czwartek, 21 marca 2019

Kocie przeboje i durnot kilka

Tak, z kotami zawsze jest coś. Nawet jak śpią to nie ma spokoju. Wspominałam jakiś czas temu, że dopadł mojego Seniora Ciapka paskudny SUK. Czyli syndrom urologiczny kotów, wstrętne okropieństwo. Bidul się wysikać nie mógł.  Przykro patrzeć. Zatem galopem do weta. Zastrzyki i słuchanie czy siura, zastrzyki i podglądanie - kocur niewrażliwy na szczęście, bo by się psychicznie mógł zatkać i przestać sikać z powodu tego podglądania. 
Po zastrzykach jak siurnął po swojemu to aż się popłakałam z ulgi i dostał "doustny" antybiotyk. No, a do tego karma weterynaryjna. 
No i z tą karmą są przeboje, bo ona ładnie pachnie i wszystkie amoku dostały. Senior chętnie je, ponieważ łatwiej mi było karmić wszystkie, w tym Antka, potencjalną ofiarę SUKu to zabawa była na całego... puki nie przypomniał o sobie wrażliwy brzuszek Antka.
Jak mi się Czarny rozesrał na rzadko to głowa mała. Nie dobiegał czasem do kuwety - wyobraźcie to sobie. No i jak, udało się - smacznej kawki:)

No to teraz szlaban, Senior na weterynaryjnej, Czarny z małą na swojej dla wrażliwców.  Ale weź wytłumacz, czemu Senior dostaje to pyszne, a my to stare i be. Moja psychika padła jak stary komputer. Bo Czarny nie jest posłuszny i karny, on bardzo BARDZO głośno daje znać że chce jeść. Nie, nie to dobre dla brzusia, on chce CHCEEEE!!!!! To dla Seniora. Utopić dziada to mało. Ręce opadają i masz ochotę rzucić o ścianę, a potem Ci głupio za tę myśli i biegniesz tulać olewając podrapane części ciała.
A więc:) Senior do sypialni, karmimy udając, że nie słychać koncertu pod drzwiami, a potem Czarny na parapet i zachęcamy do jedzenia jego żarcia.  

No jakie pyszne, no pokaż jak ładnie jesz, grzeczny kotek, o jeszcze raz, bo mam nie widział, no ślicznie... jak do dwulatka. Dobrze, że pieluch nie trzeba zmieniać... Czekaj... popuszczał na podłogę w locie, to ok, mam dwulatka. Wyje, nie chce jeść, a chce jeść, i sra niekoniecznie gdzie trzeba. No tylko się nie pożalę o traumatycznym porodzie w polskim szpitalu - nie liczy się zatem. 
Ok, Senior szcza jak marzenie, a Czarnemu się kupy uspokoiły. Moja refleksja - co ja zrobię jak się Czarnemu przyplącze SUK? Nie wiem, może chirurgiczne przeszczepienie cewki moczowej do dziury podogonowej? Będzie komplet.

Dziś jest mój Nowy Rok. Taki jak był, zanim jakiś Rzymianin z megalomanią postanowił zmienić na przełom Grudnia i stycznia. Durnota, bo to nie ma żadnego uzasadnienia astronomicznego, pogodowego, no żadnego. Zawsze, od kiedy zostałam ogrodnikiem z dyplomem, posługiwałam się określeniem "sezon", który zaczynał się wiosną bliżej nieokreśloną, ale wiosną. Teraz już wiem dla czego - moja słowiańska rogata dusza czuła, że ogólny Nowy Rok styczniowy jest do bani (Sylwestra nienawidzę pasjami), więc jakoś płynnie olała tę sztuczną granicę i używała tej naturalnej. A teraz już wiem, że tak jest właściwie dla mojej natury pierwotnej. 
Ale nie mam energii do świętowania, marnie się czuję psychicznie i co za tym idzie objawy somatyczne się pojawiają. 
Radosnej i ciepłej wiosny wszystkim nam życzę.
 

piątek, 15 marca 2019

No to jak mi idzie to moje redukowanie masy?

