środa, 31 października 2018

Kredki Luny - Dyniowy kot

Hej kochani, muszę przyznać, że w tym miesiącu się rozpisałam i udało mi się wcisnąć więcej postów niż normalnie. Ciekawam, czy i jak długo utrzymam takie tempo. Znając siebie - nie za długo, ale co tam, trzeba się cieszyć każdą aktywnością twórczą. 
Dziś na krótko, bo teraz to nikt nie ma czasu na siedzenie w necie, przybywam do was z takim lekkim drobiazgiem. A dziś, bo to odpowiednia data. No Helołyn, nie. 
Wiem, że zdania są podzielone i to czasem tak skrajnie jak między wiodącymi partiami a to bez sensu.  Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a mnie się podobają obie tradycje i moim zdaniem nie kolidują ze sobą. Wieczorkiem można się pobawić, a jutro zadumać nad grobem. 
Do tego powiem wam, że podoba mi się oprawa graficzna tego "święta". I sądząc po rosnącej popularności imprezy, nie tylko mnie. 
No i złożyły się dwie sprawy - o pierwszej już wspomniałam, a druga to dostawa kilku kredek do testowania. Przyszły do mnie słynne Prismy, drogie jak cholera, jedynie 10 sztuk sobie wybrałam, akurat w kolorach jesieni, bo takich mi brakowało w moim eklektycznym zestawie. 
Pierwszy kontakt był nieco rozczarowujący, ale gdzieś tam się spodziewałam tego, bo czytałam i słuchałam o tym właśnie, że one takie są co się do nich trzeba przekonać.  
Mam tylko tych kilka odcieni i no nie bardzo wiedziałam co z tym fantem począć, bo pierwsza próba nie rozwiała mojego dylematu, jakie kredki ostatecznie wybrać. A wiecie, chodzi o sporą kwotę która zostanie przeznaczona na duży zestaw. Więc siedzę i sprawdzam. Spodziewałam się, że jak tylko pierwsza kredka dotknie papieru to doznam olśnienia, a tu nic. 
Odłożyłam je na kilka godzin i wieczorkiem natchnęło mnie na szybki obrazek związany właśnie z nadchodzącym Halołynem. Akurat zgadzały mi się kolory. Uznałam, że mam trochę do świąt czasu i mogę je po testować w konkretnych pracach więc do dzieła. 
I tak powstał ten obrazek:
 Kolorowy, zabawny i radosny. 
Nowymi kredkami jest robiona Dynia, bo właśnie takie kolorki sobie zamówiłam. 
Tutaj miałam możliwość sprawdzić czego wymagają te kredki i porównać je z resztą którą posiadam. No i powiem wam - po tym rysuneczku (format A4) podjęłam decyzję. Chcę je. Liście robiłam konkurencyjnymi, równie dobrymi i drogimi, ale po prostu innymi i już efekt nie współgra ze mną i moimi potrzebami. 
Tym wesołym akcentem kończę październik i życzę wam spokojnych tych nadchodzących dni. Uważajcie na siebie na drogach.

