wtorek, 25 września 2018

Zamordowane myszki:)

Czołem ekipa.
Nikt chyba nie ma wątpliwości o czym będzie traktował dzisiejszy wpis. No wspomnianych poprzednio, zbrodniczo potraktowanych przez niejakiego Lucjana-kota, myszuniach. 
Ja nie robiłam zdjęć tego jak wyglądały "PO" więc pokażę je "PRZED".
Są cztery, brązowa, ruda, cappuccino i szara. 



One są malutkie, chociaż zdjęcia mogą oszukiwać. Kawałek drewienka na którym leżą jest wielkości małej kromki. Szkoda trochę, ale cóż... mówi się trudno i dziobie się dalej. 
Zanim wyprodukowałam te cztery to powstał ich pierwowzór. 

Zupełnie siwiuteńka, gołębia myszka. Ta pierwsza była jednostronna. To znaczy mogła leżeć tylko na jednej stronie bo miała tylko jedną parę łapek. Potem dopiero pomyślałam, że spróbuję zrobić takie symetryczne. 
A z kolei ostatnio nadrobiłam jedną "utraconą" i oto ona.
Tak, prawie nie rożni się od tej pierwszej, ale o to chodziło, bo właśnie ta pierwsza została zamówiona dzień przed tragedią. 

No to jakoś przebrnęliśmy przez paradę myszek. I tak ich mniej niż w Australii. Tam mają miliardy. Znaczy takich żywych, plaga gorsza niż szarańcza. 

A u mnie ok, siniaki się ślicznie przebarwiają, noga już raczej ok, tylko zaczyna się robić coraz ciemniej i coraz wcześniej. A ja bym pohaftowała, pomalowała, podziobała, poczytała i nawet znów popisała a tu brak na to wszystko czasu... Za dużo tych technik, ale nie umiem z żadnej zrezygnować. Przyznam że mnie trochę to zaczyna przerastać. Po prostu nie ogarniam i robią mi się zaległości. A nie cierpię zaległości. Zwłaszcza, że kilka lat temu udało mi się przełamać ten upierdliwy schemat i sukcesywnie kończyłam swoje prace. Teraz widzą mi już trzy hafty i chyba ze trzy obrazy oraz jedna dziobana rzeźba. Nie umiem wypracować odpowiedniego systemu, bo się one u mnie nie sprawdzają. 
No nic, bywają gorsze dramaty i ludzie sobie radzą. 

Jesień przyniosła nam ból gardła i zapalenie oskrzeli u Ciapka. Myślałam, że będzie kolejny ząb do usunięcia bo zwracał suchą karmę, a okazało się że to dla tego bo go gardełko bolało. Jesteśmy na antybiotyku i już jest lepiej. Jeszcze dwie wizyty i portfel odetchnie. :)

Pozdrawiam i zdrowia w okresie kiedy większość reklam piwa i coli została zamieniona na pseudoleki.

 
 

 

wtorek, 18 września 2018

Wszechświat mnie zrzucił ze schodów.

I to bynajmniej nie w przenośni. Mam obite plecy nad kością ogonową, wielkiego sińca nad prawym łokciem gdzie moja ręka zetknęła się ze stopniem, nieco mniejszego po drugiej stronie ciała i naciągniętą prawą nogę i stopę. Żyję, czuję (ból, chwilowo ale czuję) więc nie jest źle.
I zniszczył cztery moje wydziobane wełniane myszki. Ja, matka trzech kotów (w sumie czterech ale jedno za Tęczowym mostem od kilku lat) zostawiłam w niezabezpieczonym pudełku cztery, świeżutkie, zrobione z naturalnej wełny myszki, w domu gdzie są dwa nieznane mi koty. Koty, którymi się opiekowaliśmy ze Szparagiem u przyjaciół. 
Zaćmieniu umysłowe? 
Ano nie do końca. 

Pierwsza przygoda miała miejsce w czwartek, druga nocą z Niedzieli na poniedziałek. Normalnie nie poświęciłabym temu nic poza złością i rozżaleniem. No bo się obtłukłam boleśnie i to w sumie przez czyjeś zaniedbanie, nie tylko swoją nieuwagę. A jaka była moja pierwsza myśl kiedy już po chwili odetchnęłam i uznałam, że żyję? Ano taka, że kuśtykając na tej naciągniętej nodze na kanapę, podziękowałam Wszechświatowi, że to się tylko tak skończyło. Że nie wyrżłam łbem o stopień, że nie skręciłam czy nie złamałam nogi. 
A kiedy mi Szparag przyniósł dwie zmaltretowane myszki rano do łóżka i powiedział, że nie znalazł dwóch kolejnych to się najpierw zmartwiłam czy kotu nic nie będzie, a potem, że jedna już była sprzedana i co ja powiem klientce. Ech, klientka jak poznała prawdę uśmiała się i wyraziła zgodę na poczekanie aż zrobię taką jak chciała.
Nie było złości, żalu, nerwów. Aż mnie to zdziwiło, na zimno wszystko wzięłam. Wow, ja? No jak widać. Potem przyszła głębsza analiza. 