No więc właśnie... idzie. 
Powoli bo powoli, ale podobno tak najzdrowiej. Zatem jestem już od tego przełomowego momentu po "nowym roku" 4,5 kilogramów lżejsza. To jakieś dwa z hakiem w ostatnich prawie czterech tygodniach, więc tempo lekuchno przyspieszyło. No ale co się tu dziwić jak pomagam sobie wysiłkiem fizycznym.  
Tak, nadal uczęszczam do pobliskiej koksowni, chociaż tam takie raczej podstarzałe te koksy i nie ma na czym oka zawiesić.  Chodzenie pod górę o nachyleniu między 7, a 13 % w rytmie dobrego thrash metalu potrafi mi przemoczyć każdy skrawek materiału w jaki jestem odziana. Do tego rower, narty i maszyny na różne partie mięśni, o których nawet nie śniłam, że mam, a mnie bolą czasem. 
Jest progress - silniejsza jestem, niewiele ale jestem. Zwiększa się pojemność płucna. Sprawność i wytrzymałość stawów. 
Analiza składu ciała pokazała, że pomimo moich nadwyżkowych kilogramów nie mam dużo tłuszczu trzewnego - tego w okolicy brzucha, niebezpiecznego dla zdrowia. Po prostu równomiernie obrosłam wszędzie, jak niedźwiedź na zimę. Tyle, że u mnie pora roku nie miała znaczenia.  
Zatem chodzę na koksownie i obserwuję zmiany. A raz w miesiącu potwierdzam jak moje odczucia po założeniu spodni mają się do wagi. Za dwa miesiące sprawdzę czy zmieniła mi się proporcja tłuszczyku do mięśni. Jestem zadowolona, moja garderoba mniej, bo katuję ją praniem jak nigdy dotąd, ale pojawienie się na miejscowej koksowni w koszulce reprezentacji w piłce nożnej, to jest coś, mówię wam. No jest lans, nie ma co:)))
No ale na poważnie, to odpowiada mi to, chociaż zewsząd słyszę, że lepiej sobie po parku pobiegać... No jakim, przepraszam parku jak do każdego muszę jechać kilkanaście przystanków bo, sorki ale w tych spalinach nie będę truchtać, a poza tym to ja nie biegam. Nawet na bieżni nie biegam, nie lubię, mogę osiągnąć podobny stopień wysiłku bez biegania, chodząc pod górę. Zapewniam, zmęczę się tak samo. Poza tym, samo bieganie to dla mnie nieco za mało. A do tego nie widzę wracać do domu przez pół miasta taka zlana potem, mokra po gacie. A nie będę się w krzakach przebierać...
Głosy, że poszłabym ale nie mam z kim, a samej mi się nie chce są dla mnie też wymówką, bo ja chodzę całkiem sama i nawet nie chciałabym iść z kimś, bo wiem po co idę. Idę się spocić i zmęczyć, a nie na plotki. 
Zresztą...  
Proszę trzymajcie za mnie kciuki, żeby ten spadek utrzymał się nadal. Jeszcze sporo przede mną, ale jestem z siebie dumna. To taki mój osobisty sukces. 
No a na koniec dodam, że ja jem mniej i zdrowiej, ale bez przesady, chcę tak żyć, a nie po zakończeniu procesu z dzikim szałem w oczach zacząć się obżerać.  Więc nie mam żadnej diety. Nie liczę kalorii. Nie jakoś mega dokładnie, mam niejakie obeznanie co do tego, co jadłam w ubiegłym roku a co obecnie. No i nie siedzę na tej koksownie codziennie po piec godzin. Raptem dwa do trzech razy w tygodniu po 1,5 - 2 godziny. Jak chciałam częściej to mi się organizm zbuntował i musiałam zrobić czterodniową przerwę. 
No to następnego sprawozdania za miesiąc. Ciekawe czy będzie coś nowego.  Pozdrawiam serdecznie.
 

