niedziela, 28 kwietnia 2019

Kredki Luny - Łacite kocurki

O swojej fascynacji kredkami już pisałam, o swoich poszukiwaniach kredek idealnych też i o tym, że w końcu takie znalazłam - również. 
Ale pisanie o kredkach jest kompletnie bez sensu (moim zdaniem) bez ich wykorzystywania. 
No a ja w ostatnim czasie skończyłam dwie ilustracje. Jedna jest wykonana kredkami mieszanymi, jeszcze nim dostałam swój "Hiper super zestaw za pincet".  Ją zaprezentuję następnym razem. 
Dziś świeżutkie niczym bułeczki z owadziego dyskontu, kocurki. 
Na wstępie powiem, że kredki to jedno, a papier to drugie. I tu też szukam, szukam i jak znajdę to powiem. Na razie dorwałam blok techniczny za 6.50, bardzo gładki i gruby. Jest dobrze, na pewno dla mnie lepiej niż na szorstkim papierze.  
Zakochałam się w dwóch krowiastych braciach czekających na swój dom u Gosianki. Ponieważ chłopaki już dorosłe i jakoś tak długo już czekały, stwierdziłam spontanicznie, że machnę portrecik co by im reklamę zrobić. Za pozwoleniem właścicielki fotografii, zerżnęłam oba kotki na kartkę i zaczęłam tworzyć dzieło wiekopomne. 
Ponieważ same kociaki są raczej monochromatyczne to stwierdziłam, że fajnym testem dla mieszania i blendowania się kolorków będą jesienne klimaty w tle.  

Tak, tak, to jest bezczelna reklama, niestety nie sponsorowana, wynika tylko z mojej wielkiej i na razie odwzajemnionej miłości do kredek. 
No i na drugim zdjęćiu widać mój katastrofalny błąd, taki, którego już nie ma szans naprawić. Otóż w ferworze i zachwycie nad pracą kredek przy tych brązowo beżowych fragmentach, zamalowałam kotu łapę! Ona gdzieś tam była naszkicowana, ale ja po prostu nie zauważyłam szkicu i poleciałam po całości. Zatem pędzę uspokoić, że chłopaki mają wszystkie łapy. 
Teraz trochę informacji technicznych. Wspominałam, że papier jest gładki, on jest mega gładki, czysta kartka niemal się lekko błyszczy. Ogólnie do kredek to średnio, bo się pigment nie trzyma. Ale ma to swoją zaletę, otóż nie widać porów papieru, białych wypustek przebijających się przez warstwę kredki. Mnie osobiście, jak i chyba każdemu kto pracuje w tej technice, te białe pory bardzo przeszkadzają i człowiek się poci, żeby je zakryć i zlikwidować, aby uzyskać jednolitą, gładką powierzchnię koloru. Zatem w tej kwestii papier jest git. Ale żeby nie było tak zupełnie słodko, to kredki się na nim jakby ślizgają co wymaga pewnej precyzji przy nakładaniu warstw. Tak czy inaczej, na razie jestem zadowolona. 
Po ukończeniu tła, przeszłam do liści. Nie pytajcie mnie co to za drzewo, bo to w kształcie przypomina buk, a w kolorach czereśnię. 
 No i powiem wam, zabawa na pełnym gazie. Fakt, nie znam cech każdej kredki bo niestety nie wszystkie kolory są takie same, to chyba specyfika pigmentu i jak się zachowuje z woskiem bazowym. 
Tak czy inaczej jest pole do popisu, kolory mieszają się ze sobą bajecznie, nakładają jedne na drugie, można na prawdę fajnie wypracować przejścia tonalne... 
Kiedy zrobiłam już wszystkie liście dostałam wiadomość, że Bracia znaleźli dom i to razem.  Bardzo mnie to ucieszyło, ale jednocześnie w mojej mocno popędliwej głowie powstała wątpliwość. Czy ma sens portretowanie tych konkretnych kotów skoro już mają dom? I zastanawiałam się nad tym ze dwa miesiące chyba nim w końcu postanowiłam ukończyć przystojniaków. 
 
