niedziela, 29 lipca 2018

Luna poleca - Tajemniczy czarny kot

Nie robię tego często, ale kiedy trafia się TAKA okazja, nie mogłam nie przyjąć tej propozycji. Nadarzyła się możliwość by przeczytać i zrecenzować świetną pozycję książkową. Chyba nikogo nie zdziwi, że chętnie się tego zadania podjęłam skoro mam w domu jednego czarnucha, a w sercu dwa (nieodżałowaną Lunę i Amona - kota przybłędę, który wychował Surę, naszego psa).
Pozycja ta to: 


 Jest to prześlicznie wydana książka, która doskonale nadaje się na prezent dla każdego właściciela kotów wszelakiej maści, miłośnika kotów, bądź po prostu człowieka ciekawego życia. 
Czyta się bardzo przyjemnie i informacje zostają w głowie, co dla mnie ważne, bo lubię zapamiętywać to co czytam. 


Książka jest wspaniale wydana. Twarda oprawa w dotyku przypomina stare woluminy obleczone miękką skórą. Ornamenty i złocenia też dodają jej smaku. Ilustracje, zdjęcia, cytaty i przedruki sprawiają że wraca się do lektury. 
Książka jest szyta i zawiera wygodną wstążeczkę. Nie wiem jak dla was ale dla mnie taka forma wydania jest oznaką jakości. Kartki nie będą mi wylatywać, książka się nie pogniecie. Miło się ją trzyma w dłoni. Jest lekka. I matowa, nie dobija się światło jak w przypadku kredowych śliskich papierów używanych do albumów. 
Przeczytałam z zadowoleniem i polecam.
I nie tylko ja:)
Antek również się zapoznał, swoje zdanie o tym co się o czarnych kotach sądzi wysyczał i poszedł spać. 





A ja swój egzemplarz przekazuję Gosiance Zza Moich Drzwi na bazarek na rzecz potrzebujących tymczasków i innych biednych zwierzaków.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Wszechświat spełnił moje marzenie.

Witajcie. 
Jak widać nie mogę się zdecydować na to, jak ma wyglądać mój blog.  Mnie się bardzo podobał motyw jaki zastosowałam przez ostatni tydzień, taki przypominający magazyn popularnonaukowy. Jednak doszłam do wniosku, że osoby opowiadające się za układem pierwszym, miały sporo racji, co do bocznych zakładek. W związku z tym poszukałam rozwiązania będącego kompromisem. Jest jasno, przejrzyście, czytelnie i świeżo, a zarazem nawigacja nie uległa zmianie - niemal. 
Jak to się mawia - wilk syty i owca cała.  

No, ale co meritum...  Od dawna marzyłam by zrobić zdjęcie zimorodka. To taki niezwykły ptak. Piękny w tych swoich neonowych barwach. Namalowałam go sobie, zaczęłam nawet wyszywać... ale zdjęcia nie miałam okazji zrobić. 
Przyjechałam do Dziczy ze Szparagiem i jak to my poleźliśmy na spacer. Wielką nam przykrość sprawił widok wyciętego lasu, gdzie zbieraliśmy grzyby. Niby nie duży areał poszedł pod nóż, ale jednak to bardzo przygnębiający widok. I jakoś nie poprawia nastroju świadomość, że przecież to są lasy produkcyjne i są po to by je ściąć.

Wracaliśmy mocno już zmęczeni i na wysokości upustu stawu gdzie wypuszczają wodę kanałem przez las, postanowiłam rzucić okiem na ten kanał. Dwa tygodnie temu kotłowało się tam od setek jak nie tysięcy kijanek. Kiedy podeszłam do betonowego progu podtrzymującego groblę, coś błękitnego śmignęło niczym iskierka do lasu. Szparag zachwycony zapytał się mnie, co to było.
Zimorodek kochanie, to właśnie był zimorodek.  
Autentycznie zachwycił się widzianym ledwie przez kilka sekund ptaszkiem. A potem pokazał mi coś jeszcze. Kijanek w kanale nie było. Za to ile rybek. Takich wielkości małego palca, całe ławice kotłujące się w kałuży o szerokości trzech, długości ok sześciu metrów i głębokości może do pól metra. No nie są to wymarzone warunki dla narybku. Obawiam się, że jak teraz znów nadejdą upały bez deszczu będzie im coraz trudniej. Za to zimorodki mają tam darmową jadłodajnię. 
Co tu dużo pisać, wróciłam tam i zaczaiłam się. Nie trzeba było długo czekać (40 min) i pojawił się mój wymarzony zimorodek. 
To będzie nudna sesja, ale nie umiałam zrezygnować z żadnego z tych zdjęć. A to raptem procent tych co zrobiłam.  