poniedziałek, 11 marca 2019

Haft cieniowany - zimorodek

A właściwie to powinien się nazywać - wolnorodek, bo rodzi się tak powoli, że to aż żenujące nieco.
Ja go zaczęłam w ubiegłym roku, latem. Przez kilka dni walczyłam z tłem, bo mi nie wychodziło. Kiedy już uznałam, że ten kawałek tkaniny odpowiada mniej więcej mojej wizji, naniosłam na niego szkic ptaka. Całość ma kształt prostokąta i formak A4.
 Trzeba było teraz wybrać odcienie, które pojawią się w hafcie. Bardzo lubię ten moment. Fakt, że często potem w trakcie pracy następuje korekta nie zmienia radości. 
No to pora zacząć. 
Nie wiem czemu zaczęłam od gałązki - bardzo powoli mi szło. Więc po jakimś czasie zdecydowałam się zabrać za modela właściwego. 
Brzuszek mi zajął kilka dni, skrzydełka też. Ale ponieważ robiłam kilkumiesięczne przerwy to efekt taki, że niebawem minie rok, a on daleko jeszcze w polu. W takim stanie odłożyłam go ze dwa miesiące temu do szuflady. I wyjęłam dwa tygodnie temu, by uciszyć wrzeszczące poczucie winy.
Dopracowanie skrzydełek i prucie ogonka - półtora dnia. 
No i powrót do gałązki, na chwilę,żeby się rozgrzać. Potem końcówki lotek i ogonek na nowo innym odcieniem. A w końcu wielka powierzchnia plecków. Tutaj jest zrobiony podkład jednym podstawowym odcieniem i na nim pociągnięta jedna nitka w odcieniu jaśniejszym - słabo ją widać, ale uwierzcie - jest. 
A tu plecki już skończone i może tego nie widać ale tam jest pięć odcieni błękitu. 
No i na tym etapie mój wolnorodek ponownie trafił do szuflady. Sama jestem ciekawa na jak długo tym razem:)
Pozdrawiam was serdecznie i trzymajcie się w te wichury.



środa, 6 marca 2019

Planowanie, realizowanie, rozliczanie - musztra, czy dla każdego?

Hej kochani.
Dziś przychodzę do was ze spontanicznym wpisem i liczę na wasz głos w tej sprawie. 
Od początku roku biorę udział w programie rozwojowym "Kobieta w Harmonii" organizowanym przez moją dawną przyjaciółkę. No i założenia samego programu są wspaniałe, podstawy super i program też świetny. Jest tylko jedno małe "ale".
Otóż, co tydzień mamy zadanie wypisać plan na nadchodzący tydzień i na weekend. Coś w stylu: Na czym najbardziej chcesz się skupić w nadchodzącym tygodniu. 
A pod koniec - Co udało Ci się zrealizować z założeń na miniony tydzień. 
Ok, ja rozumiem, mniej więcej cel takiego programu. Ale po dwóch miesiącach okazało się, że to planowanie kompletnie ze mną nie rezonuje, nie współgra, a nawet zaczęło mnie nieco drażnić. Mam na siłę wymyślać sobie cele? Jakieś zadania do wypełnienia.
Od dawna moją największą życiową wartością, poza miłością, jest wolność. I takie plany narzucane samej sobie są mi drzazgą w oku. Bo moje plany sobie, a życie sobie. I wiecie, nie chodzi tu o to, że mam zaplanowaną wizytę u dentysty. Bo tego to nie muszę nigdzie pisać, poza datą i godziną żeby nie zapomnieć. No chyba, że to wizyta przełomowa, sprawdzająca moją wolę i odwagę:) 
Ale co tydzień pisać to samo, moje życie jest w sumie dość nudne. Zazwyczaj to wyglądało mniej więcej tak:
"Chciałabym w tym tygodniu trzy razy pójść na siłownie, albo zrobić sobie trzy treningi, skończyć ilustrację, cześć haftu czy rozdział powieści." Zależnie od tego co akurat miałam na warsztacie. No i się przytrafił tydzień kiedy to Szparag miał urlop i wszystkie plany wzięły w łeb, ale o dziwo tydzień był o niebo bogatszy w inne zdarzenia i spotkania. Albo w następnym planowałam skończyć obraz, a jakoś tak kiedy zasiadłam, nie było fluidów i wzięło mnie na wyszywanie. No więc planowanie tego typu u siebie uważam za bezsensowne i nie robiłabym afery, gdyby nie głosy, że to zachowanie niedojrzałe i dziecinne. 
 