czwartek, 25 października 2018

Moja przygoda z książkami

Do napisania tego tekstu natchnął mnie wpis Ani z bloga Rozmowy z Wszechświatem - Polecam gorąco. 
Tekst o książkach, ale nie o konkretnych, tylko o czytaniu ich. No i tak się zachwyciłam tym wpisem i pomyślałam, że chcę się z wami podzielić tym jak to było u mnie i jakie mam na ten temat przemyślenia. Chciałabym też poznać wasze  rozważania o tym co napisałam i o waszych przeżyciach. 
Jako dziecko nie lubiłam czytać, nudziło mnie, książki dla dzieci były dla mnie nie wciągające. Może dla tego, że nie wpadały mi ręce żadne fajne pozycje, a w szkole podstawowej zamęczano mnie mega nudnymi lekturami. No bo pamiętam te wszystkie Janki muzykanty, Anielki czy Nasze szkapy - nowelka którą męczyłam chyba tydzień, chociaż powinnam przeczytać w godzinę. Nie, zdecydowanie nie lubiłam czytać... aż w moje ręce wpadła TA KSIĄŻKA. 
Tak, TĄ KSIĄŻKĄ był Biały Kieł Jacka Londona. Chyba każdy mniej więcej wie o czym to. I, że raczej historia wilka i poszukiwacza złota z czasów gorączki tegoż kruszcu dla jedenastolatki nie jest najodpowiedniejsza. A przynajmniej nie jest dla niej dedykowana, ale też nie pamiętam żeby tam było coś nieodpowiedniego. Jak dla mnie ta książka była ogromna. Ale zawzięłam się i pochłaniałam swoim powolnym jeszcze tempem przygody młodego wilczka i młodego chłopaka. 
Bo ja kochałam i nadal kocham chociaż już nie tak fanatycznie, wilki. Kiedy już ukończyłam tę pozycję, zakochałam się w czytaniu. Ale nadal nie lektur szkolnych. Za "Białym Kłem" w ruch poszedł James Oliver Curwood z jego Szarą wilczycą, Barim synem Szarej wilczycy i Włóczęgami północy. Do niego dołączył Zew krwi. Wszystkie te książki były o wilkach lub psach. Z Polskiej literatury przeczytałam Waderę i jej kontynuację "Rudogrzywą" oraz monografię Wilka szarego. Wszystko co było związane z wilkami. 
I tak przez parę lat. I nagle koleżanka w siódmej klasie podrzuciła mi książkę, która była kolejnym przełomem. Była to osobna i niezwiązana z żadną sagą czy serią opowieść Margit Sandemo "Tajemnica władcy lasu".  Może są tu tacy, którzy kojarzą to nazwisko, bo swego czasu w każdym kiosku można było dostać jej powieści, a najpopularniejszą jest do tej pory "Saga o Ludziach lodu". 
Oj, wpadłam w ten mroczny, nieco brutalny ale i niezwykle piękny i magiczny świat dziwnych i nietypowych ludzi, demonów, aniołów, czarownic i wiedźm, świat na wiele lat. Przeczytałam wszystkie sagi, serie i luźne powieści które udało mi się zdobyć. Razem było to kilkaset pozycji. Był taki rok, gdzie w liceum czytałam pod ławką powieść. I pamiętam że wtedy pochłonęłam w jednym roku szkolnym prawie osiemdziesiąt książek. Płakałam po ukończeniu wielu z nich. Zżywałam się z bohaterami, a pamiętajcie, że byłam nastolatką, bardzo wrażliwą, która marzyła o tych emocjach i tym niezwykłym świecie. 
Zatem niezwykle płynnie przeszłam z sag nordyckich do historycznych romansów osadzonych w średniowiecznej Szkocji, Anglii. Liznęłam nieco Fantastyki, ale na długo mnie nie wciągnęła.  Za mało było w nich miłości:)
A wtedy, kiedy wchodziłam w dorosłość i byłam zakompleksionym pryszczatym kurduplem, oraz młodą kobietą, nadal z kompleksami, może już bez pryszczy, marzyłam o tym o czym marzy każda dziewczyna - o miłości. Więc dla pokrzepienia serducha pochłaniałam romanse, ale właśnie historyczne. A była na nie moda, był wybór, więc biblioteka spokojnie zaspokajała moje potrzeby. Z tych książek poznałam lepiej historie Anglii niż ze szkoły swojej ojczyzny. 
Przestały mnie interesować romanse, kiedy poznałam swojego męża, prawdziwą moją szczęśliwa miłość. Wtedy jakoś tak niezauważenie zaczęłam szukać książek o kobietach przechodzących metamorfozy, odnajdujących drogę. Na to teraz też jest moda, więc jest z czego wybierać.  Od kilku lat mało czytam, bo dużo tworzę, a średnio wychodzi łączenie tego. Zastanawiam się czasem nad jakimś abonamentem z audiobookami ale nie wiem czy mi się to spodoba, bo nie umiem się wczuć jak słucham książki. Tak przesłuchałam Władcę Pierścieni, dwa lata temu i mnie rozczarował. Nie wiem czy to wina samej książki, czy tego, że nie czytałam jej tradycyjnie i nie byłam w stu procentach skupiona na treści. 
A jak to było u was? Macie jakieś przemyślenia?  
Pozdrawiam.

