wtorek, 22 stycznia 2019

Gile - brzuchate ptaszki w wielu odsłonach.

Czołem kochani.
No ja w tym roku to normalnie szaleję, jeszcze schudnę od tego szaleństwa. To jest mój siódmy wpis w styczniu, a jeszcze ile zostało do końca:)
Jak się podoba zmiana na blogu?  W sensie, że kolorki. Wiem, może przeszkadzać to zmienianie, ale zmieniam się JA to i zmienia się blog. Wzrokowców przepraszam za zmieszanie. 
U mnie po zimie nie został nawet ślad, znaczy po śniegu, bo zima jest i to zimna nawet. A jaki ptak wam się najbardziej z zimą właśnie kojarzy, bo mnie od dziecka, chyba przez szkolne ilustracje, to gil. Dość rzadko mam okazję podziwiać te ptaki, są dyskretne i pomimo tego widocznego niczym flara ratunkowa brzucha, nie łatwo je wypatrzeć. Ktoś by mógł powiedzieć "magia", a ja wam mówię: Mechanika kwantowa. 
Jak na święta byliśmy w dziczy to pojawiło się u nas na ogrodzie stadko tych przesympatycznych ptaszków. Pogoda jaka była każdy wie, zatem nic dziwnego, że światło do zdjęć raczej z tych beznadziejnych.





 Są tak wdzięczne, że już któryś raz uległam i postanowiłam oddać ich delikatną urodę za pomocą farb, albo pasteli.
I tak, najpierw powstało tło.

 
Następnie przez długie miesiące czkało na natchnienie co do bohatera głównego. Pojawił się chyba rok temu - ten bohater.
 

Usiadł z żoną na gałązce czegoś niezidentyfikowanego i czekał następnych kilka miesięcy. Czekał i czekał... Aż się doczekał:)

 
 Ukończyłam tuż po świętach, ale jeszcze w tamtym roku. Akryl na płótnie formatu A4. Można wieszać na ścianie.
A z początku tego roku, spontanicznie, wykorzystując wzór z obrazu powyżej, namalowałam mały obrazek pastelami. To była moja kolejna próba zaprzyjaźnienia się z tą techniką. 
 
 
 Format szkolnego zeszytu.
Jak widać jeszcze się docieramy i nie wiem czy dotrzemy.
A czemu?
Pamiętacie obrazek dyniowego kota? Zrobiony kilkoma kupionymi na próbę kredkami pewnej drogiej jak pierun, hamerykańskiej firmy? Otóż, z okazji urodzin, Szparag zainwestował w swój święty spokój i za dwa dni ma przyjść opakowanie 132 kolorów.  Czujecie, co to będzie:) No szał nie napisze czego:). Już mam w głowie pierwszy obraz. Trochę zapewne czasu minie, nim dopasuję odpowiedni papier, ale...
Zatem tym bardziej się cieszę, że wczoraj pękła mi 300tna strona powieści. Bo jak przyjdą kredki to przez dłuższą chwilę, jak znam siebie, zatonę w nich. 
A to znaczy, że będzie o czym pisać na blogu, czy to nie wspaniałe. Aż mi infekcja panosząca się w moich zatokach przynosowych mniej przeszkadza.  A swoją droga to mogłaby pójść już sobie. Czołowe mam czyste, wypłukane, ale tych pod oczami to nie umiem oczyścić. 
Jak na razie to trzymam dietę, i nawet nie ciągnie mnie do niezdrowego, może to przez infekcje, brak apetytu, chociaż biały ser, z pomidorkiem, ogórkiem i cebula posypany siemieniem lnianym, wcinam aż uszy się trzęsą. I zupy. Codziennie prawie. 
Pozdrawiam i do zobaczenia niebawem:) 
 
Obie prace są do kupienia.
A i zapraszam na mojego Instagrama - tygrysek na górze.

