sobota, 22 grudnia 2018

Przerwa świąteczno-noworoczna

Z braku weny i pomysłów na posty ogłaszam przerwę świąteczno noworoczną. 

Nie, żebym nie miała weny w życiu, ale wena weną, a życie życiem i jeszcze nie mam nic ciekawego do podzielenia się z wami. 

Niemniej jednak korzystając już z waszej uwagi pragnę wam, kochani życzyć w ten nadchodzący czas:
Miłości.
Pod nią kryje się już wszystko.

I udanej zabawy za tydzień z okładem.

Jakby mnie jednak natchło to się odezwę przed Nowym Rokiem, ale nic nie mogę obiecać.

Keira czuje się już dobrze, dla tego uznaliśmy z wetem prowadzącym, że badania zrobimy po Nowym Roku.
 

sobota, 15 grudnia 2018

Spowiedź zdradliwej właścicielki

Witajcie moi drodzy. 
Ten tydzień był straszny, dla tego też dziękuje z całego serca tym, którzy mnie wsparli dobrym słowem i energią. 
I nie chodzi tylko o niedomaganie Keiry. Chociaż wiadomo, że stan zdrowia naszych pupili wpływa na nasz nastrój. Ja jednak zareagowałam na zwykłe wymiotowanie jak na wyrok.  Zaczęłam niedosypiać, chodzić ze ściśniętym żołądkiem i bolesnościami w dole brzucha ( jak człowiek jadący na gapę kiedy widzi kanara). Kilka razy dziennie płakałam z byle powodu i najchętniej to bym się zakopała nieprzytomna pod kołdrę. 
Powiecie - każdy tak czasami miewa. No każdy też czasami miewa katar i grypę, a jednak nie olewa tego zazwyczaj tylko się jakoś tam leczy.  
Dla mnie to było o tyle dziwne, że tydzień temu miałam tyle energii, że mogłabym oświetlić San-Francisco.  Wszyscy narzekali na aurę i złe samopoczucie, a ja wprost przeciwnie. Wiedziałam, że taka zwyżka nie potrwa długo bo by mnie wykończyła, ale nie spodziewałam się takiego doła. Musiała być przyczyna. Gdzie? Jaka?
To zadanie właśnie musiałam przerobić. Znaleźć źródło, prawdziwe źródło.  
Ponieważ od kilku tygodni stosuję metodę pracy nad emocjami zwaną po polsku OPUKIWANIE, szerzej znaną pod skrótem EFT, to zaczęłam wykorzystując tę metodę integrować emocje, które mnie dobijały. Ale... żeby je zintegrować, to trzeba je nazwać. A żeby je nazwać to trzeba je poczuć i co ważniejsze - się do nich przyznać. 
Siadłam więc i zaczęłam się pytać sama siebie, czego ja się boję, czemu jestem tak przeraźliwie smutna i czuję się absurdalnie samotna, chociaż w tym momencie miałam wsparcie tak wielu ludzi, łącznie z weterynarzem który zaproponował odłożenie w czasie spłaty ewentualnych wysokich kosztów badań. Dostałam propozycje pokrycia kosztów przez zaprzyjaźnioną fundację, przyjaciele piszą, znajomi pytają "jak kocia?". No nie byłam samotna, ale czemu się czułam opuszczona? Przerażona i bardzo, bardzo zmęczona chociaż tak naprawdę NIC się jeszcze nie wydarzyło? Skąd ta depresja, skąd ta nadreaktywność?
No zaczęłam dopuszczać do siebie głos z przeszłości.  

Strach i zmęczenie:

"Bo ja się tu wyżyłuję, na stresuję, namęczę, (każdy kto intensywnie leczył zwierzę ten wie, tu nie ma NFZ  nie ma szpitali), Będę walczyć do ostatniego tchu, a i tak będę musiała podjąć najtrudniejszą z decyzji. I tak ona umrze". 
Takie mam przekonanie, zakorzenione w podświadomości, które mi wypłynęło i gniotło. Przepracowałam. 

Przeraźliwa samotność:

Bo kiedy przegrałam walkę o Lunę i musiałam jej pozwolić odejść (to a propos poprzedniego punktu) - byłam całkiem sama. Nie było przy mnie osoby, która by mnie wsparła - była moja ex-przyjaciółka, ta toksyczna, która niby mi towarzyszyła ale teksty o tym, co ona czuje obcując ze śmiercią, teraz kiedy się leczy ze swoich lęków, nie były dla mnie wsparciem, a raczej obciążeniem. Miała ogromną tendencje do skupiania uwagi na swoich problemach. 
A zatem kiedy pojawiła się wizja problemów zdrowotnych Keiry, odpaliło mi podświadome skojarzenie z eutanazją Luny i poczuciem samotności w tamtym momencie. Posiedziałam z tym, pozwoliłam by się usadowiło gdzieś w moim ciele. Opukałam te emocje, pozwoliłam im wypłynąć i się rozłożyć, odparować, zwał jak zwał uwolniłam to. Mam nadzieję, że w pełni, jak nie to powtórzę cały proces. 

