sobota, 15 grudnia 2018

Spowiedź zdradliwej właścicielki

Witajcie moi drodzy. 
Ten tydzień był straszny, dla tego też dziękuje z całego serca tym, którzy mnie wsparli dobrym słowem i energią. 
I nie chodzi tylko o niedomaganie Keiry. Chociaż wiadomo, że stan zdrowia naszych pupili wpływa na nasz nastrój. Ja jednak zareagowałam na zwykłe wymiotowanie jak na wyrok.  Zaczęłam niedosypiać, chodzić ze ściśniętym żołądkiem i bolesnościami w dole brzucha ( jak człowiek jadący na gapę kiedy widzi kanara). Kilka razy dziennie płakałam z byle powodu i najchętniej to bym się zakopała nieprzytomna pod kołdrę. 
Powiecie - każdy tak czasami miewa. No każdy też czasami miewa katar i grypę, a jednak nie olewa tego zazwyczaj tylko się jakoś tam leczy.  
Dla mnie to było o tyle dziwne, że tydzień temu miałam tyle energii, że mogłabym oświetlić San-Francisco.  Wszyscy narzekali na aurę i złe samopoczucie, a ja wprost przeciwnie. Wiedziałam, że taka zwyżka nie potrwa długo bo by mnie wykończyła, ale nie spodziewałam się takiego doła. Musiała być przyczyna. Gdzie? Jaka?
To zadanie właśnie musiałam przerobić. Znaleźć źródło, prawdziwe źródło.  
Ponieważ od kilku tygodni stosuję metodę pracy nad emocjami zwaną po polsku OPUKIWANIE, szerzej znaną pod skrótem EFT, to zaczęłam wykorzystując tę metodę integrować emocje, które mnie dobijały. Ale... żeby je zintegrować, to trzeba je nazwać. A żeby je nazwać to trzeba je poczuć i co ważniejsze - się do nich przyznać. 
Siadłam więc i zaczęłam się pytać sama siebie, czego ja się boję, czemu jestem tak przeraźliwie smutna i czuję się absurdalnie samotna, chociaż w tym momencie miałam wsparcie tak wielu ludzi, łącznie z weterynarzem który zaproponował odłożenie w czasie spłaty ewentualnych wysokich kosztów badań. Dostałam propozycje pokrycia kosztów przez zaprzyjaźnioną fundację, przyjaciele piszą, znajomi pytają "jak kocia?". No nie byłam samotna, ale czemu się czułam opuszczona? Przerażona i bardzo, bardzo zmęczona chociaż tak naprawdę NIC się jeszcze nie wydarzyło? Skąd ta depresja, skąd ta nadreaktywność?
No zaczęłam dopuszczać do siebie głos z przeszłości.  

Strach i zmęczenie:

"Bo ja się tu wyżyłuję, na stresuję, namęczę, (każdy kto intensywnie leczył zwierzę ten wie, tu nie ma NFZ  nie ma szpitali), Będę walczyć do ostatniego tchu, a i tak będę musiała podjąć najtrudniejszą z decyzji. I tak ona umrze". 
Takie mam przekonanie, zakorzenione w podświadomości, które mi wypłynęło i gniotło. Przepracowałam. 

Przeraźliwa samotność:

Bo kiedy przegrałam walkę o Lunę i musiałam jej pozwolić odejść (to a propos poprzedniego punktu) - byłam całkiem sama. Nie było przy mnie osoby, która by mnie wsparła - była moja ex-przyjaciółka, ta toksyczna, która niby mi towarzyszyła ale teksty o tym, co ona czuje obcując ze śmiercią, teraz kiedy się leczy ze swoich lęków, nie były dla mnie wsparciem, a raczej obciążeniem. Miała ogromną tendencje do skupiania uwagi na swoich problemach. 
A zatem kiedy pojawiła się wizja problemów zdrowotnych Keiry, odpaliło mi podświadome skojarzenie z eutanazją Luny i poczuciem samotności w tamtym momencie. Posiedziałam z tym, pozwoliłam by się usadowiło gdzieś w moim ciele. Opukałam te emocje, pozwoliłam im wypłynąć i się rozłożyć, odparować, zwał jak zwał uwolniłam to. Mam nadzieję, że w pełni, jak nie to powtórzę cały proces. 

