środa, 21 listopada 2018

Bohatersko poczynione zdjęcia.

I oto jestem! JA - córka marnotrawna... chociaż raczej można by powiedzieć "fotograficzka" marnotrawna. No bo jak inaczej nazwać człeka co kochając fotografie przyrodniczą nie czynił jej zadość od ponad pół roku... I to nie z powodu uszkodzonej przysłony w obiektywie. No jak? Nawet nie chcę się zastanawiać. 
Zatem, wiedziona wewnętrzną potrzebą zapolowania na szron, który to uwielbiam i niestety rzadko mam możliwość podziwiać (Dzięki Ci globalne ocieplenie, Dzięki), postanowiłam zawierzyć prognozom i odkopałam z czeluści szafy, aparat. Zdmuchnęłam z niego półroczną warstwę kurzu, niczym mag z tajemnej księgi... tak po prawdzie to trzymany jest w niemal sterylnych warunkach i kurz to on widzi jak się go wyjmie. Jakie to nieliterackie, prawda? 
To pierwszy sukces, wzięłam aparat. 
Sukces drugi, znacznie trudniejszy do osiągnięcia - zwlekłam odwłok z wyra wczesnym rankiem. W sobotę!
Nie, ja zdecydowanie nie jestem ranną ptaszyną, raczej zdechłym ochłapem. Ale pomyślałam, że znając moje szczęście to ja szron zobaczę za dwa lata ponownie, więc... 
Zanim zaprezentuję owoce tej mordęgi i wyczynu olimpijskiego niemalże to jeszcze się z wami podzielę takim... czymś. Umysł mi ostatnio szwankuje, słownictwo też gdzieś ulata...
Pamiętacie, jak kiedyś przed erą superszczelnych okien mróz malował wspaniałe wzory na szybach.  Chciałabym jeszcze mieć możliwość uwieczniać te właśnie cuda, ale jak, skoro wszędzie okna szczelne, mrozu co kot napłakał na południu Polski. A wyobrażam sobie że piękne mogły by to być obrazy. 













Na koniec podzielę się jeszcze taką radosną dla mnie informacją, że od kilku dni jestem szczęśliwą posiadaczką ekspresu do kawy. Takiego ciśnieniowego, ale nie tej wielkiej szafy co to sama wszystko robi. Nie, nasz ma kolbę którą nabija się zmieloną już kawą. Ma też wyspę mleczną czyli spienia mi mleczko wprost do kubeczka i mam latte, ukochane moje. O kochani, za koszt niższy niż moje wymarzone kredki, z których jednak zrezygnowałam, mam kawusię "bajka". Bo ta sama kawa, którą do tej pory zaparzaliśmy, zalewając po prostu wrzątkiem, parzona pod cienieniem smakuje o niebo lepiej. Nie ma ziemistego posmaku, a jakąś taką głębie, która mogłam wyczuć pijąc tylko w kawiarniach. 
Pozdrawiam. 

niedziela, 18 listopada 2018

Haft cieniowany krok po kroku - pączek roży

W tym miesiącu pisanie idzie mi zdecydowanie niej lekko niż w ubiegłym. Czasami tak bywa... Za to wyszywanie idzie dobrze. Po ukończeniu "płaskiego kotka" stwierdziłam że mam ochotę na maleńki, nieskomplikowany równie plaski hafcik. No i zdecydowałam się na różyczkę,ale taką jeszcze w pączku, takie lubię najbardziej, są śliczne i niewinne. 
( A jeszcze tak tylko nadmienię, że można mnie podglądać na Instagramie - Po lewej, na górze fotka tygrysa - zapraszam. )
Efekt tego spontanicznego wyszywania wygląda tak:
 Dla zrozumienia wielkości powiem tylko, że średnica tamborka to ok 12 cm. Zatem hafcik na prawdę niewielki. 
Dla potomności i na własny użytek bardzo skrupulatnie udokumentowywałam każdy etap pracy i z tego dokumentowania postanowiłam zrobić poradnik jak wyhaftować taką różyczkę "krok po kroku".  
Wzór:

Przeniesiony na płótno:
Skoro mam już rozrysowana moją różyczkę to trzeba wybrać kolory. 
 Zielenie - Ariadna: 1701, Madeira: 1410, 1411, 1412
Żyłki - Ariadna: 1721
Czerwienie: Madeira: 0510 i 0511 albo Ariadna: 1554 i 1556.

