wtorek, 18 września 2018

Wszechświat mnie zrzucił ze schodów.

I to bynajmniej nie w przenośni. Mam obite plecy nad kością ogonową, wielkiego sińca nad prawym łokciem gdzie moja ręka zetknęła się ze stopniem, nieco mniejszego po drugiej stronie ciała i naciągniętą prawą nogę i stopę. Żyję, czuję (ból, chwilowo ale czuję) więc nie jest źle.
I zniszczył cztery moje wydziobane wełniane myszki. Ja, matka trzech kotów (w sumie czterech ale jedno za Tęczowym mostem od kilku lat) zostawiłam w niezabezpieczonym pudełku cztery, świeżutkie, zrobione z naturalnej wełny myszki, w domu gdzie są dwa nieznane mi koty. Koty, którymi się opiekowaliśmy ze Szparagiem u przyjaciół. 
Zaćmieniu umysłowe? 
Ano nie do końca. 

Pierwsza przygoda miała miejsce w czwartek, druga nocą z Niedzieli na poniedziałek. Normalnie nie poświęciłabym temu nic poza złością i rozżaleniem. No bo się obtłukłam boleśnie i to w sumie przez czyjeś zaniedbanie, nie tylko swoją nieuwagę. A jaka była moja pierwsza myśl kiedy już po chwili odetchnęłam i uznałam, że żyję? Ano taka, że kuśtykając na tej naciągniętej nodze na kanapę, podziękowałam Wszechświatowi, że to się tylko tak skończyło. Że nie wyrżłam łbem o stopień, że nie skręciłam czy nie złamałam nogi. 
A kiedy mi Szparag przyniósł dwie zmaltretowane myszki rano do łóżka i powiedział, że nie znalazł dwóch kolejnych to się najpierw zmartwiłam czy kotu nic nie będzie, a potem, że jedna już była sprzedana i co ja powiem klientce. Ech, klientka jak poznała prawdę uśmiała się i wyraziła zgodę na poczekanie aż zrobię taką jak chciała.
Nie było złości, żalu, nerwów. Aż mnie to zdziwiło, na zimno wszystko wzięłam. Wow, ja? No jak widać. Potem przyszła głębsza analiza. 

No i tu się zaczęły prawdziwe kwiatki. Kilka lat temu radośnie weszłam na drogę samorozwoju duchowego, uleczenia wewnętrznego, poznania siebie, zwał jak zwał, wiadomo o co chodzi. No i zaczęłam delikatnie od afirmacji, od pokochania siebie od kontrolowania swoich myśli, wdzięczności. Super było... Och jaka ja się sobie mądra wydawałam i wielce oświecona. I tak przez kilka lat pławiłam się w tej wewnętrznej zupie, nie mając świadomości że to tak na prawdę przystawka. 
Przedszkole, może zerówka. I Wszechświat na to przyzwalał. On ma inne pojęcie czasu więc moje siedzenie cztery lata w zerówce nie oznacza kiblowania. Po prostu nie ma co bez znajomości alfabetu wysyłać delikwenta na studia. Bo po co? 

Ale kilka tygodni temu uznano chyba, że już całkiem dobrze składam kolorowe literki i pora brać się do roboty. Z tym, że nie dostałam wezwania przed komisję listem z niebios. Nieświadoma niczego odezwałam się do dawnej przyjaciółki z którą zerwałam kontakt siedem lat temu. I po tych siedmiu latach milczenia znalazłam ją na FB i napisałam. Tak się zaczęło. Doszło po kilku dniach do spotkania, do rozmowy, zaiskrzyło z obu stron i nagle zrozumiałam. 
Jeśli ja byłam do tej pory w zerówce to ona jest już w maturalnej. (Nadąrzacie?). Rozpoczęła ten proces na wiele, wiele lat przede mną i dużo wyżej orbituje. Już wiedziałam, że nagłe:" Odezwę się do Aśki, ciekawe czy mnie pamięta?" nie było bez znaczenia. Ona została postawiona na mojej drodze jako kolejny mędrzec, jako pomoc i drogowskaz. 