Nie wiem jak nazwać najbardziej pierwotny powód mojego nędznego stanu. Bo zaczęłam się głębiej zastanawiać. I doszłam do pewnego bardzo traumatycznego dla mnie wydarzenia. 
Miałam kiedyś psa. Wilczura, przerośniętego, czarnego wilka, którego kochałam całym sercem. Pies był wielki, niesforny, nieułożony i mocno strachliwy. Bał się ostrych dźwięków, wielkich przedmiotów, na przykład ciężarówek. No teraz bym określiła to jako brak stabilności psychicznej, nerwicą, czasem przebodźcowaniem. W tamtym czasie jednak nazywałam go psycholem. Z powodu strachu, czasem wręcz panicznego, pies potrafił zareagować agresją. No, centrum miasta ewidentnie mu nie służyło. Samochody, ludzie, dziwne dźwięki, tramwaje, no nie było to środowisko dla mojego wilka. Strasznie go kochałam, ale miałam naście lat i pstro w głowie. Nie umiałam przewidzieć zachowań psa w rożnych sytuacjach, chciałam się cieszyć nim i czasem jaki spędzaliśmy. Byłam nieodpowiedzialną właścicielką. No i doszło do małej tragedii. Wychodziłam z nim od przyjaciółki z domu i na schodach była kobieta w ciąży, schodziła z nich. Bleki się wystraszył jej nagłego pojawienia się, ja go nie utrzymałam i ją obszczekał. Nie dotknął nawet tylko wystraszony naszczekał, ale nie był małym pierdołkiem, tylko czarnym wielkim wilczyskiem i kobieta się tak przestraszyła, że zjechała z kilku ostatnich stopni. Wściekła się i zaczęła, że ona doprowadzi do uśpienia tego kundla, że jej teść jest sędzią i że ona wyciągnie z tego konsekwencje. Przepraszałam ją, ale też rozumiałam, w ciąży była, przestraszyła się, co prawda pojechała na dupie nie brzuchy ale to nie miało prawa się wydarzyć. Nie dopilnowałam psa i wina była po mojej stronie. Nie tłumaczy mnie młody wiek. Strach przed tym, co może się stać był tak wielki, że nie mówiąc o szczegółach rodzicom, powiedziałam tylko, że nie dajemy sobie z Blekim rady i chyba trzeba go oddać. Nie było pytań, dyskusji, jakby czekali na moją decyzję. Następnego dnia jak poszłam do szkoły zawieźli go do schroniska. Czy muszę mówić co czułam? Co nadal czuję? Wstyd, smutek, żal... rozpacz. I fakt, że najprawdopodobniej skończył dobrze, bo od razu trafił do podwrocławskiej hurtowni gdzie miał z drugim psem pilnować jej w nocy, nie pomagała mi. Ja go zdradziłam ze strachu przed konsekwencjami, ze strachu, odwiecznego strachu przed złością i niezadowoleniem rodziców, tym wypominaniem, że oni wiedzieli, że jak zwykle mieli racje. Zdradziłam swoje pierwsze "dziecko" i najlepszego przyjaciela ze strachu przed potępieniem i wyrzutami. 
Porzuciłam go. I nic mnie nie tłumaczy. 
I ta trauma, poczucie winy jakie mam w sobie odzywa się zawsze kiedy dzieje się coś niedobrego z moimi zwierzętami, czy ja znów zawiodę, czy ja znów zdradzę?
Mam nad czym pracować... i pracuję. Teraz jestem już dorosłą osobą i wiem, że mogę inaczej, tylko ta mała i przerażona dziewczyna we mnie też musi to poczuć i się uspokoić. 
Proszę, osoby, które czują chęć pojechania mi i shejtowania za oddanie psa do schroniska, by sobie jednak darowały bo nie kopie się leżącego, przynajmniej przyzwoity człowiek tego nie robi. Ja już i tak długo sama się katuję za ten krok. 
Tu jest jego zdjęcie. Robione jeszcze kliszowym aparatem, dwadzieścia lat temu. 