 Nieskromnie przyznam, że mnie się ilustracja niezmiernie podoba bo jest... mało realistyczna.
No właśnie... jak wróciłam do malowanie te kilka lat temu, to strasznie chciałam robić to hiperrealistycznie z tendencją do fotorealizmu. Ale jestem mało skupiona, mam potrzebę pewnej swobody i chyba najzwyczajniej w świecie zbyt leniwa na takie idealne kopiowanie zdjęcia, żeby nie można było się połapać które to foto, a które to obraz.  
Ja nie wiem jak to jest ale obserwując twórców i ich prace sama na własne potrzeby stworzyłam sobie podział:
Semirealizm
Realizm
Hiperrealizm
Fotorealizm.
Moje prace są mniej więcej na granicy semirealizmu i realizmu. chociaż niektórzy twierdzą, że semi jest jeszcze bardziej oddalony od natury obiektu... chyba są to wszystko umowne kwestie. Nie sprawdzałam, a może powinnam? Ale się rozpisałam.
W każdym razie na ukończonej pracy wyraźnie widać ten brak łapy... 
Może zatem lepiej skupmy się na wyższych partiach:) 


No one są takie trochę bajkowe, ale wiecie co, podoba mi się ten styl, nieco japoński. 
A na swoje usprawiedliwienie, chociaż nie wiem właściwie czego, nadmienię, że to moja druga praca wykonana tymi kredkami, a żeby je same oraz ich właściwości dobrze poznać to chyba z dwadzieścia bym musiała popełnić, co zamierzam uczynić, ale wiecie, czas...
Uprzedzając ewentualne pytanie, wąsy i drobne białe kreseczki i włoski czy światło na nosku są dorobione białym tuszem za całe - uwaga- 4 zł. 
No to jak, podobają wam się moje koteczki? 
Tak sobie pomyślałam, ze jeszcze troszkę poćwiczę i może spróbuję tworzyć portrety zwierzaków na zamówienie. Co sądzicie o takim pomyśle? Może się komuś mój styl spodoba...

środa, 24 kwietnia 2019

Strumień, ogród i staw, czego więcej potrzeba.

Święta, święta i po świętach, chyba najczęściej wypowiadane powiedzonko w ostatnich dniach. Zresztą po każdych świętach się to słyszy, jakby miało jakiś większy sens niż stwierdzenie faktu zaistniałego. Zatem, mam szczerą nadzieję, i wierzę, że wasze święta były udane. W tym roku pogoda się nie pomyliła i nie zafundowała nam śniegu, przynajmniej na południowym zachodzie było ciepło i słonecznie, chociaż wiatr urywał głowę. 
Dziś będą zwierzątka, bo byłam w dziczy. Nic szczególnego, chociaż liczyłam na sarenkę, czy może w końcu lisa,  a tu d..a. Ale nie narzekam, ładnie było, posiedziałam nad strumieniem ciesząc się z faktu nieobecności komarów. 



Nad naszym leśnym potoczkiem ma swoje terytorium para strzyżyków. Od dwóch lat mam szczęście i w bezlistną wiosnę (moja ulubiona pora) spotykam je. Tydzień temu wpadliśmy dosłownie na obiad i nie brałam aparatu, a miałam obserwację nietypową, bo zaloty i gody tych małych stworów. Tym razem mogłam się cieszyć tylko krótkimi chwilami, kiedy pokazał mi się jeden okaz. Do tego nad strumień w poszukiwaniu wody przybywają również inne ptaki, raniuszki jak na zdjęciu wyżej, zięby, bogatki na zmianę z modraszkami, a nawet sojka. Pojawienie się tej ostatniej, jak łatwo się domyślić wywołało ogromne poruszenie w drobnicy.


Na spacerze widziałam jak para kosów ze śmiertelną wręcz zaciekłością przeganiała sojkę z okolic swojego gniazda, zapewne. Szybkość przemieszczania się ptaków robiła wrażenie. Cała obserwacja trwała może 20 sekund, bo zniknęły w gęstwinie zarośli. Mam nadzieję, że kosy obroniły swoje gniazdo, bo nieopodal grasowała inna złodziejka zawartości kosich i nie tylko gniazdek.
A w najbliższej okolicy domu, czyli na ogródku, mam takiego miłego lokatora. Przyleciał bezszelestnie na wisienkę i obserwował co się dzieje. Troszeczkę mi się skrył za gałązkami, ale uważam, że zdjęcie jest mega-wiosenne.


A kilka godzin później spotkałam drugiego, już nad stawem. 
 

