sobota, 30 czerwca 2018

Spacer wśród motyli.

Lato się zaczęło już kilka dni temu, a pogoda jak na komendę jakoś tak mało letnia się zrobiła, jakby się pory roku pomieszały. Albo zmówiły:) Ale zanim się pogoda zbiesiła i zagrała świeżo wyzwolonym uczniom na nosach, załapałam się na fajny spacer po lesie. 
Ale zanim przejdę do zdjęć, to mam takie spostrzeżenie, które mi uświadomiła znajoma. Kiedy kilka dni temu spadła temperatura do skandalicznych 20 stopni, to wyszłam rano do pracy w kurtce. A kiedy w marcu puknie 20-tka na termometrze to wyskakujemy w krótkim rękawku z uśmiechami na twarzach. Jak to z nami jest ciekawie, że jednak ta sama temperatura w zależności czy z 10 czy z 30 się wyłoni, inne wywołuje reakcje. Fascynujące. 
Świat jest w ogóle bardzo fascynujący i ciekawy.


Karlątek.


Rusałka pawik - kto go nie zna:)


polowiec szachownica


Czerwieńczyk dukacik

Czerwieńczyk nieparek


Modraszek
 

Przestrojnik jurtina

Dodam jeszcze, że jak szliśmy ze Szparagiem przez las, to doszedł nas słodki intensywny aromat. Zaczęliśmy się rozglądać za jakimś kwitnącym drzewem, ale nic nie było w okolicy. I po kilku krokach zagadka się rozwiązała. Na środku leśnej drogi, na pasie trawy między koleinami kwitła koniczyna. Na powierzchni może dwóch metrów kwadratowych, było może do setki główek. I to one pachniały odurzająco na odległość kilkunastu metrów. To też jest fascynujące:)

A we Wrocławiu remonty torowisk i 3/4 tramwajów ma pozmieniane trasy, zwariować idzie. 

W strumyku w Dziczy wody nadal brak, staw zielony i falujący. Deszczu jak na lekarstwo, skutecznie omijają Dzicz.

No i z powodu pogody ominęły mnie w tym roku świetliki, ale za to są nietoperze, srają na ścianę i hałasują ale bardzo się cieszę, że wróciły i mają się dobrze.








sobota, 23 czerwca 2018

Hejt i najmądrzejści w internecie.

   Wiecie co, ja ostatnio zwracam większą uwagę na komentarze pod artykułem, czy to w gazecie internetowej czy prywatnym wpisie na FB. No jakoś tak masochistycznie pławię się w tej brei przemądrzałych i nienawistnych wypowiedzi, zazwyczaj na poziomie szamba. Czasem aż świerzbi żeby palnąć tego czy owego, ale ostatecznie macham z politowaniem głową i wychodzę ze strony w rosnącym przekonaniu, że ten gatunek jest na krawędzi zagłady.

   No ja jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że się emocjonalnie podniecili na artykuł o dopalaczach czy tragicznym wypadku gdzie zginęła babcia pod tramwajem. Od zarania dziejów najmniej rozgarnięta gawiedź podniecała się śmiercią innych i najgłośniej przezywała. Pewnie już pohukiwali przed jaskinią z pałą w owłosionej dłoni, że lew jaskiniowy pożarł syna wodza. I że to wina syna bo głupi się na lwa zamierzył. A pewnie prawda taka, że nie na lwa tylko na jaskiniowa antylopę, a lew się trafił przypadkiem. A sami pewnie nie raz w lwa rzucali kamieniami:(

   No, ale wiecie co, ja wiernie czytam minibloga Miłozwierza. Na FB prowadzi i polecam ze szczerego serca. Wpisać "miłozwierz" i wyskoczą wam opisane humorystycznie i satyrycznie komiksy z kotem w roli głównej. Są krótkie, a opisy bardzo sytuacyjno życiowe. Dziewczyna z dystansem do siebie i świata, ogarnięta i nie płynąca z prądem. Ma swoje zdanie, które czasem bardzo delikatnie wyraża. I rozwaliło mnie, że pod jej jałowym emocjonalnie wpisem o popkornie do mikrofali, też się goownoburza wywiązała. Że i tam się znaleźli popękami co im sól himalajska przeszkadza do tego stopnia że postanowili shejtować i wyśmiać wszystkich łącznie z autorką.

