mi niezręcznie wyjść ze sklepu bez zakupu, jak już zawróciłam paniom głowę pytaniami). Niestety papier okazał się beznadziejny, farba się nie chciała rozmyć jak powinna (metoda mokre na mokre). No to zaczęłam się przyglądać i uznałam, że papier ma dwie strony i najwyraźniej one mają znaczenie. Wzięłam drugi kawałek i powtórzyłam wszystko na stronie odwrotnej. No dobra, ładnie się farba rozmieściła, ja zadowolona, chcę zdjąć płyn maskujący, a ten mi schodzi z papierem. Nosz... szlak mnie zaraz trafi.
Zawzięłam się, sięgnęłam po blok papieru zakupiony wcześniej i machnęłam szkic jeszcze raz. To nie był ten mój najdroższy, bawełniany, ale też dobry. No i niby wszystko ładnie pięknie, ale jednak coś nie tak, nie do końca mi szło... zmieniałam techniki, akwarele na kredki akwarelowe a w końcu wzięłam akryl. Nic, żadna technika mi nie pasowała i w końcu odłożyłam pracę. 

Wśród moich zaległości jest też śpiąca łasica sprzed pół roku. Zaczęłam nad nią pracować zimą i odstawiłam z powodu braku tła. Po kilku miesiącach spróbowałam kontynuować prace nad tym obrazem.




Oprócz tego są jeszcze moje ukochane gile:

Oraz akwarelowy lisek.

Na szczęście nie mam takich zaległości w haftach. Jedyny haft który zajmuje mi już ok roku to "karakal"
Mam taki mały plan, żeby skończyć kiedyś te prace, przynajmniej niektóre.
A u was jak to wygląda?
Pozdrawiam.

środa, 16 maja 2018

Sens życia

Od lat borykam się z zaburzeniami depresyjno lekowymi. To upierdliwe schorzenie, niby człowiek zdrów na ciele ale... jakby ktoś wyssał chęć do życia. Budzisz się i nie masz ochoty nawet oka otwierać, nic nie cieszy, wszystko ci jedno. Zero emocji. Nie ma smutku, jest kompletne zobojętnienie i to ono jest najgorsze. To takie powolne umieranie ze świadomością tego. Życie jest pozbawione jakiegokolwiek sensu, koloru czy smaku. Traci wartość.  Najchętniej leżysz i czekasz na sen, a jak przyjdzie atak lęku to szukasz ucieczki. 
W najróżniejszy sposób. Niektórzy piją, inni próbują imprezować, żeby sobie adrenalinę podnieść, ja... zadawałam sobie ból. Żeby poczuć, że jeszcze żyję. 
Kiedy poznałam Szparaga pierwsze etapy znajomości były pełne odurzenia, jak to z zakochaniem bywa. Z czasem depresja lękowa wróciła. Z nasilonymi epizodami lękowymi. Pojawiły się dziwne myśli, nad którymi nie można zapanować, zapętlające się natrętne, zamęczające. Nie wierzyłam, że on ze mną zostanie. 
Bałam się że mnie zostawi, że w końcu przejrzy na oczy, jaka ja beznadziejna jestem, jaka do niczego. Przeżywałam stratę związku w czasie kiedy on w najlepsze trwał. Sabotowałam ten związek, wystawiałam uczucie ukochanego na wiele prób, podświadomie chcąc by potwierdziło się to czego się tak obawiałam. 
No głupota, powiecie. Tak głupota, ale nie zależna. Tak działają zaburzenia lękowe z grupy pogranicznych. 
Trafiłam na terapię, potem indywidualna, trochę leków. Poznałam się lepiej, poznałam z czym mam do czynienia. Poznałam sygnały, nauczyłam się oceniać poziom zagrożenia. Wiem kiedy mam szansę poradzić sobie sama, a kiedy muszę udać się po pomoc. 
Nawet nie podejrzewałam jak ogromnie pozytywny wpływ na moje zdrowie psychiczne będzie miało prowadzenie bloga. Dzięki niemu czuję energię do tworzenia, do rozszerzania swoich zainteresowań, do oddawania się pasjom. A dzięki pasjom czuję radość w życiu i chęć do życia, nie popadam w stany kiedy wyglądam i czuję się jak opuszczona przez duszę. 
Może to nierozsądne, ale prowadzenie bloga, dzielenie się na jego łamach swoimi przemyśleniami, fotografiami i obrazami nadaje mu konkretny sens. Taki codzienny mały kopniak energii życiowej. 
Moim największym akumulatorem jest Szparag, odporny na moje podświadome sabotaże i wariactwa. Trwa przy mnie i wspiera, daje siłe do walki z demonami.
W międzyczasie poznałam dwie fantastyczne nauczycielki, które odsłoniły przede mną pewne oczywiste prawdy. Dzięki nim nauczyłam się doceniać wszystko co mam i co mnie spotyka, dziękować za każdy dzień i za każdy drobiazg. Kiedy zdarza mi się zbłądzić, ich słowa sprowadzają mnie znów na ścieżkę radości i spokoju. Wiem, że nie można trwać w wiecznej radości, to wykończyłoby organizm, wiem, że są okresy kiedy po intensywnym tworzeniu, padam i nie robię nic przez tydzień, dwa, czasem miesiąc. I na taki czas sobie pozwalam, to jest regeneracja. Ale kiedy zaczyna to trwać dłużej, zastanawiam się i szukam bodźca do ruszenia.
Znam swoich wrogów, stres, bezpodstawną krytykę działania, czepialstwo. Nie umiem się przed tym bronić na tyle skutecznie by nie pozostawiało siniaków. Zwłaszcza przed stresem i napięciem. Dla tego unikam go. 
I cieszę się swoim życiem każdego dnia, bo jest mi teraz dobrze. Nie wróciłabym do czasów szkolnych czy studenckich. O nie, teraz, ze Szparagiem i kotami jest mi najlepiej.

