wtorek, 26 lutego 2019

Samotne drzewo, radość Nory i girlany w strunieniu.

Miniony weekend spędziliśmy ze Szparagiem w Dziczy. Jakby pogoda wiedziała o naszych planach, postanowiła uprzykrzyć nieco ten pobyt porywistym, mroźnym i przeszywającym wiatrem. No pomimo słońca, to nie było przyjemnie, zwłaszcza w piątek. A w ten dzień przycinaliśmy wysokie gałęzie, więc oczy łzawiły i szczęka kostniała od zimna. 
No ale na spacer z pieskim to trzeba iść. A pieskowi z takim futrem nie przeszkadzają przymrozki. Ona się cieszy, że ma towarzystwo do spacerów. I patyczki.  






Zdjęcia robił Szparag firmowym telefonem reklamowanym przez naszego czołowego piłkarza - zatem nie muszę podawać marki... powiem tak - doopy nie urywa. Za tyle szmalu to można mieć i lustrzankę i telefon i spełnią lepiej swoje funkcje. Jedno będzie robić super zdjęcia a drugie dzwonić i bateria wytrzyma dłużej.  No ale odbiegłam od tematu.
Radość jaką temu psu sprawia zabawa patykami i kąpiele w stawie, obecnie podmarzniętym, napawają człowieka na prawdę dobrą energią.
Kot chodzi swoimi drogami i spotkać go można sporadycznie gdzieś w oklicy ogrodu albo na drzemce w domu.
 Zdjęcie kota robione moim trzy razy tańszym telefonem. Moim zdaniem lepiej sobie poradził w słabszym świetle. Dobra, to tak tylko bo cały czas w domu próbujemy obalić mit mega drogich smartfonów. A ponieważ firma dała ten z najwyższej półki to mamy na czym. 
Sobotni poranek przywitał nas szronem i bajkowymi efektami. Ja spałam w najlepsze i bo nie wzięłam odpowiedniego obiektywu i po piątkowych wichurach bolały mnie kości twarzy. Nie chciałam ich wietrzyć znów. Na fotołowy wyszedł Szparag ze swoim ultrasuperhiper smartfonem...





 Takie fajne girlandy w naszym strumieniu się porobiły. Fantastyczne. 
A szron na samochodzie fotografowany. Powiem wam, że jak zobaczyłam jaki był ten szron to mnie żal było, że nie wzięłam obiektywu do macro. Ładne mogłyby być fotki... ale nie planowałam wielkich wypraw zdjęciowych, no i nie wyprawiłam się. Następnym razem pokażę jednak małych gości ogrodu których uwieczniłam osobiście.
Pozdrawiam serdecznie. 

A i zapomniałabym dodać, że wieczorem słychać nawoływania puszczyka. Bardzo się cieszę, że jest i siedzi tak blisko domu.

wtorek, 19 lutego 2019

Sesja łóżkowa i wielbicielka trawki

Bardzo często rano spędzam nieco czasu w pościeli z trzema mężczyznami. O zgrozo więcej uwagi poświęcam tym, z których żaden nie jest mi poślubiony. Nic zatem dziwnego, że mąż jako pierwszy opuszcza pielesze i idzie grzecznie do kuchni kawkę przygotować. A wtedy mam dla moich dwóch kompanów więcej miejsca i całą uwagę mogę poświecić tylko im.
Największym miłośnikiem pościeli jest starszy z gości. 


To od niego podobnej formy spędzania poranków nauczył się młodszy delikwent. Co prawda zanim popadnie w błogie drzemanie to najpierw poluje na niewidoczne ofiary. A jak już rozładuje emocje i energię to robi to co starszy brat.




W tym czasie ich siostra, indywidualistka, łapie zimowe promienie słońca na parapecie i narkotyzuje się zielskiem. Do tego stopnia, że zawłaszczyła sobie całą doniczkę na własność. I pilnuje niczym smok kupy złota.



 Tak, wiem, okno do umycia. Warunki jednak jakoś ostatnio nie sprzyjały.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Postępy i decyzja nie do pomyślenia.

Witam, witam w ten listopadowy dzień. Niby w kalendarzu luty ale za oknem zdecydowanie listopad i to w swojej najgorszej odsłonie. Brrr.
Już miesiąc z okrawkiem minął od kiedy to nieopatrznie stanęłam na wadze i przeżyłam wstrząs. No może nie aż tak bo czego się spodziewać po obżarstwie... przez długi czas przed katastrofą za pomocą urządzenia łazienkowo pomiarowego, przez które kobiety płaczą na całym świecie.  
No więc zatem postanowiłam, że coś trzeba z tym nadmiarem wykazanym na elektronicznym, bezlitośnie dokładnym wyświetlaczu, począć. Najlepiej się pozbyć.  Łatwiej byłoby zaakceptować i pokochać, na prawdę łatwiej i przyjemniej. No ale poza jakimiś tam estetycznyno społecznymi perturbacjami idą te zdrowotne, o wiele istotniejsze. 