poniedziałek, 22 października 2018

Kot w barwach jesieni

No nie da się już ukryć tego jaką mamy porę roku. Jeszcze jakiś czas temu można było udawać, że nie widać przepięknie wybarwiających się liści - bo w sunie to żółkły i schły od lipca z powodu suszy. No ale teraz, kiedy nad ranem przymrozek... no nie wmówię sobie że jeszcze lato. 
Tak przyszła jesień ( ja wiem, że już dawno, wiem) i  rozsiadła się na dobre, a nawet nieco bym rzekła za wygodnie. Lato pogoniła precz i już nie plotkują słodko przy kawuni, oj nie. Ona się teraz do Zimy odwróciła i coś tam zaczynają szczebiotać przy gorącej czekoladzie doprawianej czymś mocniejszym.  
Lubię jesień, ale w tym roku nie poświęciłam jej nawet jednej chwili, przemknęła mi niezauważenie i zdziwiłam się dzisiejszym chłodem. Ale cóż, siedzę w mieście i do dziczy nie jeżdżę, a tam jak ostatnio byłam to lato na całego, susza i grzybów brak więc jakoś tak... liście też jeszcze były na drzewach zielone. 
Za to mam jesień na kartce. 
Niestety badziewnej, ale jest. A zaczęło się tak.
Kiedyś pisałam jak kupiłam beznadziejny papier do akwareli, który nadawałby się do doopy gdyby go dobrze pognieść i pomęczyć. No i zamiast go jako podpałkę do ogniska użyć to ja zostawiłam w teczce. I teraz wpadł w ręce. A ja jakoś tak zaćmienia dostałam i zaczęłam na nim tworzyć. 
 Już na wstępnym etapie połapałam się że to badziew nawet na sucho ale nie chciałam wywalać tego co zrobiłam. I brnęłam dalej. Za każdym kolejnym wściekiem na niewspółpracująca materię powtarzałam sobie - nigdy więcej tego g...

Pracując nad tym ślicznym koteczkiem testowałam kilka rodzajów kredek. Również tych z górnej półki. Już znalazłam jedne które skradły mi serce i doceniłam markę zachwalaną przez wszystkich kredkomaniaków. Nadal jeszcze nie wybrałam tych właściwych, ale mam już pewne rozeznanie. 
Na prawdę ogromną przyjemność sprawiała mi zabawa tymi rożnymi kredkami podczas tworzenia tego kota. Niektóre kolory tak bajecznie się ze sobą mieszały, nakładały na siebie, że aż miło było patrzeć na efekt, który się pojawia za dłonią. 
 Osobiście jestem zachwycona tym jakie efekty można uzyskać kredkami. No ale nie zwykłymi szkolnymi niestety. 
Może ktoś powiedzieć, no ale przecież kredki to kredki. Jasne, puki nie weźmie ich do ręki i nie wypróbuje. Od razu czuć i widać różnicę miedzy taką za kilkadziesiąt groszy za sztukę, a taką za te 5 - 7 zł, albo i więcej. Przesada powiecie. Może... Oglądałam test kredek za 18 zł za jedną. To jest przesada. Dla mnie. 
Po tym wszystkim to mnie naszło kilka wątpliwości. Czy wywalanie kasy na coś tak trywialnego jak kredki nie jest już rozrzutnością. Miałabym w tej samej cenie świetny zabieg u fryzjera w centrum miasta albo fajne buty. Sama mimowolnie traktuję kredki po macoszemu. A przecież wiem ile kosztują na przykład dobre farby, tubka olejnej może osiągać ceny trzy cyfrowe.
Tylko błagam bez tekstów w stylu, że dobry artysta to i najtańszymi materiałami stworzy prawdziwe dzieło... a dobry kucharz z podrzędnych składników zrobi danie stulecia, cieśla ze spróchniałego drewna... krawcowa z badziewnej tkaniny i tak dalej. Mamy zalew badziewia z Chin i wiemy jak się wkurzamy, więc proszę bez takich bo już słyszałam takie teksty kiedy narzekałam na jakość materiałów twórczych.
Muliny też jak się tak policzy to nie jest mały koszt. 
Zresztą jak się zastanowiłam to każda pasja, teraz to biznes i kosztuje. Fotografia, wędkarstwo czy jakieś tam rajdy samochodowe. Więc czemu się dziwię cenie kredek. I czemu sama przed sobą i przed innymi tłumaczę z tego na co wydaję pieniądze.
Bo inne kobiety kupują kosmetyki, cuchy, a ja wolę kredki/farby/muliny/wełnę - zależy od chwili. Gdzieś mam głęboko wdrukowaną zasadę, że na pasje się nie marnuje kasy bo z niej nie ma przychodu - no dzięki serdeczne temu kto mnie tego "nauczył"
No, kończę. Pozdrawiam ciepło w ten chłodny poranek i do następnego. 