No i tu się zaczęły prawdziwe kwiatki. Kilka lat temu radośnie weszłam na drogę samorozwoju duchowego, uleczenia wewnętrznego, poznania siebie, zwał jak zwał, wiadomo o co chodzi. No i zaczęłam delikatnie od afirmacji, od pokochania siebie od kontrolowania swoich myśli, wdzięczności. Super było... Och jaka ja się sobie mądra wydawałam i wielce oświecona. I tak przez kilka lat pławiłam się w tej wewnętrznej zupie, nie mając świadomości że to tak na prawdę przystawka. 
Przedszkole, może zerówka. I Wszechświat na to przyzwalał. On ma inne pojęcie czasu więc moje siedzenie cztery lata w zerówce nie oznacza kiblowania. Po prostu nie ma co bez znajomości alfabetu wysyłać delikwenta na studia. Bo po co? 

Ale kilka tygodni temu uznano chyba, że już całkiem dobrze składam kolorowe literki i pora brać się do roboty. Z tym, że nie dostałam wezwania przed komisję listem z niebios. Nieświadoma niczego odezwałam się do dawnej przyjaciółki z którą zerwałam kontakt siedem lat temu. I po tych siedmiu latach milczenia znalazłam ją na FB i napisałam. Tak się zaczęło. Doszło po kilku dniach do spotkania, do rozmowy, zaiskrzyło z obu stron i nagle zrozumiałam. 
Jeśli ja byłam do tej pory w zerówce to ona jest już w maturalnej. (Nadąrzacie?). Rozpoczęła ten proces na wiele, wiele lat przede mną i dużo wyżej orbituje. Już wiedziałam, że nagłe:" Odezwę się do Aśki, ciekawe czy mnie pamięta?" nie było bez znaczenia. Ona została postawiona na mojej drodze jako kolejny mędrzec, jako pomoc i drogowskaz. 

I się zaczęło. Taka karuzela emocji, że konia by powaliło. Za dużo, za szybko, zbyt gwałtownie. Wycieńczenie fizyczne. Bo, do tej pory pracowałam w głowie, w tym jak myślę, co myślę i najwyżej co mówię ale rzadko. Teraz przyszedł czas na "działanie". Ojej.
Ale czemu od razu z zerówki do liceum, gdzie całe osiem lat podstawówki ja się pytam... Ledwo umiem "Ola ma kota", a mi każą przepracowywać "mistrza i Małgorzatę". Zgroza.
Zgroza, że postanowiłam obalić swoje wewnętrzne blokady.
Zgroza, że postanowiłam spróbować odnieść sukces.
Zgroza, bo Aśka zorganizowała spotkanie klasowe po 18 latach. 
Moje ciało i moja podświadomość, czyli wewnętrzne dziecko, mała Marysia powiedziały głośne "NIE!!!"
Im jest dobrze w tym grajdołku w którym siedzą od 36 lat. Nie godzą się na zmiany bo zmiany są złe, bo zmiany bolą. Zatem na pierwszy ogień poszły blokady - bez żadnej konkretnej przyczyny siadły mi zatoki. Nos drożny, zero kataru, żadnych bakterii tylko spuchnięte i zatkane zatoki czołowe. Boli. 
Dwie noce kumałam, że zablokowane zatoki to manifestacja moich wewnętrznych blokad, które postanowiłam zrzucić. Jak do tego doszłam, rano znikło zatkanie w zatokach. Samo z siebie. Wow. Jeszcze wróci, łatwo się nie podda. 