Nie wiem jak nazwać najbardziej pierwotny powód mojego nędznego stanu. Bo zaczęłam się głębiej zastanawiać. I doszłam do pewnego bardzo traumatycznego dla mnie wydarzenia. 
Miałam kiedyś psa. Wilczura, przerośniętego, czarnego wilka, którego kochałam całym sercem. Pies był wielki, niesforny, nieułożony i mocno strachliwy. Bał się ostrych dźwięków, wielkich przedmiotów, na przykład ciężarówek. No teraz bym określiła to jako brak stabilności psychicznej, nerwicą, czasem przebodźcowaniem. W tamtym czasie jednak nazywałam go psycholem. Z powodu strachu, czasem wręcz panicznego, pies potrafił zareagować agresją. No, centrum miasta ewidentnie mu nie służyło. Samochody, ludzie, dziwne dźwięki, tramwaje, no nie było to środowisko dla mojego wilka. Strasznie go kochałam, ale miałam naście lat i pstro w głowie. Nie umiałam przewidzieć zachowań psa w rożnych sytuacjach, chciałam się cieszyć nim i czasem jaki spędzaliśmy. Byłam nieodpowiedzialną właścicielką. No i doszło do małej tragedii. Wychodziłam z nim od przyjaciółki z domu i na schodach była kobieta w ciąży, schodziła z nich. Bleki się wystraszył jej nagłego pojawienia się, ja go nie utrzymałam i ją obszczekał. Nie dotknął nawet tylko wystraszony naszczekał, ale nie był małym pierdołkiem, tylko czarnym wielkim wilczyskiem i kobieta się tak przestraszyła, że zjechała z kilku ostatnich stopni. Wściekła się i zaczęła, że ona doprowadzi do uśpienia tego kundla, że jej teść jest sędzią i że ona wyciągnie z tego konsekwencje. Przepraszałam ją, ale też rozumiałam, w ciąży była, przestraszyła się, co prawda pojechała na dupie nie brzuchy ale to nie miało prawa się wydarzyć. Nie dopilnowałam psa i wina była po mojej stronie. Nie tłumaczy mnie młody wiek. Strach przed tym, co może się stać był tak wielki, że nie mówiąc o szczegółach rodzicom, powiedziałam tylko, że nie dajemy sobie z Blekim rady i chyba trzeba go oddać. Nie było pytań, dyskusji, jakby czekali na moją decyzję. Następnego dnia jak poszłam do szkoły zawieźli go do schroniska. Czy muszę mówić co czułam? Co nadal czuję? Wstyd, smutek, żal... rozpacz. I fakt, że najprawdopodobniej skończył dobrze, bo od razu trafił do podwrocławskiej hurtowni gdzie miał z drugim psem pilnować jej w nocy, nie pomagała mi. Ja go zdradziłam ze strachu przed konsekwencjami, ze strachu, odwiecznego strachu przed złością i niezadowoleniem rodziców, tym wypominaniem, że oni wiedzieli, że jak zwykle mieli racje. Zdradziłam swoje pierwsze "dziecko" i najlepszego przyjaciela ze strachu przed potępieniem i wyrzutami. 
Porzuciłam go. I nic mnie nie tłumaczy. 
I ta trauma, poczucie winy jakie mam w sobie odzywa się zawsze kiedy dzieje się coś niedobrego z moimi zwierzętami, czy ja znów zawiodę, czy ja znów zdradzę?
Mam nad czym pracować... i pracuję. Teraz jestem już dorosłą osobą i wiem, że mogę inaczej, tylko ta mała i przerażona dziewczyna we mnie też musi to poczuć i się uspokoić. 
Proszę, osoby, które czują chęć pojechania mi i shejtowania za oddanie psa do schroniska, by sobie jednak darowały bo nie kopie się leżącego, przynajmniej przyzwoity człowiek tego nie robi. Ja już i tak długo sama się katuję za ten krok. 
Tu jest jego zdjęcie. Robione jeszcze kliszowym aparatem, dwadzieścia lat temu. 

 Na koniec dodam tylko, że z Keirą idziemy w poniedziałek do na badanie krwi pod kątem narządów takich jak nerki, wątroba czy trzustka. Na razie jest w miarę ok, ale to głównie dla tego że dostała dwa zastrzyki przeciwwymiotne. 
A moich czytelników, którzy nie są ciekawi mojej drogi do siebie, proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, hafty i zdjęcia pojawią się jeszcze, na pewno. 
Pozdrawiam serdecznie.