I się zaczęło. Taka karuzela emocji, że konia by powaliło. Za dużo, za szybko, zbyt gwałtownie. Wycieńczenie fizyczne. Bo, do tej pory pracowałam w głowie, w tym jak myślę, co myślę i najwyżej co mówię ale rzadko. Teraz przyszedł czas na "działanie". Ojej.
Ale czemu od razu z zerówki do liceum, gdzie całe osiem lat podstawówki ja się pytam... Ledwo umiem "Ola ma kota", a mi każą przepracowywać "mistrza i Małgorzatę". Zgroza.
Zgroza, że postanowiłam obalić swoje wewnętrzne blokady.
Zgroza, że postanowiłam spróbować odnieść sukces.
Zgroza, bo Aśka zorganizowała spotkanie klasowe po 18 latach. 
Moje ciało i moja podświadomość, czyli wewnętrzne dziecko, mała Marysia powiedziały głośne "NIE!!!"
Im jest dobrze w tym grajdołku w którym siedzą od 36 lat. Nie godzą się na zmiany bo zmiany są złe, bo zmiany bolą. Zatem na pierwszy ogień poszły blokady - bez żadnej konkretnej przyczyny siadły mi zatoki. Nos drożny, zero kataru, żadnych bakterii tylko spuchnięte i zatkane zatoki czołowe. Boli. 
Dwie noce kumałam, że zablokowane zatoki to manifestacja moich wewnętrznych blokad, które postanowiłam zrzucić. Jak do tego doszłam, rano znikło zatkanie w zatokach. Samo z siebie. Wow. Jeszcze wróci, łatwo się nie podda. 

Potem schody. Tak się zestresowałam tym spotkaniem, że zaczęłam wpadać w panikę. Bo co jest stałym elementem takich zlotów?
PORÓWNYWANIE.
Kto lepiej wygląda, kto ma lepszą pracę, odniósł sukces, fajniejsze auto i związek. Kto wygrał, a kto przegrał. 
I ja sobie nie zdawałam sprawy z tego jak bardzo ja się boje tego porównywania (całe życie byłam porównywana, w negatywnym sensie). Bo w ich oczach (znaczy oczach mojej matki, przez pryzmat której patrze na siebie niestety) ja jestem mocno przegrana. Praca żadna można powiedzieć. Co najmniej 10 kilko nadwagi i podejście do stylu mocno olewcze. Zero dzieci, za to trzy koty. No przynajmniej męża mam ok.
Kogo będzie interesować mój wspaniały związek z cudownym i wartościowym mężczyzna? Kogo będzie interesować, że chce w życiu robić coś ważnego DLA MNIE. Że się spełniam artystycznie. 
Założę się, że kiedy powiem, że jestem artystką i tworzę to padnie sakramentalne pytanie ile na tym wyciągam? I czy się opłaca. A nie chcę ich słyszeć. Tak bardzo, że manifestacją tego niechcenia było spadnięcie ze schodów. Wow (kolejne już). Przyznam, że mnie to nieco otrzeźwiło i posiedziałam nieco nad tym. Mam dwa miesiące żeby pójść na spotkanie w zgodzie ze sobą albo wcale.
No i myszki. Ciekawi co z nimi? 
Od małego słyszałam, że nie odniosę żadnego sukcesu, bo jestem do niczego, bo jestem beznadziejna, leniwa, niechlujna, bałaganiara, niesystematyczna i inne takie. Co zatem zostało mi wdrukowane? 
No, że ja sukcesu odnieść nie mogę bo jestem jaka jestem i takie jak ja nie odnoszą kurwa jego blać żadnych pierdolonych sukcesów! (sorry ale ulżyło mi)
No to jak się moje myszki zaczęły cieszyć niejakim powodzeniem to co zrobiła mała zaszczuta Marysia - zostawiła je na środku stołu w salonie z neurotycznym złodziejski kotem, żeby je zniszczył. Kot wywiązał się z zadania pierwszorzędnie. Nie mam mu nic za złe, zwłaszcza że to kot autystyczny. Jak to Szparag wczoraj obserwując go stwierdził:" Normalnie, jedziemy w górę mapy, jak nic". To cytat z piosenki Luxtorpedy właśnie o autyzmie.

Powiem wam, jestem zmęczona, ale nie mogę się cofnąć. Nie da rady. Wzięłam do ręki szpadel, a co tam ja wzięłam do ręki młot pneumatyczny. I ja rozwalę ten mur, który do tej pory skrobałam srebrną łyżeczką. Bo za tym murem siedzi mała, porzucona i niechciana Rysia i nieumiejętnie kochana, łaknąca miłości, uwagi i ciepła Marysia. I ja się muszę do nich dostać i dać im to czego nie dostały, czego nie dostała bo to przecież jedna i ta sama dziewczynka w najwcześniejszych chwilach swojego życia. Jeśli ja jej tego, sobie tego nie dam to nikt mi nie da. 
Będzie hard kor, ale się cieszę. Trzymajcie kciuki.