 Przysiadł na drągu i przez kilka minut podrygiwał zmieniając pozycję. Nie wiem czy obserwował mnie czy przyglądał się ofiarom. 
Ten kanał odpływowy jest w lesie i niestety było dość ciemno, zatem jakość zdjęć odbiega od doskonałości, ale ja się tak cieszę  z tych fotek...


 Nagle się zerwał i błyskawicznie zanurkował.  A prawdę mówiąc to ledwo musnął powierzchnie wody, odbił się i usiadł na patyku wystającym z mułu - z dwiema zdobyczami. Chciał je ogłuszyć i jednej się udało - wypadła z dzioba. Popatrzył za nią jakby rozczarowany. Po czym połknął tę którą miał i dalej siedział podrygując. 



Po kilku minutach znów zapolował i złapał taką dość duża rybkę. Połykał ją na trzy raty. I jak już się znalazła w brzuchu to zrobił coś dziwnego. Zerwał się i zaczął latać nerwowo nad taflą wody co jakiś czas o nią zaczepiając. A potem usiadł na słupku i zaczął się pielęgnować. Zrozumiałam, że on się w ten sposób kompie.
 

 I odleciał gdzieś w głąb lasu. 


Przyszłam tam jeszcze popołudniu licząc na to, że będzie lepsze światło. Kiedy się zatrzymałam na skraju drogi, na drągu siedziały dwa ptaki, ale jeden bardzo szybko uciekł, a drugi chwile po nim. Zajęłam wcześniejsze miejsce i usiadłam przygotowana na dłuższe czekanie. Po jakiejś półgodzinie pojawiła się ten odważniejszy ptak. 


 Tak jak poprzednio, chwilę posiedział i znów zapolował. Robi to na prawdę błyskawicznie. Kompletny laserek. A jak już połknął tę rybę to przez następnych kilkanaście minut przemieszczał się po rożnych gałęziach, aż w końcu odleciał do lasu.






 Czy nie sądzicie, że to na prawdę taki mały klejnocik. Wyjątkowej urody stworzenie. 

Jestem bardzo wdzięczna, że Wszechświat dał mi tego zimorodka (znaczy, możliwość uwiecznienia i obserwacji). Tak sobie też pomyślałam jak wracałam z pierwszej sesji, że to jest jakaś rekompensata. Za staw. Bo jak nie ma stawu to z tym kanale jest woda w narybkiem i są zimorodki. A wcześniej nie było tam tyle ryb, nie było kijanek i nie było zimorodków. Nie ma tego złego...
Na koniec dodam jeszcze, że odkryłam norę borsuka, że borsuka to wnioskuje po jego niezbyt świeżych zwłokach nieopodal. Może teraz zamieszkuje ją lis. A do tego w okolicy mam całą rodzinkę saren. Mamę z młodym i dorosłego kozła.

 

środa, 18 lipca 2018

Zmiany - wyczaić rutynę

Witajcie.
Chyba u każdego ( A może nie?) przychodzi kiedyś taki moment, że dopada go rutyna. Czy to w pracy, czy w życiu osobistym, twórczym i czy nawet w diecie i ubraniach. Ile ludzi - tyle rutyn. 

Za oknem deszcz, moje drugie po burzy ukochane w tym roku zjawisko. Od rana mam lenia, a to dla tego, że straszliwie się nie wyspałam, dręczyły mię hormony i komar. Słownie jeden! Jedna sztuka jakiegoś nazistowskiego brzęczydręczydła, która zamiast usiąść jak na komara przystało i ochlać się po słowiańsku juchy, to latała jak Francuzka po butikach i dziobała to tu, to tam. W efekcie mam kilka swędzących pamiątek po tej eskapadzie. Dziś dziada przed snem dopadnę, a koty będą chodzić głodne. Bo jak są głodne to polują, a jak nażarte to jestem pokąsana. 
No i nic mi się nie chce robić. Popadłam w rutynę. Może to dla tego też, że u Szparaga wielkie zmiany. Zmienił pracę, rozwija się, uczy... A u mnie ta sama nyndza. Nie, no ale przecież ja kocham swoją nyndze, uwielbiam ją... więc, o co kaman?