 
 

 

środa, 17 października 2018

Kolorowe kredki... z pudełeczka wyjęłam

No hej kochani. Na wstępie pragnę wszystkim podziękować za te przemiłe życzenia z okazji piątych urodzin. Jak napisała Ela, jestem już duży przedszkolak! I jak na przedszkolaka przystało - bawię się kredkami:)
Moja mentalno - twórcza sraczka, o której pisałam dwa posty temu osiągnęła w pewnym momencie takie apogeum, że mogłam już tylko zrobić dwie rzeczy. Albo oszaleć i zacząć wrzeszczeć, albo się zatrzymać nadwyrężając wewnętrzne pasy bezpieczeństwa i obrać jakąkolwiek drogę byle nie kręcić się w kółko jak bączek. Zatrzymałam się! Prawie mnie cofnęło od gwałtowności manewru. Kilka głębokich oddechów i jak pył po walce opadł, chwila zastanowienia.  
Co mi pozwoli potworzyć, bez nakładu miejsca i bałaganu i mam to w domu. Co jest nie skomplikowane i szybko schowam. 
Kredki. 
Medium artystyczne traktowane po macoszemu przez wielu i zapomniane przeze mnie po dwóch średnio udanych próbach. 
Dobra, nie ważne, udane czy nie, wyciągam i maluje.
Tak, właśnie MALUJĘ, bo kredkami można i rysować i malować. I zależy to tylko od tego jak to robimy i jaki jest efekt końcowy. Kreski czy plamy.  
Na szybko machnęłam szkic kowalika, którego popełniłam z półtora roku temu farbami. Od początku praca miała być po prostu metodą na wyciszenie i ćwiczeniem. 
Oto efekt. Format A4
 Dużo tu kombinowałam, eksperymentowałam, bawiłam się. 
Kora jest słaba, ale nie miałam już za bardzo weny do jej dopracowywania. Będzie kiedyś do porównania z innym obrazkiem, jeśli powstanie i będę podziwiać progres.  
Całą pracę wykonałam kredkami które dostałam od koleżanki, firmy Faber Castel Aquarela. Zestaw 24 kolorów, z niższej półki tej marki, sądząc po obrazku na opakowaniu, dla dzieci. Teraz już nie mają ich w ofercie, mają jakieś lepsze. 
Pomimo, że to kredki akwarelowe, czyli takie które po narysowaniu można rozprowadzić wodą, to ja nie lubię tego efektu. Wspominałam, że zdradzę, czemu przy tworzeniu kredkami stoi u mnie na stole mililitr wódki. Ano, bo zamiast wody, ożywam alkoholu do ujednolicenia warstw. Ale na małych powierzchniach. Poza tym alkohol wzmacnia pigment. I zabarwia białe pory papieru, które nie chcą się pokryć samą kredką. No i odparowuje, więc szybko można nakładać kolejną warstwę. 
Powiem wam, że jestem sama zdziwiona, że mi ręka nie umarła po zrobieniu tego tła. Wymagało użycia sporo siły.
Tak czy inaczej, mój kołowrotek został szczęśliwie zatrzymany, nie miał szans samoistnie zwolnić i wyciszyć, więc wyżyłam się na kredkach. Skutek - boli łokieć, nie przyzwyczajony do pracy w takiej pozycji. I to z siłą. 
No ale złapałam bakcyla - znów. Kolejnego... Ciekawe na jak długo?
Pozdrawiam serdecznie.
 