Bo osoby na grupie mają plenery całego roku rozpisane w szczegółach co do godziny. Od tej do tej robię to, a potem tamto i tak każdy dzień. Co do minuty.  Oessu, jaki reżim! Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Między 18, a 18.25? Przeraża mnie to.
Ok, może moje spontaniczne życie jest dziecinne ale uważam, że takie trzymanie się schematu wynika ze strachu. Czują się bezpieczniej bo z góry mają ułożone życie codzienne i nie muszą się zastanawiać co dalej.  No i weź zaplanuj, że trzy razy w tygodniu o 19.30 napiszesz wiersz. Coś napiszesz, jasne, ale czy to będzie prawdziwie z serca i duszy, czy idealnie ułożone umysłem słowa?
No sorry. Rzeczy których zrobienie wymaga ode mnie życie i codzienność nie muszę zapisywać i jakoś specjalnie planować. Po prostu je robię. 
 
A plan chodzenia na siłownię trzy razy w tygodniu potrafił zawalić jeden dzień kiedy organizm powiedział, że za wiele od niego oczekuję na początku i się zbuntował. Cztery dni odpoczywałam od treningów. I mam się z tego powodu czuć winna? Bzdura. Ja się pragnę uwolnić od zbędnego poczucia winy, a nie w nie wpędzać. Cieszyć się życiem, wszystkimi jego smakami i to zawsze kiedy zapragnę, a nie od 5 do 6.
Nie wiem, prawda pewnie leży gdzieś po środku. Ja podziwiam osoby żyjące z terminarzem i to nie biznesowym ale prywatnym w ręku, chociaż nieco im współczuję. Tak samo one za pewne współczują mi i patrzą nieco z góry. 
Najbardziej mnie męczy to późniejsze pisanie co zrealizowałam, a czego nie, no jak na spowiedzi trochę, i czuję się nie najlepiej z tym, chociaż przecież w tym czasie zrobiłam coś innego.  
A w tym tygodniu mam na głowie syndrom urologiczny Ciapka i codzienne wizyty u weterynarza.  Mój plan - podglądać czy sika. Wypełniam śpiewająco:)
 
I nie wiem czy pójdę na siłownie w następnym miesiącu - czyli za tydzień wzwyż bo kasa na karnet poszła na zastrzyki dla kota. Bywa.
A wczoraj jedna z dziewczyn wpadła na pomysł spisywania ze sobą umowy na zrobienie czegoś. Kompletnie nie czuję klimatu. I co, jak wypełnię umowę to co, nagroda, gwiazdka w tabelce czy piątka do dziennika. A jak nie? To kara, nagana, smutna buźka? I to jest dojrzałe postępowanie? No, gdybym rzucała palenie, a nie palę, ale gdybym, to może bym zastosowała podobna metodę tylko po to by nagrodą rekompensować sobie brak nałogu i popaść w następny.
No podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami na ten temat, tylko proszę o kulturę, która jak do tej pory była bez zarzutu na moim blogu.  
Wspomniałam o siłowni - tak chodzę, już prawie miesiąc, ale o tym innym razem.

wtorek, 26 lutego 2019

Samotne drzewo, radość Nory i girlany w strunieniu.

Miniony weekend spędziliśmy ze Szparagiem w Dziczy. Jakby pogoda wiedziała o naszych planach, postanowiła uprzykrzyć nieco ten pobyt porywistym, mroźnym i przeszywającym wiatrem. No pomimo słońca, to nie było przyjemnie, zwłaszcza w piątek. A w ten dzień przycinaliśmy wysokie gałęzie, więc oczy łzawiły i szczęka kostniała od zimna. 
No ale na spacer z pieskim to trzeba iść. A pieskowi z takim futrem nie przeszkadzają przymrozki. Ona się cieszy, że ma towarzystwo do spacerów. I patyczki.  