 Na koniec dodam tylko, że z Keirą idziemy w poniedziałek do na badanie krwi pod kątem narządów takich jak nerki, wątroba czy trzustka. Na razie jest w miarę ok, ale to głównie dla tego że dostała dwa zastrzyki przeciwwymiotne. 
A moich czytelników, którzy nie są ciekawi mojej drogi do siebie, proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, hafty i zdjęcia pojawią się jeszcze, na pewno. 
Pozdrawiam serdecznie.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Jak nie urok to ... kocie womity

Tak, tak, dziś będzie obleśnie. Bo o womitach, jak to się "ładnie" określa. A konkretnie o kocich womitach, zwrotkach inaczej, o przysłowiowym kocim rzyganiu. Kto ma kota ten wie, że to nieodzowny dodatek do samego kota. A jak ma się trzy to można zaobserwować rożne kombinacje i konstelacje. No są takie dni jak dziś kiedy mnie trafia i mam ochotę wyć. Jak się karmi te niewdzięczne futrzaste bydlaki lepiej niż siebie to boli kiedy one traktują karmę jak drapaczkę do przewodu paszcza - żołądek. Drap-drap w jedną stronę i drap-drap w drugą stronę i kilka złotych ląduje zacnie na podłodze. A potem w kiblu. Ja przysięgam, przejdę na marketowe badziewie jak tak będą się poszturchiwać bezglutenową super rybkową karmą. Ja wywalam pół wypłaty na łososiki, pstrągi i inne takie w formie brązowej, śmierdzącej granulki, a one tak? To ja się za jagnięcinką oglądam (teraz wszyscy wegetarianie apopleksji dostali) bo delikatna dla wrażliwych brzuszków, bo bez glutena straszliwego, a mój szparag chleb biały z dżemem wcina codziennie. I jakoś żyje. On ten chleb z dżemem bo lubi:)

A co do tego glutenu to teraz modnie napisać że coś go nie ma. No a jak wybieram żarcie bez zbożowe to raczej nie będzie tam glutena, nie?  Bo kotom mąka niepotrzebna. Ale skoro im do brzucha właściwego i tak rzadko trafia to jedzenie to może olać sprawę, i na badziew przejść, przynajmniej zaoszczędzę. Ech, gdybym jeszcze umiała oszczędzać na tych dziadach parchatych. 
A co do glutenu to wam powiem, że mnie to strasznie śmieszy, bo biorąc pod uwagę jak widzę po swoich znajomych co to go tak unikają jak strychniny jakiej, co oni jedzą... Co oni ładują w siebie i na siebie, przetworzone jedzenie - byle bez glutenu, leki i farmaceutyki, papierosy i alkohol w ilościach które mnie by powaliły dawno, ja bardzo mało piję. Masę chemii na skórę, która jak wiadomo wszystko pięknie wchłania, nie nowość... Ale glutenu NIE!!!! bo to jest strasznie niezdrowe, od tego się umiera!
No patrzę na taką i mnie czarna rozpacz i pusty śmiech ogarnia. A ma jakieś objawy.... no jakieś na pewno, bo w końcu to straszna trucizna, zabija tyle istnień... zaciągając się cienkim LM-em. Ok, nie moja sprawa, ale pośmiać się mogę, nie. 

Nie mam weny, z moich prac nad sobą na razie wniknęła kłótnia z mężem,  atak dziwnej paniki z podekscytowaniem trudnym do wytrzymania i musiałam zwolnić. Styki mi się przegrzały...
Wyszywam coś, i oglądam jak mąż gra w wiedźmina w wolnym czasie. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo mu kazałam olać jedną babę z która niby związany jest bohater, na rzecz innej, bo tej pierwszej strasznie nie lubię. A tu każdy krok ma jakiś późniejsze konsekwencje w historii. No ale jej nie lubię i już. 
Pozdrawiam serdecznie.

Edit:
Dziś pomimo domowego leczenia moja jednooka piratka wymiotowała już samą żółcią z łyżeczką karmy więc poszli my do weta. Ten stwierdził,że nic nie wyczuwa żeby kota blokowało, bolało czy było niezdrowe. Ogólnie okaz zdrowia. Zatem leczymy objawowo a jak się nie poprawi to będziem szukać głębiej, głownie w moim portfelu. A mina pani w aptece jak ją zapytałam ile mam dać tabletki ranigastu na 3 kilo kota - bezcenna.