No i tak, rozpoczęłam od łodyżki. Wzięłam najciemniejszą z wybranych zieleni i po obu stronach wykonałam sznureczek. 

 Następnie jaśniejszym zrobiłam również jeden rząd sznureczka tuż przy zewnętrznym.
 
Trzecim odcieniem zrobiła dwa rzędy po każdej stronie.
 
 No i środek wypełniłam najjaśniejsza zielenią. 
 
Następnie zabrałam się za kielich. I znów zaczęłam od ciemniejszych kolorów niżej i na bokach. Tutaj stosowałam już ściegi proste.
 
 Im wyżej i bardziej do środka tym jaśniejsze odcienie.
 
 Po ukończeniu kielicha, czas na listki. Tak jak nie lubię u zwierząt wszywać uszu, tak u roślin nie lubię liści, chociaż wiem, że jedne i drugie są niezmiernie ważne. 
Zaczęłam inaczej niż zazwyczaj, bo postanowiłam sobie odwrócić kolory, czyli ciemne na brzegach, jasne w środku. I znów wzięłam najciemniejszy odcień zieleni i nałożyłam rząd nieuporządkowanych ściegów rożnej tak na prawdę długości. przy czym starałam się utrzymać kierunek ale jak widać nie zawsze mi to wyszło. 
 
 Rząd drugi jest mocno wmieszany w pierwszy w którym były przecież przerwy właśnie po to aby jaśniejszym odcieniem je wypełnić.


Trzecim odcieniem zieleni wypełniam umowny trzeci rząd ściegów, ale widać, że się one gubią i zlewają ze sobą. Mam nadzieję, że widać.

No i tym samym co środek łodyżki, czyli najjaśniejszym wypełniam środek. Z pozoru najłatwiejsza część. Tu też nieco koryguję wszelkie krzywizny w ściegach.

Jasną piaskową nitką robię żyłkę i kilka małych ściegów dla fanu:)
Nią też robię "odblask światła" na łodydze i kielichu.

No i w końcu pączek. Zaczynam od góry, od jaśniejszej nici. Jak widać nakładam tu ściegi proste rozchodzące się ku środkowej części pąka.

Na zdjęciu słabo to widać ale mniej więcej w połowie pąka zmienia się odcień czerwieni.

Listki wokół płatków wykonuję tak jak łodyżkę, ściegiem sznureczkowym. I na koniec ponownie zdjęcie całości.
Wierzę, że dość klarownie wyjaśniłam co i jak i gdzie i z czym. 
Pozdrawiam. 
 Z ostatniej chwili - We Wrocławiu pada pierwszy śnieg w roku.


 

wtorek, 13 listopada 2018

Lustra! Wszędzie lustra!