   No weźcie, bez przesady, toż to tylko popkorn i to bez oleju palmowego. O co kaman?! Już na prawdę nie ma ciekawszych wpisów, do których można się przyssać i jadzić toksycznym sarkazmem poniżającym każdego w promieniu kilometra. Żenada.

   Osobiście mam na tyle farta i staram się być jednak na forum publicznym obła poglądowo, że hejt w swej najczystszej postaci mnie jak dotąd ominął. Oby omijał dalej. Zdarza mi się usuwać z komentarzy jedynie spam w obcym języku, który się ostatnio rozsiał, bo mnie drażni. 
Może też dla tego prawie nie mam wpisów podobnych do tego, nie chce kontrowersji, ale czasem się z człowieka ulewa.

A jak u was z tym hejtem? Zdarzył się, jaki był? 
Pozdrawiam serdecznie i do następnego.

wtorek, 19 czerwca 2018

Był staw - nie ma stawu.

   No zgroza, włos się jeży na głowie. Spuścili wodę z mojego stawu. No, on jest tylko tak w mojej głowie MÓJ. Bo należy do jakiegoś koła hodowców ryb czy coś tam. No i w tym roku, jako, że susza straszliwa, to zabrali z niego wodę, żeby wzmocnić większy staw hodowlany. Bo ten mój to taki rezerwowy jest. No i mi się bardzo smutno zrobiło z tego powodu. Bo zaczęłam myśleć nad tymi wszystkimi młodymi, które zginą bez niego. No bo dorosłe to odlecą na te większe, a pisklęta? Domyślam się jaką ucztę miały lisy. Nawet się popłakałam... A potem zrobiło mi się jeszcze smutniej bo dotarło do mnie, że mogę zapomnieć o bielikach, błotniakach, czaplach, perkozach i całej reszcie.
   A na kilka dni przed tym egoistycznym i materialnym procederem staw jakby wiedział, że nie dostane mi będą te wszystkie wspaniałości i dał mi moje pierwsze w życiu dziki. Były bardzo daleko.




   Najpierw zobaczyłam tę samotną loszkę, brodzącą w płytkiej i tak wodzie. Przestraszyło ją szczekanie Nory, która ogłosiła przyjazd gości do rodziców. Szczekanie się niosło i prześladowane przez myśliwych zwierzęta nie ryzykowały pozostania na otwartej przestrzeni. Wcale im się nie dziwię.
   Ale po kwadransie wyszły z lasu na żerowisko. 

   To był niewielka wataha, licząca chyba z pięć dorosłych osobników i kilka warchlaków. Ale ciężko było mi się doliczyć. Stałam jak zaczarowana i podglądałam je przez obiektyw. Cieszyłam się że mam w okolicy kilka tych pożytecznych dla lasu zwierząt. 
   Do tego, żeby było już w ogóle odlotowo, zauważyłam po prawej od dzików, przy gnieździe łabędzi krzykliwych jakiś rudy ruch. Jeśli ruch może mieć kolor, to ten miał zdecydowanie rudy. Sarna, pomyślałam i skierowałam tam obiektyw. Jednak już pierwsze zdjęcie zweryfikowało mój wcześniejszy osąd. To nie była sarna. To łania. Moja pierwsza w życiu łania i jeleń w ogóle.






  Wiedziałam, że są w okolicy jelenie, bo kiedyś zimą widziałam pięknego byka z kilkoma łaniami biegnącego przez naszą łąkę, a od dwóch lat słyszę ryki jesienią. Ale nie miałam okazji zobaczyć z możliwością uwiecznienia. A tu taki prezent. Ciarki miałam na plechach i rękach z podekscytowania. Co fantastycznego. I to o takiej porze dnia. Przedpołudnie to było.

No a teraz...


   Woda zeszłą w dwie doby. Nora jest załamana, bo upał a ona uwielbiała się kąpać w tym stawie. Teraz nie ma w czym. Bo strumień też wysechł, a jak zeszła woda ze stawu to w strumieniu zaraz po tym znikła. Obniżył się poziom wód podskórnych, a nie ma skąd napłynąć powierzchniowa, bo nie pada od wielu tygodni. Nawet burze omijają ten teren. 
 Ślimaki walczą o przetrwanie i zaskorupione w swoich domkach będą czekać na lepsze czasy. 

 Widać świetnie tropy różnych zwierząt. Bo jeszcze jest błotniście, ale to już nie długo, słońce skuje na skałę dno.