44 komentarze:

  1. To ja trzymam kciuki całą sobą. O rany rany... tak czytam Twój post i zaczynam zastanawiać się nad sobą samą;)
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, czasem wystarczy mała rzecz by się zadziało coś wielkiego. Będę pisać jak mi idzie. Pozdrawiam. Z nad młota:)

      Usuń
  2. Kiedyś mój Mąż, tłumaczył synom, dorosłym już przecież, że mama przechodzi na terapii przyśpieszone dojrzewanie. Znaczy był żłobek, przedszkole, podstawówka...a teraz mama w gimnazjum, więc uprasza się o cierpliwość i zrozumienie :-) Ja ponieważ 50+ jestem, to przerabiam na tempo. W ciągu trzech lat mnie przekręciło. W sumie zazdraszczam zerówki przedłużonej :-) Ostatnio na warsztatach dziewczyna podzieliła się swoją historią. Kilka długich lat była w rozwoju. Spróbowała wszystkiego o czym piszesz i jeszcze więcej. Weszła na ścieżkę przebaczania, zrozumienia i oświecenia :-) Żyła sobie spokojnie, aż pierdykło jej wszystko, związek, rodzina, choroba. I koleżanka do niej powiedziała (zakładam, że raczej Wszechświat): wiesz, każdemu to mogło się przytrafić, ale nie tobie! Choć w sumie drogowskaz tylko wskazuje drogę, ale nią nie idzie :-)
    Śmiałam się do rozpuku, miałam taki okres w życiu oświeconym :-) Jak by nie paczyć Luna, wszystko się sprawdza w działaniu, w ciele, w emocjach. Przytulam Rysię, Marysię i Marię ;-) A mój Mąż przybija żółwika twojemu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz wspaniałego męża, pozazdrościć. Znaczy ja nie zazdroszczę bo mam anioła w domu. Wiesz, czytam i słucham i tak najczęściej spotykam się z tym, że w pewnym momencie każdy z Wędrowców Duszy popełnia ten błąd pychy. Że mu się wydaje, że już osiągnął oświecenie, jest taki mądry , widzi szerzej... a potem BUM! Wychodzi, że jak mawia Szpilka Przykrył gówno bita śmietaną. Kupiła mnie tym tekstem. Świetnie obrazuje to w jaką pułapkę wpadamy.
      Ja sobie tak myślę, że w tej zerówce siedziałam tyle lat bo się bałam ruszyć dalej. I Wszechświat wielkodusznie mi na to pozwalał do momentu aż uznał, że jestem gotowa. On uznał więc nie dyskutuję. A z tym przebaczaniem to mam zgrzyt. Jak przerobię to się podzielę.

      Usuń
    2. Z przebaczaniem i ja mam zgrzyt. Na to Szpilka pomaga :-) Powoli :-) Przerabiaj, będziem się dzielić. Obawiam się, że Twój mąż taki sam jak mój :-)Cierpliwi oni i kochani do nieprzytomności :-) Gówno bitą śmietaną !!! Jak mi to umkło? Padłam :))))))

      Usuń
  3. Te zdjęcia są niesamowicie cudowne!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Może to nie do końca na temat, ale wiesz co zrobiłam ostatnio?
    Zrobiłam nowego dyniaka, sporego jak na dyniaka, raczej trudno go nie zobaczyć. No i wzięłam ja sobie tego dyniaka i poszłam z nim na główne szlaki turystyczne naszego miasta ;) Obserwowałam ludzkie reakcje na niego, a reagowali bardzo sympatycznie, a na koniec tego spaceru pogadałam sobie z przesympatyczną parą w moim wieku, którzy byli zachwyceni tym moim dyniakiem :)))
    No i właśnie tego było mi ostatnio bardzo potrzeba, a moich szkolnych kolegów nie interesuje co robię, ale co z tego? :)
    A te złote zdjęcia są NIESAMOWITE!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna sprawa z tym dyniakiem. Nie wiem czy miałabym obecnie odwagę, chociaż chodziłam z kotem. Też zwracałam na siebie uwagę, ale kotu się szybko znudziło. Dziękuję za komentarz. Pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń
  4. Dlatego tego typu zloty unikam wielkim łukiem albo jak kto woli ucinam w zarodku. Nie bawią mnie te ,,porównania" a przede wszystkim fałszywe lansowanie się i przybieranie sztucznych póz. Przyznam się, że nie wiele zrozumiałam z tego postu ale skoro jest tak trudny to życzę Ci pogody ducha i poradzenia sobie z tym co Cię trapi :)
    pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że nie wyśmiałaś mnie tekstem, że "wymyślam sobie na se problemy". Bo i taki tekst od znajomej, młodziutkiej usłyszałam. Dla niektórych to wydumane problemy, a dla mnie poważna przeszkoda, trauma z dzieciństwa i chcę się tego w końcu pozbyć, żeby oddychać pełną piersią.