 

sobota, 19 stycznia 2019

Dzicz - wieści z frontu

 Cześć kochani. 
Witam was w to śliczne sobotnie, wczesne popołudnie. Wczoraj robiłam za Królową śniegu. 
Wreszcie miałam kilka godzin zimy. Bo w sposób kompletnie nieplanowany i spontaniczny znalazłam się na kilka godzin w mojej dziczy. A ponieważ czasu operacyjnego przed wyjazdem miałam dwadzieścia minut to nie zabrałam ze sobą aparatu. Miałam do dyspozycji jedynie telefon. 
Już w drodze zaczął prószyć śnieżek, a jak przybyliśmy na miejsce to sypał na całego. Taka niespodzianka. 


Sypało, aż miło było. Nora była zachwycona, uwielbia wodę nawet w postaci śniegu. 




Złapanie jej w obiektyw telefonu kiedy raduje się aurą, to nie łatwa sprawa. Ale udało mi się zrobić kilka zdjęć. Tyle radości w tym psiaku. Obrosła futrem zimowym i sadełkiem zupełnie jak ja:)




Oczywiście w akcji były patyki i szyszki, za którymi biegała, tarmosiła i rozwalała na kawałeczki. 

Chwilami sypało na prawdę mocno, leciało do oczu, bo wiał lekki wiatr. Bajecznie było.
Po zabawie z psem wybrałam się na samotny spacer, nie chcę jej brać do lasu, bo to nic teraz nie wiadomo.





Jakieś dwa tygodnie temu zaczęli napełniać staw. Po tej dramatycznej suszy, ziemia w końcu nasyciła się wodą i zaczęła ją oddawać. W strumieniu się pojawiła i to w ilości na prawdę zacnej. Aż miło patrzeć i słuchać tego szumu.
 
 
Wybrałam drogę przez las bukowy, moją ulubioną ścieżką, wąską i mało uczęszczaną. Doszłam do wielkiego i rozłożystego dębu rosnącego nieopodal bobrowiska.

I popełniłam moją pierwszą panoramę. Wyjaśniam - stoję przodem do dębu, a to co jest na końcu czyli las sosnowy jest za mną w rzeczywistości. 


 

Brakowało mi lustrzanki, ale mój telefon jakoś sobie poradził. Nie jest to co prawda szczyt marzeń ale widać piękne porosty w śniegu na starej zdziczałej jabłoni w porzuconym sadzie.
 
Uległam samozachwytowi, więc kolejny skalniaczek. Podczas spaceru już nie padało, mało tego wyszło słonce i dawało ciekawe efekty wizualne.

 

 Niestety spotkało mnie małe smutne zdarzenie. Na błotnistej drodze w kałuży leżało ciało, nie chcę pisać truchło. Ofiara potrącenia, zapewne. Kijem odgarnęłam śnieg i upewniłam się co do gatunku, potwierdził niezastąpiony Krzysiek Leśny Mikunda:)


To jest, proszę państwa jenot. Żałuję, że jedynie w takiej formie dane mi było spotkać to zwierzę. Kiedyś, wiele lat temu wydawało mi się, że widzę o zmierzchu tego psowatego, ale nie byłam pewna. Teraz mam dowód na to, że są u mnie w lasach więc może kiedyś spotkam żywego. 
Kiedy wychodziłam było pochmurno, jak wracałam świeciło słonko więc zaszłam nad staw z mniej uczęszczanej strony. 


 Ostatnie zdjęcie to wielki krop, ale chciałam udowodnić, że kiedy stałam na grobli to przyleciało stado żurawi. W tym roku chyba w ogóle nie opuściły moich terenów. Oprócz tego tata mówi, że są czaple białe i łabędzie krzykliwe, zapewne ta sama para co roku. 
I jeszcze dwie panoramy ze stawem. Jakże się ciesze, ze jest w nim woda, oby nie spuścili, oby nie musieli. 

 Do domu wracałam przez łąkę, naleciało mi śniegu do butów ale przynajmniej nie groziły mi kleszcze:)




 

 

 
 

 


 

 

środa, 16 stycznia 2019

Urodziny, refleksje, koty i trochę śniegu

Spałam dobrze, wstałam dość późno.
W nocy któryś kot się wykłakał, zostawił na podłodze klakamole i to z rozmachem w kilku miejscach. "No świetnie", pomyślałam najpierw, a potem, że jednak dobrze, bo się oczyścił i nie zatka. Posprzątałam, umyłam podłogę i zasiadłam do kontynuowania powieści. Za oknem pada śnieg, temperatura +1. Wielkie płaty, jak pięciozłotówki lecą, wygląda to jak z filmów świątecznych, bajecznie. Antek poluje na te które lecą w stronę okna. Ma swoje bodźce.
Śnieg stopniał to pudełko od pizzy musi wystarczyć do zabawy.