Potem schody. Tak się zestresowałam tym spotkaniem, że zaczęłam wpadać w panikę. Bo co jest stałym elementem takich zlotów?
PORÓWNYWANIE.
Kto lepiej wygląda, kto ma lepszą pracę, odniósł sukces, fajniejsze auto i związek. Kto wygrał, a kto przegrał. 
I ja sobie nie zdawałam sprawy z tego jak bardzo ja się boje tego porównywania (całe życie byłam porównywana, w negatywnym sensie). Bo w ich oczach (znaczy oczach mojej matki, przez pryzmat której patrze na siebie niestety) ja jestem mocno przegrana. Praca żadna można powiedzieć. Co najmniej 10 kilko nadwagi i podejście do stylu mocno olewcze. Zero dzieci, za to trzy koty. No przynajmniej męża mam ok.
Kogo będzie interesować mój wspaniały związek z cudownym i wartościowym mężczyzna? Kogo będzie interesować, że chce w życiu robić coś ważnego DLA MNIE. Że się spełniam artystycznie. 
Założę się, że kiedy powiem, że jestem artystką i tworzę to padnie sakramentalne pytanie ile na tym wyciągam? I czy się opłaca. A nie chcę ich słyszeć. Tak bardzo, że manifestacją tego niechcenia było spadnięcie ze schodów. Wow (kolejne już). Przyznam, że mnie to nieco otrzeźwiło i posiedziałam nieco nad tym. Mam dwa miesiące żeby pójść na spotkanie w zgodzie ze sobą albo wcale.
No i myszki. Ciekawi co z nimi? 
Od małego słyszałam, że nie odniosę żadnego sukcesu, bo jestem do niczego, bo jestem beznadziejna, leniwa, niechlujna, bałaganiara, niesystematyczna i inne takie. Co zatem zostało mi wdrukowane? 
No, że ja sukcesu odnieść nie mogę bo jestem jaka jestem i takie jak ja nie odnoszą kurwa jego blać żadnych pierdolonych sukcesów! (sorry ale ulżyło mi)
No to jak się moje myszki zaczęły cieszyć niejakim powodzeniem to co zrobiła mała zaszczuta Marysia - zostawiła je na środku stołu w salonie z neurotycznym złodziejski kotem, żeby je zniszczył. Kot wywiązał się z zadania pierwszorzędnie. Nie mam mu nic za złe, zwłaszcza że to kot autystyczny. Jak to Szparag wczoraj obserwując go stwierdził:" Normalnie, jedziemy w górę mapy, jak nic". To cytat z piosenki Luxtorpedy właśnie o autyzmie.

Powiem wam, jestem zmęczona, ale nie mogę się cofnąć. Nie da rady. Wzięłam do ręki szpadel, a co tam ja wzięłam do ręki młot pneumatyczny. I ja rozwalę ten mur, który do tej pory skrobałam srebrną łyżeczką. Bo za tym murem siedzi mała, porzucona i niechciana Rysia i nieumiejętnie kochana, łaknąca miłości, uwagi i ciepła Marysia. I ja się muszę do nich dostać i dać im to czego nie dostały, czego nie dostała bo to przecież jedna i ta sama dziewczynka w najwcześniejszych chwilach swojego życia. Jeśli ja jej tego, sobie tego nie dam to nikt mi nie da. 
Będzie hard kor, ale się cieszę. Trzymajcie kciuki.

niedziela, 9 września 2018

Sesja Rudej Miss

Zanim przejdę do meritum, chciałam się podzielić taką informacją, że zostałam przyjęta do bardzo zacnego grona. Poland handmade to stowarzyszenie zrzeszające najlepszych polskich rękodzielników. Zostałam wyróżniona w kategorii Haft. 
A teraz wracamy do wełenkowania i filcowania, a jak mawia Szparag - dziobania. No bo ja nic, tylko dziobie tę wełnę tą igłą jak dzięcioł. 
Widziałam gdzieś na zagranicznych internetach, że twórcy zajmujący się tą techniką nazywają to Miękkimi rzeźbami. Coś w tym jest. 
Dla mnie osobiście jest to bardzo fascynujące, inspirujące ale i mocno wymagające medium. Po pierwsze to zarąbiście, że pracuje w trzech wymiarach. Po drugie to strasznie trudne, że pracuję w trzech wymiarach.  No bo kto wie jak wygląda głowa kota czy wiewiórki we wszystkich rzutach. Ok, kształt z profilu ogarnę ze zdjęcia, z przodu również, ale z góry? A jak się układają policzki, jak wały nadoczodołowe? Ciężko to ze zdjęcia wykminić. 
O ile model kota w 3D mam w domu, nawet trzy modele z czego tylko jeden pozwala kręcić swoją głową na rożne strony, to z innymi zwierzętami może być problem.  
A ja się na rudą uparłam. I całe trzy wieczory rzeźbiłam tę jej głowę. Żeby przypominała prawdziwą wiewiórkę. 
Inna sprawa to łapki. Bo nie zadowalają mnie takie "pałeczki" jakie ma Myszula. Ja chcę paluszki. I żeby się zginały... (Najlepiej to żeby po skończeniu ożyła i zaczęła hasać po lesie). Ogarnięcie paluszków to kolejny wieczór. No i ogon. Niby łatwe ale futro... 
No wybrałam sobie model, nie mogłam zaskrońca wybrać? Łatwy, lekki i przyjemny, ale nie, ja muszę się na głęboką wodę rzucić. Cała ja. 
Ale skoro już zaczęłam to postanowiłam ukończyć, a potem oczywiście zabrać na sesję. 







Zabrałam Rudą do lasu, żeby sobie posiedziała na pieńku. Potem do ogrodu, spodobał jej się sumak, ładnie jej było w żółtych liściach. Potem zainteresowała ja stara czereśnia, ale nic na niej nie znalazła i w końcu przeskoczyła na jabłoń. Ta w tym roku ma bardzo dużo pięknych i zdrowych jabłek. 
Niedługo nie będę miała gdzie trzymać tych zwierzątek:)
Obiecuję, że nim napisze o kolejnych wydziobanych zwierzętach opublikuje post o czymś innym. Postaram się:)