      Usuń
  5. Czuję się bezradna, kiedy czytam to, co piszesz. Kolejna osoba, która tłucze się w kokonie niedocenienia i jest ofiarą "toksycznych" relacji. Cały czas pracuję nad soba, by pozbyć się pewnych narzuconych mi kiedyś, a potem dodawanych w trakcie kolejnych etapów życia, "ograniczeń". Ja jestem bardzo silna wewnętrznie, ale z tym nie daję sobie rady. Nie bywam na spotkaniach klasowych i nie mam zamiaru na nich bywać. Właśnie z tych powodów, o jakich piszesz. Nie mam potrzeby poznawania losów moich kolegów z podstawówki, liceum, studiów i nie mam potrzeby opowiadania o swoim życiu. Jeżeli po ukończeniu każdej szkoły, nie utrzymała się żadna bliższa znajomość, to znaczy, że nie byłam dla nikogo kimś wartym tego. Mam kilku znajomych z ostatniego liceum, czasem dzwonimy do siebie, czasem odwiedzimy się- wystarczy.
    Nie do końca jestem przekonana, by to był dobry sposób na "sprawdzenie" czy już pozbyłaś się tych traum. Na ostatnim spotkaniu klasowym ( dzieścia lat temu), spostrzegłam, że ludzie kompletnie inaczej postrzegali zdarzenia, jakie miały miejsce w czasie szkolnym, inaczej widzieli różne osoby i inaczej oceniali sytuację. I wtedy przeżyłam lekki szok, a potem rozczarowanie, bo ja bardziej optymistycznie podchodziłam do tego spotkania, a wyszły jakieś brudy, pomyje, zaprzeszłości. NIE, stanowczo nie chcę brać udziału w takich spotkaniach.
    Myślę, że znajdzie się jakiś inny sposób, by pokonać swoje upiory z dzieciństwa, bo z nimi naprawdę walczyć trzeba, by zachować równowagę ducha. Robisz takie piękne rzeczy, pięknie haftujesz- może wystawy, spotkania, kursy, z ludźmi, którzy się rękodziełem interesują? Oni to docenią.
    Przepiękne zdjęcia- jeszcze jedno pole do popisu- konkursy fotografii. Dziewczyno- nie spadaj ze schodów, nie przejmuj się pożartymi myszami- haftuj, filcuj, rób zdjęcia i w końcu pokochaj siebie:):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaskółko... wzruszyłam się i to na prawdę do łez, popłakałam co mi nawet pomogło. Tak sobie teraz nad tym myślę i sama się zastanawia czy iść. Chyba się zdecyduję z ciekawości i kilka osób na prawdę lubiłam. Uspokoję też moje wnętrze które, nie wiedzieć czemu tęskni do nich, śnią mi się.
      Wiesz, szukałam towarzystwa osób zajmujących się haftem, jakoś źle się czułam wśród kobiet już z sobą zżytych i dużo ode mnie starszych. Spotykały się by robić to co ja robię na blogu i FB. One nie komputerowe więc tradycyjnie załatwiały swoje sprawy, nie pasowałam tam, nie miałyśmy wspólnego języka. Parę osób bliżej poznałam i mam z nimi kontakt ale większość była w wieku mojej babci i niestety podobnie do niej myślały. Ale nie poddam się. W końcu znajdę swoje plemię. A na razie myślę o założeniu drugiego bloga, poświęconego właśnie swoim zmaganiom, żeby tu nie wprowadzać takiej dramatycznej nuty. Nie każdy ma ochotę czytać o moich zmaganiach i moich emocjach. Zazwyczaj wpadają tu obejrzeć ładne zdjęcia, obrazy i hafty:)
      Serdecznie Cię pozdrawiam i ściskam.