niedziela, 14 października 2018

5 urodziny i polubić siebie

Tak, to już się stało faktem. Mój blog 15 października obchodzi piąte urodziny:) Jak, gdzie, kiedy? No minęło jak z bicza strzelił. Przyznam wam się, że to mój najdłużej i najintensywniej prowadzony projekt. Kiedy go zakładałam, spontanicznie bardzo, bo rozpoczęła się wtedy też moja przygoda z haftem, to nie wierzyłam, że pociągnę to choćby pół roku. 
Znałam siebie i wiedziałam, że nic tak dobrze mi nie wychodzi jak porzucanie rozpoczętych prac. 
Ale tu zaskoczenie, okazało się, że nie tylko nie porzuciłam tego w ciul, ale też stało się to świetną trampoliną dla wielu innych dziedzin z mojego życia. Wiele osób które prowadzą blogi zapewne wie, o czym pisze, o tym, że to mobilizuje. Że nadaje sens i mocniejszy koloryt temu co robimy. 


Nawet nie wiem co miałabym napisać więcej. Jest to dla mnie osobiście jakiś powód do dumy, takie małe zwycięstwo. 
Zawarłam na tych stronach niemal całe moje życie. Jest tu moja dusza, moje koty i moje prace. Wszystkie techniki, sukcesy i porażki, które nazywam lekcjami. Bo czy w hobby mogą być porażki? Moim zdaniem nie, ale to jest moje zdanie od bardzo niedawna. Bo od niedawna dałam sobie więcej luzu.
Usiadłam kiedyś i pomyślałam  - jaka ja na prawdę jestem?  Nie szukałam odpowiedzi dla czego jestem jaka jestem ale JAKA właśnie jestem. 
Na chwilę obecną w wieku lat 36 nadal jestem chaotyczna i kompletnie niezorganizowana. Z organizacji to lubię najbardziej rezygnowanie z niej. Z dziką lubością zaburzam nałożony wcześniej porządek postępowania. Bo nawet kiedy to ja sama sobie coś narzucam to nie lubię tego i jeśli mogę to zrywam te pęta. 
Czy to jest dobre - nie oceniam już. Już, bo zawsze oceniałam i oczywiście negatywnie, bo przecież taki niezaplanowany styl życia, jest taki niepoważny, niedojrzały, niedorosły... 
Ble... skostniały. Z jednej strony podziwiam, autentycznie podziwiam ludzi którzy umieją żyć i funkcjonować jak od linijki, z kalendarzem, plannerem i zegarkiem w reku. Z drugiej strony od razu widzę jakąś taką mentalną srebrną klatkę i smycz. Ja tak nie umiem i wiecie co. Od kilku dni podoba mi się to. 
Chciałabym tylko wyjaśnić, że to wszystko dotyczy mojego prywatnego i twórczego życia. Wiadomo, że jak nadchodzi termin opłat to najpierw one, potem kupię inne rzeczy. Że jak trzeba coś w danym terminie to nie problemu. Ale narzucać sobie rytm dnia, każdy tak samo, w tych godzinach to, w tych co innego i tak codziennie jak od jakiegoś algorytmu. Nie dla mnie. 
Ma to wiele wad, chyba więcej niż zalet, ale próbowałam żyć w planerem w dłoni. Dusiłam się. 