Zatem postanowione, odchudzamy się. 
"Jakie MY?!?" - Zakrzyknął oburzony Szparag.
" W ile koszul sprzed dwóch lat się mieścisz?"
"Spadaj"
Odchudzamy się - ja bardziej, ale i jemu po zmianie pracy przybyło tu i ówdzie.
Pierwszym etapem była eliminacja zbędnych kalorii i racjonalne dawkowanie posiłków.  Żadnego głodzenia. Normalnie jem tylko nieco bardziej zwracam uwagę co i w jakiej ilości, kolejności i czasie. Staramy się nie podjadać (popołudniu - katorga). Medalu to ja tu nie dostane ale trzeba sobie wypracować nawyki i oduczyć organizm jak pięciolatka od kilku rzeczy. ( Nie, nie dostaniesz batonika, nie, lodów też, zapomnij o chipsach, sól jest nie zdrowa w takiej ilości. KFC? oszalałaś? Marchewkę zjedz, buraczki masz... no na co się fochasz?!?)
Czy obrażaliście się kiedyś sami na siebie? Strzelić sobie focha to jest coś. 

Zatem żarcie w miarę ogarnięte. 
Teraz ta z pozoru trudniejsza sprawa - ruch.
Najwięcej przez ostatnie lata to ja ruszałam ręką, prawą nad kartką tudzież tamborkiem.  
Kupiono mi na urodziny smycz i osobistego poganiacza niewolników - smatrłocza... 
No i mówi mi ta opaska więzienna ile to przeszłam kroków, ile spaliłam kalorii i ogólnie jaka leniwa jestem. Świeci mi potem w telefonie taką szczerbą w wykresie - NIE ZROBIŁAŚ WYMAGANEJ ILOŚCI KROKÓW DZIŚ - WSTYD I HAŃBA LENIU!!! 
No koniec końców, że jak mi brakuje ten tysiąc kroków to łażę od ściany do ściany przed snem, tylko po to by mnie nie obrażało chińskie urządzenie które z własnej woli noszę na nadgarstku. 
Ale ma to swoje zalety, żeby nie było, że ja tu na adwokata żebrzę co by mnie z tej fit celi uwolnił.  
To coś mierzy tętno i wychodzi mi, że mam za wysokie do swojego wieku. No to się udałam do lekarza, bo jak za wysokie to duży wysiłek, jaki miałam w planach, może mi zaszkodzić. Wolę się skonsultować, a jako, że na prawdę dawno nie byłam to co mi szkodzi. Walnął skierowanie na badania i powiedział, że nie ma się co tętnem przejmować, spadnie jak poćwiczę. Super. 
Wyniki dziś odbieram i od razu konsultacja, ciekawe co wyjdzie, jak tam tarczyca. 

Ale tak czy inaczej ta cholerna opaska wymusza na mnie zwiększoną aktywność fizyczną i staram się poddawać jej woli. Spacery, jakieś kardio w domu, trochę biegłam, JA biegłam. No takim kurcgalopkiem koślawym i nie za daleko, bo płuca żywym ogniem zapłoneły, ale biegłam. 
Widzieliście może kiedyś biegnącego hipopotama w TV? To jemu wychodzi to zgrabniej.
Nie mam kształtów takich jak on, na szczęście, ale też nie jestem wypełniona gazami jak one.  Im lżej:)
Więc tak, ograniczyłam żarcie i zaczęłam się przemieszczać w trzech wymiarach. Jakie tego efekt, zapytacie. No cóż... powiem tak, średnio. Przez miesiąc niecałe 2 kilo w dół. Chciałoby się więcej. Ale, to nie woda ze mnie zeszła, bo tę piję od kilku lat w sporych ilościach. Zatem zeszło coś innego, a do tego czuję że moje mięśnie pracują bo mi boleśnie dają o tym znać. Niedawno dostałam hantle babskie żółte i wzmacniam ręce i ramiona. 
W każdym razie nie poszło w górę i po mału schodzi. Tak, wiem - waga to nie wszystko, ważne są też obwody. Zmierzyłam się tu i tam, ale za późno żeby coś porównać więc będzie przy następnej odsłonie. Największą korzyść mam z tego, że mnie przestały stawy boleć jak je rozruszałam. 