      Usuń
    2. "Jeżeli po ukończeniu każdej szkoły, nie utrzymała się żadna bliższa znajomość, to znaczy, że nie byłam dla nikogo kimś wartym tego."
      Odniosę się do tego zdania Jaskółki, bo bardzo mnie uderzyło. Mianowicie, przez długie lata myślałam podobnie.
      Ale zauważyłam, że to nie musi być prawda. Ponieważ, zmieniam się ja, oraz zmieniają się inni ludzie. Z perspektywy czasu, patrząc na swoją klasę oczami siebie tak już starej, przyjaźniłabym się z zupełnie innymi osobami, niż wtedy. A i podczas kolejnych spotkań odkrywam ludzi wartych poznania, którzy kiedyś przemknęli niezauważeni. Więc wydaje mi się, że warto się spotykać.
      No i dołączam się do życzeń Jaskółczych - pokochaj siebie. ( ale życzę tego również i sobie, nie myśl, że ja jakaś doskonała jestem ).:-)

      Usuń
    3. Mądre spostrzeżenie. Nie wiem jeszcze czy pójdę, raczej tak, bo ciekawa jestem. Może faktycznie będzie tak, że znajdę wspólny język z tymi osobami, które były mi zupełnie obojętne te kilkanaście lat temu. A może... jak nie pójdę to się nie przekonam.

      Usuń
    4. Czytam Agniechę- dużo ma racji, ale... ja zawsze mam przecież wąty:):):)Myślę, że za dużo nas dzieli z tymi kolegami z poszczególnych szkół, by na nowo szukać przyjaźni. Mam wrażenie, że szybciej zaprzyjaźnię się z kimś z zewnątrz, niż z kimś z którejś klas. Jednak ten bagaż wspomnień, odczuć, wrażeń z przeszłości, przeszkadzałby mi.

      Usuń
    5. Ja tak dodam z opóźnieniem, że kto mówi o zaprzyjaźnianiu się. Wtedy były jakieś przyjaźnie, ale to działo się na innym poziomie. Ja na ten przykład czułam, że nigdzie nie pasuję i jestem beznadziejna. Więc bardzo silnie pracowałam, by mnie lubiano. Kumplowałam się i była tzw duszą towarzystwa. Nie znosiłam siebie za to. Pisałam pamiętniki przez podstawówkę i Lo. Odrzucało mnie od nich pół życia. Kiedy je wreszcie przeczytałam w dwa lata temu znalazłam tam fajną, kreatywną, zdolną dziewczynę :-) Odkrycie. Poszłam na spotkanie klasowe z podstawówki. I okazało się, że z nową perspektywą, znalazłam stare/nowe koleżanki. Niektóre się nie zmieniły, niektóre zmieniły trochę. Ale baza ta sama. Ale ja widzę więcej, szerzej, jaśniej. Mimo blokad jakie mam ciągle. I taka jedna chciała mi dokuczyć, bo ja się kochałam beznadziejnie i wstydliwie w takim jednym starszym chłopaku w podstawówce: A pamiętasz Anka jak za B. latałaś?
      A ja na to: Och Aśka, jakie cudowne są pierwsze miłości :-) SzachMat :-)
      Mamy tę MOC Luna, mamy :-)

      Usuń
    6. No wygląda na to że mamy,oj mamy. Bo jak nie mieć tej Mocy z takim zrozumieniem i poparciem.
      Cały czas gdzieś tam z tyłu głowy jest to zastanowienie, jak to będzie wyglądać, jacy oni są. Z okresu LO mam wiele bardzo złych wspomnień, nie tęsknię, byłam nieszczęśliwa, sfrustrowana i depresyjna. Nie wiedziałam kim i jaka jestem. Bałam się wyrazić siebie i były takie tygodnie, kiedy miałam permanentne wrażenie, że jestem nielubiana, obgadywana i odpychana. Że szepczą coś o mnie za moimi plecami, że jak wchodzę do klasy to milkną i dziwnie się patrzą. Paranoja taka lekka.

      Usuń
  6. Trzymam kciuki i mam nadzieję, że rozwalisz niejeden mur, choćby takimi FOTAMI! PS. A tak na marginesie, to ile na tym artyźmie wyciągasz? :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, komplement na temat zdjęć od Ciebie to nie lada gratka.
      A co do wyciągania to prawie nic bo nie handluję. Tworzę dla siebie, czasem ktoś zechce zamówić coś.