32 komentarze:

  1. Ja jestem sercem z Wami. Równo rok miałam diagnozę Amberka z sercem ze pozawalole ze powiększone i ze tam cos wyszło chyba węzeł chłonny powiększony i podejrzenie chloniaka bylo, a później w marcu schudł i nerki poszły... Wiec wiem co czujesz. Powiem ci ze ja rok temu ni3 spodziewałam się nawet ze później w sierpniu będę musiała podjąć te decyzje..... Nawet przez myśl mi to nie przeszło.
    Jestem z Wami i trzymam kciuki 💙💙💙
    Ps. Ja tez pewnie będę się panicznie bać jak któryś mi zachoruje. Myślę ze historia Amberka odcisnela sie w moim sercu na zawsze i będzie strach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, wiem co czujesz i czego się obawiasz, ale wiem jedno i polecam Ci. Kiszenie się w poczuci winy i strachu nie pomaga. A wprost przeciwnie. Bo Keira czuje moje chwiejne nastroje i odbiera je negatywnie. Płakanie dla tego, że kot nie chce połknąć tabletki nie sprawi, że łatwiej pójdzie jej aplikacja.
      Wiem ile walczyłaś o Amberka, ile dla ciebie znaczył. Nie masz sobie niż do zarzucenia.

      Usuń
    2. Poczucia winy na szczęście nie mam. Ale wiem ze jak któryś zacznie chorować to będę się bala tego, ze będę musiała podjąć te decyzje. Obawiam się że będę panikowac na wyrost.
      Pewnie dlatego że u Ambera nic nie zapowiadało takiej tragedii. Trudno więc się nie bać.
      Co do pieska to u mnie siostra pierwszego puscila bez smyczy. Zginął. Ale była dzieckiem wiec nikt nic nie mówił. Jednak płacz był ogromny. I ból tez. Potem pojawił się Falkor pies szczęścia. Przeżył 15 lat. Przy nim nie było poczucia winy. Wiedziałam że życie długo jak na swój wiek. Zmarł we snie.

      Usuń
    3. To dobrze, że nie masz poczucia winy. Ja miałam i było mi z tym źle.

      Usuń
    4. Ja na samym początku myślałam co może można było inaczej zrobić ale wet mi wyjaśniła ze nerki to część wyrok ze nie warto dochodzić.

      Usuń
  2. Oj. Cudne psisko. Rozumiem Twój żal. Ale wiesz, nie sądzę żebyś musiała podchodzić do tego pod kątem zdrady. Sądząc po tym, co o nim napisałaś, to była dobra decyzja. Pomagałaś nie tylko sobie, ale przecież i jemu. Jeśli nie nadawał się do takich warunków (centrum miasta, hałas itp.), a Ty przecież nie mogłaś mu zapewnić innych, to była jedyna droga. No przecież byś go nie uśpiła, a są ludzie, którzy by tylko takie rozwiązanie widzieli. Fakt, że w tym wieku nie mogłaś przewidzieć wielu rzeczy, ale starsze osoby bez wyobraźni też się przecież zdarzają.
    Tu chyba nie chodzi o decyzję, ale o jej motywy. I nie te dotyczące psa. Trudno mi to dobrze wyrazić, ale wydaje mi się, że źle to oceniasz. Na linii Ty - pies jest w porządku. Tu raczej chodzi o relacje z rodzicami. Nie chcę tego zagmatwać, ale mam nadzieję, że zrozumiesz o co mi chodzi. Takie jest moje zdanie, ale to subiektywna ocena, raczej sugestia i nie musisz się z nią zgadzać.:)
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech... masz oczywiście racje, że tu chodzi o moje relacje z rodzicami, ale to tak głęboka rzeka, że jeszcze nie dotarłam nawet do połowy, nie mówiąc o drugim brzegu. Ale sprawa z psem odcisnęła się na mojej psychice i wraca bardziej niż inne sprawy. A było trochę tego podziemia w mojej młodości. Mam do przepracowania ponad 30 lat życia z zaprzeczeniu. Powoli będzie się to rozsupływać, ale będzie i każdym supłem łatwiej będzie mi iść przez życie i lepiej oddychać.
      Dziękuję za przeczytanie ze zrozumieniem.