Zdjęcia robił Szparag firmowym telefonem reklamowanym przez naszego czołowego piłkarza - zatem nie muszę podawać marki... powiem tak - doopy nie urywa. Za tyle szmalu to można mieć i lustrzankę i telefon i spełnią lepiej swoje funkcje. Jedno będzie robić super zdjęcia a drugie dzwonić i bateria wytrzyma dłużej.  No ale odbiegłam od tematu.
Radość jaką temu psu sprawia zabawa patykami i kąpiele w stawie, obecnie podmarzniętym, napawają człowieka na prawdę dobrą energią.
Kot chodzi swoimi drogami i spotkać go można sporadycznie gdzieś w oklicy ogrodu albo na drzemce w domu.
 Zdjęcie kota robione moim trzy razy tańszym telefonem. Moim zdaniem lepiej sobie poradził w słabszym świetle. Dobra, to tak tylko bo cały czas w domu próbujemy obalić mit mega drogich smartfonów. A ponieważ firma dała ten z najwyższej półki to mamy na czym. 
Sobotni poranek przywitał nas szronem i bajkowymi efektami. Ja spałam w najlepsze i bo nie wzięłam odpowiedniego obiektywu i po piątkowych wichurach bolały mnie kości twarzy. Nie chciałam ich wietrzyć znów. Na fotołowy wyszedł Szparag ze swoim ultrasuperhiper smartfonem...





 Takie fajne girlandy w naszym strumieniu się porobiły. Fantastyczne. 
A szron na samochodzie fotografowany. Powiem wam, że jak zobaczyłam jaki był ten szron to mnie żal było, że nie wzięłam obiektywu do macro. Ładne mogłyby być fotki... ale nie planowałam wielkich wypraw zdjęciowych, no i nie wyprawiłam się. Następnym razem pokażę jednak małych gości ogrodu których uwieczniłam osobiście.
Pozdrawiam serdecznie. 

A i zapomniałabym dodać, że wieczorem słychać nawoływania puszczyka. Bardzo się cieszę, że jest i siedzi tak blisko domu.

wtorek, 19 lutego 2019

Sesja łóżkowa i wielbicielka trawki

Bardzo często rano spędzam nieco czasu w pościeli z trzema mężczyznami. O zgrozo więcej uwagi poświęcam tym, z których żaden nie jest mi poślubiony. Nic zatem dziwnego, że mąż jako pierwszy opuszcza pielesze i idzie grzecznie do kuchni kawkę przygotować. A wtedy mam dla moich dwóch kompanów więcej miejsca i całą uwagę mogę poświecić tylko im.
Największym miłośnikiem pościeli jest starszy z gości. 


To od niego podobnej formy spędzania poranków nauczył się młodszy delikwent. Co prawda zanim popadnie w błogie drzemanie to najpierw poluje na niewidoczne ofiary. A jak już rozładuje emocje i energię to robi to co starszy brat.




W tym czasie ich siostra, indywidualistka, łapie zimowe promienie słońca na parapecie i narkotyzuje się zielskiem. Do tego stopnia, że zawłaszczyła sobie całą doniczkę na własność. I pilnuje niczym smok kupy złota.



 Tak, wiem, okno do umycia. Warunki jednak jakoś ostatnio nie sprzyjały.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Postępy i decyzja nie do pomyślenia.

Witam, witam w ten listopadowy dzień. Niby w kalendarzu luty ale za oknem zdecydowanie listopad i to w swojej najgorszej odsłonie. Brrr.
Już miesiąc z okrawkiem minął od kiedy to nieopatrznie stanęłam na wadze i przeżyłam wstrząs. No może nie aż tak bo czego się spodziewać po obżarstwie... przez długi czas przed katastrofą za pomocą urządzenia łazienkowo pomiarowego, przez które kobiety płaczą na całym świecie.  
No więc zatem postanowiłam, że coś trzeba z tym nadmiarem wykazanym na elektronicznym, bezlitośnie dokładnym wyświetlaczu, począć. Najlepiej się pozbyć.  Łatwiej byłoby zaakceptować i pokochać, na prawdę łatwiej i przyjemniej. No ale poza jakimiś tam estetycznyno społecznymi perturbacjami idą te zdrowotne, o wiele istotniejsze. 