No dobra, gdzie się skryła konkretnie ta rutyna i jak ją zwalczyć? 
Jedni zmieniają partnera - Odpada, jest najwspanialszy na świecie.
Inni pracę - też jest ok. 
O, to może przemeblowanie? - Nie, nie będę przestawiać mebli bo to się wiąże z jakimś większym sprzątaniem, a mi się nie chce. 
Ale, zaraz, mam miejsce gdzie nie trzeba tachać szaf i kanap.
Tak, zrobię przemeblowanie na blogu. Zresztą po pięciu latach (prawie) wypadałoby tu nieco przewietrzyć bo cuć stęchlizną. Już przy ostatnim i chyba nawet jeszcze przedostatnim poście myślałam o lekkiej zmianie formuły bloga. Chciałabym go nieco odświeżyć, urozmaicić... 
Może tylko mi się wydaje, że coś zmieniam, może nikt poza mną tego nie dostrzeże ale jeśli jak widzę to już dobrze. Nie chcę być wtórna i nudna. Jak sie nie przyjmie to trudno, bedziem myśleć dalej. 
Ale dziś mnie dopadła szalona myśl - zmienię wygląda bloga (u fryzjera była sama niedawno więc odpada powtórka:)).
Zobaczę co z tego wyjdzie. Zresztą wy już teraz to widzicie. 

A tak poza tym wszystkim to uwielbiam pomidory. Im prawdziwsze tym lepiej. Za koktajlowe dam się posiekać i zaraz idę do Bidy w tym deszczu zanabyć nieco tych małych pysznych jagódek - na obiad. Świetnie czyszczą jelita. 


A w Sobotę mię uprowadzono w góry. Konkretnie na śnieżnik. Nie uwierzycie ale wlazłam. Sama, o własnych siłach. Coś strasznego, no mówię wam okropności się działy. Ja chciałam grzybki pooglądać a oni, że nie ma czasu. Ja chciałam odpocząć na kamieniu nad rzeczką , a oni se poszli. Na nic czasu nie mieli, gonili na tę górę jakby tam co za darmo dawali. No i dawali - koncerta dawali - Dom o zielonych progach, jakoś tak to szło. Doszłam ledwo ledwo i padła jak długa na ławkę. Pokochałam tę ławkę. I zmarzłam, bo na gorze wiało. A potem weź i zejdź człowieku jeszcze i to po ciemku. No okropni ludzie wam mówię. Do dziś moje nogi mi wypominają co myślą o takich ekscesach. Dawno nie miałam takich bolinóżek.


No to dajcie znać czy moja "gwałtowna" zmiana wyglądu bloga jest znośna. Miłego tygodnia i do następnego.
 

piątek, 13 lipca 2018

Burze i pragnienie widzy

Hej.
Mam ostatnio nową fazę. Odkryłam radary pogodowe. Najpierw radar burz, a potem opadów. I normalnie każdy dzień zaczynam od włączenia tych dwóch stron i obserwowania co się tam nad Polską dzieje. Gdzie pada, gdzie są wyładowania (w czasie rzeczywistym). No i zauważyłam, że i grzmoty i deszcz uparcie omijają i Wrocław i Dzicz. A nie wiecie, że Dzicz tak na prawdę nazywa się Wioska. No bardzo oryginalnie, nie. 

A co do radarów to się na początku tak zajarałam, że zadzwoniłam do mamy czy u nich faktycznie pada bo mi radar pokazuje, że powinno. I padało. Co prawda przez godzinę ale padało i pokazało więc działa. No i teraz wpadłam. Poczytałam sobie o układach konwekcyjnych, chmurach i bardzo żałuję że mam okna jedynie na wschód i nie mogę podziwiać tworzących się komórek burzowych. 