No, już PO. Uff...
A po czym? Po spotkaniu klasowym o którym wspominałam jakieś półtora miesiąca temu. Poszłam. Chociaż były momenty, kiedy mówiłam do siebie, po co mi to, nie idę... Ale miałam nieco czasu na przepracowanie niektórych spraw i poszłam. Nawet się cieszyłam, że idę.
Było... Ciekawie i dla mnie wartościowo o tyle, że mam kolejne sprawy do przemyślenia, do przepracowania. 
Do tego kilka dobrze się zapowiadających odgrzanych znajomości. Chociaż słowo "odgrzanych" nie ma zbyt pozytywnego wydźwięku, to jednak tutaj jest ono jak najbardziej pozytywne. Kilka rozczarowań, wynikających ze zbyt wysokich oczekiwań. 
No i te lustra. Wszędzie, chyba kilka na raz. Oby się nie potłukły bo będzie kiszka. Nie wiem od czego zacząć... 
Osiemnaście lat nie widziałam większości tych ludzi. Moje obawy się nie ziściły, za to inne aspekty o których nie pomyślałam wywołały we mnie dyskomfort. Jakoś kompletnie nie wzięłam pod uwagę, że zdecydowana większość moich koleżanek z maturalnej, teraz jest matkami. 
No ja matką nie jestem. I przyznam, że kiedy temat szybko zszedł na dzieci, nie miałam, nie dość, że nic do powiedzenia, to nie ciekawiło mnie to, nie wiedziałam o czym mówią i zaczęłam się nudzić. Dwie godziny nie minęły, a ja ziewałam i poświęcałam mojemu koktajlowi z mango nienaturalnie dużo uwagi. No bo przez pierwsze pół godziny jeszcze próbowałam wyłapać, kto, ile, w jakim wieku ale jak się zaczęły pogadanki o perypetiach to sorki...
Zwłaszcza, że kiedy moje pierwsze lustro niejaka H, zrobiła odpytkę po kolei ( zadając pytanie - masz dzieci czy nie? - zamiast, no to opowiedz co tam u Ciebie) widziałam w jej oczach kompletny zanik uwagi po stwierdzeniu, że mam koty. A potem, zostałam razem z jeszcze jedną bezdzietną odsunięta na margines konwersacji. Nie pierwszy i nie ostatni raz. 
Zastanawiacie się może, czemu H. jest moim lustrem. Bo brylowała, była najgłośniejsza, skupiała na sobie uwagę wszystkich, głownie tych trzech panów którzy przyszli, Trzech na pięciu, niezły wynik. O tak, to moje lustro jak nic, prawie ramą dostałam w dziób. Podświadomość mnie borowała jak najgorszy dentysta. 
- Też tak byś chciała, zazdrościsz jej 
- Zamknij się, nie zazdroszczę bo nie mam czego. 
- No jak to czego, zobacz jaka jest przebojowa, wszyscy jej słuchają, wszyscy się gapią.
-  Jak na klauna w cyrku. Ja nie muszę podnosić sobie samooceny drąc się na cały lokal, kokietując czyiś mężów i mieć zawsze coś do powiedzenia...
- To czemu jesteś taka nabzdyczona, co?
- Bo nie lubię być wykluczana. Nikt nie lubi chyba, co?
Podświadomość się zamknęła, a mnie H. nadal nieco irytowała. Na swoje potrzeby ją sobie zdiagnozowałam i próbowałam ignorować. 
Drugie lustro i największe moje rozczarowanie tego spotkania zaproponowało przejście z kawiarni do knajpki gdzie serwują alko. 
Spoko. Tam Lustro E. uświadomiło nas, że zna właściciela i niemal codziennie tu siedzi, wczoraj wypiło dwie karafki wina. Że jako pracownik muzeum, po studiach o sztuce, ma w domu mnóstwo tejże sztuki i że nie znamy się na historii. A poza tym to jest takie nowoczesne, nie weźmie ślubu ze swoim konkubentem puki jej znajomi geje nie będą mogli też tego zrobić i jak umrą jej zwierzęta to popełni samobójstwo. Dzieci nie ma bo to przeżytek, ona woli zwierzęta i wolność. Dziś też poszły dwie karafki wina, wypite podczas siedzenie na środku salki, tyłem do połowy ludzi - przodem do płci przeciwnej. 