      Usuń
  3. Kobieto, co Ty wypisujesz, kto mógły Cię zhejtować. Jesli ktoś by się odważył , to tylko dlatego, że nie potrafi przyznać się przed sobą samym do błędów.
    Każdy z nas ma na swoim koncie postepki, o których chciałby zapomnieć, odwrócić, naprawić. Których wspomnienie pali i piecze, a dusza się skręca.Takie rzeczy robi się z niewiedzy lub strachu, a najczęściej bezradności.I nie dotyczy to tylko relacji człowiek - zwierzę. Cóż, czy nam sie podoba, czy nie, takie jest życie.
    Keirze życzę zdrowia i myślę, że to tylko jakaś chwilowa niedyspozycja. Wiem co czujesz, bo wszystko to przerabiałam i zawsze powtarzałam sobie, że już nigdy więcj żadnych zwierząt.I...i jakoś nie dotrzymuję słowa.Mało tego, moje zwierzaki to zawsze te przygarnięte, skrzywdzone przez życie i (lub) ludzi i jako takie wymagające większej uwagi.
    Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, są dziwni ludzie, czytając fora spotykam się z fanatyzmem w którym nie ma za grosz logiki. A mało takich ludzi,którzy widza belkę w oku bliźniego a drzazgi u siebie mogą dostrzec.
      Nie wyobrażam sobie swojego życia bez towarzystwa zwierząt. No po prostu nie wyobrażam.Ale wierzę też, że nauczę się kiedyś podchodzić do tego ze spokojem, takim prawdziwym spokojem, że uwolnię emocje które we mnie się kłębią od wielu wielu lat i następne będą przepływać łagodnie nie czyniąc już takich zniszczeń.
      Serdecznie Cię ściskam i pozdrawiam.

      Usuń
    2. Wiem,że są tacy ludzie, emocjonalnie upośledzeni. Ale tym bardziej nie należy liczyć się z ich zdaniem. Jeśli ktoś niedowidzi,a jakoś funkcjonuje , to co,mamy wszyscy sobie oczy pozasłaniać?

      Usuń
    3. Masz oczywiście racje. Napisałam ten apel bo w tamtej chwili byłam jeszcze mocno rozdygotana i obawiałam się jak ewentualne ciosu mogłabym przyjąć.
      Teraz jestem już o wiele spokojniejsza, przepracowałam sobie tę sprawę do takiego stopnia, że na hejt bym odparła spokojnie i nie dotknął by mnie, ale w chwili pisania nie byłam tego pewna. Miłej niedzieli.

      Usuń
  4. Och Luna, jak ja cię dobrze rozumiem. Też mam takie historie za sobą. Ale...Jest jedno wielkie ALE.
    Strach i samotność. Nie dotyczą psa. Piesio to kamuflaż. Mialaś 15 lat, byłaś dzieckiem w bardzo trudnym wieku. Nie ty byłaś włascicielką, nie twoja to była odpowiedzialność, nawet ta pani na schodach, to nie było twoje. Nigdy. Twoi rodzice nie mieli odwagi zrobić porządku, chowali się za dzieckiem. Niefajnie. Kto tu był dorosły ponad miarę? Kto podjął w końcu dobrą decyzję? Dla kogo to było zbyt ciężkie? Nie jesteśmy więksi od swoich rodziców i nigdy nie będziemy. Ich odpowiedzialność zawsze będzie ich. Nie bierz, czas oddać. Przytulam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałaś to, czego nie umiałam dobrze ubrać w słowa, Bzikowo.
      A ty, Luno, patrz sobie w siebie i już. W końcu się znajdziesz.

      Usuń
    2. Kiedy opowiedziałam kilka dni temu, tę historię mojemu mężowi, powiedział dokładnie to samo ale nieco innymi słowami. Przepłakałam wtedy Blekiego chyba po raz ostatni i ostateczny, poprosiłam i jego i siebie tamtą młodą o wybaczenie. Przyznałam też wtedy rację i mężowi i swoim podszeptom, że z jakiegoś powodu moi rodzice nie potrafili postawić na swoim. Nie stanęli na wysokości zadania, ulegli dziecku, pewnie z miłości czy ze strachu przed moim niezadowoleniem i doszło do czego doszło. W domu pojawiło się stworzenie na które nie mogliśmy sobie pozwolić, za wielkie, nie do okiełznania. Nie chce myśleć o tym, czy gdyby był o połowę mniejszy to nie byłoby takich akcji, ale ...
      Dziękuję Ci, że stanęłaś za mną. Tobie Agniecho również. Zaglądam, rozliczam się z przeszłością i wyciągam co moje a oddaję co nie moje. Pomaga, oczyszcza i dzielę się tym tutaj. Będę się dzielić, potrzebne mi to, pomaga mi odzew, inne spojrzenie na dany temat, czasem potwierdzenie czasem wyprowadzenie z nie do końca właściwego kierunku. Jest to też bezpieczny i dla mnie i dla was sposób rozładowania tego co może nie rozwiązane wywołać jakąś chorobę. Dziękuję.