A ponieważ centrum Wrocławia jest na prawdę ułomne jeśli chodzi o miejsce do ćwiczeń.  Spacerować to można po galerii handlowej, czego nie cierpię, a biegać przez ulicę... zrobiłam coś czego bym się po sobie nie spodziewała nigdy - wykupiłam karnet na siłownię.
Na razie na miesiąc. Zobaczę jak się odnajdę, ale widząc starszych ludzi na rowerkach już mi się podoba. Zaczynam jutro. 
Zaopatrzyłam się w przyodziewek kończyn dolnych za 20 zł, oddychający bo nie miałam i będę biegać w miejscu, rowerkować, wchodzić po schodach donikąd nie narażając się na dziwne spojrzenia sąsiadów. Są tam jeszcze inne urządzenia których nie ogarnęłam przez szybę. Trzymcie kciuki. 
A teraz kawa z erytrolem:)
 

wtorek, 5 lutego 2019

Kredki Luny - wilk

Witajcie.
Nie było mnie na blogach, waszych i swoim bo byłam w innym świecie. Dwa tygodnie temu, no nie całe, przyszedł mój urodzinowy prezent, czyli wyśnione kredeczki. Tak mnie z zaskoczenia nieco wzięły, bo przyszły w środę, a spodziewałam się w piątek. Jak ja się ucieszyłam. Pudełko było zaskakująco ciężkie. Ale co się dziwić, w końcu 132 kredki swoje muszą ważyć. 

 Czyż nie wygląda to wspaniale. 
Ojej, aż teraz na ten widok micha mi się cieszy.  No od razu chciałam coś próbować ale nie miałam pomysłu. Więc poukładałam je sobie kolorami i postanowiłam zrobić próbnik. Bo niestety ale kolor lakieru na drewnie dobierał daltonista i zazwyczaj nijak się to ma do koloru właściwego wkładu. Dla tego potrzebny jest próbnik. 
Nie będę się dziś rozpisywać na temat tych kredek. Bo długo by pisać, są wspaniałe i tyle. Przynajmniej dla mnie. Spełniają moje potrzeby. O tym jak bardzo spełniają przekonałam się kiedy w weekend wybrałam temat do pierwszej pracy. Nad próbnikiem kolorów siedziałam dwa popołudnia.
Ok, zatem ćwiczenia skończone, kolory poznałam to trzeba na głęboką wodę. Padło na wilka. 
Zaczęłam od tła. Tutaj zakochałam się na amen. Gdybym chciała takie tło zrobić farbami, zajęłoby mi to o wiele więcej czasu i chyba bez Aerografu by się nie obyło. Nie powiem, żeby to tło było jakieś szczególnie wyszukane, bo nie miało być. Zależało mi na rozmyciu i gładkich przejściach. Będzie widać na kolejnych zdjęciach. Bawiłam się ze trzy godziny, a to i tak dla tego, że się uczyłam kredek. 

 Uszy. Nie przepadam za uszami bo są dla mnie tajemnicą dziwnie układającej się sierści i chrząstki. Ale zadowolona jestem z tego jakie efekty osiągałam każdym kolejnych ruchem ręki. 
 
Królestwo kłaczków. Tysiące, setki tysięcy pociągnięć. 
Ale jakie kolory, trzy odcienie szarego każdy w kilku intensywnościach zaznaczonych procentem. Zimny na tle, z dodatkiem niebieskiego, ciepły i tak zwany "frencz grej" czyli brązowoszary. Idealny do natury. Tych odcieni nie ma chyba w żadnej innej firmie z tych dostępnych u nas.  
Zabawa trwa. Kolejny dzień i kolejne kłaczki. Praca na warstwach i szczegółach. Odkrywanie możliwości, tajemnic i cudów.
 
Ostatecznie, wilk któremu nadałam imię Kazan, prezentuje się tak. 
Nie wiem jak wy ale ja jestem absolutnie zachwycona efektem i nie mam tu na myśli jakiegoś samozachwytu ale właśnie tym jakie efekty można uzyskać moimi ukochanymi obecnie kredkami. 
Dają ogromne pole do popisu. 
W tej pracy zamknęłam się w bardzo ograniczonej palecie kolorów, więc może tak nie pokazałam co mogą ale powiem wam, mogą wiele. 
Zależało mi na tym by połączyć wygodę i szybkość działania kredki z efektem farby i to właśnie uzyskałam.  
Niestety odkryłam jedną wadę - szybko się zużywają.  
A co za tym idzie, jest to moje najdroższe medium artystyczne. Coś za coś. Tempo pracy nieco wzrosło, ale koszt materiałów też, więc jakbym miała to podliczyć, to ostateczna cena pracy albo utrzyma się na tym samym poziomie albo nieco wzrośnie, ze względu właśnie na wysoki koszt materiału, czyli kredek. Nie będę się rozpisywać na ten temat teraz, zobaczę po kilku pracach. 
Jak wam się podoba wilczek? 
Pozdrawiam serdecznie.