Zatem postanowione, odchudzamy się. 
"Jakie MY?!?" - Zakrzyknął oburzony Szparag.
" W ile koszul sprzed dwóch lat się mieścisz?"
"Spadaj"
Odchudzamy się - ja bardziej, ale i jemu po zmianie pracy przybyło tu i ówdzie.
Pierwszym etapem była eliminacja zbędnych kalorii i racjonalne dawkowanie posiłków.  Żadnego głodzenia. Normalnie jem tylko nieco bardziej zwracam uwagę co i w jakiej ilości, kolejności i czasie. Staramy się nie podjadać (popołudniu - katorga). Medalu to ja tu nie dostane ale trzeba sobie wypracować nawyki i oduczyć organizm jak pięciolatka od kilku rzeczy. ( Nie, nie dostaniesz batonika, nie, lodów też, zapomnij o chipsach, sól jest nie zdrowa w takiej ilości. KFC? oszalałaś? Marchewkę zjedz, buraczki masz... no na co się fochasz?!?)
Czy obrażaliście się kiedyś sami na siebie? Strzelić sobie focha to jest coś. 

Zatem żarcie w miarę ogarnięte. 
Teraz ta z pozoru trudniejsza sprawa - ruch.
Najwięcej przez ostatnie lata to ja ruszałam ręką, prawą nad kartką tudzież tamborkiem.  
Kupiono mi na urodziny smycz i osobistego poganiacza niewolników - smatrłocza... 
No i mówi mi ta opaska więzienna ile to przeszłam kroków, ile spaliłam kalorii i ogólnie jaka leniwa jestem. Świeci mi potem w telefonie taką szczerbą w wykresie - NIE ZROBIŁAŚ WYMAGANEJ ILOŚCI KROKÓW DZIŚ - WSTYD I HAŃBA LENIU!!! 
No koniec końców, że jak mi brakuje ten tysiąc kroków to łażę od ściany do ściany przed snem, tylko po to by mnie nie obrażało chińskie urządzenie które z własnej woli noszę na nadgarstku. 
Ale ma to swoje zalety, żeby nie było, że ja tu na adwokata żebrzę co by mnie z tej fit celi uwolnił.  
To coś mierzy tętno i wychodzi mi, że mam za wysokie do swojego wieku. No to się udałam do lekarza, bo jak za wysokie to duży wysiłek, jaki miałam w planach, może mi zaszkodzić. Wolę się skonsultować, a jako, że na prawdę dawno nie byłam to co mi szkodzi. Walnął skierowanie na badania i powiedział, że nie ma się co tętnem przejmować, spadnie jak poćwiczę. Super. 
Wyniki dziś odbieram i od razu konsultacja, ciekawe co wyjdzie, jak tam tarczyca. 

Ale tak czy inaczej ta cholerna opaska wymusza na mnie zwiększoną aktywność fizyczną i staram się poddawać jej woli. Spacery, jakieś kardio w domu, trochę biegłam, JA biegłam. No takim kurcgalopkiem koślawym i nie za daleko, bo płuca żywym ogniem zapłoneły, ale biegłam. 
Widzieliście może kiedyś biegnącego hipopotama w TV? To jemu wychodzi to zgrabniej.
Nie mam kształtów takich jak on, na szczęście, ale też nie jestem wypełniona gazami jak one.  Im lżej:)
Więc tak, ograniczyłam żarcie i zaczęłam się przemieszczać w trzech wymiarach. Jakie tego efekt, zapytacie. No cóż... powiem tak, średnio. Przez miesiąc niecałe 2 kilo w dół. Chciałoby się więcej. Ale, to nie woda ze mnie zeszła, bo tę piję od kilku lat w sporych ilościach. Zatem zeszło coś innego, a do tego czuję że moje mięśnie pracują bo mi boleśnie dają o tym znać. Niedawno dostałam hantle babskie żółte i wzmacniam ręce i ramiona. 
W każdym razie nie poszło w górę i po mału schodzi. Tak, wiem - waga to nie wszystko, ważne są też obwody. Zmierzyłam się tu i tam, ale za późno żeby coś porównać więc będzie przy następnej odsłonie. Największą korzyść mam z tego, że mnie przestały stawy boleć jak je rozruszałam. 