      Usuń
  7. O to ja trzymam kciuki!
    Choć to spadnięcie ze schodów mnie wystraszyło. W razie co do lekarza biegiem, ok?
    Pozdrawiam ciepło i trzymam kciuki za walkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lekarz mi nie potrzebny, samo przechodzi. Dziękuję za kciuki i pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  8. Trzymam kciuki. Wierzę w Ciebie. Jesteś utalentowana i wrażliwa. Potrzeba Ci więcej siły i akceptacji. Dasz radę.:)
    Myślę, że każdy jakoś powinien się rozwijać. Widzę po sobie, jak to się zmienia. Nie biorę udziału w żadnych terapiach, ale dzięki mojej rodzinie ciągle się uczę: siebie, bycia z innymi, postrzegania świata, relacji z drugim człowiekiem. Czuję, że się zmieniam i jest lepiej.:) Niedługo będzie 50, to będzie okazja na spojrzenie wstecz, analizę.:) Mam wrażenie, że się uspokajam, dorastam, łagodnieję i zaczynam pogodniej patrzeć na życie. I chyba o to chodzi.:) Nie było łatwo, ale było warto.:)))
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wpis. Mnie najwięcej wsparcia daje Mąż i przyjaciele. Czasami nawet osoby które znam dość pobieżnie. Z rodzinką to właśnie różnie bywa... Nie jestem gotowa na analizę i podsumowanie. Ale kiedyś przyjdzie takie czas i ciekawa jestem co wtedy sobie powiem. Wiem jedno, nie chcę już marnować życia na bycie cieniem samej siebie, chcę w końcu pokazać pazur.

      Usuń
  9. Wspieram Cię bardzo, walcz! A tzw. męka twórcza to po prostu męka i tyle.
    Rób swoje, bo warto...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Męka czasami się zjawia a potem znika i już lekko się tworzy. Dziękuję za wsparcie.

      Usuń
  10. Bardzo mocny tekst napisałaś, Luno. Taki do wczucia, przeżycia, przejrzenia sie w nim jak w lustrze.Bardzo cenie takie pisanie,bo wiem, ile kosztuje człowieka by napisać o sobie tak szczerze, by potrząsnąc sobą a przy okazji i czytelnikami. Dziękuje Ci za ten tekst, podziwiam Cię za odwagę, za tę niesamowitą wrażliwosc i otwartość. Przytulam Cię mocno, zycząc żebyś mimo trudnosci na swej drodze umiała nadal isc tam, gdzie czeka wyzwolenie, od klatki swych lęków!***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo się we mnie zadziało i musiałam to wylać. Teraz nieco żałuję, że ten teks znalazł się tu. Ale powstał zanim obudziła się TygRysica:)
      Bardzo Ci dziękuję za wsparcie, dobre słowa i obecność.

      Usuń
  11. Ach, zapomniałabym! Przecudne zdjęcia zrobiłaś. No, po prostu istna magia!***

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja byłam ostatnio na takim zjeździe, ale ze studiów, i chociaż też miałam wątpliwości, to pojechałam i bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Było bosko. Jeżeli nawet ktoś mnie oceniał, to niespecjalnie zauważyłam.

    Luna, Ty idź i szukaj siebie, skoro tego potrzebujesz, ale z drugiej strony, pamiętaj, że cały czas tu jesteś. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  13. Życzę powodzenia i trzymam kciuki, rozumiem Twoją drogę, ale ja sam jestem inna i mam inne podejście do życia, ale cóż na świecie żyje tyle ludzi i każdy z nas jest inny :-) Powodzenia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy z nas jest inny i ważne jest by znaleźć siebie prawdziwego i pogodzić się ze sobą. Ciekawi mnie czy kiedy już mi się to uda, to czy odczuję dużą różnicę. Dziękuję.