Zatrzymałam się i stwierdziłam, że ja lubię siebie taką jaka jestem. Spontaniczność to jest to co uśmiecha się do mnie każdego dnia. To danego dnia rano zastanawiam się co będę robić w swoim czasie wolnym. Nie lubię się zmuszać do danej rzeczy bo nie wychodzi ona dobrze. Jeśli nie czuję pędzla w dłoni i nie idzie mi mieszanie farby, to z obrazu nic dobrego nie wyjdzie, tak samo wiem,że popełniam dużo błędów w hafcie kiedy nie chce mi się wyszywać, a zapisałam sobie, że w tę Niedzielę będę wyszywać i kropka. 
Poszatkowana jest ta moja twórczość, bardzo, ale to jest ciekawe. Nie zanudzam znajomych i was tym samym. 
A tak na koniec to mam wrażenie, że cały ten wpis ma jakiś taki wydźwięk usprawiedliwiania się. A nie o to mi chodziło. Bo nie mam powodów się przed kimkolwiek usprawiedliwiać ze swojego charakteru. 

Najdziwniejsze, że z życiu zawodowym jest zupełnie odwrotnie. Tam jak mam zadanie, to muszę mieć dokładny plan, zrobiony przez siebie i trzymam się go. A kiedy z jakiś powodów zostanie on zaburzony, wkurzam się i nieraz lekko panikuję. Może to kwestia odpowiedzialności. W swojej pasji jestem odpowiedzialna jedynie sama przed sobą, a tu mam wiele pobłażliwości. 
No rozpisałam się i to bez większego ładu i składu...
Więc, zakończę wielkim podziękowaniem dla Was. Za to że jesteście tu ze mną, że się odzywacie i że mnie wspieracie w tym szaleństwie jakim jest życie. 
Jeszcze na koniec - Ciapek poradził sobie z zaparciem, ale to co mu pomogło w pierwotnym problemie wywołało taki dyskomfort... parafina wychodziła mu tyłem przez dobre dwie doby i mój czyścioch tak to przeżywał, że wylizał sobie łysy placek nad gwiazdką dupną pod ogonkiem.  
To do następnego wpisu w którym pochwalę się najnowszymi dziełami i wyjaśnię dla czego na moim stole stoi kieliszek z mililitrem najtańszej wódki. Czasem stoi tak długo, że ona wyparowuje, więc uspokajam, nie mam problemu alkoholowego. 