A ponieważ centrum Wrocławia jest na prawdę ułomne jeśli chodzi o miejsce do ćwiczeń.  Spacerować to można po galerii handlowej, czego nie cierpię, a biegać przez ulicę... zrobiłam coś czego bym się po sobie nie spodziewała nigdy - wykupiłam karnet na siłownię.
Na razie na miesiąc. Zobaczę jak się odnajdę, ale widząc starszych ludzi na rowerkach już mi się podoba. Zaczynam jutro. 
Zaopatrzyłam się w przyodziewek kończyn dolnych za 20 zł, oddychający bo nie miałam i będę biegać w miejscu, rowerkować, wchodzić po schodach donikąd nie narażając się na dziwne spojrzenia sąsiadów. Są tam jeszcze inne urządzenia których nie ogarnęłam przez szybę. Trzymcie kciuki. 
A teraz kawa z erytrolem:)
 

wtorek, 5 lutego 2019

Kredki Luny - wilk

Witajcie.
Nie było mnie na blogach, waszych i swoim bo byłam w innym świecie. Dwa tygodnie temu, no nie całe, przyszedł mój urodzinowy prezent, czyli wyśnione kredeczki. Tak mnie z zaskoczenia nieco wzięły, bo przyszły w środę, a spodziewałam się w piątek. Jak ja się ucieszyłam. Pudełko było zaskakująco ciężkie. Ale co się dziwić, w końcu 132 kredki swoje muszą ważyć. 

 Czyż nie wygląda to wspaniale. 
Ojej, aż teraz na ten widok micha mi się cieszy.  No od razu chciałam coś próbować ale nie miałam pomysłu. Więc poukładałam je sobie kolorami i postanowiłam zrobić próbnik. Bo niestety ale kolor lakieru na drewnie dobierał daltonista i zazwyczaj nijak się to ma do koloru właściwego wkładu. Dla tego potrzebny jest próbnik. 
Nie będę się dziś rozpisywać na temat tych kredek. Bo długo by pisać, są wspaniałe i tyle. Przynajmniej dla mnie. Spełniają moje potrzeby. O tym jak bardzo spełniają przekonałam się kiedy w weekend wybrałam temat do pierwszej pracy. Nad próbnikiem kolorów siedziałam dwa popołudnia.
Ok, zatem ćwiczenia skończone, kolory poznałam to trzeba na głęboką wodę. Padło na wilka. 
Zaczęłam od tła. Tutaj zakochałam się na amen. Gdybym chciała takie tło zrobić farbami, zajęłoby mi to o wiele więcej czasu i chyba bez Aerografu by się nie obyło. Nie powiem, żeby to tło było jakieś szczególnie wyszukane, bo nie miało być. Zależało mi na rozmyciu i gładkich przejściach. Będzie widać na kolejnych zdjęciach. Bawiłam się ze trzy godziny, a to i tak dla tego, że się uczyłam kredek. 

 Uszy. Nie przepadam za uszami bo są dla mnie tajemnicą dziwnie układającej się sierści i chrząstki. Ale zadowolona jestem z tego jakie efekty osiągałam każdym kolejnych ruchem ręki. 
 
Królestwo kłaczków. Tysiące, setki tysięcy pociągnięć. 
Ale jakie kolory, trzy odcienie szarego każdy w kilku intensywnościach zaznaczonych procentem. Zimny na tle, z dodatkiem niebieskiego, ciepły i tak zwany "frencz grej" czyli brązowoszary. Idealny do natury. Tych odcieni nie ma chyba w żadnej innej firmie z tych dostępnych u nas.  
Zabawa trwa. Kolejny dzień i kolejne kłaczki. Praca na warstwach i szczegółach. Odkrywanie możliwości, tajemnic i cudów.
 
Ostatecznie, wilk któremu nadałam imię Kazan, prezentuje się tak. 
Nie wiem jak wy ale ja jestem absolutnie zachwycona efektem i nie mam tu na myśli jakiegoś samozachwytu ale właśnie tym jakie efekty można uzyskać moimi ukochanymi obecnie kredkami. 
Dają ogromne pole do popisu. 
W tej pracy zamknęłam się w bardzo ograniczonej palecie kolorów, więc może tak nie pokazałam co mogą ale powiem wam, mogą wiele. 
Zależało mi na tym by połączyć wygodę i szybkość działania kredki z efektem farby i to właśnie uzyskałam.  
Niestety odkryłam jedną wadę - szybko się zużywają.  
A co za tym idzie, jest to moje najdroższe medium artystyczne. Coś za coś. Tempo pracy nieco wzrosło, ale koszt materiałów też, więc jakbym miała to podliczyć, to ostateczna cena pracy albo utrzyma się na tym samym poziomie albo nieco wzrośnie, ze względu właśnie na wysoki koszt materiału, czyli kredek. Nie będę się rozpisywać na ten temat teraz, zobaczę po kilku pracach. 
Jak wam się podoba wilczek? 
Pozdrawiam serdecznie. 