Uwielbiałam E w liceum. Ale po osiemnastu latach to co kiedyś było super, dziś wydało mi się zblazowanym zadzieraniem nosa i grą pozorów której nie kupiłam nawet przez chwilę.  Smutne. 
Czemu lustro. Moja podświadomość zaczęła chichotać.
- Popatrz jest tak samo wyzwolona i nieograniczona jak Ty. Też dziecinna i niedojrzała... egoistyczna i musi być najmądrzejsza, uważa się za lepszą od nas - kiedyś hipiska teraz hipsterka. Nie da się w ramy włożyć. 
- Ponownie Ci mówię zamilknij. Jest na pokaz, czy ja siedzę na piedestale własnej zajebistości i dramatycznie ogłaszam, ze jak mój kot odejdzie to skocze z okna na znak swojej tragedii?
- No nie...
- A co mówię o takiej sytuacji?
- Że weźmiesz na jego miejsce innego potrzebującego domu bidula, najlepiej dorosłego, bo takim trudniej ten dom znaleźć. 
- Właśnie. Czy ja się tu kłócę przez pół godziny gdzie przebiega granica Ołbinu z inną dzielnicą po czym stwierdzam że wszyscy są głupi i nie znają w ogóle historii? 
- Nie... Ale robiłaś tak!
- No kiedy? 
- Dawno temu. 
- Zatem chyba się nie liczy. 
No chyba się nie liczy. Chyba przez te parę lat dorosłam. Nie czuję potrzeby brylowania, fajnie byłoby gdyby światło reflektora na chwilę i na mnie padło, mieć swoje pięć minut, potem nich inni mają. Nigdy nie byłam szarą zalęknioną myszką, potrzeba mi uwagi, ale panuję nad tym, kontroluję to, pracuję. Nie krzyczę, nie siadam na środku, nie zwracam na siebie uwagi na siłę i na pokaz. Staram się. Ale wiem, że są takie pragnienia i te dwa moje lustra pokazały mi to bardzo dobitnie. 
Miałam wiele jeszcze obserwacji. Takich zupełnie normalnych. Jak na przykład to że kobiety, niezależnie od tego czy są w długotrwałym czy krótkim związku, ale chyba nie satysfakcjonującym w stu procentach, lgną do mężczyzn prawie obcych. Bo na tym spotkaniu nie było naszych polówek. Tylko absolwenci. Większość kobiety.
Przez większość spotkania niewiele mówiłam, nie czułam potrzeby, a jestem okropną gadułą. Najwięcej w sumie rozmawiałam z dawną przyjaciółką, już późno w nocy jak większość się rozeszła do domów. Tę znajomość, jak i kilka innych będę starała się pielęgnować, tak jak na to zasługuje, zobaczymy co z tego wyjdzie. 
Co dziwne jednym jeszcze lustrem okazał się kolega, z którym przez całe liceum zamieniłam może kilka zdań. I to on tak na prawdę zwrócił mi swoim zachowaniem uwagę na to, że ci drażniący mnie tu ludzie to moje lustra, obecne lub przeszłe, mniejsze lub większe. 
Ech, mam nad czym pracować, ale najfajniejsze jest to, że mam z kim, że mam możliwość podzielić się swoimi spostrzeżeniami o H, o E. z osobami które też tam były i co dziwne, podzielają moje odczucia. Czyli nie jestem taka dziwna, całkiem nieźle mi już idzie oddzielanie tego do mnie osobiście uderza, od tego co ogólnie jest rzucające się w oczy. Najbardziej się cieszę, że mam teraz kontakt do tych kilku osób, które gdzieś po szkole się rozproszyły. 
A do tego, z kilkoma dziewczynami, umówiłyśmy się na bardziej kameralne kawowe spotkanie. A z niektórymi indywidualnie. Jestem dobrej myśli, wyszłam z jamy na światło dzienne.