Dziś są moje urodziny, kończę 37 lat. I wiecie co?
Nie wiem jak się z tym czuć. Wydarzenia ostatnich dni przybiły mnie. Pozbawiły energii. Wiecie o czym piszę, też czytacie, słuchacie i oglądacie. 
To skłania do jakichś refleksji, przynajmniej mnie, budzi obawy, zwątpienie i marazm. Czuję się zniechęcona. 
Nie piszę tego, żebyście mnie podnosili na duchu, bo wiem, że niedługo mi przejdzie, że się otrząsnę niczym pies z wody i ruszę do przodu.  


Ale na razie to powiem wam, że najchętniej to bym gdzieś uciekła. Gdzieś w prawdziwą dzicz, z internetem jedynie mobilnym i to na tyle biednym, żeby nie się nie chciało nic poza mailem otwierać, albo i bez internetu, ale z zasięgiem. Ale bez tego zgiełku miasta, narzekania, szczucia i hałasu. W góry, do lasu.
Do Dziczy nie pojadę bo tam spokoju nie ma, tam cały dzień TVN24 leci, to męczy jak cholera. Człowiek chce odsapnąć, a wraca zmęczony jak po ciężkim kursie z egzaminem. 


Mam chyba przesyt ludzi. Niby ciągle jestem sama, bo pracuję sama, w domu tylko z mężem, ale w centrum miasta nie da się uciec od ludzi, oni są, głośni, roszczeniowi - ludzcy po prostu. 
Czuje się przybita, smutna i właśnie zdałam sobie sprawę, że kiełkuje podirytowanie. Zaraz zrobię sobie chyba sesje EFT, może również tym razem mi pomoże. Potem przyprawię mięsko na obiad i postaram się coś popisać. Mam już 270 stron książkowych tej mojej powieści, całkiem niezły wynik. Ja wiem, że to nie ilość się liczy, ale dla mnie ma to znaczenie inne. Dla mnie liczy się ilość tylko dla tego, że jest, że powstała, że się nie poddałam, nie zrezygnowałam, że kontynuuję. A dla osoby, która miała tendencje do porzucania swoich prac nieskończonych bo już coś owego w głowie, to jest niejaki sukces. I nawet ostatnio powiedziałam do Szparaga, że nigdy jeszcze w swoim życiu nie stworzyła takiej ilości spójnego tekstu. 

Zdjęcia robione telefonem o zmroku w śniegu jak po raz pierwszy biegałam chociaż nie musiałam.
Pisanie powieści pomaga. To bardzo fajne zajęcie. Pozwala odsunąć myśli od trapiących spraw doczesnych i skupić się na tym co dzieje się w produkowanej książce. Przed snem myślisz o kolejnych zdarzeniach, w pracy tworzysz w głowie dialogi. Fajnie jak ktoś czyta na bieżąco i wyraża swoje uwagi, znajduje nieścisłości...
Tak się zorientowałam, że pisanie idzie idzie, ale jak tak dalej pójdzie to mnie ta powieść ze 600 stron będzie miała bo końca to nie widać. 
Taki mam widok z sypialni - nieciekawy. Ale ten śnieg trochę go poprawił.

Miałam gdzieś w tym poście opisać jak wyobrażam sobie swój umysł ale nie znalazłam na to miejsca, nie rezonuje to dziś ze mną. Pogoda świruje, ciśnienie szaleje jak kot za muchą, a moja głową chyba bez pomocy nie przestanie dudnić i cisnąć. 
Miłość Wszechświecie kochany, natchnij mnie nią bo potrzebuję tego. Bardzo potrzebuję. 
Wybaczcie mi ten ponury wpis.