 A wracając jeszcze na ogród to na prawdę nie trzeba z niego wychodzić by podziwiać prawdziwie cuda. Mazurki, trznadle, kapturki, pliszki i jakieś małe maleństwo, co to nie wiem jak się nazywa, bo one mi się mylą. 
 







Czy uprzedzałam, że będzie dużo tego? Nie? No to teraz informuję. Mam jeszcze kilka fotek. Dawać? Jak ktoś się znudził to wiecie, nie zmuszam, ale uprzedzam, ładne będzie, bo świecące...
No właśnie, może raczej błyszczące, ale co tam. 
Od lat mnie drażni nawoływaniami z łąki i bardzo często się kryje, chowa i tylko miga gdzieś. A tym razem łaskawca przespacerował się, przedefilował dosłownie kilkadziesiąt metrów od płotu. No i nie w jakichś najgorszych chaszczach, tylko tak przyzwoicie. Sami popatrzcie jak się w słoneczku zaprezentował. 


Aż miło. Dam mu spokój do następnej wiosny:)
Dla kontrastu, nad strumieniem mieszka pewna ruda spryciara, tylko, że jak nie ma słonka, to nie widać, że ona jest ruda. A stara się unikać słońca i siedzi w cieniu. Zobaczyć ją to wyczyn, bo cicha jest i nie rzuca się w oczy, a sfotografować to już dla mnie sprawdzian cierpliwości, refleksu i możliwości aparatu. Zaliczyłam na 3- :)
Prawie jak matematykę:)))



Nornica ruda, często niesłusznie uważana za szkodnika upraw, truskawek i innych, a tak na prawdę to podgryza nam truskawki jej kuzyn - nornik bury. A mała nornica siedzi gdzieś w lesie i szuka młodych pędów. Bo ona żyje w norach, owszem ale jada części nadziemne roślin. 
Ok, to jeszcze mały wypad nad staw. 
A tam straszne dźwięki, jakby się pijany niedźwiedź okładał z równie pijanym, wielkim dzikiem. Siedzę i myślę, co wydaje te odgłosy apokaliptyczne. No i przyuważyłam gagatków. To para perkozów rdzawoszyich. 


 
 Oprócz nich gągoły i jeszcze jakaś kaczuszka z dziwnym kosmykiem na głowie. Gęsi i łyski, oraz cale mrowie krzyżówek. 


To wszystko radośnie sobie pluskało i kwakało, bądź piszczało, radowało moje oczy i uszy, aż nagle zapanowała martwa cisza i jakby się te ptaki pod ziemie zapadły. No może raczej pod wodę, ale znikły gdzie się dało. Ja patrzę a tu się pojawił ten jegomość. 
I wszystko jasne. Staw jeszcze nie zarybiony chyba więc jakby co to sobie kaczuszkę upoluje. Młodzik jeszcze, ale i tak robi wrażenie. 
Obserwowałam drania jak terroryzuje mi staw przez jakiś kwadrans, ale postanowił chyba tylko zagrać mieszkańcom na nerwach po odleciał równie beztrosko co nadleciał.  
No to wróciłam na obiad do domu i jeszcze w przerwie między żurkiem a bitkami obeszłam roślinność. A tam proszę państwa, taka sytuacja.  
No obczepiły się tej wierzby strasznie a jedyny chętny i zainteresowany by coś z tym towarzystwem zrobić, co robi? 
Śpi!!! Skandal. I to kilkanaście centymetrów pod tymi pękatymi mszycami. Zamiast się tam opychać to śpi. Nie, no żartuję, bo dorosłe to średnio, ich młode się żywią mszycami, więc jest nadzieja, że jak coś tenże zaspany osobnik zmota to... nie będzie już co ratować z tej wierzby.  
Na koniec nasz stały mieszkaniec ogrodu...
I drugi stały lokator:)
Oczywiście po wizycie w strumieniu, wariatka. Niedługo golenie to może nieco schudnie wizualnie. 
Pozdrawiam serdecznie i życzę nam podobnie pięknej pogody na majówkę. Wybieracie się gdzieś?
 