      Usuń
    3. Agniecha, ale czułaś i wiedziałaś :-) Znaczy przeszłaś :-)
      Tamta ty, czy obecna ty, to ta sama jednak. Sytuacja z Blekim była tylko objawem, tego, co działo się wcześniej. Tak nam świat pokazje. Mógłby napisać na karteczce, byłoby jaśniej :-)
      Tak czy siak Luna, zawsze trzeba wrócić do korzeni, do tego gdzie się zaczęło. I czemu. I puścić się :-) Ale jak się puścisz, to możesz się dłuższą chwilę bać. Mnie to wyjasnił ten chłopak, ma 100% racji.
      Obejrzyj https://www.youtube.com/watch?v=sJ0wDecArKs&index=96&list=WL&t=0s

      Usuń
    4. O dokładnie! Moi rodzice też nieco ponad miarę z pomysłem psa podeszli... Ostatecznie to babcia wyprowadzała. Ale tego pierwszego wiesz, że moja mama do tej pory mówi, że siostra wypuściła bez smyczy? Nie potrafi się przyznać, że jednak dziesięciolatka z psem pusczać to... Ale cóż. Nie wszyscy rodzice są jak pisze Anna Bzikowa - za dzieckiem się chowaj,a jednak

      Usuń
    5. Obejrzałam. Coś genialnego. Niby wiedziałam że tak będzie, bo nie można być zawsze na fali, ale jednak kiedy wylądowałam pod tą falą i mnie ona do dnia przygniotła, to pojawiło się zwątpienie i strach, czy ja sobie poradzę, czy ja się z motyką na słonce nie porwałam.
      Ten miły młody człowiek ładnie i klarownie mi to wyjaśnił. Teraz już świadomie będę przezywał te doliny i wyciągała z nich, każda będzie mnie przybliżać do szczęścia i wolności, bo każda będzie znaczyła, oczyszczenie z jakiejś traumy. Czasem całkowite, a czasem tylko częściowe.
      Dziękuję za ten link, posłucham go chętnie więcej. Jestem głodna takich tematów więc jak coś Ci wpadnie to dawaj. Serdecznie was dziewczynki pozdrawiam.
      A tak dodam jeszcze, że Keira się czuje całkiem nieźle, ma apetyt, robi kupę - zdrową i nie wymiotowała od ponad doby. Mimo to idę z nią na badanie krwi, żeby wykluczyć to i owo.

      Usuń
    6. I to jest BARDZO dobra wiadomość! Keira, tak trzymać! Ten miły, młody człowiek bardzo niegłupi jest :-) A ponieważ ostatnio bywam na niżu, Wszechświat mi trochę pomógł i podrzucił ten link. To się dzielę.
      Zbadaj kota i daj znać, ale czuję, że będzie dobrze :-) Nie masz draceny w domu? Ona jest słodkawa i koty lubią ją podjadać, szkodzi im.

      Usuń
    7. Nie, draceny nie mam, koty nie maja dostępu do kwiatków, poza kaktusami. Ale tych nie ruszają. Mają też swoją trawę która im wysiewam systematycznie.
      Ten młody grek ma dużo filmów i to z bardzo szerokiego spektrum. Będę go słuchać podczas malowania czy wyszywania. Tylko muszę się przyzwyczaić do stylu.