No, a kiedy już mi tęskno do natury, a za oknami tylko auta i tramwaje to włączam sobie podgląd na żywo z karmnika w Bieszczadach. I udaję, że to u mnie za oknem. Taka namiastka kontaktu z naturą. 
W ogóle to wam się przyznam, że ja mam przez cały czas ogromną potrzebę uczenia się. I tak jak mnie zainteresowały te chmury to zaczęłam czytać o nich i oglądać jak wyglądają, jak się tworzą. Potem jakoś tak płynnie przeszłam do minerałów i skał, oraz kamieni szlachetnych. Poczytałam, no ale jako, że mnie żadem egzamin nie czeka to nie wkuwałam. Co zostało to zostało, a jak będę chciała sobie przypomnieć to poczytam jeszcze raz. Ale zadziwia mnie ten mój głód wiedzy. Jak się trafi jakieś hasło w rozmowie które nie jest mi dobrze znane, to "hyc" do internetów szukać wiadomości.



Czy wiecie co to są FIBROBLASTY? No ja też nie wiedziałam, coś mi świtało ze szkoły ale nic poza tym. A słowo pojawiło się jak Szparag na meczu pisał do siostry o wyniku i mu autokorekta podmieniła. Zaśmiał się i przeczytał mi pytając czy wiem co to. No teraz to już wiem. I tak jest ze wszystkim. Chcę wiedzieć, rozumieć, odkrywać, poznawać. Ale na swoich zasadach. Nie widzę się znów na jakiś studiach czy innej szkole. Ja się już wykształciłam, teraz się uczę we własnym zakresie.
 A ostatnio we Wrocławiu lało, pięknie popadało.
 
No i jak najlepiej przetrwać ulewę będąc kotem? Antek się schowała w pieleszach, a Ciapek na wysokościach, żeby go nie zalało.


sobota, 7 lipca 2018

Szepty lasu i świetliki

Kochani, jestem w dziczy, nareszcie. Rodzinka ogląda mecz, podobno dobry.
A ja z kielonkiem półsłodkiego winka wyszłam na werandę i co mnie spotkało? Nietoperze. Te o których pisałam blisko rok temu, co mieszkają całym stadkiem u nas pod dachem gdzieś w rozszczelnieniu. Ćwierkają i skrzeczą po swojemu i co chwile któryś wyrusza na nocne łowy. 1, 2, 3... 5, 6... kilkanaście ich wyfrunęło i zygzakiem do lasu. Polujcie kochane łapcie komary.
A po drugiej stronie domu, na drutach siedzą jaskółki i też ćwierkają po swojemu. Dzienna zmiana się żegna, nocna idzie do boju, jak to wspaniale jest ułożone.
Dziś zaćmienie księżyca... do tego spadają gwiazdy, co za noc. Ciekawe czy będę miała jakiś sny, czy winko mi je zamuli. Ale zanim zasnę idę do lasu. Księżyca nie widzę, stoję na środku stawu i nic. Nie wiem gdzie jest. A gwiazdy, owszem, siedzą na firmamencie jak zawsze. Wracam powoli w stronę domu i co... świetlik, jeden, za nim następny. Są!!! Moje robaczki świętojańskie poczekały na mnie. Kochane. Wchodzę do lasu bukowo dębowego. Jest ich coraz więcej, prawie się ze wzruszenia popłakałam i wino nie miało z tym nic wspólnego:) Za to las w ciemności wydawał niesamowite dźwięki. Zupełnie inne niż za dnia. Całe poszycie się ruszało i miałam wrażenie, ze drzewa do mnie szepczą (to na prawdę nie ma nic wspólnego z winem, na prawdę). A jak pachniał, magicznie. Niesamowite przeżycie, czemu ja do tej pory nie chodziłam nocą po lesie?

Susza nadal nas męczy i wykańcza. Ogórków nie będzie, fasolka pięknie się pozawiązywała ale nie ma siły rosnąć. Staw jest zielony i faluje... strumienia brak. Las wygląda na bardzo zmęczony, liście takie bez życia, cicho jakoś. Owady korzystają, chociaż i one cierpią na brak wody, przynajmniej niektóre. Wieczory chłodne, w nocy jest czym oddychać. Nie wiem jak wy ale ja czuje się jak w pełni sierpnia.
Widziałam pięknie wiszącą w powietrzu nad skoszonym polem jakiegoś zboża, pustułkę. Do tej pory widywałam je jedynie w okolicy wież kościelnych w centrum Wrocławia - czyli bardzo wysoko. Od razu mi się humor poprawił, ale jako, że jechaliśmy samochodem po trasie szybkiego ruchu to nie było szans na fotografowanie, a szkoda trochę.
Na pocieszenie od wszechświata dostałam sarenkę.