niedziela, 2 grudnia 2018

Narodziny na nowo

Brzmi poważnie? Bo jest takie.
To najważniejsza rzecz jakiej się podjęłam w swoim życiu. Urodzić się na nowo. Stać się prawdziwą sobą. 
Jak? No tu już tak łatwo nie jest. I nie jest to chyba też jeszcze pora na opisywanie metody.
To, w takim razie, po co? 
Bo kto nie chciałby żyć życiem swoim, prawdziwym i wolnym.
Wolnym od wdrukowanych przekonań, które nie są nasze, bo skąd mamy je mieć, skoro nie mieliśmy okazji sami czegoś przeżyć. Ale jesteśmy przekonani o wielu rzeczach jakbyśmy mieli doświadczenia co najmniej z kilku pokoleń.  
Te przekonania, bardzo często ukierunkowują nas na całe życie i nawet nie wiemy o tym, nie wiemy dla czego coś myślimy, dla czego coś robimy lub nie robimy, a zapytani kluczymy i się złościmy. Najczęstsza odpowiedź: "bo tak było u mnie w domu, bo tak robiłam zawsze, bo tak i już".
"Pieniądze szczęścia nie dają"
"Bogaci są tylko nieuczciwi i kombinujący" 
"Prawdziwa miłość się w życiu nie zdarza" 
"Nie wychylaj się"
"Bądź miły i grzeczny niezależnie od sytuacji" 
"Rodzina jest najważniejsza"
I wiele innych. 
A na jakiej podstawie ktoś kto zarabia mniej niż średnią krajową może wiedzieć czy pieniądze szczęścia nie dają? Przecież nigdy nie był mega bogaty, żeby wyrobić sobie takie mniemanie. To przekonanie jego rodziców, lub najbliższych i środowiska. Bo w rodzinie tak mówiono, żeby usprawiedliwić brak ambicji i pogodzenie się z rzeczywistością. Bo łatwiej oczernić pieniądze i bogatych niż uczciwie się przyznać, że dobrze nam tak jak jest i nie chce nam się wspinać i walczyć, bo takie przekonanie przechodzi z pokolenia na pokolenie. I to przekonanie pokutuje nawet wtedy gdy jakimś zdarzeniem losu zdobywasz dużą kasę, w większości przypadków szybko się rozprasza, bo podświadomie wracamy do znanego i tolerowanego przez najbliższe środowisko, schematu.
Zatem chcę się tych przekonań, nie swoich, narzuconych, pozbyć, uwolnić, wytworzyć własne. Moje prawdziwie autorskie. 
Jak mi się uda to będę mogła powiedzieć czy są prawdziwe, czy nie. Sama będę decydować co sądzę o tym czy tamtym. To będzie ogromna wolność.
Druga sprawą będzie pozbycie się blokad i traum siedzących we mnie głęboko, w podświadomości, obalenie schematu - to się dość mocno łączy z tym pierwszym. Ale jest głębiej skryte.
Chcę przerwać ten łańcuch pokoleniowych traum gnębiących każda rodzinę. Nie chcę by to co przeżyły moje przodkinie (bo głównie kobiety z racji biologii mają tę możliwość przekazywania traum) determinowało może obecne życie i ewentualne przyszłe życie moich dzieci. Na pewno większość z was teraz przewraca oczami i mruczy coś w rodzaju " ale brednie". Trudno. Nikogo nie będę przekonywać do swojego zdania, każdy musi wyrobić swoje własne i żyć z jego konsekwencjami. 
 Chce się dowiedzieć, dla czego mam tak ogromną potrzebę jedzenia. Czemu boję się jeździć samochodem, prowadzić go. Skąd u mnie tak niskie poczucie własnej wartości. Może pozbędę się łysych placków na głowie, które się czasem pojawiają. Chce odkopać swój najczystszy potencjał, odgruzować go z tych wszystkich zanieczyszczeń narzuconych z zewnątrz.
To wymaga odwagi, przyznam, że czuje pewną obawę, bo jak mawia Szparag, jesteś teraz jak puste naczynie i trzeba uważać co się do niego naleje. Uważam, na ile wiem jak. Ufam intuicji. 
Ale jestem przede wszystkim bardzo podekscytowana i ciekawa tego jaka będę po tej przemianie, po tym oczyszczeniu. Czego się pozbędę, co zyskam.
Wierzę, że to będzie wspaniała i magiczna przygoda. 
Ktoś się zapyta - Po co to?
Bo pragnę pozbyć się mentalnych ciuchów po innych.  Bo chce być szczęśliwa tak prawdziwie. Bo chociaż teraz jestem szczęśliwa, to mogę porównać do to siedzenia w pięknym pokoju, na wygodnym fotelu i wyglądania na piękny ogród, a za nim las i cały świat. A teraz chcę mieć możliwość nie tylko podziwiania tego ogrodu, ale wstać i wyjść do niego, spacerować po nim, nacieszyć się tym co do tej pory podziwiałam. Poczuć pieszczotę słońca na skórze, chłód wiatru i deszczu, może się o coś zahaczyć ale przede wszystkim poczuć, na prawdę poczuć co to znaczy żyć prawdziwie.
I wyjść z szeregu tych wszystkich, którzy tak ochoczo tłumaczą się "tymi innymi", którzy to są odpowiedzialni za ich życie. Ja biorę za swoje życie odpowiedzialność, za każdy krok i za każde słowo, myśl czy nawet odruch. Ale to proces długotrwały i skomplikowany. Zatem trzymajcie kciuki.