      Usuń
  5. Zajrzałam tu wczoraj, zaczęłam pisać i wyszedł mi strasznie długi i zagmatwany tekst, więc dałam spokój z komentarzem. Dziewczyny, zwłaszcza Iwa i Bzikowa, napisały bardzo mądrze - mogłabym się pod tym podpisać. Też tak myślę i czuję. I też mam jakieś sprawy do wytłumaczenia samej sobie. Więc rozumiem i przytulam mocno. A hejterów olać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem mi się zdarza u A. Bzikowej napisać komentarz nieraz dłuższy niż mój właściwy post. Wychodzą mi takie rzeczy że mam u niej w komentarzach niemalże drugiego bloga:)
      Uważam, że zawsze warto zajrzeć w siebie i rozpracować niektóre rzeczy, zanim to samo się wyrwie niczym gejzer, w sposób niemożliwy do opanowania.

      Usuń
  6. Nie martw się! Kocisko wyzdrowieje i wszystko wróci do normy! Trzymam kciuki za terapię i przekazuję pozdrowienia od Fiodora:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak z poziomu rozumu to sie nie martwię, bo już czyje się lepiej, to ta zrozpaczona nastolatka we mnie krzyczała ze strachu, ale sobie pogadałyśmy i już jest chyba w miarę ok. Moje futra również pozdrawiają Fiodorka.

      Usuń
  7. Przeczytałam komentarze i nic więcej i lepiej niż Anna Bzikowa nie potrafiłabym Ci poradzić. Dobra ścieżka jak od zdarzenia i emocji na nie, dotrzeć do pierwotnego zdarzenia i zrozumieć i wybaczyć sobie.
    A hafty zaczekają cierpliwie, jest hierarchia wartości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Pellegrino, pracuję nas tym, z większymi i mniejszymi sukcesami, jestem bardzo ciekawa jak to się wszystko rozwinie, jak się potoczy, ale mam otwarty umysł. Dziękuję, ze mimo to napisałaś tych parę słów.

      Usuń
  8. Posiadanie zwierzat nie jest łatwe, czasami podejmuje sie trudne decyzje
    i każdy czasami podejmuje nie takie jakie by chciał, czy mógł...
    Zawsze mam wątpliwości , kiedy usypiam kota albo psa.
    Nigdy nie wiem czy to jest ten właściwy czas, nigdy...
    Wiem tylko ,że to dla ich dobra...
    Taka karma...
    A może tak było lepiej ,że go oddałaś do schroniska ?
    Moze zginąłby tragoczną śmiercią na ulicy ?
    Może cierpiałby?
    A tak myślę ,że przezył spokojne dni
    w bardziej właściwym dla niego miejscu.
    Taka karma...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, nie wiesz czy nie dałoby się jeszcze trochę powalczyć, ale czasem to już tylko męczenie zwierzaka i siebie. Rozsądkowo wiem, że nawet jak tęsknił za nami jakiś czas, to w ogólnym rozrachunku miała lepiej. Miał gdzie biegać i kolegę do szaleństw. A tu w centrum, zamęczyłby się, i nas przy okazji. Wszyscy się go bali, tatę przewrócił na smyczy.
      Ale jak pisałam wyżej, to ta przerażona nastolatka we mnie najgłośniej krzyczała.

      Usuń
  9. Wszystko będzie dobrze-trzymam kciuki.Wiem co przezywasz-ja też za każdym razem jak coś dolegało mojemu psu wyłam ukratkiem wieczorami tak by nikt nie widział i niestety jestem strasznie wrażliwa na odejścia zwierzaków-dlatego teraz zdecydowałam,że nie chcę mieć-może kiedyś....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umiałabym żyć bez zwierząt, ale nie chcę sprowadzać ich na ten świat więc mam zasadę, że przygarniam te niechciane.

      Usuń
  10. Kurczę, nie wiedziałam o tej historii z Blakim... Strasznie smutna historia... Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co wtedy czułaś... Cieszę się, że dotarłaś do tej sprawy, jak sama wiesz, to źródło jest w stanie nas uleczyć, a nie objawy. Trzymaj się cieplutko! ��❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy, tego dnia byliśmy na jakiejś wycieczce z Kamińskim. A już wtedy miałam hopla na jego punkcie. Gorzej było jak wróciłam do domu. Pamiętam, że poszłam do Elki, powiedzieć jej mamie, że psa już nie ma, żeby się nie denerwowała, że Ci ludzie będą się jej czepiać. A potem długo u Elki w pokoju ryczałam.

      Usuń

Jeżeli podoba Ci się co piszę, lubisz spędzać czas przy moim blogu, daj mi o tym znać komentując. Dziękuję z całego serca.