środa, 9 maja 2018

Opowieści źdźbłem i liściem pisane - wiosna oszalała

No tak, no bo jak to inaczej nazwać. Marzec trwał nam trzy dni, potem ładny kwiecień i nagle wybuchł maj aż do czerwca i to wszystko w czasie jednego kalendarzowego miesiąca. A dziś widziałam kwitnące lipy. Lipy! W maju? No obłęd jakiś.
Nie wiem jak wy ale ja nie ogarniam i nie nadążam, co gorsza.  Człowiek chciałby się tu wiosną pocieszyć ale jak tak dalej pójdzie to nam z początkiem czerwca sierpniowo nawłocie zakwitną i zaraz astry Marcinki, a w lipcu zbiory podgrzybków i opady liści. 
Człowiek marzy sobie, że porobi zdjęcia nim na drzewach liście wyskoczą, a tu lipa, nim się obejrzał to się zaliściło.
Dobrze że są stwory które czasem z tych liści wyglądają.
Na przykład takie ładne raniuszki.




Tydzień później ten klon miał już w pełni rozwinięte wielkie bordowe liście. Skandal.
Można też liczyć na ciekawską sójkę, szpaka czy łyski na stawie.




No i nigdy nie zawodzą sikory. Oraz trznadle.



Łaskawa okazała się również makolągwa. Resztę trzeba wyłuskiwać spośród liści niczym ziarna maku z piasku.
Czy wam też się wydaje, że kwitnie wszystko na raz niezależnie od tego czy pora odpowiednia czy nie? Czy to tylko moje dziwaczne odczucie. Normalnie czuję się pijana tą wiosną przypominającą lato. Gdzieś mi ona uciekła, brakuje mi jej uroków, powolnego rodzenia się zieleni. Tęsknię za nią. 
Wiem, nie fajnie tak narzekać jak taka piękna pogoda, ale co ja poradzę, że za szybko mi uciekła ta, która normalnie ma trzy miesiące z okładem, a tu się do miesiąca zwinęła. Jakby mnie ktoś okradł. I co, czekać do następnego roku trzeba, nie ma rady.