   Jakby ktoś się zastanawiał to tak się prezentuje dno wyschniętego stawu. Typowo wodne rośliny padły, żyją te błotne, ale też nie wiadomo jak długo. Z doświadczenia wiem, że za jakiś czas cała powierzchnia będzie porośnięta wysoką turzycą. I wygląda to jak sawanna. Brak tylko zwierzyny. 
   Czuję żal. Ale wiem, że nie mam na to wpływu. Tak działa gospodarka i nikt nie myśli o tym jakie mogą być straty dla natury. Zresztą, jak powiedział mi Szparag, to człowiek stworzył sztucznie tę nisze ekologiczną i udostępnił ją naturze niejako, a czasem musi ją zabrać. Za rok, jak nie będzie suszy to wszystko wróci do normy. No ma chłopak jakąś tam racje. Ale jednak żal, że nie będzie perkozów, czapli i bielików. 


A jakie jest wasze zdanie na temat takiego interwencyjnego spuszczenia wody...
Mimo wszystko miłego tygodnia.






wtorek, 12 czerwca 2018

Haft cieniowany - Karakal na malowanym tle

Witajcie kochani. 
Długo mnie było, bo tak ze dwa tygodnie, lekką ręką. Nie miałam pomysłu co napisać, czasu na szukanie inspiracji, motywacji do wymyślania. Ale nie był to zły czas, wręcz przeciwnie, to że mnie na blogu nie było, nie znaczy, że nic nie robiłam. 
Otóż robiłam... A jakże... Twardo przysiadłam do haftu karakala. Ja go planowałam skończyć... w listopadzie. 
Ale mnie podkusiło... o tym zaraz. Najpierw początki. 
Oj, chyba z rok temu już pisałam o pomyśle, żeby wyhaftować coś na malowanym tle. Bo, patrząc na swoje hafty, brakowało mi w nich tła. Czasem ładnie to wygląda, a czasem aż się prosi o jakiś drugi plan. No i tutaj pojawił się pomysł odkopania farb. (poskutkował powrotem do malowania:)).
Wykopałam z piwnicy niemal moje stare akryle i zaczęłam zabawę. Efekt widać na górze:) Na sawannie, za złamanym konarem przyczaił się dziki afrykański kot - karakal. Każdy facet zapytany co to jest odpowie - wojskowy śmigłowiec, czy coś w tym stylu. A pierwotnie to właśnie piękny niewielki złoty  kot mieszkający w Afryce.

Pierwsze ściegi łatwo się stawiało... Ściegi się stawia? Robi? Co się robi ze ściegami. A! Nakłada chyba. Zatem... Pierwsze ściegi nakładało się łatwo. Były różnej długości, te bliżej nosa - najkrótsze, bo tam sierść jest króciuteńka.

Cieniowanie na policzkach wynika nie tylko z innego odcienia nici ale również z tego , że są tam dwie firmy nieci - niby ten sam odcień ale jeden bardzie odbija światło niż drugi. Jak łatwo zauważyć, na szyi ściegi są długie i składają się z podwójnej nitki muliny.
Nie lubię wyszywać uszu.

No, i kiedy już miałam wyszytego niemal całego kota, wpadłam na "genialny" pomysł wyhaftowania tej gałęzi za która on się chowa. A czemu był to "genialny" pomysł... Bo ta gałąź to mnie prawie do grobu wpędziła. Po pierwsze było tam bardzo dużo farby która usztywniła i uszczelniła materiał tak, że nie szło wbić igły. 
Ale się zaparłam. Z tym, że zanim się zaparłam to się poddałam na kilka ładnych miesięcy. Wróciłam niedawno z zamiarem ukończenia haftu. Siadłam do tej gałęzi. 
To tworzące korę to chaotycznie nakładane króciuteńkie dwunitkowe ściegi. A zielone węzełki na dole to ma być mech - jakby kto nie wiedział.
Wygięły mi się trzy igły i złamała jedna. A palce bolały jak diabli, ale warto było. Mam naukę na przyszłość. Lepiej planować rozkład pracy i jeśli będzie malowane tło, to najpierw się DOBRZE zastanowić co będzie wyszyte.
Ostatecznie jestem zadowolona z efektu. Chociaż teraz już widzę kilka rzeczy które zrobiłabym lepiej, ale... każda praca to dla mnie i nauka i zabawa - doświadczenie.
A tak się prezentuje w całej okazałości mój obraz.

Pozdrawiam i siadam do następnego haftu. Miłego tygodnia.