sobota, 19 stycznia 2019

Dzicz - wieści z frontu

 Cześć kochani. 
Witam was w to śliczne sobotnie, wczesne popołudnie. Wczoraj robiłam za Królową śniegu. 
Wreszcie miałam kilka godzin zimy. Bo w sposób kompletnie nieplanowany i spontaniczny znalazłam się na kilka godzin w mojej dziczy. A ponieważ czasu operacyjnego przed wyjazdem miałam dwadzieścia minut to nie zabrałam ze sobą aparatu. Miałam do dyspozycji jedynie telefon. 
Już w drodze zaczął prószyć śnieżek, a jak przybyliśmy na miejsce to sypał na całego. Taka niespodzianka. 


Sypało, aż miło było. Nora była zachwycona, uwielbia wodę nawet w postaci śniegu. 




Złapanie jej w obiektyw telefonu kiedy raduje się aurą, to nie łatwa sprawa. Ale udało mi się zrobić kilka zdjęć. Tyle radości w tym psiaku. Obrosła futrem zimowym i sadełkiem zupełnie jak ja:)




Oczywiście w akcji były patyki i szyszki, za którymi biegała, tarmosiła i rozwalała na kawałeczki. 

Chwilami sypało na prawdę mocno, leciało do oczu, bo wiał lekki wiatr. Bajecznie było.
Po zabawie z psem wybrałam się na samotny spacer, nie chcę jej brać do lasu, bo to nic teraz nie wiadomo.





Jakieś dwa tygodnie temu zaczęli napełniać staw. Po tej dramatycznej suszy, ziemia w końcu nasyciła się wodą i zaczęła ją oddawać. W strumieniu się pojawiła i to w ilości na prawdę zacnej. Aż miło patrzeć i słuchać tego szumu.
 
 
Wybrałam drogę przez las bukowy, moją ulubioną ścieżką, wąską i mało uczęszczaną. Doszłam do wielkiego i rozłożystego dębu rosnącego nieopodal bobrowiska.

I popełniłam moją pierwszą panoramę. Wyjaśniam - stoję przodem do dębu, a to co jest na końcu czyli las sosnowy jest za mną w rzeczywistości. 


 

Brakowało mi lustrzanki, ale mój telefon jakoś sobie poradził. Nie jest to co prawda szczyt marzeń ale widać piękne porosty w śniegu na starej zdziczałej jabłoni w porzuconym sadzie.
 
Uległam samozachwytowi, więc kolejny skalniaczek. Podczas spaceru już nie padało, mało tego wyszło słonce i dawało ciekawe efekty wizualne.

 

 Niestety spotkało mnie małe smutne zdarzenie. Na błotnistej drodze w kałuży leżało ciało, nie chcę pisać truchło. Ofiara potrącenia, zapewne. Kijem odgarnęłam śnieg i upewniłam się co do gatunku, potwierdził niezastąpiony Krzysiek Leśny Mikunda:)


To jest, proszę państwa jenot. Żałuję, że jedynie w takiej formie dane mi było spotkać to zwierzę. Kiedyś, wiele lat temu wydawało mi się, że widzę o zmierzchu tego psowatego, ale nie byłam pewna. Teraz mam dowód na to, że są u mnie w lasach więc może kiedyś spotkam żywego. 
Kiedy wychodziłam było pochmurno, jak wracałam świeciło słonko więc zaszłam nad staw z mniej uczęszczanej strony. 


 Ostatnie zdjęcie to wielki krop, ale chciałam udowodnić, że kiedy stałam na grobli to przyleciało stado żurawi. W tym roku chyba w ogóle nie opuściły moich terenów. Oprócz tego tata mówi, że są czaple białe i łabędzie krzykliwe, zapewne ta sama para co roku. 
I jeszcze dwie panoramy ze stawem. Jakże się ciesze, ze jest w nim woda, oby nie spuścili, oby nie musieli. 