środa, 7 listopada 2018

Haftowane kotki, biedronki i ślepe kotki odporne na biedronki.

Hej ludziska!
Miałam przedwczoraj taką obserwację zachowań nienaturalnych. Otóż jak wiecie posiadam na stanie Trzy kotoosoby. Moje trzy kotoosoby mają tylko pięć oczów. Najmniejsza i jednocześnie najbardziej harda kota ma oko jedno. Na szczęście nie na środku, tylko po lewej stronie głowy. Po prawej na gulkę tłuszczu - na czarną godzinę chyba. Nawet nieźle to wygląda, bo trochę jakby miała cały czas zamknięte to oko, nie tak jak czasem widziałam, że jest taka dziura, zapadnięte i w sunie smutne. Ona piraci i tyle. 
Zatem jako że mam tak liczny stan futer, to nie posiadam w domu owadów. A te które nieopatrznie się napatoczą, czeka marny los. Bardzo marny, bo śmierć nie zawsze jest szybka. Kto ma kota ten wie. No chyba, że to mucha i to duża, taka zielona co na kupach lubi siadać, wtedy śmierć jest błyskawiczna, skrzypiąca, mlaskająca i warcząca, żeby nikt nie ważył się ukraść. "Ja złapałem, ja zjem".
Uchować może się jedynie pająk który ma lęki, siedem nóg, bo jedna zginęła w walce z Ciapkiem i siedzi pod sufitem (pająk nie noga), abo maleńkie, świeżo narodzone rybiki w łazience. I tylko dla tego, że są tak maleńkie, że się wymykają spod kociej łapy.
Nawet biedronka nie ma większych szans, jak się niedawno przekonałam. 
Wiecie, z biedrami to jest tak, że one są kolorowe bo są niejadalne. I jak każdy wie, wydzielają żółte paskudztwo, które jest gorzkie, toksyczne i wywołuje odruch wymiotny. A to po to by taki amator chrząszczy jak bażant jak raz się skusi i porzyga to do końca swojego życia zapamięta że tego w kropki nie jeść i już. 
Coś jak pies i ropucha - trąca ją, trąca tym nosem, do pyska łapie a potem pół godziny haftuje. I żeby się jeszcze uczył... Gdzie tam - koleją łapie i znów rzyga. Psy... 
No to ja, proszę ja was, ostatnio patrzę, a moje się nad czymś znęcają (koty). Patrzę dokładnie i widzę - biedronka. Nasza czy Chińska nie dopatrywałam. Wiedziałam jak się to skończy. Jak u Bażanta. 
Ale patrzę dalej i coś mi nie gra. Jednooka piratka Keira zjadła owada i nic. Zadowolona, że wygrała z Antkiem kładzie się w słoneczku na parapecie i oblizuje (ach, mniam, mniam, pyszna biedronka, szkoda że tylko jedna). Żadnego odruchu, nic. Dziwne, myślę sobie. Ale może ona jako, że ma jedno oko to nie zobaczyła, co zjadła i nie wie, że powinna teraz rzygać jak kot?
No nic. 
Co do dziwnych zachowań to Antek ostatnio ma autystyczną potrzebę żebym mu z niski na parapecie wysypała garść chrupek o woni ryby na kocią serwetkę. A potem stała i patrzyła jak on je. Jeśli wyjdę to biegnie za mną i miauczy.  Mam wrócić i podziwiać jak kot wpierdziela suche rybie resztki. No oczadział. 
W temacie kotów pozostając - ukończyła żem ja tego haftowanego (nie po biedronce). Tak go smętnie męczyłam, że to widać, iż nie miałam za bardzo serca. W którymś momencie nawet pomyliłam odcienie i nieco dziwnie to wygląda na pyszczku. Ale nic, pomijając nieco niesymetryczne oczy, to ciesze się, że jest ukończony. Jaki by tam nie był. Skończony nawet na siłę, jest i tak lepszy niż najpiękniejszy a nie ukończony - takie jest moje zdanie. Jedna zaległa praca mniej, sukces. Pogłaskałam się właśnie po główce, dobra Luna, dobra. 
 No i jeszcze kilka uwag. Bo w sumie ktoś słusznie zauważył, że kot wyszedł mi płaski. Wyszedł, zgadzam się i nawet wiem dla czego. Miał być na zamówienie, ale jak to czasem bywa, zamawiający się w połowie MOJEJ pracy rozmyślił. No to straciłam serce do niego. Zaczęłam coś dziergać dla relaksu i jakoś nie przykładałam wagi do efektu. No i jest jaki jest. Przy okazji zaczęłam też patrzeć na inne swoje hafty i jakoś zaczęła mi w nich przeszkadzać właśnie ta płaskość i gładkość. Wielu uważa, ze jest to ich zaleta, a mnie przeszkadza, bo są tak gładkie, jakby je krowa przylizała. Kaidy ścieg idealnie, każdy włosek równo... 
Wiem, szukam dziury w całym, ale nie będę szukać, to się nie będę rozwijać. Skoro umiem już ładnie wyszywać "płasko i gładko" to chcę nieco rozgardiaszu i czupurności prowadzić do moich ulizanych haftów. Jeszcze nie wiem jak i czy mi wyjdzie. Ale będę próbować.  
Na koniec informacja, że podbijam Instagrama. Znaczy przegryzam się, co i jak i w którą stronę i "łomatkojedyna cotojest HASZTAG?" Jak mi się uda to dodam odnośnik gdzieś z boku. Na razie to tam się niewiele dzieje, ale myślę, że z czasem będą tam wszystkie moje prace do kupy razem wzięte i  łatwo dostępne bez zbędnego pitolenia:) Pitolenie będzie tutaj. 
Bo tak sobie pomyślałam ostatnio, że Facebook to straszny śmietnik.  Poza kilkoma na prawdę ciekawie prezentującymi coś swojego osobami, to reszta to takie prywatne wymiociny, reklamy i gówno-burze na każdy temat, zwłaszcza polityczno socjologiczny. I chyba zaczęło mnie to drażnić do tego stopnia, że coraz mniej chętnie tam zaglądam. Na szczęście jest opcja zaprzestania obserwacji danej osoby. Bo o ile lubię oglądać serwetkę, pieska, kotka czy pięknie zrobione ciasto na niedzielny podwieczorek, to nie interesuje mnie co kto myśli o szczepieniach, marszach, premierze, prezydencie czy proboszczu. A tego ostatnio jak stonki co ją niby Hamerykanie zrzucili - A bażanty zeżarły bo lubią, nawet bardzo, w odróżnieniu od biedronek. 
Się rozlałam jak rzadko... Bardzo to dwuznacznie zabrzmiało. 
Tym optymistycznym akcentem kończę i życzę miłego dnia i weekendu który ponoć dłuższy i to już za dwa dni:)
Buziaki kochani.