      Usuń
  14. Chciałabym nam wszystkim życzyć tego, żeby chociaż połowa ludzi na świeci rozumiała siebie , tak jak Ty.Masz dystans do siebie, poczucie humoru, szósty artystyczny zmysł . Potrafisz mówić o sobie szczerze i bez krygowania się.Powiedz, tak naprawdę ilu ludzi to potrafi? Udają, po mistrzowsku stosują tajniki mimikry, wywyższają się. Tylko po co? Bo nie rozumieja , że bycie sobą to wolność.
    Ja na zjeżdzie klasowym była 7 lipca tego roku. Było super! Może dlatego, że wszyscy byliśmy w internacie, mieliśmy podobny status rodziców, może akurat trafiliśmy na siebie?
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niesamowicie motywujące co tu napisałaś, dziękuję za to. Prawda jest taka, że większość z nas nie akceptuje siebie i dla tego ta wieczna gra. Męcząca, wyniszczająca farsa, by tylko nie pokazać swojego prawdziwego oblicza... A ono czasami jest o wiele strawniejsze niż to prezentowane światu.
      Dziękuję jeszcze raz i gorąco pozdrawiam.

      Usuń
  15. Poczułam się, jakbym czytała samą siebie. Ja wiem, że strasznie bałabym się takiego spotkania, tych wszystkich pytań. One się pojawią i bardzo możliwe, że będzie ocenianie. Kuźwa... jednak jakie to płytkie, a opinia płytkich osób nie powinna mieć znaczenia. Ja, kiedy mówię, że mam bloga, to słyszę. No a zarabiasz na tym? Nie. No to po co to robisz, to sensu nie ma... Takie tam brednie. Teraz mam pracę weekendową, głównie niedziele i słyszę, że to nie praca, że nic nie robię. No bo co można robić poza pracą... No takie bzdety słyszę, że już nawet nie odpowiadam i idę dalej, bo szkoda mi czasu na puste dzidy. Kuźwa... Ty już osiągnęłaś sukces!!!! Masz to, co większości brakuje, masz odwagę. Nie żyjesz pod system, który i tak wymyślili ludzie, system, który wcale się nie sprawdza. Każdy patrzący trzeźwo widzi coraz mniej radości w ludziach. Osiągnełaś sukces, mówiąc sobie Tak, a nie żyjąc pod wizję innych. Masz wielki talent, rozwijasz się, a do tego jesteś cudownym człowiekiem. To Ty osiągnęłaś sukces, a wiem, że osiągniesz jeszcze większy. Właśnie takie osoby jak Ty są zwycięzcami. Żyjąc pod siebie, możesz mówić o czystym szczęściu, żyjąc pod innych, nigdy nie będziesz czuła takiego szczęścia. Jak pójdziesz na spotkanie to z dumą, bo masz z czego. Jesteś artystką o wielu talentach, pokazuj swoje prace. Jesteś wolnym człowiekiem, masz ukochanego, a nie pseudo faceta. Do jasnej cholery... Jesteś wielka i wszyscy myślący inaczej są ślepi!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje słowa wlały w moje serce dużo ciepła. Zwykłe podziękowanie tu nie wystarczy. Dziś mam bardzo ciężki emocjonalnie dzień i łatwo wpadam w rozpacz czy gniew. Trudno mi zebrać myśli.
      Niby ja to wiem, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć i przyjąć do siebie. Cały czas mimowolnie postrzegam siebie przez pryzmat tego jak postrzegać może mnie społeczeństwo.
      Dziękuję Ci za te słowa, którymi się tu ze mną podzieliłaś i życzę Ci dużo sił by podążać w zgodzie ze sobą i zdrowia.