 

 
 


 

wtorek, 22 stycznia 2019

Gile - brzuchate ptaszki w wielu odsłonach.

Czołem kochani.
No ja w tym roku to normalnie szaleję, jeszcze schudnę od tego szaleństwa. To jest mój siódmy wpis w styczniu, a jeszcze ile zostało do końca:)
Jak się podoba zmiana na blogu?  W sensie, że kolorki. Wiem, może przeszkadzać to zmienianie, ale zmieniam się JA to i zmienia się blog. Wzrokowców przepraszam za zmieszanie. 
U mnie po zimie nie został nawet ślad, znaczy po śniegu, bo zima jest i to zimna nawet. A jaki ptak wam się najbardziej z zimą właśnie kojarzy, bo mnie od dziecka, chyba przez szkolne ilustracje, to gil. Dość rzadko mam okazję podziwiać te ptaki, są dyskretne i pomimo tego widocznego niczym flara ratunkowa brzucha, nie łatwo je wypatrzeć. Ktoś by mógł powiedzieć "magia", a ja wam mówię: Mechanika kwantowa. 
Jak na święta byliśmy w dziczy to pojawiło się u nas na ogrodzie stadko tych przesympatycznych ptaszków. Pogoda jaka była każdy wie, zatem nic dziwnego, że światło do zdjęć raczej z tych beznadziejnych.





 Są tak wdzięczne, że już któryś raz uległam i postanowiłam oddać ich delikatną urodę za pomocą farb, albo pasteli.
I tak, najpierw powstało tło.

 
Następnie przez długie miesiące czkało na natchnienie co do bohatera głównego. Pojawił się chyba rok temu - ten bohater.
 

Usiadł z żoną na gałązce czegoś niezidentyfikowanego i czekał następnych kilka miesięcy. Czekał i czekał... Aż się doczekał:)

 
 Ukończyłam tuż po świętach, ale jeszcze w tamtym roku. Akryl na płótnie formatu A4. Można wieszać na ścianie.
A z początku tego roku, spontanicznie, wykorzystując wzór z obrazu powyżej, namalowałam mały obrazek pastelami. To była moja kolejna próba zaprzyjaźnienia się z tą techniką. 
 
 
 Format szkolnego zeszytu.
Jak widać jeszcze się docieramy i nie wiem czy dotrzemy.
A czemu?
Pamiętacie obrazek dyniowego kota? Zrobiony kilkoma kupionymi na próbę kredkami pewnej drogiej jak pierun, hamerykańskiej firmy? Otóż, z okazji urodzin, Szparag zainwestował w swój święty spokój i za dwa dni ma przyjść opakowanie 132 kolorów.  Czujecie, co to będzie:) No szał nie napisze czego:). Już mam w głowie pierwszy obraz. Trochę zapewne czasu minie, nim dopasuję odpowiedni papier, ale...
Zatem tym bardziej się cieszę, że wczoraj pękła mi 300tna strona powieści. Bo jak przyjdą kredki to przez dłuższą chwilę, jak znam siebie, zatonę w nich. 
A to znaczy, że będzie o czym pisać na blogu, czy to nie wspaniałe. Aż mi infekcja panosząca się w moich zatokach przynosowych mniej przeszkadza.  A swoją droga to mogłaby pójść już sobie. Czołowe mam czyste, wypłukane, ale tych pod oczami to nie umiem oczyścić. 
Jak na razie to trzymam dietę, i nawet nie ciągnie mnie do niezdrowego, może to przez infekcje, brak apetytu, chociaż biały ser, z pomidorkiem, ogórkiem i cebula posypany siemieniem lnianym, wcinam aż uszy się trzęsą. I zupy. Codziennie prawie. 
Pozdrawiam i do zobaczenia niebawem:) 
 
Obie prace są do kupienia.
A i zapraszam na mojego Instagrama - tygrysek na górze.