 

 
 

 

 


 

wtorek, 16 kwietnia 2019

Wszystki kwiaty Holandii

Cześć wszystkim. 
Nie pisałam ostatnio bo mnie tak naszło, że chyba już nie ma to większego sensu, na silę tworzyć posty, widzieć malejący brak zainteresowania ze strony znajomych blogowych. to znak, że robię się wtórna, nudna i nieciekawa. Zatem albo coś zmienić alb zamknąć kram. 
Na zmianę pomysłu nie mam, więc...
Ale szkoda jakoś. No tyle dobrych i ciekawych dusz tu jest. Odwiedzanie was jest dla mnie czasem jak wycieczka do znajomego z drugiego końca kraju albo i dalej. Chwilowo nie dojrzałam do jeszcze do myśli o zamknięciu bloga, może nigdy nie dojrzeję, może pozwolę mu kiedyś umrzeć śmiercią naturalną. 
A może będę go prowadzić dalej bez oglądania się na odzew, na razie jeszcze nie uwolniłam się od tej potrzeby interakcji.
Tyle, tytułem wstępu. 
Teraz chcę was zaprosić ma małą wycieczkę po krainie kwiatów.  
W ten wiosenno zimowy weekend byłam z mamą w Holandii. A konkretnie to celem wyprawy był park Keukenhof. Czyli największy ogród kwiatowy i akurat wypadało ich coroczne święto kwiatów.


Dane ogrodu, uznawanego za najpiękniejszy ogród wiosenny:
32 hektary i ponad 7 milionów cebulek kwiatowych wsadzanych ręcznie. Powiem tak, to robi wrażenie. Do tego ta idealna trawka.


Na zdjęciach nie da się tego wszystkiego pokazać, ale jest to ogrom pracy i ogrom kwiecia. A w ten weekend także ogrom zwiedzających. Autokarów było prawie tysiąc, do teko kursujące wahadłowo autobusy, ogólnie kilkaset tysięcy ludzi z całego świata. My byliśmy bardzo wcześnie i udało mi się zrobić zdjęcia jeszcze zanim pojawiły się tłumy. 




Ze swojej strony bardzo polecam taki wypad, bo naprawdę jest na co patrzeć, chociaż może akurat nie w tym terminie. Może tak z kilkudniowym minięciem się z tym świętem, przynajmniej nie będzie takich kolejek po kawę i do wc. 
Z ciekawostek, to widziałam tam parkę aleksandrett obrożnych, zielonych papug, przy dziupli w drzewie, zatem lęgowa para. Potem widziałam kolejne te tropikalne ptaki. Cóż, u nich zimą temperatura spada do 5 plus więc nie marzną jakoś specjalnie. Ale co dziwne u nas we Wrocławiu też są i podobno jedna jest para lęgowa. Poszukam ich i dam znać czy coś wiem. 
Nie wiem, mam chyba jakiś okres wycofania się z życia wirtualnego. Coraz mniej znajomych obserwuję na Fb, w końcu tak na prawdę to nie byli żadni moi znajomi, większość zupełnie obcych ludzi, którzy albo uznali, ze chcą mnie podglądać albo jak uznałam że coś prezentują fajnego. A po dwóch latach mi się odwidziało. Za to dla tych, którzy pozostają mam więcej energii na interakcje. Może właśnie o to w tym na prawdę chodzi? Sama nie wiem. Wiem tylko tyle, że czasem nie nadążam odwiedzać wszystkich i potem czuję się winna, że pominęłam czyjś post.
Dopadły mnie też takie bardzo fatalistyczne przemyślenia, że ludzie są zepsuci, i nawet ci najbardziej "święci" i altruistyczni są tak na prawdę interesowni i nie ma bezinteresowności na świecie. I im szybciej człowiek pozbędzie się złudzeń tym łatwiej mu będzie istnieć w tej rzeczywistości. No ja się właśnie ich pozbyłam i mam małą żałobę po swojej naiwności. Ale z drugiej strony już widzę profity. Brak bolesnego rozczarowania i strącenie niektórych z niezasłużonego piedestału wspaniałości na ziemię tuż obok mnie. Wiem, są zapewne wśród was tacy co nie wiedzą o czym piszę bo nigdy nie uznawali autorytetów wśród innych jednostek, ale ja miałam tendencje do stawiania większości ludzi, zwłaszcza tych których uznałam za lepszych od siebie, wyżej w jakiejś dziwnej hierarchii społecznej. Może w końcu dojrzałam, nie patrzę na innych z perspektywy dziecka? Pomyślę o tym.
A miało być o kwiatach... co ja poradzę, że tyle się we mnie dzieje, że nie nadążam a czasem musi się nadmiar ulać. 
Życzę wam słonecznego tygodnia i spokojnych świąt.