 Do domu wracałam przez łąkę, naleciało mi śniegu do butów ale przynajmniej nie groziły mi kleszcze:)




 

 

 
 

 


 

 

środa, 16 stycznia 2019

Urodziny, refleksje, koty i trochę śniegu

Spałam dobrze, wstałam dość późno.
W nocy któryś kot się wykłakał, zostawił na podłodze klakamole i to z rozmachem w kilku miejscach. "No świetnie", pomyślałam najpierw, a potem, że jednak dobrze, bo się oczyścił i nie zatka. Posprzątałam, umyłam podłogę i zasiadłam do kontynuowania powieści. Za oknem pada śnieg, temperatura +1. Wielkie płaty, jak pięciozłotówki lecą, wygląda to jak z filmów świątecznych, bajecznie. Antek poluje na te które lecą w stronę okna. Ma swoje bodźce.
Śnieg stopniał to pudełko od pizzy musi wystarczyć do zabawy.



Dziś są moje urodziny, kończę 37 lat. I wiecie co?
Nie wiem jak się z tym czuć. Wydarzenia ostatnich dni przybiły mnie. Pozbawiły energii. Wiecie o czym piszę, też czytacie, słuchacie i oglądacie. 
To skłania do jakichś refleksji, przynajmniej mnie, budzi obawy, zwątpienie i marazm. Czuję się zniechęcona. 
Nie piszę tego, żebyście mnie podnosili na duchu, bo wiem, że niedługo mi przejdzie, że się otrząsnę niczym pies z wody i ruszę do przodu.  


Ale na razie to powiem wam, że najchętniej to bym gdzieś uciekła. Gdzieś w prawdziwą dzicz, z internetem jedynie mobilnym i to na tyle biednym, żeby nie się nie chciało nic poza mailem otwierać, albo i bez internetu, ale z zasięgiem. Ale bez tego zgiełku miasta, narzekania, szczucia i hałasu. W góry, do lasu.
Do Dziczy nie pojadę bo tam spokoju nie ma, tam cały dzień TVN24 leci, to męczy jak cholera. Człowiek chce odsapnąć, a wraca zmęczony jak po ciężkim kursie z egzaminem. 


Mam chyba przesyt ludzi. Niby ciągle jestem sama, bo pracuję sama, w domu tylko z mężem, ale w centrum miasta nie da się uciec od ludzi, oni są, głośni, roszczeniowi - ludzcy po prostu. 
Czuje się przybita, smutna i właśnie zdałam sobie sprawę, że kiełkuje podirytowanie. Zaraz zrobię sobie chyba sesje EFT, może również tym razem mi pomoże. Potem przyprawię mięsko na obiad i postaram się coś popisać. Mam już 270 stron książkowych tej mojej powieści, całkiem niezły wynik. Ja wiem, że to nie ilość się liczy, ale dla mnie ma to znaczenie inne. Dla mnie liczy się ilość tylko dla tego, że jest, że powstała, że się nie poddałam, nie zrezygnowałam, że kontynuuję. A dla osoby, która miała tendencje do porzucania swoich prac nieskończonych bo już coś owego w głowie, to jest niejaki sukces. I nawet ostatnio powiedziałam do Szparaga, że nigdy jeszcze w swoim życiu nie stworzyła takiej ilości spójnego tekstu. 

Zdjęcia robione telefonem o zmroku w śniegu jak po raz pierwszy biegałam chociaż nie musiałam.
Pisanie powieści pomaga. To bardzo fajne zajęcie. Pozwala odsunąć myśli od trapiących spraw doczesnych i skupić się na tym co dzieje się w produkowanej książce. Przed snem myślisz o kolejnych zdarzeniach, w pracy tworzysz w głowie dialogi. Fajnie jak ktoś czyta na bieżąco i wyraża swoje uwagi, znajduje nieścisłości...
Tak się zorientowałam, że pisanie idzie idzie, ale jak tak dalej pójdzie to mnie ta powieść ze 600 stron będzie miała bo końca to nie widać. 
Taki mam widok z sypialni - nieciekawy. Ale ten śnieg trochę go poprawił.

Miałam gdzieś w tym poście opisać jak wyobrażam sobie swój umysł ale nie znalazłam na to miejsca, nie rezonuje to dziś ze mną. Pogoda świruje, ciśnienie szaleje jak kot za muchą, a moja głową chyba bez pomocy nie przestanie dudnić i cisnąć. 
Miłość Wszechświecie kochany, natchnij mnie nią bo potrzebuję tego. Bardzo potrzebuję. 
Wybaczcie mi ten ponury wpis.