      Usuń
  16. Moje podejście do spotkań klasowych po latach: po pierwsze mniej więcej to, co napisałaś - skoro prawie z nikim nie miałam potrzeby utrzymywania kontaktu, to po co teraz...? - nie tęsknię za tymi ludźmi. Po drugie - za paroma osobami tęskniłam, miałam fajne wspomnienia, ale kiedy odnalazłam ich po latach, to się okazało, że jakoś zdziadzieli, odbija im z powodu nadmiaru lub braku kasy, zapętlili się w jakieś polityczne czy biznesowe knowania, albo potrafią tylko przynudzać o jakichś tam swoich smutach czy problemikach. Parę takich rozczarowań przeżyłam i powiedziałam sobie, że odgrzewane kotlety są niewskazane. Wolę pozostać przy fajnych wspomnieniach, a tych niefajnych po prostu nie przechowuję.
    Nie mam żadnej traumy z okresu młodości, akurat u mnie wszystko było w zasadzie ok, w dorosłym życiu pomimo paru katastrof osiągnęłam konkretne sukcesy, więc nie mam lęku, że źle wypadnę na tle klasy. Ale ja zwyczajnie i po prostu nie cierpię takiego porównywania, niezależnie od tego czy ja wypadam super czy też nie. Nie oceniam ludzi po tytułach, majątkach, metkach na ciuchach itd. A wartościowych ludzi poznaję co pewien czas w teraźniejszości i poznam z pewnością w przyszłości. Po cholerę więc wracać do starych dziejów? Ja wolę marzyć i planować niż wspominać, wolę nowe przygody i nowych znajomych niż stare śmieci i - w gruncie rzeczy - byłych znajomych. Ja się w sumie trochę dziwię, że po takich doświadczeniach rozważasz możliwość spotkania. A na cholerę Ci to? Szukaj w życiu czegoś nowego i fajnego, zamiast rozdrapywać stare rany. Ja bym nie ryzykowała, że ktoś mi od wejścia humor zepsuje. Ci ludzie, którzy mają chore ambicje i za wszelką cenę chcą wszystkim znajomym zademonstrować jacy to oni są rewelacyjni, będą szukać okazji, żeby komuś innemu przywalić, zdyskredytować go, wbić szpilkę. Bo wtedy sami się lepiej poczują. Sorry, że tak kraczę, ale lepiej spodziewać się ciosu i ewentualnie miło rozczarować, niż nastawić się optymistycznie a potem płakać. W każdym razie - wspieram Cię mocno, trzymam kciuki, żebyś podjęła dobrą decyzję i żeby Ci się wszystko dobrze układało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, aż nie wiem co napisać. Z nikim prawie nie utrzymywałam kontaktu od matury, z jedną koleżanką trzymałyśmy się razem do mojego ślubu, potem strzeliłam focha. Chyba chce pójść żeby się sprawdzić sama przed sobą. Ale czy pójdę? jeszcze nie zdecydowałam, pewnie w ostatniej zdecyduję. Wcale się nie zdziwię jak zwieje przed samymi drzwiami kawiarni w której ma się odbyć spotkanie, kawiarni na przeciw mojego domu...

      Usuń
  17. Bardzo dobrze rozumiem Twoją niechęć do pójścia na spotkanie klasowe, niestety, wielu ludzi ma tendencję to oceniania, porównywania się z jednoczesną chęcią dowartościowania czy dokarmienia ego, szufladkowania, trywializowania poczynań bliźnich, jeżeli nie są one zgodne z ich wizją życia. Wielu takich ludzi jest wokoło, poczułam to na swojej skórze, kiedy podjęłam całkiem niedawno dosyć hm, kontrowersyjną dla wielu ludzi w moim otoczeniu, decyzję (a to serio nic nadzwyczajnego:D) ;) Okazało się, że tak wielu ludzi musi, no po prostu musi mnie ocenić, a tak niewielu potrafi przyjąć mnie z pełną akceptacją. No i często na takich zlotach ludzie przerzucają się nazwami stanowisk, które piastują, w głowie się kręci od project managerów, key account managerów i team leaderów, ewentualnie - w zależności od etapu życia, licytują kto się zaręczył, kto bierze ślub, kto ile ma dzieci.. Cóż, jeśli ktoś lubi taką rozrywkę, to prosz bardzo, mnie to osobiście męczy, bo dla mnie stanowisko, miejsce pracy i samochód nie definiują człowieka, szczerze mówiąc powyższe zmienne nie mają dla mnie większego znaczenia (albo żadnego po prostu). A opinią innych w ogólności się nie przejmuję, staram się robić swoje, co polecam! chociaż nie ukrywam, że czasem to krytykanctwo wyprowadza mnie z równowagi.. (no bo ręce opadają). Natomiast życzę Ci serdecznie, żebyś uporała się z wewnętrznymi demonami. Wierzę, że Ci się to uda! Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A i piękne fotografie!! :)

      Usuń
    2. No nie da się tego lepiej ująć, niż zrobiłaś to Ty. Stanowiska, dyplomy i rodzina... pawie ogony, ech. Zobaczę jak to będzie, ale już się tego tak nie boję. Porozmawiałam sobie ze sobą samą i chyba wisi mi co myślą, na pewno mi wisi. Dziękuję za odwiedziny i wypowiedź.

      Usuń
  18. O kurcze, taki upadek ze schodów, mam nadzieję, że wszystko ok, a ja bym poszła na spotkanie, zależy też jakiej klasy, bo jak liceum i podstawówki to tak, gorzej z gimnazjum, tych to ja bym nie chciała oglądać w ogóle. Wszystko zależy od tego jaką się miało klasę. Dlatego jeśli czujesz że nie warto, nie idz.

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.