wtorek, 9 października 2018

Tornado i chaos

Mocny tytuł, można powiedzieć sugerujący jakąś katastrofę. Ale jeśli jest tu jakaś katastrofa to jestem nią ja. Tak, tak już słyszę te wasze głosy - nie mów tak o sobie. No ale nie można, chwilowo tego inaczej nazwać. To co się dzieje w moim wnętrzu, tak zwanej Duszy to jakiś... No Armagedon to łagodne określenie. 
Jakoś tak dwa tygodnie temu zgubiłam rytm, nie żebym wcześniej jakiś specjalny miała, bo słuchu nie mam za grosz, ale jakiś tam niewychwytywany rytm jednak był. A teraz... no sieczka. Jakby tornado tej największej kategorii przeszło. Widzieliście na pewno jak to wygląda po jego przejściu. I już wiadomo skąd się wzięła ciężarówka na drzewie i jeleń na słupie energetycznym.
Zatem u mnie takie tornado przeszło, chociaż samo przechodzenie może nie było aż tak spektakularne, ale za to efekt przejścia... oj miodzio.  
No i teraz łażę po tym śmietnisku i zbieram resztki. A co się na miotam i na wkurzam to moje. A efekty tego żadne, albo bardzo mizerne.
Zastanawiacie, się zapewne "co ona pisze, o co lata?"
Już spieszę z wyjaśnieniem. 
Moja praca nad powrotem do siebie, grzebanie w przeszłości i odnajdywanie ciekawych połączeń przyczynowo skutkowych poskutkowała jakaś dziwną paniką. Jakbym dostała informacje, że mi zostało pięć lat życia i nie ma szans na przesunięcie deadline.
No i się zaczęło, chaotyczne łapanie za wszystko na raz. Wewnętrzny przymus tworzenia, bez jednoczesnego szczęścia w tym, tylko takie: Rób, rób, rób! Nie idzie, to rzuć w cholerę i łap się za coś innego, też nie idzie to bierz to trzecie... Ale rób! Nie wolno Ci nie robić. Masz tworzyć, cokolwiek...
No koszmar. W ciągu trzech dni rozbebeszyłam chyba wszystkie swoje techniki, poza fotografią, bo nie chce mi się z domu wychodzić. 
I cały czas w głowie ten dzwoneczek, że źle, że za wolno, że nie fajne to, zmień technikę.  
Robiąc jedno przez dwie godziny, cały czas myślę o czymś innym. I tak, po powrocie z weekendu zabrałam się za filc, no moją ostatnią miłość. Ale cały czas mi po głowie chodził wzór na haft, Skupić się nie mogłam i się ukłułam już tyle razy, że niebezpiecznym było dalej tak działać. Więc dla świętego spokoju narysowałam ten wzór. Przeniosłam go na materiał i nawet z radością zaczęłam wyszywać. Do następnego ranka, kiedy to od momentu jak osiadłam do tamborka, myślałam o malowaniu, bo to przecież szybciej idzie. No to odłożyłam nici i wyciągnęłam zaległe prace. Efekt widzieliście w ostatnim poście. To kos. Przynajmniej jakiś postemp, że skończyłam go. Ale jak tylko go ukończyłam to usiadłam i nie czułam nic. Ani chęci do malowania, do dziobania czy haftu. 
Pomyślałam, może to czas na powrót do powieści? Już jesień... Wróciłam na całe dwa dni. 
Zmęczona jestem ogromnie i nie rozumiem tego chaosu i bałaganu. I tego parcia na efekt skończony do którego nie docieram. A co gorsza nie umiem go uporządkować. No tak, jak było, każda technika siedział przy mnie wystarczająco długo, żeby coś zrobić, a teraz... pół dnia, albo najlepiej dwie na raz.... Tak się nie da tworzyć. To szarpanie się jest kompletnie nietwórcze i wykańczające. 
Dla tego dziś wpis bez żadnych zdjęć. Bo nawet nie mam siły szukać na dysku czegoś co mogły chociaż w małym kawałku zilustrować to co czuję. 
A na koniec dodam, że o ile Ciapek wyszedł z przeziębienia to od jakiegoś nieokreślonego czasu nie robi kupy. Wczoraj dostał parafinę tam gdzie nikt nie lubi jak mu się coś zapodaje,pod ogon, no zadowolony nie był. I czekaliśmy. Już minęła doba, a on nie był w kuwecie. Chyba, bo czas między pierwszą w nocy a szóstą rano był niemonitorowany. A w kuwecie jedna kupa. Przy trzech kotach trudno stwierdzić czyja. No jednak wierzę, że Ciapka bo młode były na dwójce wieczorem. Ale myślałam że po parafinie to będzie eona bardziej tłusta i łatwiejsza do zidentyfikowania. Po za tym to się kot normalnie zachowuje tylko właśnie wczoraj rano robił cztery próby do kuwety i się wystraszyłam, że znów mu się cewka zatkała. Ale nie - to kupa go przytkała. 
No tak, kot ma zatwardzenie roku, a ja wewnętrzną sraczkę... Nie wiem co lepsze, tak po prawdzie, bo zatwardzenia twórczego też nie chcę...
I tym oto radosnym i uroczym akcentem...
Pozdrawiam was mocno i mam nadzieję, że jesienna zmienna aura nie ma na was większego wpływu. 

poniedziałek, 1 października 2018

Luna maluje - Kos na jarzębinie

Witajcie. Zaczął nam się październik lub jak kto woli piździernik:) Dla mnie obie formy są do przyjęcia, zależy od aury. A co do niej to... Sami wiecie jak to wygląda. Tak na prawdę to ten post miał powstać milion lat temu, bo aż dwa miesiące temu.
"Mamy nieopodal domu, za ogrodzeniem u sąsiada, ładne drzewko jarzębiny. Co prawda jarzębina to owoce, a samo drzewo nazywa się jarząb. Zatem – Mamy nieopodal domu, ładny jarząb, na którym czerwieni się pięknie jarzębina. Tego roku wyjątkowo wcześnie. Już z początkiem lipca zaczęła się rumienić, a w połowie miesiąca zapłonęła swym pięknym pomarańczowo czerwonym kolorem. Czy muszę pisać jak wspaniale się prezentuje w letnim słońcu.
Jest ostatni tydzień lipca, raptem kilka dni temu widziałam jeszcze ostatnie niedobitki świetlików. A przedwczoraj w lesie natknęłam się na w pełni rozkwitnięte wrzosy. Te na odsłoniętym terenie mają już mocno nabrzmiałe pąki. Wrotycz w najlepsze kwitnie już od ponad tygodnia. A z leśnych dębów masowo lecą niedojrzałe, zielone żołędzie. Las pachnie jesienią. Ptaki zachowują się jak we wrześniu, pająki namiętnie przystrajają łąki w swoje sieci, które o poranku, ozdobione rosą, lśnią niczym naszyjniki okrągłych brylantów. A w lesie czerwienieją borówki, ale jeszcze można spotkać jagody na krzakach. Dwa tygodnie temu najadłam się leśnych jeżyn.
Mało tego, wczoraj znalazłam poobgryzane przez wiewiórki orzechy leszczyny. A, że jestem wielką miłośniczką orzechów laskowych to zjadłam kilka z niższych gałęzi. Były już dobre chociaż jeszcze młode."
Konkluzją tego pamiętnikowego opisu aury końca lipca miało być opisanie odwiedzającego tęże jarzębinę kosa. W ubiegłym roku też przybywał, chyba ten sam. Z resztą mam w okolicy domu takiego jednego samca, który wydaje charakterystyczne dźwięki. Coś jakby alarm samochodowy. W trakcie swojej normalnej pieśni nagle dodaje kilka akordów imitujących alarm. A na dokładkę okazało się, że to specyficzny osobnik, bo bez sterówek na ogonie. Wyglądał jak gwarek przez to. Nie wiem jak to się stało, że stracił wszystkie sterówki. 
W każdym razie na te jarzębinę, z apetytem przylatywało kilak kosów, różnej płci i wieku. Ale uwieczniłam w tym roku tylko jednego. 



Podglądanie go natchnęło mnie do namalowania obrazu. Zabrałam się za niego od razu po powrocie do domu. Zdecydowałam się na akwarele. Nadal pociąga mnie ich specyficzna delikatności i transparentność. Pech chciał, że pogoda nie sprzyjała malowaniu czymkolwiek poza olejami chyba. Wszystko wysychało w zastraszającym tempie. Nie dało się tak pracować, było duszno, pot lał się z czoła, pleców i innych części ciała, a farba wysychała. Nie ukończyłam obrazu przed urlopem. 
Potem zakochałam się w wełenkowym świecie i do odłożonego kosa wróciłam dopiero w ubiegłym tygodniu. Po prostu o nim zapomniałam zafascynowana nową techniką. 
No ale ostatecznie skończyłam obraz i pokazuję. 




Bardzo dużo uwagi poświęciłam liściom. Dla tego też prezentuję zbliżenie tego elementu pracy. Mam nadzieję, że spotkam się mój przystojniak z waszym uznaniem i aprobatą.
Serdecznie pozdrawiam.